O podróżach dalekich i bliskich
Blog > Komentarze do wpisu
Odyseusz i Penelopa
Życie jest najlepszym powieściopisarzem, zwłaszcza w Kolumbii. Media tego kraju od dwóch tygodni nie zajmują się niczym innym tylko cudowną ucieczką z niewoli Fernanda Araújo, byłego ministra rozwoju w rządzie Andresa Pastrany (1998-2002).

Historia jest rzeczywiście niesamowita: Araújo został porwany przez lewicową partyzantkę FARC ponad sześć lat temu w swojej rodzinnej Cartagenie, podczas uprawiania sportu nad brzegiem morza. Od dwóch lat jego rodzina nie miała o nim nawet najmniejszej wiadomości, żadnego znaku życia. Jak wielu innych zakładników partyzanci trzymali go w jednym z licznych obozów wojskowych w górach (ktoś obliczył, że Araújo spędził w niewoli 2163 dni). Mieszczuchom takim jak ja nawet trudno sobie wyobrazić, co tam przeżywał. W końcu armia zaatakowała ten obóz (dziś wojskowi twierdzą, że była to przemyślana akcja ratunkowa, ale są też opinie, że w te okolice przyniosła żołnierzy jakaś rutynowa operacja). Kiedy Araújo usłyszał strzały i zobaczył ostrzeliwujący obóz helikopter, doszedł do wniosku, że teraz, albo nigdy. Skorzystał z ogólnego chaosu i uciekł w dżunglę. Wiedział, że albo mu się uda, albo będzie to jego koniec, bo guerilleros nie tylko porywają ludzi dla okupu, ale w razie ataku wykorzystują ich jako żywe tarcze.

Były minister przez 5 dni nieprzerwanie uciekał, bez jedzenia i picia. Paradoksalnie, właśnie te 6 lat życia w górach pomogło mu przeżyć tę szaloną anabazę i dotrzeć do celu. Właśnie dzięki swym doświadczeniom z niewoli wiedział, że miąższ niektórych kaktusów da mu trochę wilgoci, że może jeść surową dziką jukę, był w stanie poznać, kiedy krąży w kółko i wiedział, że musi unikać ludzkich osiedli, bo wieśniacy mogliby go wydać. Wreszcie po pięciu dniach wyczerpującej wędrówki dotarł do małej posiadłości ziemskiej San Augustin w deparamencie Bolivar. Stamtąd skontaktował się z rodziną, a pod swoje skrzydła wzięła go armia.

Cała Kolumbia jest teraz pod wrażeniem nie tylko jego odwagi i wytrwałości, ale też spokojnych, zrównoważonych wypowiedzi, które dawał zaraz po swym uwolnieniu. Np. zamiast od razu pojechać na spotkanie z rodziną, najpierw odwiedził 3 żołnierzy, ranionych podczas akcji ratunkowej. (Jeden żołnierz, dowódca całej operacji, zginął. Zginęło też 6 partyzantów.)

W Kolumbii Araújo jest teraz bohaterem narodowym. Ale jego historia ma też trochę smutny finał.

Bo okazało się, że młodziutka żona ex-ministra ma już innego mężczyznę, a nawet dziecko. Penelopa nie czekała na swego Odyseusza.

Zresztą trudno jej się dziwić. Araújo pewnie to przeczuwał, bo partyzanci pozwalają czasem więźniom kontaktować się z rodziną przez radio, ale i tak musiał to być dla niego bardzo bolesny szok. Mimo to broni on teraz w wywiadach decyzji swej żony przed wścibskimi dziennikarzami, a przede wszystkim przed różnymi moralistami z wielką gębą, którzy sami nigdy nie będąc w podobnej sytuacji lubią innych pouczać, jak mają żyć.

Samo małżeństwo Fernanda Araújo trwało tylko siedem miesięcy. Zaraz potem został porwany. Jego żona Monika, młoda lekarka (było to jej pierwsze małżeństwo, jego drugie) czekała i zadręczała się trzy lata. Potem, nie mając nawet pewności, czy mąż w ogóle żyje, postanowiła ułożyć sobie życie od nowa.

Causa byłego ministra zwróciła w ten sposób uwagę opinii publicznej nie tylko na palący i ciągle aktualny problem zakładników latami przetrzymywanych przez FARC, ale też ich rodzin, zwłaszcza współmałżonków. W jednym z artykułów czytałam ich wypowiedzi. Szczególnie kobiety są wystawione ogromnej presji nie tylko ze strony społeczeństwa, ale też rodziny porwanego męża - jak jedna to określiła, przyznaje im się mniej praw niż Albankom za czasów talibanu. Jedyne "godne" zajęcie żony porwanego to zamknąć się w domu, ubrać czarny welon i płakać. Urlop, spotykanie się z przyjaciółmi, przyjęcia - to wszystko jest nieodpowiednie. A przecież na przymusowym rozstaniu nierzadko upływa takiej osobie cała młodość. Najgorsze jest jednak to, że nawet jeśli jakimś cudem uda się porwanemu/porwanej wydostać z niewoli, nie jest już tym samym człowiekiem, jakim był/a. Traumy z takich przymusowych "górskich wakacji" są często nie do pokonania. Zmienia się też owa czekająca Penelopa i powrót do stanu "przed" często okazuje się niemożliwy.

Zbrodnia porwań jest jednym z najboleśniejszych doświadczeń kolumbijskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach.

Sprawa ucieczki Araújo otwiera tez inną nierozwiązaną kwestię - czy armia powinna przemocą uwalniać zakładników, czy też zostawiać sprawę tzw. porozumieniu humanitarnemu. Najczęściej bowiem akcje ratunkowe kosztują więźniów życie, dlatego ich rodziny silnie lobbują, żeby armia się w to nie angażowała. A jednak to właśnie dzięki jej interwencji, dzięki odwróceniu uwagi partyzantów, Fernando Araújo mógł uciec. W jego wypadku trzeba jednak mówić o ogromnym szczęściu, więc sprawa pozostaje otwarta.


wtorek, 16 stycznia 2007, la_polaquita

Polecane wpisy

  • Martwimy się

    Pisałam już kiedyś o dziadku Chiquita (m.in. tu ), naczelniku rodu, człowieku na pewno wyjątkowym, z którego już za życia rodzina zrobiła legendę. Abuelito ma 7

  • Kocham jabłko, jak mogę nie lubić jabłoni?

    Sporo pisałam o tym, co mnie w mojej kolumbijskiej rodzinie drażniło, chyba pora napisać też o tym, co mi się w nich podoba. Podoba mi się oczywiście ich spont

  • Różnice kulturowe cz. III

    Kolejna porcja wspomnień z "placu boju":) 9. Dotrzymywanie sobie towarzystwa. Chiquito na początku związku obrażał się na mnie, kiedy chciał, żebym sz

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
AlternaTickers - Cool, free Web tickers