O podróżach dalekich i bliskich
Blog > Komentarze do wpisu
Różnice kulturowe cz. III

Kolejna porcja wspomnień z "placu boju":)

9. Dotrzymywanie sobie towarzystwa.

Chiquito na początku związku obrażał się na mnie, kiedy chciał, żebym szła z nim do sklepu czy gdzieś tam, a ja z ciekawą książką w ręce odmawiałam wyjścia z ciepłego domku. Potem się naturalnie przyzwyczaił, że nie ze mną te numery. Ale teraz już wiem dlaczego kiedyś tak dziwnie reagował... Przykład:

Frugor i Anielica idą do banku. Pytają, czy nie chcemy iść z nimi. Akurat leje. Odpowiadam, że ja nie mam nic do załatwienia w banku, więc nie rozumiem, po co bym tam szła? Bank to nic ciekawego dla mnie. Frugor i Anielica poszli sami i wrócili cali mokrzy, więc tym bardziej byłam zadowolona, że się wykręciłam. Wieczorem Chiquito mi łagodnie tłumaczy, że dobrym zwyczajem jest, iż jak nie masz akurat nic do roboty, towarzyszysz w załatwianiu sprawunków innym członkom rodziny lub przyjaciołom.  Podobno brat i jego dziewczyna bardzo się dziwili, dlaczego nie chciałam z nimi iść.

Przykład z drugiej strony. Idziemy z Chiquitem coś załatwić, ja się strasznie cieszę, że wreszcie pobędę z nim chwilę sam na sam. Ale nie... Papa idzie z nami... Dzwoni Droopy (przyjaciel), pyta co robimy i oświadcza, że ma akurat wolne, to wybierze się z nami... Chcę iść do księgarni sama, żeby w spokoju powybierać książki, dupa, Luquita idzie ze mną, a jak nie ma czasu, wysyła Anielicę, i ja znowu muszę się męczyć podtrzymując rozmowę, i oczywiście w rezultacie nic nie kupuję. Kiedy wreszcie udaje mi się wymknąć z domu samej (bez komórki, hehe), wybierając moment kiedy wszyscy są zajęci, i tłumacząc na odchodnym, że naprawdę, naprawdę nie muszą sobie robić kłopotu!, po powrocie zastaję Luquitę przed budynkiem wyglądającą mnie z nieukrywanym niepokojem. Jakby mnie tam mogło coś zeżrać w tym centrum handlowym za rogiem.

10. Syndrom pełnej i pustej szklanki.

Scena przedstawia się następująco: Wybieramy się na ślub przyjaciół, ja mam jeszcze nieodprasowane spodnie, nie zrobiony makijaż i włosy w rozsypce, a tu nam nagle wyłączają prąd. Nie działa ciepła woda, przy świeczce g... widać, a do tego spodnie jak krowie z czterech liter wyciągnięte! Jestem wkurzona i widać to po mnie. Kto przy zdrowych zmysłach byłby spokojny w takiej sytuacji? Ślub praktycznie już się zaczyna, a my nadal w domu. Chiquito mnie uspokaja i zabiera spodnie do centrum handlowego, gdzie podobno w pralni też prasują. Ja klnąc na czym świat stoi próbuję się malować przy świecy. Rodzice tymczasem robią sobie kawkę, i luz blues, opowiadają sobie jakiś głupotki i śmieją się ile wlezie. Dobry humor zakłóca im tylko moja reakcja. Po cichu pytają Chiquita, czy ja zawsze jestem taka? Przecież życie ze mną musi być okropne! Komu przychodzi do głowy denerwować się sytuacjami objektywnymi, na które przecież i tak nie można nic poradzić? Im tak często wyłączają prąd, że nie ma siły, by się tym przejmowali. Grunt to optymizm i dobry humor w każdej sytuacji!

I niby git, można pozazdrościć, ale jak optymizm i dobry humor jest w pewnym sensie kulturowo "obowiązkowy", to mi się on od tej świadomości na pewno nie poprawi, raczej wręcz odwrotnie.

Aha. Na ślub przyszliśmy dwie godziny później i nie widzieliśmy ceremonii. Ale w sumie dobrze, że byliśmy tam krócej, bo obsługa na weselu była fatalna (chyba z 10 kelnerów, a godzina czekania na szklaneczkę coli. Bo jak już wspominałam, to nie tak jak w Polsce, ze butelki stoją na stole i każdy się częstuje. Byłoby "nieestetycznie". Na stole to tylko kwiaty stały, duuużo.). I co? I wszyscy zachwyceni, nikt tam sobie nie pozwala nawet w wąskim gronie na jakąkolwiek krytykę znajomych. Najwyżej coś się w żarcikach wspomniało. A to wszyscy (prócz mnie i Chiquita, ciekawe dlaczego?) nabawili się ciężkiej biegunki po tym weselisku! W Polsce by nikt nie zostawił nawet suchej nitki na takich organizatorach. I ja wiem, że to jest brzydka nasza cecha narodowa, ale kurcze, nie zaprę, jestem Polaquitą i tak jak rodacy lubię sobie od czasu do czasu porządnie ponarzekać.

11. Ja mam osobistą "bańkę" (wspaniałe określenie Sztywniary:)) całkiem przeciętną, jak sądzę. Ale na ich warunki - gigantyczną.

Fakt, że sama sobie chodzę do kuchni i robię sobie herbatę w mikrofalówce (nie istnieje tam taka użyteczna rzecz, jak czajnik bezprzewodowy), został, że tak powiem, zauważony. Ja nienawidzę być obsługiwana. Kiedy Luquita woła do stołu i pyta, co kto chce do picia, ja przeważnie nie chcę nic, bo już mam. Przesiadywanie całego rana przed komputerem i nie gadanie z nikim, oraz straszliwy fakt zamykania się w naszym pokoju (wieczna walka, Chiquito drzwi otwiera, ja zamykam - nie cierpię być przez przechodzących obserwowana), też został "zauważony". To znaczy oczywiście nikt nie powiedział nic krytycznego (Broń Boże! w twarz się takich rzeczy nie mówi!), ale było widać, że to wychwycili, jako coś dziwnego. Chiquito sam już mi kiedyś tłumaczył (obserwując zwyczaje w mojej rodzinie), że zwyczaj zamykania się przed rodzicami w pokoju uważa za bardzo paskudny.

Tak. Nie lubię być obsługiwana, obserwowana, pytana, dokąd idę, pytana, co robiłam w czasie dnia, nie cierpię, kiedy się do mnie bez powodu dzwoni. Czuję się wtedy prześladowana, i nic na to nie poradzi nawet przekonywanie samej siebie, że oni to robią tylko z czystej życzliwości.

Od przedszkola byłam "zosia samosia", a oni to "zoś samoś" czysta odwrotność. Pilnowanie swoich granic w takich warunkach bywa straszliwie męczące, że się wyrażę eufemistycznie. A i tak były one cały czas naruszane. Z czystej życzliwości, rzecz jasna.

czwartek, 12 marca 2009, la_polaquita
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/03/12 12:02:08
Ha ha ha - uśmiałam się. Reagowałabym dokładnie tak samo, jak Ty. To nie my jesteśmy dziwne, to oni sa dziwni. ;))
-
2009/03/12 13:31:41
Hehe, straszne te dotrzymywanie sobie towarzystwa. Toż ja bym nic nigdy nie kupiła w takich warunkach. Książki, ubrania, cokolwiek muszę kupować sama, żeby nikt nie patrzył. co wybieram, ile czasu mi to zajmuje itd. Nawet jak razem z chłopakiem odwiedzamy sklepy, to i tak się rozdzielamy i w efekcie każdy robi zakupy oddzielnie, bo tak jest nam i wygodniej, i skuteczniej, i szybciej.
A te ostatnie zwyczaje, które opisałaś, dotyczące "bańki" również byłyby dla mnie uciążliwe. Chociaż nawet tutaj, w Polsce, czasami mam z takim czymś problem, w mojej rodzinie, zwłaszcza odkąd wyjechałam do innego miasta i rodzice do mnie dzwonią, dowiedzieć się, co u mnie i jak mi się żyje. Pytania w stylu gdzie idę, po co i co robiłam powodują, że czuję się jakoś osaczona. Nawet jak wynikają z życzliwości czy autentycznej ciekawości, to czasem zwyczajnie nie chce mi się na to odpowiadać i zdarza mi się niemiło czy gwałtownie zareagować. Kiedyś mieszkałam z taką współlokatorką, z którą również ciężko było mi zachować granice tego typu, bo chociaż ją lubiłam, to po prostu nie zawsze chciało mi się rozmawiać i opowiadać, co u mnie, nie zawsze mi się chciało spędzać z nią czas, bo wolałam zamknąć się sama w swoim pokoju. I czasem tez było to odbierane jako dziwne.

Chociaż co do nie przejmowania się sytuacjami, które zdarzają się same i nie mamy na nie wpływu, to często mam podobnie, jak opisałaś. Zawsze dziwi się temu mój chłopak, bo on jest wkurzony, klnie na czym świat stoi, a ja spokojnie robię swoje (tyle ile można) i mówię, że i tak nic nie można na to poradzić, więc po co mam tracić nerwy i się przejmować.
-
2009/03/12 17:57:55
haha, ja jak Matylda, obśmiałam się...może dlatego, że ja jak i Ty, tak mi się przynajmniej wydaje, nie przepadam za nadmierną stadnością i nie cierpię być obserwowana. Nie lubię wynurzeń w stronę osób, o których wiem, że mnie mają w nosie, wskutek czego w pewnych kręgach uchodzę za nierodzinną i niecywilizowaną jednostkę. Cóż, ten typ tak ma:) Ale chyba zazdroszczę im luzu w sytuacjach, na które nie ma się wpływu, jak ta ze Ślubem. Ja się znam, ja bym się stresowała. A po co? Mam jakiś wpływ na to?
-
2009/03/12 18:51:56
Zapewniam Cie, ze gdybys troche dluzej pomieszkala w Ameryce Lacinskiej tez bys nabrala absolutnego luzu do takich rzeczy jak przerwy w dostawie pradu, internetu, czy - gorzej - nawet kilkudniowe przerwy w dostawie wody. Bo albo sie do tego przyzwyczaisz, albo padniesz szybko na zawal... :)
Jest jeszcze jedna rzecz, do ktorej przyzwyczaily mnie latynoamerykanskie metropolie. To miejskie korki. Stoisz w jednym miejscu juz ponad godzine? No trudno, przeciez i tak nic na to nie poradzisz... Jestes gdzes umowiony? Po prostu zadzwon, nikt nie bedzie z tego robil problemu, kazdy wie jaka jest sytuacja...

Zas czajniki bezprzewodowe jak najbardziej sa. To, ze nie sa tak popularne jak w Polsce wynika tylko i wylacznie z tego ze nie jest tak popularne picie herbaty, ale mozna je kupic w kazdym przyzwoitym latynoamerykanskim sklepie AGD.
-
2009/03/13 11:08:03
Mnie stadność nie przeszkadza, ale co moc, to příliš. Takiego "dotrzymywania sobie towarzystwa" w kazdej sytuacji chyba bym nie zdzierzyla, tak samo, jak wiecznie otwartych drzwi (chociaz np. zawsze mnie troche dziwily obyczaje mojego meza, kiedy odwiedzal swoich rodzicow - od razu do pokoju z komputerem i trzask prask drzwiami, wychodzimy dopiero na obiad). Tez mam raczej przecietna "banke", ale... po prostu fajnie jest czasem pójść na samotny spacer lub zakupy, posiedzieć sobie samemu w domu...
-
2009/03/13 18:24:14
Swietne podsumowanie. Tamtejsze zwyczaje brzmia troche jak przepis na doprowadzenie Europejczyka do samobojstwa :) Trzymaj sie dzielnie! :)
-
2009/03/14 01:40:44
Boże, od kilku tygodni, uświadamiana lekturą Twoich zapisków, odkrywam, że moja matka i prawie-teściowa są krypto-Kolumbijkami.
A Ty siedzisz chyba w moim mózgu, tak wiele odczuć i zachowań pokrywa się z moimi... Trzymaj się dzielnie, "nasz człowieku" na drugim końcu świata. Dzięki temu, że dzielisz się tym wszystkim, dowiedziałam się wielu bardzo ciekawych - i wcale nie tak łatwo dostępnych - rzeczy.
-
2009/03/15 13:32:13
Polaquita, Polaquita... znow nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podpisac sie pod Twoimi uwagami, trafnymi obserwacjami i komentarzem: mam identyczne wrazenia, czasem tez mam wrazenie bycia kosmita wsrod Latynosow. Taki juz nas los ;)
-
2009/03/15 13:52:09
oo, moj komentarz sie nie opublikowal:( weszlam zobaczyc, czy cos mi odpisalas, a tu w ogole mnie nie ma;) pisalam o tym, ze mnie ta towarzyskosc tez by troche przerazila. bardzo to dziecinne- pamietam, ze w przedszkolu i w podstawowce tak sie robilo- gdziekolwiek nie szlam, wolalam ktoras z kolezanek by szla ze mna. tak samo one, w zwiazku z czym wiedzialam, gdzie mieszka polowa ich rodziny i co beda jedli na obiad, jako, ze wszystkie zakupy byly robione w towarzystwie. no ale przyznasz tez, ze w kilkugodzinnej kolejce po mieso (lata 80-te) razniej sie stoi we dwoje! moze i u nich ma to jakies glebsze korzenie, o ktorych nie masz pojecia? w kazdym razie byla to moze i frajda gdy bylo sie dzieckiem, teraz potrzebuje spokoju! i nie chce mi sie z nikim lazic do banku, skoro nawet we wlasnym interesie ciezko mi sie tam wybrac;) i zawsze zamykam drzwi do wlasnego pokoju! siedziec z otwartymi to troche jakby siedziec w przeciagu- malo komfortowe.
-
2009/03/16 12:59:52
@matylda - Hehe, znowu dobrze wiedzieć, że jest nas takich "dziwnych" więcej:)

@emilia - Widzę, że jesteśmy pod tym względem bardzo podobne. Ja też potrzebuję właśnie spokoju i samotności na zakupach. Wkurzały mnie tam też strasznie "pomocne" sprzedawczynie. No fajnie, że cię zauważają, ale ja najczęściej nie wchodzę do sklepów po coś konkretnego. Nie chcę z nimi gadać, tylko w spokoju przeglądać buty czy ubrania na wieszakach. Jak czuję na sobie wzrok tuzina sprzedawców, których usługi właśnie odrzuciłam, to mi się już tego przeglądania odechciewa i szybko wychodzę.
Zazdroszczę ci jednak opanowania i stoickiego spokoju w sytuacjach, na które nie mamy wpływu. Ja mam tendencję panikować i wkurzać się, a przecież wiem, że to nic nie da... zdenerwuje tylko wszystkich wokół mnie.

@chiara - No dokładnie, żadnego wpływu. Ja im tego luzackiego podejścia też zazdroszczę, ale z drugiej strony ono nie zawsze takie... Jak im na czymś bardzo zależy, to też się denerwują. Np. Luquita zawsze jest bardzo spięta przed odwiedzinami Abuela, swego ojca. I podobno zawsze tak było, kiedy była młodsza potrafiła nieźle wyjechać na swe rozrabiające dzieciaki. Ale jeśli chodzi o te naprawdę obiektywne sytuacje, to rzeczywiście, pozazdrościć.

@tierralatina - O kurcze! Ale miałeś przeżycia! Toż to ja bym bez możliwości umycia się naprawdę na ten zawał padła:).
Prawda z tymi korkami. Choć z drugiej strony człowiek się w nich wcale nie nudzi, zwłaszcza w taksówkach. To, co wyprawiali niektórzy taksówkarze, łącznie z jazdą pod prąd, dostarczyło mi sporo adrenaliny...
Co do czajników, przyznam Ci się, że nie sprawdzałam w sklepach AGD, a może powinnam. Ale w żadnym domu takowego nie widziałam. Co więcej rodzice Chiquita, będąc u nas w Pradze, widzieli czajnik bezprzewodowy po raz pierwszy i bardzo się dziwili, jaka to użyteczna rzecz. Po prostu nie znali wcześniej. Poza tym już kilka osób mi opowiadało, że podobno w USA też za bardzo ich nie znają i w domach nie posiadają. Następnym razem rozejrzę się po sklepach, jeśli znajdziemy, to może nawet prezent dla rodziców będzie idealny:)
-
2009/03/16 13:38:53
@Arina - Ja myślę, że jak na mój gust ich więzy wewnątrzrodzinne są zbyt bliskie, dusiłam się po prostu. Tak jak Ty lubię wiele rzeczy robić sama, albo tylko we dwójkę, z Chiquitem i nikim więcej. Spotykać się z ludźmi też lubię - ale z zachowaniem moich granic, które są dużo dalej posunięte niż te ich.
Chiquita zas podobnie jak Ciebie szokowały właśnie obyczaje panujące w mojej rodzinie - że żeśmy się zamykali i nie rozmawiali za wiele. Ale tak bogiem a prawdą, nie było o czym. Nawet na te wspólne obiady włączało się telewizor i bogu dzięki za niego. Alternatywą było słuchanie po raz n-ty narzekań mojej mamy na temat "świat jest podły bo ja nie dostałam wcześniejszej emerytury", a od tego można osiwieć. Ale oczywiście "nowy" w rodzinie odczuwa to wszystko inaczej...

@maga-mara - Witam cię serdecznie u mnie na blogu! Do samobójstwa mi tam jeszcze trochę brakowało;), ale do ześwirowania czasem wcale niewiele. Ale już jesteśmy z powrotem (były to tylko długie odwiedziny), więc znowu jest wszystko oki, po mojemu:)

@concerta - Ciebie też witam z radością w moich niskich progach:). W Kolumbii byliśmy tylko 6 tygodni, ale to mi wystarczyło do wychwycenia wielu innych dla mnie specyfik. Więc ciągle jeszcze o tym piszę, ale na co dzień mieszkam w Czechach i bardzo mi tu dobrze:)

@polachil - Być kosmitą, dobrze to podsumowałaś... Tak się często czułam. Ale proszę odezwij się w komentarzu, albo jak chcesz to na priva, gdzie Ciebie teraz nosi? Chile, Polska, USA? bardzo jestem ciekawa...

@shyja - Niestety blox mi to też już wiele razy zrobił, i wtedy też mi trudno zachować spokój, choć wiem, że to jak ten prąd albo woda...:). Masz rację, że to dotrzymywanie towarzystwa to coś dokładnie jak to chodzenie wszędzie z przyjaciółeczką w dzieciństwie. Ja jednak tak nie robiłam, bo po prostu tak dobrej koleżanki nie miałam... Z tymi kolejkami racja, to jest akurat miejsce, gdzie zawsze warto kogoś mieć:). U nich myślę to ma po prostu korzenie w tej ich wielkiej uprzejmości i towarzyskości. Oni uwielbiają gadać, więc się wykorzystuje każdą chwilę, także załatwianie. Chyba w ten sposób sobie tego typu wyjścia uprzyjemniają:)
-
2009/03/16 16:27:35
Dokladnie Polaquito! To dotrzymywanie towarzystwa omal nie doprowadzilo do tragedii :) czyli prawie ze nie chcialam slyszec o zadnym slubie! Ilesmy sie musieli naklamac zeby pojechac gdzies samym. Idziemy do kina a ciocia podskakuje z kanapy i mowi to swietnie, a na co? A my ze yyy ale my sami chcemy isc do kina! Moja mama przylatuje a na nia czeka cala delegacja, tylko ze jeden Marce kupil kwiaty na przywitanie! I tak kazdego dnia, po 8 osob w samochodzie, 10 w restauracji itp
wreszcie udalo mi sie cos napisac;)
-
2009/03/16 18:43:40
To chyba moj pierwszy komentarz u Ciebie, wiec zapewne bedziesz zaskoczona, ale pragne Cie powiadomic, ze rowniez nominowalam Twojego bloga do Kreativ Bloggers Awards :P
Pozdrawiam!
-
2009/03/18 15:55:52
@m_barrera - Całe szczęście, że u Was do tej katastrofy nie doszło:):). Widzę, że Peruwiańczycy to też stadne zwierzęta, że hej. Ale fajnie, że Twój Marce też miał ochotę wyjść tylko s Tobą sam na sam, Chiquitowi nigdy nie było dość towarzystwa rodzinki czy przyjaciół i to tylko ja zgrzytałam zębami. Ale w końcu trudno mu się dziwić, przyjeżdża raz na trzy lata, wytęskniony, to pragnie ich mieć cały czas przy sobie...

@nonko - Chyba pierwszy, a za to z taką niespodzianką! Wielkie dzięki za nagrodę i powitania serdeczne, strasznie mi miło zawsze jak się jakiś nowy czytelnik ujawni:)
-
2009/03/25 14:20:39
Już dawno chciałam opisać różnice kulturowe między Polską i Włochami, bo choć jesteśmy w Europie i pozornie niewiele się różnimy, czasami też czuję się tu jak kosmitka. Rzecz w tym, że nigdy nie wiem, czy to ja jestem taki dziwak, który nie umie się odnaleźć, czy każdy Polak miałby takie problemy. Stąd też ciągle tego tekstu nie napisałam. Ale teraz przyszła mi straszna ochota, musze tylko pozbierać przykłady! :)
Napiszę jeszcze oczywistą oczywistość, o której wszyscy wiedzą, a najlepiej Ty, ale nie mogę się oprzeć: niesamowicie piszesz!
-
Gość: maz Kolumbijki, 91.104.96.20*
2009/03/25 20:39:05
Polaquita, Polaquita... znow nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podpisac sie pod Twoimi uwagami, trafnymi obserwacjami i komentarzem: NIEEEE ;)

Ad.9&11 Trafne, tyle ze dokladnie te same obserwacje czynila Champi w Polsce:) serio!
-
2009/03/25 22:39:12
@maz Kolumbijki - Czy Champi to twoja żona? Wierzę, że mogła czuć się w Polsce "jak kosmitka". Są różnice kulturowe i są osobowościowe, u każdego człowieka to chyba bardzo indywidualna sprawa, jak je odczuwa i przeżywa.
-
2009/03/25 22:49:43
@latajaca-pyza - No właśnie ja chyba najmniej o tym wiem (ech, te kompleksy...), dlatego dzięki!:) Koniecznie napisz tę notkę o Włochach, wierzę, że różnic jest pełno, nawet tacy Czesi, niby za miedzą, a różnią się od Polaków bardzo. Ale ja też miałam podobny problem pisząc te notki, mianowicie na ile mogę generalizować i nazywać te moje obserwacje "kulturowymi". Inna Polka czy Polak prawdopodobnie mogliby przeżywać te sytuacje zupełnie inaczej. Poza tym dobrze poznałam tylko jedną rodzinę, która, choć szeroko rozgałęziona, może mieć pewne cechy tylko jej właściwe. Więc na pewno dobrze, że ludzie w komentarzach zgadzali się ze mną lub nie, pokazuje to tylko, że także doświadczenie innej kultury jest bardzo indywidualne.
-
Gość: maz Kolumbijki, 91.104.112.20*
2009/03/29 17:50:41
pisalead9m '&11': propo ciaglego dotrzymywania towarzystwa itp.
Sens byl taki, ze tu roznicy kulturowej nie ma, bo w Polsce cudzioziemcy maja podobne przezycia.
Dlatego Champi choc ciagle traktowana jak kosmita, za pierwszym razem w Polsce mowila ze placze, bo Polska jest tak podobna do Kolumbii, jest tak rodzinnie, itd. ze jej sie dom przypomina i lzy jakos same leca...
-
2009/04/04 09:49:47
@maz Kolumbijki - Chiquito nie miał podobnych przeżyć, ale może to wynika ze specyfiki mojej rodziny. Cieszę się, że Champi tak pozytywnie przeżywała wizytę w Polsce:)
-
2009/05/24 18:00:55
O rany, jestesmy identyczne! Do szalu bym mnie doprowadzala taka rodzina, ja lubie nawet caly dzien przesiedziec sama w domu i do nikogo sie nie odzywac, nie wychodzic i w ogole miec wszystko w nosie. Albo dwa dni, albo trzy... Na szczescie Gucio mniej wiecej to rozumie, choc on jest bardziej towarzyski, ale gdyby byl jak Chiquito, to chyba klocilibysmy sie sto razy czesciej. W ogole w histerie bym wpadala, muszac ciagle przebywac z taka rodzina jak rodzina Tweho meza, niestety. Nie jestem w stanie isc dlugo na takie kompromisy, psuloby mi to caly spedzany czas. Zreszta co to znaczy "nie miec nic do roboty"? Zawsze cos sie znajdzie i nie przepadam za ludzmi, ktorzy sie duzo nudza i 'podczepiaja' pod innych i ich zajecia.
-
2009/05/25 10:47:33
@chihiro - Fajnie wiedzieć, że ktoś czuje tak jak ja! Od razu czuję się mniej "dziwna":). Ja też zawsze sobie znajdę coś do roboty, nie pracuję teraz i ku zdziwieniu wielu znajomych (co ty robisz po całych dniach?) do głowy nie przyszłoby mi się nudzić.
Bardzo też nie lubię "krakać jak inne wrony", bo, że tak powiem, znalazłam sobie już swój własny styl krakania i dobrze mi z nim, a jest on niestety zupełnie inny niż ten kolumbijski. Co do Chiquita, to wbrew pozorom, on moją potrzebę bycia czasem nietowarzyską, zamykania się we własnym świecie itd. może nie rozumie, ale w pełni akceptuje. Ale tu, w Europie. Tam, w Kolumbii, był rozdarty pomiędzy mnie, moje humory, a chęć zadowalania swojej rodziny, którą przecież widzi tak rzadko. To, że nie napełniła się jego wizja wspaniałej harmonii, że ja nie dałam rady się przystosować, chyba bardzo go bolało. Ale poradził sobie z tym, nie robił mi wyrzutów.
-
2009/05/25 12:00:08
Na tym polega udany, dojrzaly zwiazek dwojga dwoch roznych ludzi - ze jedno potrafi zaakceptowac drugie, kochac nie tylko "za cos", ale tez "pomimo czegos". Przeciez Tobie tez nie przyszloby do glowy zmieniac go i zakazywac mu towarzyskosci, chciec, by patrzyl bardziej pesymistycznie na zycie. W koncu pokochaliscie sie, zwiazaliscie razem i macie zamiar wspolnie kroczyc przez zycie. Ciekawa jestem Waszego kontaktu z Fricholinka, czy bedziecie mieli wspolna wizje jej dorastania, czy beda sie one roznic...
A propos, wiem, ze nie zdradzasz jej przyszlego imienia, ale wymysliliscie jakies?
-
2009/05/26 06:56:17
@chihiro - Masz absolutną rację. Choć czasami ta akceptacja trudno przychodzi.
Też jestem bardzo ciekawa, jak będą się różnić albo zgadzać nasze wizje wychowania. Mamy dość różne doświadczenia z naszych rodzin, więc zobaczymy...
Imię wymyśliliśmy, ale cały czas nie jesteśmy pewni na 100%... Może jak małej spojrzymy w oczy po narodzeniu, to się upewnimy;). Na pewno się go dowiesz już niedługo:)
AlternaTickers - Cool, free Web tickers