O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 05 marca 2010
Stary blog, nowy blog

Jak już pewnie zauważyliście, zniknęłam z blogosfery na pewien czas. Mogłabym się wymawiać brakiem czasu, co do pewnego stopnia jest prawdą, ale wiadomo, jak ktoś chce znaleźć na coś czas, to go znajdzie. Prawda jest taka, że od pewnego czasu nie mam serca do tego bloga, czuję jakieś "zmęczenie materiału".

Niniejszym dziękuję Wam wszystkim, którzy towarzyszyliście mi na mojej bloxowej ścieżce przez ładnych parę lat. Dziękuję za wszystkie komentarze, za podtrzymywanie na duchu, rady, plotki, ciekawe dyskusje. Bez Was nie byłoby tego bloga.

Jeżeli będziecie mieli ochotę, zapraszam na mój nowy blog, pt. Dla Fri. Chcę żeby miał on inny charakter niż Daleko stąd. Czuję, że szczerego zwierzania się w necie z osobistych problemów dla mnie już starczyło. Już nie mam na to ochoty.

Dla Fri, jak sama nazwa wskazuje, będzie blogiem o Fri, czyli o małej osóbce, która zajmuje 90% mojego czasu. Będzie kroniką jej postępów, skrótowymi sprawozdaniami z naszej wspólnej codzienności. Z tego wynika oczywiście, że "target" mi się dość zawęzi. Nowy blog adresowany będzie przede wszystkim do rodziny i przyjaciół, ludzi, którym zależy na Fri i którzy ciekawi są jej życia. Zapraszam również jak najserdeczniej Was wszystkich, naszych internetowych przyjaciół, o ile nie znudzi Was monotematyczność:).

Na razie wybaczcie beznadziejną grafikę, dopiero obczajam wordpressa. Nie ukrywam, że jednym z powodów do przenosin była też chęć zmiany platformy. Tym niemniej dziękuję bloxowi z całego serca za goszczenie mnie tutaj tak długo. Fajnie było:). Szkoda kończyć. Ale tak się toczy życie, jedno się kończy, drugie zaczyna. Do napisania!

16:58, la_polaquita
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Z kroniki Fri

12 stycznia

Już tydzień Fri uczy się siadać. Zaczęła dokładnie w poniedziałek 4 stycznia, tuż po naszym powrocie z Sumavy. Jak zwykle zostawiliśmy ją nagusieńką po kąpaniu, żeby się bawiła, aż tu nagle patrzymy, a ona w takiej dziwnej pozycji jest. Nóżki na boku, siedzi tak krzywo i podpiera się rączkami. I się cieszy. Brawo, kochana Fri!

14 stycznia

Ze spaniem od początku mamy wielkie problemy. Pierwsze trzy miesiące Fri nie chciała usypiać nawet w wózku, tylko pierś i noszenie pomagało, a i tu protestowała jak cholera. Potem zaczęła wybudzać się w nocy i w sumie robi to do dziś (ekstremalne noce – budzi się co ok. godzina, można ocipieć). Ale ostatnio pojawiło się światełko w tunelu. Od paru dni usypia ją w łóżeczku tatuś i ma na nią nowy sposób: trzeba drania zaskocżyć. Potrząsać grzechotką (ale nie tą samą co wczoraj, nie-e) aż wrzeszcząca i płacząca Fri się zapatrzy i wtedy jest stracona. Odpływ na całego.

Serce się kraje słuchając tych jej płaczów, ale zaciskamy zęby i wytrzymujemy. Postanowiłam w końcu odstawić, a nosić dziesięciokilowej panny do zaśnięcia już też nikomu się nie chce.

22 stycznia

Dziś rano po raz ostatni dałam Fri pocycać z piersi. Trochę szkoda, trochę smutno, ale miałam już tego nocnego cycania serdecznie dość, nie mówiąc o tym, że mleko już praktycznie zanikło. Fri oczywiście nadal wybudza się w nocy, ale wczoraj po raz pierwszy wystarczył nam smoczek, by znowu ją uspać.

Wszystko się kiedyś kończy, i bardzo dobrze, ale jakaś taka nostalgia zostaje, bo tak bliskiego przytulenia już nigdy między nami nie będzie.

23 stycznia

Nie do wiary - Fri zasypia w łóżeczku ze smoczkiem! Doczekaliśmy się. Co za ulga, koniec noszenia, koniec cycania. Nawet nie było tak trudno ją tego nauczyć. Wkładamy ją do łóżeczka - ale musi być porządnie zmęczona - dajemy smoczek, śpiewamy nasze ulubione piosenki i Fri odpływa. Gorzej jak jeszcze nie chce jej się spać: gardło puchnie od śpiewania, a bąbel nasz się śmieje:). W nocy oczywiście nadal się wybudza, ale wtedy biorę ją do swego łóżka, przytulam, daję smoczka lub "oszukane" mleko i najczęściej śpi dalej.

Rozmyślam czasami, dlaczego przedtem nie dało się jej tego nauczyć, tego mitycznego zasypiania w łóżeczku, a teraz nagle tak. Chyba po prostu Fri musiała do tego dojrzeć. A ja wreszcie podjąć konsekwentną decyzję o odstawieniu i daniu jej smoczka. No i musiał to wprowadzić kto inny - Chiquito - bo ja po prostu nie wierzyłam, że to możliwe.

25 stycznia

Fri raczkuje! Jeszcze wczoraj zrobiła może 1 - 2 kroczki, a brzuszek znowu padał na ziemię. A dzisiaj bez problemu przemierzy koło 1m. Nóżki ciągle jeszcze się jej trochę rozjeżdżają, ale walczy, zuch dziewczyna.

W naszym ciasnym mieszkaniu jest coraz mniej zakamarków, które jeszcze nie zdążyła odkryć. Najbadziej lubi... śmieci. Te do recyklacji latają po wszystkich kątach! A ja pozwalam jej na to bez problemu, pozwalam jej zajrzeć wszędzie, dotknąć i włożyć do buzi co tylko chce (o ile oczywiście nie jest to jakoś niebezpieczne). Chcę żeby była odporna dziewczyna, co żadnego brudu się nie boi, która wlezie do mysiej dziury, żeby zaspokoić ciekawość.

fri raczkuje

21:24, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (14) »
środa, 23 grudnia 2009
Definicje miłości

Podobno Boże Narodzenie do święta miłości. Niemal wszyscy spotykamy się w rodzinach i staramy się sprawić przyjemność tym, których kochamy.

Ale co to jest miłość? Podobno polski fiozof Henryk Elzenberg powiedział, że to zachwyt nad cudzą innością. A Rainer Maria Rilke, że to czuwanie nad samotnością ukochanej osoby.

To piękne filozoficzne definicje, ale chyba trochę aż nazbyt wyidealizowane. Powiedzmy szczerze, czy naprawdę jesteśmy w stanie zachwycać się innością naszych partnerów? Ta ich inność często nas drażni i jest powodem do konfliktów. Już bardziej podoba mi się druga definicja - bo w gruncie rzeczy choć przebywamy razem i tyle nas łączy z drugą osobą, pozostajemy samotni, osobni, nigdy do końca niezrozumiani.

A jakie są wasze definicje miłości?

piątek, 18 grudnia 2009
Wesołych i zdrowych!

Tak się ostatnio składa, że nie pojawiam się za często ani na moim, ani na Waszych blogach, ale korzystając z okazji nadchodzących świąt, wróciłam na chwilę, by życzyć. Życzyć Wam wszystkiego dobrego na te Święta i na cały nowy rok. W imieniu moim, Chiquita i naszego Bąbla. Niech symbolika tych Świąt przyniesie chwilę zadumy nad życiem, rodziną, tym, co najważniejsze. Do napisania w Nowym Roku!

ws

16:40, la_polaquita
Link Komentarze (9) »
niedziela, 29 listopada 2009
Fri ma urodzinki!

Wczoraj Fri skończyła równo pół roku. Z tej okazji została zważona i zmierzona u pani doktor - 9.400 kg i 71 cm.

Chiquito postanowił w końcu wypalić na dvd wszystkie filmiki, które przez te cudowne/trudne pól roku zrobiliśmy Fri i wysłać wszelkim dziadkom i ciociom. Z tej okazji je sobie wczoraj oglądaliśmy po kolei, żeby czasem co niecenzuralnego nie puścić:). Normalnie nie poznawałam - ten skurczony, opuchnięty, ledwo machający łapkami noworodek to nasza Fri? Niesamowite, że człowiek tak strasznie zapomina, jak to było wcześniej. Żyje się chwilą obecną i koniec. A tak wygląda aktualnie nasza córcia:

fri

Fri

fri

fri

fri

05:55, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (21) »
piątek, 13 listopada 2009
Mini książka kucharska

Agradabla wpadła na świetny pomysł i założyła nowego kucharskiego bloga. Pomysł wymieniania się ultrałatwymi przepisami bardzo mi się spodobał, więc postanowiłam podpiąć się do projektu:).  Rzecz idealna dla zabieganych mam, takich jak ja;), które między pieluchą a butelką raczej nie dadzą rady ugotować pięciodaniowego obiadu z kałamarnic, ale chcą szybko, prosto i pysznie.

Tutaj znajdziecie założenia bloga, który powstał w zasadzie dla jednej osoby, Słowaczki, i dlatego nie zdziwcie się widząc te dziwne haczyki i kreseczki nad literkami:). Agradabla pisze po czesku, ale ja postanowiłam przepisy zamieszczać także po polsku, żeby i jaki zabłąkany Polak/Polka mógł skorzystać:). Na początek wrzuciłam moje ulubione potrawy z tuńczyka. Zapraszam serdecznie.

Mini kucharka pro Maxi kucharky

A jakby sięktoś chciał przyłączyć, niech się uśmiechnie do Agradabli o dostęp do bloga (agradabla@gazeta.pl):)).

18:23, la_polaquita
Link Komentarze (12) »
czwartek, 12 listopada 2009
Bąblujemy sobie

Nasza mała rodzinka żyje sobie coraz spokojniej. Fri rośnie jak na drożdżach, ma już ponad 5 miesięcy! W poniedziałek byliśmy u doktora i okazało się, że słusznie podejrzewałam, iż przekroczyła już granicę 9 kilo. Jest to duża panna, ma wspaniałe słodkie fałdki i śmieje się całym pyszczkiem. A od dwóch, trzech dni przekręca się na brzuszek i z powrotem - niesamowite, jesteśmy tym tak podekscytowani, że każdy jej przewrót nagradzamy oklaskami:). Wcina też marchewkę. Na razie krzywi się i wypluwa, ale w końcu mama jest tu szefem, więc nie ma wyjścia, musi papać:).

A ja zamiast czytać poradniki i denerwować się, że wszystkie te wspaniałe opisywane metody w ogóle nie działają na Fri, postanowiłam nie przejmować się już niczym. Wspaniały przykład dała mi Wilczyca z Krakowa, stara koleżanka, mama dwóch świetnych chłopaków (5 lat i 10 miesięcy). Odwiedziłyśmy ją razem z Fri w ramach naszego niedawnego pobytu w Polsce. Wilczyca żyje totalnie na luzie, twierdzi, że nie przeszkadza jej wstawanie w nocy, małego usypia w wózku jeżdżąc po mieszkaniu, chodzi do pracy i zostawia chłopaków z opiekunką, nie przestrzega żadnych godzin posiłków, pozwala buszować po szufladach i odkrywać cały świat. Spokojna i zadowolona kobieta. Pełen luz.

Czego nie można zmienić, warto to polubić. Kiedy Fri marudzi, zamiast się wkurzać, kładę się ostatnio obok niej na podłodze i całuję po szyjce (ma tam gilgotki) ile wlezie. Albo przytulam i cieszę ciepłem jej ciałka. Usypiam w chuście tańcząc po pokoju. Zaczęłam pisać dla niej bajki i czytam jej, choć na razie słucha tylko przez chwilę.

W domu tymczasem burdel na kółkach, a ja mam tyle pomysłów, i żadnego nie udaje mi się zrealizować, kolejny dzień przecieka przez palce, nienapisane emaile, artykuły, niewyprasowane ubrania, nieprzeczytane książki. Ale nie mam poczucia zmarnowanego czasu, bo przecież to był kolejny ważny dzień w życiu Fri, w którym tyle się nauczyła!

Chiquito powiedział mi ostatnio, że macierzyństwo mi służy, a na początku w ogóle na to nie wyglądało. Bał się nawet, że będzie ze mną jeszcze gorzej niż kiedyś, w czarnym okresie moich depresji. I proszę, jak się wszystko odwróciło.

A ja myślę, że całkiem podobny skok zrobiła Fri - z wrzeszczącego zawiniątka, które darło się w wózku, przy przewijaniu, kąpaniu, a nawet odłożeniu na łóżko, stało się niezwykle pogodne dziecko. Uśmiecha się do wszystkich wokół, dobrze znosi zmiany i podróże, i tak jak rodzice nie prowadzi zbyt ustabilizowanego życia. Po prostu nasz super Bąbel!

my

19:06, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (8) »
sobota, 24 października 2009
Cygański zajeb*

Pisałam już kiedyś o uprzedzeniach, które, nie czarujmy się, każdy z nas ma. Ja lubię siebie uważać za osobę tolerancyjną, otwartą, nie myślącą stereotypami. Niestety sprowadza się to czasem do tego, że pewne tematy ignoruję, staram się o nich nie mówić i nie myśleć, ewentualnie wygłaszam tylko powierzchowne truizmy, by przypadkiem nie zachwiać tego obrazu samej siebie.

Jednym z tych unikanych przeze mnie tematów są Romowie. W Czechach jest ich sporo i większość Czechów nie ma podobnych dylematów jak ja. Chwalą się wręcz swoją ksenofobią i niewiedzą, wygłaszając ciągle te same ograne hasła o tym, że Cyganie utrzymują się z naszych podatków, że są leniwi, że śmiecą i dewastują mieszkania z przydziału itp., zamiast spojrzeć trochę głębiej pod podszewkę problemu. A ten problem to przede wszystkim ogromne różnice między naszymi kulturami i wielkie niezrozumienie.

W kulturze romskiej podobno nie istnieje tzw. etos pracy, który stoi u podstaw naszego większościowego społeczeństwa. Żeby przeżyć, trzeba oczywiście zdobyć środki utrzymania, ale wszystko jedno jaką drogą - czy będzie to praca dorywcza, tradycyjne rzemiosło, żebranie, kradzież, oszustwo, wróżenie, zapomoga społeczna. A jeśli uda się właśnie pracę ominąć, tym większy będzie prestiż takiej "sprytnej" osoby. Dla nas to oczywiście świat wartości postawionych do góry nogami. Jest to ogromna różnica, która zawsze stała kością niezgody między białą większością i romską mniejszością.

Największą wartością Romów jest szeroko pojęta rodzina (obejmująca wszelkich krewnych i pociotków), która chroni swoich członków, jednocześnie izolując ich od świata "gadziów". Rodzina wspiera swych członków ekonomicznie, a także psychologicznie, daje poczucie tożsamości, przynależności, sensu. Bez rodziny Cygan jest niczym, dlatego największą karą jest wygnanie, wyrzucenie z klanu. Indywidualizm, tak gloryfikowany w naszej kulturze Zachodu, nie istnieje. Bycie samym to najgorsza kara.

Romska tradycja przekazywana jest ustnie, z pokolenia na pokolenie, tak uczone są dzieci wszystkiego, czego potrzebują do przeżycia. Edukacja szkolna wydaje się tym ludziom nawet dziś, z nielicznymi wyjątkami, niepotrzebna i bezsensowna. Nie mówiąc już o tym, że "biała" szkoła niczego nie ułatwia dzieciom, których język macierzysty jest kompletnie inny, które idąc do pierwszej klasy znają czeski czy polski w znikomym stopniu. A potem, przy szukaniu pracy jest jeszcze gorzej - bezrobocie wśród Romów jest zastraszające, mało kto da im szansę.

To tyle, wyczytane przeze mnie w różnych artykułach. Dużo się ostatnio pisze o imigrantach, zwłaszcza muzułmańskich, i ich problemach z integracją w Europie (m.in. bardzo ciekawy wpis Chihiro), ale i my mamy, tu w Polsce, Czechach, Słowacji, czasem na sąsiedniej ulicy, takich imigrantów sprzed wieków, którzy, co ciekawe, do dziś zachowali swój język, wartości, wierzenia, tak różne od naszych. Nie spłynęli z większością, zachowali swoją dumę i własny sposób na życie.

Stało się tak nawet pomimo tego, że po II wojnie światowej (i tragedii Holocaustu, która tak strasznie doświadczyła Romów), została im odebrana podstawa ich kultury - koczowniczy tryb życia. Komuniści, wydając zakaz wędrowania, wpychając tych ludzi na siłę do gett z wielkiej płyty, wyrządzili im największą krzywdę. Odebrano im dumę nomadów i skazano na wegetację na marginesie, wiszenie na zasiłkach, degenerację tradycyjnych wartości i zawieszenie w próżni.

Przyznam się, że widząc grupy Romów na ławkach np. w centrum Pragi na Arbesovym namesti, obserwując ich krzykliwość i wspólnotowość, odczuwam swego rodzaju strach i respekt. Ich sposób życia jest tak różny od naszego, że człowiek taki jak ja, źle czujący się na wszelkich masówkach, lubiący zamykać się w swoich czterech ścianach, w swojej małej rodzince, po prostu odsuwa się i nie wie, jak tu w praktyce pokazać swoją słynną "tolerancję".

Rozczarowałam się tak sama sobą, ale muszę się tu do tego przyznać, może tak oswoję demona. Pojechaliśmy niedawno oglądać mieszkanie w jednym podpraskim mieście, i kiedy dojeżdżaliśmy samochodem, ujrzeliśmy grupę romskich dzieci bawiących się przed sąsiednim budynkiem, a jedno z nich nawet do nas podbiegło. Były to sympatyczne, wcale nie zaniedbane dzieci, ale ja nie wiedziałam, jak się zachować. Mieszkanie nie podobało nam się z innych powodów, ale to doświadczenie uświadomiło nam, że mimo całej naszej szumnej otwartości na inne kultury, nie chcielibyśmy kupić mieszkania w okolicy zamieszkałej przez Romów. Chociaż, z wiadomych powodów, bywa tam bardzo tanio.

I tak się wzajemnie izolujemy. Oni nie rozumieją nas, my ich. Ale ja bym bardzo chciała zrozumieć, poznać, dowiedzieć się więcej. Wyzwolić się z więzów własnych uprzedzeń.

Polecam artykuły (ten i ten) w Dużym Fromacie, które ciekawie podnoszą temat. A może istnieją jakieś dobre książki, powieści, napisane przez samych członków tego narodu, przybliżające nam romską kulturę i problemy z białą większością? Nie słyszałam o żadnej, a szkoda. Czegoś takiego nam trzeba, by uprzedzenia zastąpił dialog.

* Tytuł piosenki grupy Grabaż i Strachy na Lachy, która, notabene, wcale o Cyganach nie jest:).

czwartek, 22 października 2009
Zapraszam!

Kto ma ochotę, zapraszam do przeczytania mojego artykułu o starym centrum Pragi na portalu Perlei. :)

19:11, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (12) »
środa, 21 października 2009
Sylwia Chutnik: Kieszonkowy atlas kobiet

"Połknęłam" Kieszonkowy atlas kobiet jednym tchem (dzięki, AW!). Jest to powieść niepozbawiona wad, ale za to prawdziwa aż do bólu. Taką literaturę bardzo sobie cenię.

Książka składa się z czterech opowiadań. Łączy je miejsce zamieszkania wszystkich bohaterek - stara kamienica na warszawskiej Ochocie. Łączy je także ich imię, najbardziej symboliczne z polskich imion kobiecych, Maria. W powieści pojawia się ono w mnóstwie wariacji, jest imieniem kobiety polskiej par excellance, Maryi, niebiańskiego wcielenia wszystkich uznawanych społecznie kobiecych ról.  "Atlas" to powiedziałabym książka gendrowa - czasami aż nazbyt kłują w oczy gendrowe teorie socjologiczne, przekute w fikcję literacką. Ale trzeba to autorce wybaczyć, bo ta fikcja jest bardzo przekonywująca.

Mamy więc cztery bohaterki: menelicę Czarną Mańkę, wariatkę z opuchniętą od taniego alkoholu twarzą, panią Marię, samotną staruszkę, której życie zatrzymało się w czasie wojny, "paniopana" Mariana, kobietę w ciele faceta, i małą Marysię, dziewczynkę ogarniętą bardzo niedziewczyńskim szałem niszczenia.  Zdecydowanie najbardziej udaną postacią jest dla mnie pan Marian. Opowiadanie mu poświęcone jest po prostu genialne, nie ma w nim jednego zbędnego słowa. Stylizowane jest na miejską gawędę - tak by mogła opowiadać plotki o dziwnym "homo niewiadomo" sąsiadka sąsiadce. A przy tym lekkim tonie gawędy nieszczęśliwe życie pana Mariana, delikatnego faceta z przewagą cech kobiecych nad męskimi, po prostu wstrząsa i długo nie zostawia czytelnika w spokoju. Czegoś takiego jeszcze w literaturze nie było, ja przynajmniej nie czytałam.

W postaciach pani Marii i Czarnej Mańki natomiast czułam podczas lektury pewne nieprzyjemne zgrzyty. Tak jakby autorka za dużo tych kobiecych ról (wyróżnianych w tekście tłustym drukiem) chciała zmieścić w jednej osobie. I tak Mańka jest i pijaczką z marginesu, i handlarą, "królową bazaru", i obsesyjnie sprzątającą gospodynią domową, i "świętą wiariatką", matką wyimaginowanego dziecka, i kobietą samookaleczającą się, nienawidzącą swego ciała. Starczyło by tego na dwie postaci, a może nawet trzy. W ten sposób postać Mańki niestety odrealnia się, staje się bardziej zlepkiem tych wyróżnianych tłustym drukiem ról (Kura, Matka Gastronomiczna, Matka Klozetowa, Kobieta Bez Sensu itp.) niż postacią z krwi i kości. Podobnie pani Maria też jest trochę zbyt "wypchana" rolami (Żydówka, kobieta walcząca, starucha z przychodni plotkująca o chorobach, Madonna) ale u niej to aż tak nie razi, lepiej się to poskładało i postać jest wiarygodna.

Najbardziej niepokojące jest ostatnie opowiadanie o Marysi Niszczycielce. Trudno sobie co prawda wyobrazić, żeby jedenastoletnia dziewczynka miała tak sprecyzowane poglądy w kwestii "walki z systemem", ale w sumie postać i tak jest lekko odrealniona (potrafi zabijać "bazyliszkowym" spojrzeniem), więc czemu nie. Czytając to opowiadanie cały czas słyszałam gdzieś w uszach echo piosenki Cool Kids of Death:

Niech wszystko spłonie
Niech będzie koniec
Dokumenty, bilety
wszystkie gesty i słowa
Spalę wszystko doszczętnie
Potem zacznę od nowa

"Atlas" to książka trafna jak mało która. Takie jesteśmy, my, polskie kobiety. Alkoholiczki, sprzątaczki, wariatki, wojowniczki, matki, kurwy, dziewice, Madonny. Takimi nas zrobiono.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers