O podróżach dalekich i bliskich
wtorek, 30 stycznia 2007
Święte słowa
Im więcej masz do zrobienia – tym więcej zrobisz. I to, i tamto i jeszcze dziesiąte. Wtedy w takiej atmosferze napięcia, presji, ponagleń, terminów – wtedy dużo możesz dokonać.

W sytuacji pustki, ciszy, spokoju, martwoty – nie zrobisz nic.


Czytam właśnie Duży Format online, w całości poświęcony Ryszardowi Kapuścińskiemu. Te jego słowa mnie zainteresowały. Ma absolutną rację. Ze mną jest tak samo. Potrzebuję deadline, miecza nad głową, żeby cokolwiek zrobić. A potem, tak na ostatnią chwilę, wszystko zdumiewająco dobrze wychodzi. Dlaczego więc nie daje rady teraz, kiedy teoretycznie jest czas?

Owiniam o to nudną pracę, która wpędza mnie w marazm, ale może ten marazm jest we mnie... Jak się go pozbyć? Uciekać?

poniedziałek, 29 stycznia 2007
Wiadomość dnia
Wczoraj zastrzelił się w ogrodzie swojego domu najsłynniejszy czeski kompozytor popowy Karel Svoboda.

Nie żebym miała jakiś specjalny stosunek do niego czy jego muzyki, choć oczywiście chcąc nie chcąc znać ją muszę. Bo tutaj w Czechach wystarczy włączyć radio czy telewizję, żeby z dużym prawdopodobieństwem natrafić na jego piosenkę. Jeden przykład za wszystkie - pszczółka Maja. Tę melodię potrafi zanucić każdy Czech, Polak, Niemiec, a nawet Kolumbijczyk!

Od rana w pracy radio nie trąbi o niczym innym, tylko o samobójstwie Svobody. Czesi pytają dlaczego. I jak zwykle na takie pytania odpowiedzi są prościutkie. Podobno był chory i to dlatego. Podobno miał długi. Problemy rodzinne. Ogólnikowe frazy, którymi ludzie bardzo chętnie wyjaśniają sobie sprawy, których nie są w stanie zrozumieć. Tymczasem każde samobójstwo to tajemnica. Coś nie do pojęcia dla człowieka, który zajęty swymi małymi sprawami jeszcze nigdy nie znalazł się na egzystencjalnej krawędzi. Nawet kiedy samobójca zostawia list, często niewiele to wyjaśnia. Svoboda listu nie zostawił.

Ja nigdy aż tak blisko tej krawędzi nie byłam, ale potrafię sobie coś niecoś wyobrazić, bo kiedyś bardzo bliska mi osoba prawie to zrobiła. Na szczęście zamiast pogrążyć się w przepaści powoli zaczęła wracać do życia, a nawet nauczyła się nim cieszyć. Tym niemniej byłam nieudolnym i bezradnym świadkiem całego tego destrukcyjnego procesu i wiem, jak bardzo człowiek musi być zdesperowany, jak bardzo na dnie, żeby sięgnąć po środek ostateczny. Po kolei skreśla wszystko, co łączy go z życiem, skreśla każdą drobną nadzieję jako nieistotną i idzie dalej i głębiej, żeby w końcu wybrać śmierć jako straszliwie naturalny koniec całej tej mordęgi. Pamiętam jak dziś jej słowa, że droga do tej decyzji to długa i bolesna walka z każdym złudzeniem, z każdą nadzieją. Tak samo straszna jak droga powrotna.

Powodów jest zawsze dużo, wzajemnie się nakręcają i rosną jak w tobie jak rak. Kto wie, może Karel Svoboda miał też fizycznego raka i to był powód główny (pewnie dowiemy się już wieczorem, jak media ogłoszą wyniki sekcji zwłok). Ty niemniej samobójstwo, tak jak każda śmierć, zasługuje na głęboką żałobę (nie zewnętrzną lecz wewnętrzną) i szacunek, a nie na ucieczkę w banał.

16:52, la_polaquita , po czornu
Link Komentarze (3) »
środa, 24 stycznia 2007
Wszystko!
W sobotę byliśmy u znajomych oglądać ich mieszkanie. Między innymi oczywiście, bo przeciez były i pogaduchy i jedzonko też, ale głównym celem było przyjrzenie się mieszkanku. Bo owi znajomi opuszczą je na końcu tego roku szkolnego i my moglibyśmy je po nich wynająć.

Zakochałam się w rzeczonym. Jest małe i przytulne, ale większe niż to, co wynajmujemy teraz. Jest w nim CIEPłO!! Nasza znajoma jest taka jak ja - lubi porządnie w mieszkaniu zagrzać (inaczej sinieje i kurczy się w sobie - zupełnie jak ja:)), i z czystym sumieniem mi mogła to mieszkanie polecić jako dla zmarzlaków odpowiednie. Doskonała lokalizacja - metro Prazskeho povstani w odległości trzech kroków, Vysehrad i Kavci hory o rzut beretem. Ogromny taras! Dwa pomieszczenia, czyli sypialnia i salonik - goście są jeszcze milej widziani:) Wanna! Wszystko na gaz, a więc taniej niż prąd. Właściciel podobno super. Ale... o 4 tys. koron droższe niż nasze obecne.

No i po powrocie do domu w sobotnią noc pokłóciliśmy się z Chiquitem. Bo ja według niego jak coś chcę, to się napieram i wkurzam jak ktoś mi się burzy. A on się burzył. Na każdy mój argument miał kontratak. No jasne, że mnie to wkurzało!

Zwłaszcza jak twierdził, że pod względem przestrzeni wcale byśmy sobie nie polepszyli standartu. Bo nasza kawalerka ma 30 m, a to ich dwupokojowe 40. I ma przedpokój, którego my nie mamy, więc tych 10 dodatkowych metrów to pewnie przedpokój właśnie, a nie wiadomo, czy do tego tarasu nie liczą...

Jasne, te pokoiki tam są maciupkie. Ale za to są różne schowki, komórka i półki aż pod sufit. I na pewno taras ma metraż osobno! A nasi znajomi zostawili by nam różne meble... I rower można by w końcu przestać trzymać na korytarzu przywiązany do rury, ryzykując jego stratę. No i ta okolica. I opalanie na tarasie.. i, i...

Ale niestety w jednym muszę przyznać Chiquitowi rację: mój wyjazd. Chcę jechać na Erasmus do Anglii w nowym roku szkolnym. I Chiquito by musiał sam to mieszkanie płacić, zamiast oszczędzać na coś własnego. A to by nie było wobec niego fair. Po co mu większe mieszkanie, skoro mnie by w nim i tak nie było?

I co robić? Przecież to taka okazja! Smutno mi, bo chcę mieć wszystko! Wszystko! Wszystko! Nie chcę musieć wybierać:(

Ale najgorsze to i tak pokłócić się z Chiquitem: ja się obrażam, on się obraża, i spirala się nakręca.

Na szczęście przestaliśmy o temacie rozmawiać i znowu jest fajnie. Ale decyzję trzeba będzie kiedyś podjąć.
17:31, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 stycznia 2007
castellano a la colombiana
Jak wszystkim, którzy w swym życiu liznęli trochę hiszpańskiego, wiadomo, w każdym kraju hiszpańskojęzycznym mówi się inaczej. Inny jest akcent, słowa, przysłowia a nawet gramatyka. Często to, co w jednym kraju znaczy coś bardzo neutralnego, w innym jest sprośne, lub na odwrót. Wspaniałe jest to, że mieszkańcy jednego ogromnego kontynentu mówią tym samym językiem, mimo to często dochodzi do nieporozumień. Latynosi to na szczęście ludzie weseli, więc się nie obrażają, a podobne lapsusy kwitują wybuchem śmiechu:)
Dziś pierwsza porcja kolumbijskich ciekawostek językowych:

chino - chińczyk. Kiedy Chiquito rozmawia przez skype z rodzicami, ojciec zawsze go wita słowy "Hola chino!". Wydawało mi się to strasznie dziwne - może da się od biedy nazwać Chiquita indianinem, ale dlaczego Chińczyk?? Zostałam więc uświadomiona: w Bogocie mówi się tak na chłopaka, dziecko, syna.
Inny przykład, też zasłyszany: Tan joven y ya casado, con chinos - "Taki młody a już żonaty i dzieciaty".

berraco - słownik internetowy mi podaje znaczenie "beksa". Nigdy tego nie słyszałam w tym znaczeniu. Na odwrót - w Kolumbii mówi się tak na człowieka, który zawsze sobie da radę, z niejednego pieca chleb jadał, po prostu porządnego macho i twardziela.

W filmie "Matka boska morderców" jest taka scena: główny bohater, starszawy już pisarz homoseksualista, odpowiada komuś, kto nazwał go "marica" czyli "pedał": Yo no soy marica. Lo que soy es un berraco!
Oczywiście chodziło mu o to, że wielki z niego "męski" playboy, a nie żadna ciota:)

"Berraco" może też być przymiotnikiem, i tu zaczyna się problem. Bo może oznaczać zarówno "super hiper wypasiony", jak i "beznadziejny". Wszystko zależy od kontekstu.
Que gol tan berraco! = Ale wspaniały gol!

Que vaina
(vaina - po bogotańsku "rzecz") tan berraca! - Ale kit!
Ale:
Que berraquera de vaina!
- Ale git!

Czort by się w tym połapał....

Można też "być berraco" (nie "ser" ale "estar") i wtedy znaczy to być wkurzonym, obrażonym (=estar molesto) na kogoś = con alguien.

A z czego słowo "berraco" się wzięło? Wzięło się od łacińskiego "verraco" czyli "wieprz". I tutaj wszystkie znaczenia powinny się zazębiać, ale nic z tego...
16:35, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 stycznia 2007
Strach w Bogocie
Wśród bogatych Bogotańczyków modą stało się w ostatnich latach kupowanie opancerzonego samochodu. Zawsze myślałam, że takie autka nabywają tylko mafiozi czy zestrachani politycy, ale nic bardziej błędnego. W rodzinie Chiquita przynajmniej dwie osoby mają takie "czołgi" - żona Dziadka, Isabelita, oraz ciotka Ana, dość majętna dziennikarka i pisarka.

Wydaje się to niepotrzebną ekstrawagancją bogaczy, którzy już nie wiedzą co robić z kasą i własnymi paranojami, ale kiedy człowiek się głębiej nad tym zastanowi, zaczyna ich rozumieć. Napady z bronią w ręku stawają się w tym ponad ośmiomilionowym mieście coraz częstsze. Po prostu podchodzi taki do ciebie kiedy stoisz na światłach, wyciąga gnata i każe ci wyskakiwać z wozu i z kasy. Albo wykorzystuje to, że nie zamknąłeś tylnych drzwi, włazi do auta niepostrzeżenie, a następnie przykłada ci nóż lub pistolet do gardła i zaczyna się "jazda po bankomatach".

To nie są przypadki z gazet. Chiquitowego stryja Juan Antonia w ten sposób powozili parę lat temu, większość tej jazdy spędził w bagażniku. HMG, młodszy brat Chiquita został napadnięty na światłach właśnie. Ale, ale - w głowie się nie mieści, ile chłopak ma odwagi lub szaleństwa w sobie - kiedy tylko zobaczył, że facet sięga do kieszeni po broń, trzasnął go z całej siły drzwiami od samochodu, najechał na niego jakoś tak, że go unieruchomił między kołami, a następnie wysiadł i zaczął kopać, tak długo aż odkopnął pistolet. Może wam się to wydaje brutalne, ale takie jest czasami życie w Kolumbii:(
Oczywiście rodzice nie mają o tym zajściu pojęcia, nawet Chiquito dowiedział się jakiś rok po fakcie.

HMG nie stracił więc samochodu ani życia i się obronił, ale co może zrobić taka już starsza pani jak Isabelita? Jeździ więc swym pancernym olbrzymem po mieście i czuje się przynajmniej trochę bezpiecznie.

Ale pancerny samochód to broń obosieczna. Oto co przydarzyło się wspomnianej już ciotce Anie. Otóż wsiadała do samochodu w garażu podziemnym i ni stąd ni zowąd z maski wystrzeliły płomienie (Podobno to się czasem zdarza, że samochody samoistnie się zapalają... hruza). A do tego cała ta pancerna mechanika się zacięła i Ana nie mogła wyjść. Dusiła się dymem, waliła pieściami, szarpała zamki - zacięła się na amen. Zauważył to parkingowy i zaczął tłuc gaśnicą w okno, ale nie od parady to był opancerzony samochód - nawet tego okna nie porysował! Kobieta zginęłaby straszną śmiercią gdyby zacięte zamki w końcu nie puściły.

No i nie wiem, co lepsze: spalić się we własnym wozie czy zostać zastrzelonym na światłach?
Na szczęście a. nie mieszkam w Bogocie, b. nie mam kasy nawet na starą skodę, więc nie muszę tego dylematu rozwiązywać. Uff.

14:31, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 stycznia 2007
Odyseusz i Penelopa
Życie jest najlepszym powieściopisarzem, zwłaszcza w Kolumbii. Media tego kraju od dwóch tygodni nie zajmują się niczym innym tylko cudowną ucieczką z niewoli Fernanda Araújo, byłego ministra rozwoju w rządzie Andresa Pastrany (1998-2002).

Historia jest rzeczywiście niesamowita: Araújo został porwany przez lewicową partyzantkę FARC ponad sześć lat temu w swojej rodzinnej Cartagenie, podczas uprawiania sportu nad brzegiem morza. Od dwóch lat jego rodzina nie miała o nim nawet najmniejszej wiadomości, żadnego znaku życia. Jak wielu innych zakładników partyzanci trzymali go w jednym z licznych obozów wojskowych w górach (ktoś obliczył, że Araújo spędził w niewoli 2163 dni). Mieszczuchom takim jak ja nawet trudno sobie wyobrazić, co tam przeżywał. W końcu armia zaatakowała ten obóz (dziś wojskowi twierdzą, że była to przemyślana akcja ratunkowa, ale są też opinie, że w te okolice przyniosła żołnierzy jakaś rutynowa operacja). Kiedy Araújo usłyszał strzały i zobaczył ostrzeliwujący obóz helikopter, doszedł do wniosku, że teraz, albo nigdy. Skorzystał z ogólnego chaosu i uciekł w dżunglę. Wiedział, że albo mu się uda, albo będzie to jego koniec, bo guerilleros nie tylko porywają ludzi dla okupu, ale w razie ataku wykorzystują ich jako żywe tarcze.

Były minister przez 5 dni nieprzerwanie uciekał, bez jedzenia i picia. Paradoksalnie, właśnie te 6 lat życia w górach pomogło mu przeżyć tę szaloną anabazę i dotrzeć do celu. Właśnie dzięki swym doświadczeniom z niewoli wiedział, że miąższ niektórych kaktusów da mu trochę wilgoci, że może jeść surową dziką jukę, był w stanie poznać, kiedy krąży w kółko i wiedział, że musi unikać ludzkich osiedli, bo wieśniacy mogliby go wydać. Wreszcie po pięciu dniach wyczerpującej wędrówki dotarł do małej posiadłości ziemskiej San Augustin w deparamencie Bolivar. Stamtąd skontaktował się z rodziną, a pod swoje skrzydła wzięła go armia.

Cała Kolumbia jest teraz pod wrażeniem nie tylko jego odwagi i wytrwałości, ale też spokojnych, zrównoważonych wypowiedzi, które dawał zaraz po swym uwolnieniu. Np. zamiast od razu pojechać na spotkanie z rodziną, najpierw odwiedził 3 żołnierzy, ranionych podczas akcji ratunkowej. (Jeden żołnierz, dowódca całej operacji, zginął. Zginęło też 6 partyzantów.)

W Kolumbii Araújo jest teraz bohaterem narodowym. Ale jego historia ma też trochę smutny finał.

Bo okazało się, że młodziutka żona ex-ministra ma już innego mężczyznę, a nawet dziecko. Penelopa nie czekała na swego Odyseusza.

Zresztą trudno jej się dziwić. Araújo pewnie to przeczuwał, bo partyzanci pozwalają czasem więźniom kontaktować się z rodziną przez radio, ale i tak musiał to być dla niego bardzo bolesny szok. Mimo to broni on teraz w wywiadach decyzji swej żony przed wścibskimi dziennikarzami, a przede wszystkim przed różnymi moralistami z wielką gębą, którzy sami nigdy nie będąc w podobnej sytuacji lubią innych pouczać, jak mają żyć.

Samo małżeństwo Fernanda Araújo trwało tylko siedem miesięcy. Zaraz potem został porwany. Jego żona Monika, młoda lekarka (było to jej pierwsze małżeństwo, jego drugie) czekała i zadręczała się trzy lata. Potem, nie mając nawet pewności, czy mąż w ogóle żyje, postanowiła ułożyć sobie życie od nowa.

Causa byłego ministra zwróciła w ten sposób uwagę opinii publicznej nie tylko na palący i ciągle aktualny problem zakładników latami przetrzymywanych przez FARC, ale też ich rodzin, zwłaszcza współmałżonków. W jednym z artykułów czytałam ich wypowiedzi. Szczególnie kobiety są wystawione ogromnej presji nie tylko ze strony społeczeństwa, ale też rodziny porwanego męża - jak jedna to określiła, przyznaje im się mniej praw niż Albankom za czasów talibanu. Jedyne "godne" zajęcie żony porwanego to zamknąć się w domu, ubrać czarny welon i płakać. Urlop, spotykanie się z przyjaciółmi, przyjęcia - to wszystko jest nieodpowiednie. A przecież na przymusowym rozstaniu nierzadko upływa takiej osobie cała młodość. Najgorsze jest jednak to, że nawet jeśli jakimś cudem uda się porwanemu/porwanej wydostać z niewoli, nie jest już tym samym człowiekiem, jakim był/a. Traumy z takich przymusowych "górskich wakacji" są często nie do pokonania. Zmienia się też owa czekająca Penelopa i powrót do stanu "przed" często okazuje się niemożliwy.

Zbrodnia porwań jest jednym z najboleśniejszych doświadczeń kolumbijskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach.

Sprawa ucieczki Araújo otwiera tez inną nierozwiązaną kwestię - czy armia powinna przemocą uwalniać zakładników, czy też zostawiać sprawę tzw. porozumieniu humanitarnemu. Najczęściej bowiem akcje ratunkowe kosztują więźniów życie, dlatego ich rodziny silnie lobbują, żeby armia się w to nie angażowała. A jednak to właśnie dzięki jej interwencji, dzięki odwróceniu uwagi partyzantów, Fernando Araújo mógł uciec. W jego wypadku trzeba jednak mówić o ogromnym szczęściu, więc sprawa pozostaje otwarta.


15:01, la_polaquita , colombia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 stycznia 2007
zasady dobrego pijaka
Wracając jeszcze do Mutisa. Mówi się o nim, że jest alkoholikiem świadomym i kontrolowanym. Stworzył 6 zasad, których i ja staram się przestrzegać (hmm...), żeby móc delektować się demonem alkoholem i przy tym nie popaść w jego władzę.

Oto one:

1- Jamás beber solo.

2- Jamás beber con desconocidos.

3- Jamás beber hasta la ebriedad.

4- Jamás beber cuando se tiene un problema grave, sentimental o de otra clase.

5- Jamás beber una bebida que no te sea familiar.

6- Jamás beber antes de las 13.30.


1- Nigdy nie pij sam.

2- Nigdy nie pij z nieznajomymi.

3- Nigdy nie pij tak, żeby się upić.
4- Nigdy nie pij, kiedy masz ciężki problem miłosny lub inny.

5- Nigdy nie pij trunku, którego nie znasz.

6- Nigdy nie pij przed 13.30.


Mądre, nie?

O życiu po spożyciu
Jest niedziela rano, więc stosując się do "sześciu przykazań dobrego pijaka", które stworzył kolumbijski pisarz nr 2 Alvaro Mutis, nie miałam jeszcze w ustach ani kropli winka czy innego trunku. Mimo to piszę w kategorii "po spożyciu". Po co? Na razie po to, żeby wyjaśnić sens jej istnienia.

A sens ten jest następujący:

Jak człowiek jest w stanie lekko wskazującym, to często gada głupoty. Kiedy indziej za to wypowie bolesną prawdę, o której na trzeźwiaka nawet myśleć się bał. In vino veritas, jak prawi stare rzymskie przysłowie. Czasem wyraża opinie kontrowersyjne, nie do końca przemyślane. Czasem kogoś obraża, jak najsłynniejszy polski bezdomny, lub odwrotnie - ma atak miłości do całego świata. Czasem wpada w dół grajdół maksymalny, a kiedy indziej znowu w maksymalną euforię. Zawsze ma większe "gadane" i się nie stresuje, co ludzie powiedzą. Ale najważniejsze jest, że cokolwiek człowiek "po spożyciu" powie , ma taryfę ulgową. Nie ponosi pełnej odpowiedzialności za swoje słowa. W końcu nawet prawo przyznaje mu status niepoczytalnego...

Dlatego taka kategoria. Bo ja normalnie nie lubię wypowiadać żadnych kategorycznych sądów o świecie, zawsze jestem świadoma tego, że mogę się mylić. Dlatego dla pewności milczę, a na blogu milczenie nie wychodzi blogerowi na zdrowie. No, może wychodzi, ale delikwent przestaje być blogerem...

W moim wypadku, żeby nie bać się otworzyć ust, trzeba się napić:-)

Na zdrowie!
sobota, 13 stycznia 2007
Pierwsza książka zbójecka
"Zbójecka" czyli mocna, ostra, idąca na przekór konwencjom, jak dobra Janosikowa ciupaga. Takie książki nie trafiają za często w moje ręce. Ale kiedy już mam takie szczęście, raz na tysiąc lat, sięgam po taką jeszcze i jeszcze raz, czytam od tyłu, od środka, w całości i po kawałku. Taką książką na pewno było Lubiewo Witkowskiego. Ale i jego najnowsza Fototapeta jest całkiem niezła.

Lubiewo to było odkrycie, inny świat, jak opowieść o Marsjanach, którym co dzień mówimy dzień dobry, bo są dobrze nam znanymi woźnymi, stróżami, dziadkami klozetowymi. Ich świat nie obrzydził mnie, przeciwnie, zafascynował. A jeszcze bardziej zafascynował sposób podania, anegdotyczny, dowcipny i melancholijny, pełen ciepła, ale i bezlitosnej ironii. Śmierdzący naturalizm i unoszące się nad nim obłoki marzeń.

Fototapeta ma to wszystko, ale trochę inaczej, nie tak intensywnie. Nic dziwnego, choć datę publikacji ma późniejszą, powstawała wcześniej niż Lubiewo (2001-2005). Nie ma w niej żadnych "ciot", może tylko tu i ówdzie jakiś ślad (pan Roman, animator kultury, pan Kazio, szatniarz, obaj z najdłuższego opowiadania, czy też fragmentu niedokończonej powieści "Psie pole"). Ale to dobrze, że się Witkowski nie powtarza, choć ja osobiście nic bym przeciwko temu nie miała. Nigdy nie dość Lubiewa:-)

Fototapeta to więc nie opowiadania o jakiejś mniejszości, od której możemy się odcinać mówiąc "nas to przecież nie dotyczy", ale o każdym z nas (włącznie z narratorem), o naszych mniej lub bardziej tandentnych marzeniach, naszych "fototapetach", które naklejamy sobie na rzeczywistość, żeby nie było tak szaro, brzydko i beznadziejnie.

Ja też jestem fototapeciara. Odkąd pamiętam, różne bajki powstające w mojej głowie pozwalały mi przeżyć. Może dlatego pomysły Witkowskiego zdają mi się tak bardzo trafione, choć czasami chłopak chyba gra trochę na efekt z tym swym turpizmem. I czasem jest też ekshibicjonistyczny aż do bólu ("Grosz"), lecz nie bebechowato-szczerze, ale też na efekt. Nadrabia jednak ironią, dystansem, atmosferą. Nie mówiąc o tym, że pisze o doświadczeniach mojego pokolenia: kto tak jak on potrafi wspominać "lisy" na ramionach naszych mam i gryzące enerdowskie rajtuzy na naszych przedszkolnych pupach?


piątek, 12 stycznia 2007
Postanowienia noworoczne
Nigdy w życiu ich nie robiłam, bo wiedziałam, że i tak nie mam żadnych szans ich spełnić. A jednak tym razem postanowiłam wyrwać się z ciągłego "mañana" i wyrzutów sumienia nieuchronnie następujących, i coś w końcu zacząć ROBIĆ.
No i na moim komputerze wisi teraz karteczka wirtualna post-it z następującą treścią:

Codziennie:

- COŚ NAPISAĆ!!!!!!

- POUCZYĆ SIĘ hiszp./ ang. / franc. !!!

- ZJEŚĆ OWOC LUB WARZYWO !!!

Wczoraj była jakaś marchewka w zupie w stołówce... Czy to się liczy?

Za radą Chiquita zrobiłam test na poziom w hiszpańskim i wyszło mi superior +, co jest podobno bardzo dobre, ale przecież robiłam go w nieograniczonym czasie, a to i owo mi moje kochanie podpowiedziało.

No, to "coś napisać" mam na dzisiaj odhaczone... choć ważniejsze rzeczy czekają, oj czekają.


12:05, la_polaquita
Link Dodaj komentarz »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers