O podróżach dalekich i bliskich
wtorek, 20 stycznia 2009
Towarzysze w obliczu życia i śmierci

W bogotskim planetarium całkiem przypadkiem (weszliśmy skorzystać z toalety) widziałam wystawę zdjęć. Jeden z cykli nosił nazwę Compañías - towarzysze.

Pierwsze zdjęcie przedstawiało stare rodzeństwo, które mieszka ze sobą od zawsze i żadne z nich, ani brat, ani siostra, nigdy nie stworzyli poważniejszych związków z innymi ludźmi. Na następnym ujrzałam dziewczynę, która powoli traci wzrok oraz jej szczeniaka, który rosnąc wyprawia różne psikusy i powoli uczy się zastępować jej gasnące oczy. Kolejne: osierocony ojciec, trzymający na ramieniu roczną córeczkę i wpatrzony w odległe, zamglone góry. Pani obwieszona biżuterią jak choinka - najróżniejsze kolorowe korale i bransoletki to właśnie towarzysze jej życia. Ma ich ponad 300, w wolnych chwilach je segreguje i układa, według wzorów i kolorów. Nigdy nie wyszła za mąż.

Chyba każdy z nas ma kogoś lub coś, osobę, zwierzę lub rzecz (a może ideę? może pracę?), która dotrzymuje nam towarzystwa w naszej samotnej egzystencji. Są to objekty naszych ogromnych emocji. Objekty miłości.

Ciotka Nuria ma Puffiego.

To ta sama pani, która pokazywała mi własnoręcznie przez siebie wykonane bożonarodzeniowe lalki. Jest w sumie miła i rozczulająca w swojej strasznej afektowaności. Największym afektem darzy zaś właśnie Puffiego.

Puffy to żadne z jej czworga dzieci, ani żadne z licznych wnuków. Tym niemniej za dziecko jest uważany i tak właśnie kochany. Jego olejny portret w galowym ubranku wisi na honorowym miejscu domu.

Puffy to biały pudelek, dość już stary i potwornie rozpieszczony. Jada wyłącznie gotowane piersi kurczaka i ma kilkanaście wełnianych i szytych ubranek. Nuria nazywa go "królem tego domu" i Puffy rzeczywiście nim jest. Wszystko kręci się wokół jego osóbki. Nuria i jej mąż, choć bardzo bogaci, nie mogą nigdzie podróżować, bo "Puffy dostałby zawału w samolocie". Nie mogą go również zostawić na dłużej samego - raz przekazali go na parę dni pod obiekę synowi i skończyło się psią bulimią oraz psią depresją, stwierdzoną przez lekarza!

Nuria niczym dama z epoki sentymentalizmu potrafi godzinami tulić "swoje najmłodsze dziecko" i opowiadać o jego delikatnym charakterze i wysublimowanych emocjach.

Ale z innych źródeł dosłyszało mi się, że Puffy nie zawsze był tak spokojnym staruszkiem. Bywało to podobno pięknie agresywne bydlę, które warcząc rzucało się nielubianym przez siebie ludziom do nogawek spodni. Kiedyś, kiedy rodzina mieszkała jeszcze na Haiti, jeden z "pracowników" (jak eufemistycznie określa się tu służących) kopnął natrętnie atakującego pieska. Puffy się pochorował, a empleado z miejsca wyleciał z pracy. Nuria do dziś opowiada o tym wydarzeniu ze świętym oburzeniem: jak mogą istnieć ludzie, którzy nie lubią zwierzątek?

Wyobrażam sobie, że pewnie dzieci tego pracownika mogły tylko pomarzyć o takim obiedzie, jaki codziennie dostawał (i wybrzydzał) Puffy.

Tajemnicą państwową, która mogłaby zaważyć na dobrych stosunkach obu rodzin, jest zresztą też fakt, że i Frugor kiedyś nie zdzierżył i odkopnął natrętniaka. Od tej pory Puffy ma traumę i panicznie boi się butów. Zwłaszcza czarnych najków nr 45 Frugora :).

Towarzysze. Obiekty prawdziwych, szczerych, nieukrywanych emocji. To najczęściej nasi bliscy, rodzice, rodzieństwo, dzieci, partnerzy. Ale nie zawsze. To ci, których los podsunie nam do kochania w czasie naszego krótkiego życia. Ci, których dłonie (łapki, powierzchnie przedmiotów) ściskamy mocno, by nie zgubić się w ciemności.

Sama mam koleżankę, która swoją kolekcję pluszowych misiów darzy wcale nie mniejszą estymą niż Nuria swego pieska, a np. ja Chiquita i Fasolkę. Traktuje je jak żywe istoty, obcałowuje i głaszcze. Kiedy się przeprowadzała musiała oddać mi je na przechowanie i ja je oczywiście wrzuciłam wszystkie jak leciało do jednej plastykowej torby. M. widząc to aż podskoczyła i musiała je wszystkie po kolei utulić, bo biedaki "prawie się podusiły!". 

Na koniec jeszcze jeden obrazek. Kolumbijscy "rangers" czyli jednostki specjalne do walki z terroryzmem i partyzantką są szkolone w następujący sposób. Każdy żołnierz (chłopiec ledwo po maturze) w czasie twardego treningu dostaje szczeniaka. Przez cały okres szkolenia wychowuje go i ćwiczy, a pies rośnie i dojrzewa wraz z chłopcem. Na koniec obaj zostają zrzuceni z samolotu gdzieś w głębiny dziewiczej selvy, wyposażeni zaledwie w mapę i kompas, cel dojścia do bazy oraz bardzo skromne zapasy żywności. Tak skromne, że przychodzi chwila, kiedy wycieńczony z głodu żołnierz, aby przetrwał, musić zabić i zjeść swego psa.

Swego jedynego przyjaciela, jedynego towarzysza w obliczu życia i śmierci.

czwartek, 01 stycznia 2009
Sylwester w Kolumbii

Podoba mi się kolumbijski Sylwester. Żadnych upierdliwych pytań "a gdzie idziesz w tym roku?", żadnej społecznej presji, żeby się dobrze i "hucznie" bawić. Bo w sumie Kolumbijczycy zawsze się dobrze bawią, a już najlepiej w domach, z rodziną.

Tu Sylwester, czyli la noche vieja, to równie rodzinne święto, jak Wigilia. Oczywiście są tacy, co się wyłamują i np. sobie wyjeżdżają na urlop na jakąś egzotyczną wyspę, ale kto zostaje w mieście, ten spędza ten dzień w gronie najbliższych (i tych dalszych też). O kupowaniu biletów na bale, strojeniu się w kreacje i wychodzeniu do restauracji czy klubów nikt tu raczej nie słyszał. Dziwili się, kiedy opowiadałam, że w Polsce w ten właśnie sposób najczęściej witamy Nowy Rok, ewentualnie robi się prywatki w domu, ale z przyjaciółmi, a nie rodzicami, dziadkami, wujami, kuzynami... W Polsce spędzenie Sylwestra z rodzicami zakrawa na poważny obciach. Tu jest absolutnie normalne.

Istnieje też całe mnóstwo specjalnych rytuałów, których trzeba w Sylwestra dotrzymać, aby nie opuszczało nas szczęście w nowym roku.

My zaczęliśmy od "kąpieli" w aromatycznym wywarze z 7 ziół, z dodatkiem szampana i cynamonu! Jest to tradycyjne baño de 7 hierbas. Kolumbijczycy to ogólnie bardzo czysty naród, nie ma poranka bez prysznica (nawet w biednych domach, gdzie jest tylko zimna woda, nie ma od tej reguły odstępstwa - a w bogotańskich nieogrzewanych mieszkaniach potrafi być zimno, oj potrafi. Brrr!). A jak wieczorem szykuje się impreza, to oczywiście obowiązkowy jest kolejny prysznic. A na Sylwestra te ablucje dodatkowo przyjmują symboliczny wymiar. Luquita przygotowała wiaderko z tą specjalną aromatyczną, żółtawą wodą, którą polaliśmy się na koniec "normalnego" mycia i już nie spłukiwaliśmy. Ja się bałam, że będę się od tego szampana lepić, ale na sczęście jego ilość była w miarę rozsądna:).

Potem ubieranie. Obowiązkowe są żółte majtki, założone na lewą stronę, koniecznie nowe i nigdy nie używane! Mają przynosić szczęście. Ogólnie w najlepszym wypadku całe ubranie powinno być nowiutkie, a jeśli się nie da, to przynajmniej jedna rzecz. Kolumbiijczycy ogólnie wręczają sobie na Gwiazdkę przede wszystkim ubrania, więc koniec starego roku to też tak trochę zmiana garderoby. Nowe ubrania mają symbolizować nowy początek. Ja na święta również dostałam parę ładnych ciuchów dla ciężarnych, więc udało mi się dotrzymać tradycji nowości. A nowe żółte majtki specjalnie kupił mi Chiquito już na początku pobytu!

Ponieważ wychodziliśmy do jednej z ciotek na rodzinne spotkanie, więc wszystkich tradycji nie udało się dotrzymać. Jedna z nich to np. przygotowanie specjalnego talerza z 13 monetami, rozłożonymi jak godziny na zegarze (jedna w środku). Każdy przygotowuje sobie swój talerz o godzinie 12.00 w południe. Potem o 12.00 w nocy zabiera dla siebie monetę leżącą w środku, a pozostałych 12 wręcza pierwszym 12 osobom, z którymi składa sobie noworoczne życzenia. Pierwszą osobą, z którą wymieniasz życzenia, powinna być zawsze osoba płci przeciwnej! My monet wprawdzie nie wręczaliśmy, ale tego ostatniego dotrzymaliśmy.

Chociaż wychodziliśmy z domu, stół został i tak odświętnie przybrany przez Luquitę, a mieszkanie wysprzątane. Było na nim wino, kieliszki i miska winogron. Brakowało kłosów zboża - którymi też podobno Kolumbijczycy często dekorują stoły, a potem sobie tradycyjnie wręczają, aby przyniosły urodzaj, czyli bogactwo. Stół jest nakrywany chyba w podobnym celu, w jakim my stawiamy na wigilię dodatkowy talerz - dla niespodziewanego przybysza, a może też dla duchów.

Kiedy wybije północ należy też zjeść 12 winogron (można więcej, hehe) a następnie rzucić się w wir życzeń. Właściwie powinno się jeść jedno winogrono z każdym uderzeniem zegara, ale jako że w nowoczesnych mieszkaniach żadnych starym bimbamów nie uświadczysz, jedliśmy je po prostu ot tak, niektóre mocząc w szampanie. Należy też podczas całej tej akcji trzymać w lewej ręce pieniążki - monety lub banknoty, najlepiej oprócz pesos też dolary. Ja myślałam, że dlatego, bo to twarda waluta:). Ale podobno prawdziwym powodem są religijne znaki, jakie pojawiają się na dolarowych banknotach, np. oko w trójkącie - symbol Boga. Natomiast w prawej ręce powinien się znajdować jakiś amulet lub jakiś kamień przynoszący szczęście, ale tego dotrzymała w sumie tylko Anielica, pozostali w obu rękach trzymali kasę, a jakże:). Dobrze jest też utopić w pitym szampanie złoty pierścionek i w ten sposób wznosić toast.

Kto chce w nowym roku podróżować, powinien z walizką (pełną!) obiec po północy cały dom. Nasze towarzystwo to niestety olało, poza tym chyba by trzeba było obiec cały kwadrat ulic, bo w Bogocie praktycznie nie ma czegoś takiego, jak osobno stojący blok. Wszystkie domy budowane są w ten sposób, aby tworzyły zamknięty kompleks, z wewnętrznym placem, czasem skwerkiem, i podziemnym garażem - całość strzeżona w dzień w i nocy przez (nierzadko uzbrojonych) strażników.

Jest jeszcze jedna tradycja, o której opowiedziała mi Anielica, a mianowicie palenie kukły, zrobionej ze starych ubrań i papier mache (twarz), często naturalnej wielkości. Zwyczaju tego dotrzymują przede wszystkim nastolatkowie, i to bardziej na wsiach. Kukły symbolizują stary rok i zapalane są dokładnie o 12.00. Niestety zwyczaj ten jest dość niebezpieczny, bo w odróżnieniu od naszej niegroźnej Marzanny, brzuch kolumbijskiego manekina wypełnia się petardami i innymi fajerwerkami. Można sobie wyobrazić, co się po zapaleniu lalki dzieje. Ogólnie dziś rano wysłuchaliśmy w radiu, że w noc sylwestrową poważnym poparzeniom uległo w Kolumbii ponad 55 osób. 

Ale żeby nie kończyć tak smutnie - u nas wszystko się udało, choć znowu, trochę szkoda, że te tradycje, dla mnie tak nowe i egzotyczne, członkowie rodziny Chiquita tak trochę odbębnili. Za to były tańce, pyszna lazania, która mi na szczęście nie zaszkodziła na mój dość zmaltretowany żołądek, dużo śmiechu i opowiadania anegdotek. Abuelito był znowu sobą - pierwszy raz widziałam go tańczącego salsę! Po powrocie wszyscy się zgodziliśmy, że bilans był dużo pozytywniejszy niż Wigilia.

PS. O paru innych kolumbijskich zwyczajach sylwestrowych możecie też przeczytać u Ewy Kulak tu

18:36, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (21) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers