O podróżach dalekich i bliskich
poniedziałek, 26 lutego 2007
Olgi Tokarczuk wyprawa do wnętrza duszy

Właśnie skończyłam Grę na wielu bębenkach Olgi Tokarczuk. Żeby było śmieszniej czytałam ją po czesku... Ale przekład dobry, więc i tak mnie ta książka zaczarowała. Wpadłam niemal w trans i nie mogłam przestać czytać, zupełnie jakby ktoś monotonnie grał na bębnach...

Tokarczuk kojarzy się z polskim "realizmem magicznym", i chyba trochę niesprawiedliwie wpakowano ją do tej szufladki. Czytałam kiedyś w Fa-art , że Tokarczuk to taki mainstream dla bardziej ambitnych - nie napocisz się przy czytaniu, a jeszcze masz uwzniaślające poczucie, jakie ty to mądre książki czytasz i jaki to jesteś intelektualista. Może coś w tym jest. Ale jeśli bycie intelektualistą oznacza przekowypanie się przez różnych epigonów Joyce'a - to ja dziękuję.

W swoich opowiadaniach Tokarczuk definitywnie zdziera z siebie nalepkę "magicznej realistki". Są bardzo różnorodne, ale łączy je atmosfera i w sumie temat: wszystkie opowiadają o bardziej lub mniej chcianych wycieczkach do własnego wnętrza. O konfrontacji "ja" i "świata". "Ja" i ciała, które jest tego "ja" czasem tylko otoczką, czasem więzieniem, czasem integralną częścią. O poznawaniu siebie samego i różnych atawistycznych impuslach, które przy tej okazji wychodzą. Wszystkie te opowiadania mają jak gdyby dwie warstwy, dwa równoległe wątki: pierwszy to klasyczna intryga (rozbitek i jego zmagania na bezludnej greckiej wysepce podczas II wojny, małżeństwo cyrkowego impresaria z "najbrzydszą kobietą świata", pobyt młodej polskiej pisarki w rezydencji szkockiej damy, itp.). Dużo ważnejsza jest jednak wyprawa w głąb siebie, gdzie bohaterzy przeżywają swoje najniebezpieczniejsze przygody na granicy bycia i niebycia.

Książkę czyta się jednym tchem. Dowodzi ona starą prawdę, że najbardziej adrenalinowym sportem jest poznawanie samego siebie.

Moje kiedy ranne wstają zorze ;-)

Hej! Człowieku w pierwszym rzędzie,
Panie decydencie z agencji reklamowej...
Hej! Panie menagerze, z MTV prezenterze,
słynna dziennikarko...

Mamy butelki z benzyną i kamienie,
wymierzone w Ciebie!
Mamy butelki z benzyną i kamienie,
wymierzone w Ciebie!
Wymierzone w Ciebie!

Tej oto pieśni lubię sobie czasem słuchać w drodze do pracy... Bunt iluzoryczny, ale muzyka pierwszorzędna!

sobota, 24 lutego 2007
Firma to ja!

Kiedyś na blogu Kwadratura Koła , którego autorka, dziennikarka, kieruje się prawdopodobnie silnymi zasadami moralnymi, wyczytałam, że nawet zabranie długopisu z pracy jest "kradzieżą". Nie muszę chyba mówić, że się nie stosuję do tej zasady (a kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem!). Ale być może bym się stosowała, gdyby "z góry" szedł inny przykład.

Jak człowiek siedzi w sekretariacie to się napatrzy na takie rzeczy, że mu się czasami niedobrze robi. Oczywiście mój szef i jego "doradca" nie ciągną firmy na duże miliony, tylko na drobne sumy (ale dużo większe niż ten przysłowiowy długopis). Wszystko w myśl zasady króla Słońce chyba - widocznie szef uważa, że skoro ponosi za firmę odpowiedzialność, to i firma ponosi odpowiedzialność za jego prywatne wydatki. Wczoraj np. tłumacz przyniósł przekład szefa i "doradcy" deklaracji podatkowych. Przecież podatki to, do cholery, prywatna sprawa czy nie?! Ale było absolutnie jasne, że mam zapłacić tłumaczowi z kasy firmowej. Takich przykładów można by mnożyć. Doradca sobie kurierem wysyła do Szwajcarii listy i prezenty dla jakiegoś dziecka (nie jest to EU więc rachunek DHL jest 3 razy wyższy niż normalnie). Szef kupuje jednemu z naszych dyrektorów, który świętował "Abrahama", osobisty prezent (zestaw kijów golfowych) - za pieniądze firmy oczywiście. Przynosi rachunki z restauracji na spore sumy płacone firmową kartą kredytową z czasu, kiedy był na urlopie. Jaki biznes przebiegł w tej restauracji, to bym chciała wiedzieć! Doradca jedzie do Polski na święta, a ja mu na to piszę delegację. Szef jedzie na pogrzeb jakiegoś znajomego - buch, delegacja (ja się tam z kimś spotkałem, zawsze się staram takie rzeczy łączyć, odpowiada na moje niby naiwne pytanie, czy naprawdę mam mu pisać delegację na ten pogrzeb). Jakie interesy załatwili dla firmy w czasie tego pogrzebu albo świąt, że potrzebowali diet, hotelów i taksówek, ciekawa jestem bardzo! A nowe interesy bardzo by nam się przydały...

Bo to wszystko się dzieje w sytuacji, kiedy zwalnia się ludzi, bo nie dajemy rady. Właściciel chce od nas prawdziwego zysku, a to dla nas na razie nierealne. Obcina się więc koszta administracyjne, jak tylko się da (gazety ekonomiczne, przekłady - nawet do takich drobiazgów już doszło). Jasne, że mój szef jako menedżer ma wielką odpowiedzialność i nie chciałabym być w jego skórze. Ale o swoich wydatkach w ogóle nie myśli, że też obciążają firmę, a o oddzieleniu sfery "prywatnej" od "firmowej" chyba mu się nawet nie śniło. Przy czym firma już łoży ogromne sumy na jego utrzymanie (płaci mu np. wynajęty dom w pięknej okolicy pod Pragą, doradcy płaci mieszkanie). Nie chcę nic nawet mówić o pensji ( do tych podatków oczywiście zajrzałam, przyznaję się bez bicia). Wydatki restauracyjne płacone, taksówki, samochód z kierowcą (ten biedak nasz kierowca pracuje świątek piątek czy niedziela). Czy to wszystko mało?

Słyszałam, że japońscy menedżerowie, kiedy firmie się nie układa, sami drastycznie obniżają sobie pensje. To jest właśnie osobista odpowiedzialność za firmę! A w tej części świata ciągną gdzie się da, pościnać koszta można zawsze u pracowników... Po co im premie np.? Nawet śmiać się odechciewa.

Koleżanka z pracy, która już zdążyła uciec z firmy na macierzyński, opowiadała o swym ojcu, właścicielu małej fabryki. Żeby nie dawać złego przykładu pracownikom, ten człowiek używa służbowego samochodu wyłącznie w służbowych sprawach. Nawet do pracy dojeżdża prywatnym! Bo doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że jaki pan, taki kram... Niestety.

Ja oczywiście jestem chodzącą dyskrecją. To część mojej pracy przecież. Nikomu (prócz Chiquita) o tych sprawach nie mówię. W końcu nie chodzi o żadne przestępstwa, tylko o te nieszczęsne zasady moralne... Ale teraz postanowiłam o tym napisać, bo już mnie to strasznie wkurza, no a poza tym i tak chcę odejść, choć dopiero za parę miesięcy. Liczę głęboko na anonimowość internetu, choć wiem, że czyta mnie przynajmniej jedna (pozdrawiam!:)) z moich praskich znajomych... A one oczywiście wiedzą o kogo chodzi... Ale cóż ryzyk fizyk, miejmy nadzieję że szef tego wpisu nie odkryje:).

Powiedzcie mi, czy inni menedżerowie też wyznają takie "królewskie" zasady? Czy może istnieją jeszcze tacy niedobitkowie jak ojciec koleżanki? Bo pycha i arogancja tych panów zaczyna mnie coraz bardziej wkurwiać. Chyba na starość zostanę anarchistką...:)

czwartek, 22 lutego 2007
Lepszy rydz niż nic

Wczoraj się dowiedziałam, że nie pojadę do Londynu:( Wybrano innych studentów. Zaproponowano mi Glasgow.

Czy ktoś cokolwiek wie o tym mieście? Słyszałam, że to takie szkockie Katowice, pełne bezrobotnych i beznadziei.

Ale to mnie nie obchodzi. W końcu stypendium jest tylko na 3 miesiące. No właśnie - tylko na 3 miesiące... Czy opłaca się rzucać pracę i rezygnować z innej dobrej oferty (którą mam w zapasie) dla 3 miesięcy w jakiejś dziurze?...

Londyn miał być na rok. Mam już tam znajomych. A slawistyka na University College of London to jedna z najlepszych katedr w Europie. No i sam Londyn... Choć drogi to wspaniały:) Bardzo się cieszyłam, ale to moja wina że tego nie dostałam. Przecież na katedrze pojawiam się raz na pół roku. I tak mogę mówić o szczęściu, że przy mojej "aktywności" dali mi chociaż to Glasgow.

A jednak chyba zrezygnuję i pojadę. Bo chcę dopisać ten doktorat a wiem, że pracując, nie dam rady. Odmóżdżam się w tej pracy. A potem odreagowuję tą nudę i bezsens kupując szmaty i niepotrzebne przedmioty.

Nie chcę tak żyć. Może to Glasgow będzie taką pustelnią, w której się zamknę i w końcu oddam tylko pisaniu?

15:37, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (3) »
środa, 21 lutego 2007
Kanada i Abuelito

Jedziemy do Kanady!

Na emigrację (na razie) nie, tylko żeby odwiedzić Dziadka. No i oczywiście pozwiedzać...

Najpierw nie miałam na to za bardzo ochoty, bo po pierwsze - zimno (w grę wchodzi kwiecień i wczesny maj, bo potem Dziadek wraca do Kolumbii), a po drugie - co jest do zwiedzania w Kanadzie? Chyba tylko jakieś niekończące się lasy... Dopiero kiedy zajrzałam do niedawno nabytego przewodnika Lonely Planet oświeciło mnie, że zobaczymy słynny wodospad Niagara, pełne życia Toronto, francuski Quebec, Montreal pełny wystaw i festiwali...I teraz już bardzo się cieszę! Znajomkowie z pracy i nie tylko na urlopy jeżdżą wylegiwać się w kurortach na Karaibach - a my nie, my oryginalnie, do kanadyjskiej zimy... Fajnie jest!

Cieszę się też, że znowu zobaczę Dziadka (nie muszę chyba wspominać, że moje cieszenie się to nic przy cieszeniu się Chiquita). Abuelo to szczególna postać w jego rodzinie. Prawdziwy naczelnik klanu, niekwestionowany autorytet i mądry, ujmujący człowiek. Najpierw, kiedy Chiquito mi o nim opowiadał, nie chciało mi się w ten chodzący ideał wierzyć. Bo w mojej rodzinie i w życiu autorytetów jak na lekarstwo, przynajmniej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jestem bardzo neufna w stosunku do tych wszystkich ludzi na piedestale, zawsze niucham jakieś brudne tajemnice. Zgrzyty po prostu muszą być, nie ma bata.

Dlatego bezkrytyczny podziw Chiquita w stosunku do Dziadka wydał mi się z początku bardzo podejrzany. Bo przecież i on musi mieć coś na sumieniu. I pewnie ma, nikt nie jest bez winy (te trzy żony np.?) Ale kiedy go poznałam, musiałam przyznać Chiquitowi rację - ten człowiek to prawdziwa osobowość i bardzo dobrze, że jest dla chłopaka wzorem. Nawet stwierdziłam, że mógłby się wnuczek więcej uczyć od Dziadka - na polu dżentelmeństwa starszy pan jest niezrównany:-) Czego nie można powiedzieć o juniorze;-)

To, co Chiquito wie o życiu Dziadka, jest już rodzinną legendą. Ale w tym roku mieliśmy szczęście gościć Abuela w Pradze (razem z żoną i rodzicami Chiquita). Kiedy wracaliśmy pociągiem z wycieczki do Czeskiego Krumlova (śliczne miasto) Dziadek się rozgadał i rozopowiadał o swym życiu. Wielu rzeczy nawet jego córka nie wiedziała. Jego historia w pewnym sensie odbija najnowsze dzieje Kolumbii, bo jakoś miał facet szczęście wpadać ciągle w polityczne kłopoty (to chyba normalne w Kolumbii), ale potem się z nich zręcznie wydostawać.

Jedyny mój problem spoczywał w tym, że mój biedny hiszpański nie pozwalał na zrozumienie wszystkich smaczków i dowcipów jego opowieści...Ciągnęłam więc za rękaw Chiquita, żeby mi przetłumaczył co trudniejsze frangmenty, i co mi się udało zapamiętać, napiszę następnym razem.

10:19, la_polaquita , canada
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 lutego 2007
Usługi w Czechach

Często z Chiquitem podejmujemy tematy różnic kulturowych. Bo żyjemy w Czechach, a to kraj specyficzny. Dla mnie to jeszcze nie żaden szok - i w Polsce przecież zdarza się, że fachowcy to złodzieje, kelnerzy i sprzedawcy cię olewają (chodzi mi oczywiście o knajpy i sklepy dostępne cenowo, o tych hiper drogich się wypowiadać nie mogę, bo nie chodzę), a ulubionym "icebreakerem" międzyludzkim jest wspólne narzekanie (na rząd, na pogodę, na zdrowie, co ślina na język przyniesie). A jednak Polacy w tym porównaniu wychodzą trochę lepiej.

Typowy przykład: Chiquito dla swojej firmy (nie ma teraz projektu więc stał się takim trochę chłopcem na posyłki) szuka producenta, który by zrobił jakieś skomplikowane cuś (jakiś hardware). Obdzwania ludzi, a ci obiecują, że się odezwą i nic. Więc znowu musi dzwonić on. Wysyła maila, zero odpowiedzi. Jak w końcu się dodzwania, to się zachowują, jakby łaskę robili, że w ogóle stworzą ofertę cenową. Jakby mieli w nosie nowe zamówienie. Prawda, że to trudne zamówienie i nie tak wielkie, że może mają dużo pracy i nie potrzebują nowej. Ale to dlaczego nie chcą się rozwinąć? To jedna z cech Czechów - nie mają rozmachu, wolą zadowolić się pewnym i nie ryzykować. Nawet za dobrą cenę! Bo przecież jeśli sprawa jest niełatwa, to się wystawia odpowiedni rachunek! Firma Chiquita ma kasę i chce płacić, a nie może znaleźć chętnego. Absurd. Zżymał się wczoraj nad tym Chiquito cały wieczór, i słusznie.

Chiquito jest tu już 8 lat. Zdążył się przyzwyczaić. Mama go wychowała w duchu hasła "la cortesia no te cuesta nada" - uprzejmość nic nie kosztuje. Ale tu się musiał nauczyć odpowiadać tym samym tonem, jakim się do niego zwracają. Jak sam mówi, stwardniał, "zczeszczył się" i nauczył się być arogancki. Musiał, żeby przeżyć...

Nasz dobry kolega z Hiszpanii chce wyjechać na końcu tego roku. Po dwóch latach ma już dość "skwaszonych min" tubylców.

Z siostrą i szwagrem byliśmy przedwczoraj w knajpie, w centrum, wcale niezłej. Klenerka nas o mało wzrokiem nie zabiła. Nie żebyśmy się jej jakoś szczególnie nie podobali, ona po prostu taki styl bycia chyba miała. A po godzinie stanęła na środku sali i stwierdziła, że bardzo przeprasza ale knajpa jest od 18.00 zarezerwowana, więc ona już nic podawać nie może, a my mamy zmykać. Że żadnej kartki o rezerwacji nie było to szczegół, kierownik zapomniał...

Takie właśnie detale sprawiają, że czlowiekowi może obrzydnąć i przepiękna Praga.

Ale nie chcę tylko narzekać, młodzi Czesi, których znamy, nauczyciele języków, studenci, koledzy i koleżanki z pracy - to wspaniali, weseli, otwarci ludzie. Bardzo sobie z Chiquitem cenimy czeską bezpośredniość, pracowitość, praktyczność. Ale te same cechy, które u jednych mogą być zaletą, u innych stają się dużą wadą...

Więc ja jestem tu zadowolona. Bo jak mówię, dla mnie narzekactwo czy arogancja w usługach to żadna nowość. I w Polsce się zdarza. Choć wydaje mi się, że Polacy, jako bardziej przedsiębiorczy, lepiej przystosowali się do wymogów kapitalizmu niż Czesi, więc częściej się w usługach uśmiechają i są uprzejmiejsi.

Zawsze są złe i dobre strony mieszkania za granicą. Może komuś się wydawać, że Czechy to żadna zagranica, ale różnice jednak się czuje. I to całkiem spore. Jeszcze tym pewnie napiszę.

14:10, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 15 lutego 2007
Dobrze mieć rodzinę

Ale dobrze też mieszkać daleko i tylko czasem się spotykać.

Ja już tak mam kilka lat i czasem tęsknię. Za długaśnymi rozmowami z moją siostrą. Za wspólnym wygłupianiem się. Za spijaniem warki za warką do białego rana i dyskutowaniu o psychologii, seksie i facetach, oraz o psychologii seksu u facetów:-). Moja siostra to osobowość. Bardzo skomplikowana chciałabym dodać. A nawet nie całkiem normalna, lecz któż z nas może o sobie z ręką na sercu powiedzieć, że jest "normalny"? Na pewno nie ja. W mojej rodzince całkiem zrównoważonych ludzi nie uświadczysz, może dlatego tak się cieszę, że mam Chiquita - modelowy przykład dziecka wychowanego przez zdrowych psychicznie (i "moralnie", chciałoby się dodać za panią poseł Sobecką), kochających się rodziców... Po tylu latach w naszym domku wariatów na śląskiej prerii to miła odmiana:-)

Moja siostra to gigant, bo odbiła się od najgorszego dna i jakoś wyszła na prostą. Podziwiam ją. Ale nie chciałabym z nią mieszkać. Nie dałabym rady. W pewnych aspektach jesteśmy zbyt podobne, w innych zbyt różne. W dzieciństwie nie miałyśmy żadnych przyjaciół, tylko siebie - dwie małe introwertyczki, które zbudowały sobie swój własny świat. I w pewnym momencie zaczęły się w nim dusić. I troszkę się nienawidzieć. Więc żeby się nie znienawidzieć całkiem odsunęły się od siebie na bezpieczną odległość.

Nie ma już drogi z powrotem. I bardzo dobrze. Bo teraz jest git. Od soboty są u mnie, siostra i jej bombowy mąż, tutaj w Pradze, i jestem szczęśliwa. Znów mamy przegadane noce i piwo i śmiech i bilard, wygłupy szwagra i gry stołowe i uczenie Chiquita wyrażeń w typie "morda w kubeł i nie bulgocz" (Chiquitowi się nowe słowa pokręciły i wyszło z tego "morda w kupę i nie buldog":-D).

Jest git, jest super. Jestem totalnie szczęśliwa, że moja siostra jest tutaj i jesteśmy razem. Chciałabym wspólnych wakacji, częstszych spotkań, więcej rozmów. Ale dzielić codzienności bym nie chciała. I myślę, że ona też nie. Ten dystans między nami nam pomógł i układ jest dużo zdrowszy, niż był kiedyś, choć czasem to boli. Im bardziej lata mijają, tym bardziej się różnimy, trybem i stylem życia, zainteresowaniami, poglądami, nawet stylem ubierania. Ale podobieństwa i tak bulgoczą gdzieś pod powierzchnią i tego nie da się zabić, więc zawsze siostra to będzie jednak coś więcej niż zwykła przyjaciółka. Ale też trochę mniej. Z tych samych powodów.

13:44, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 lutego 2007
Fidel Castro w Polsce

Dzisiejsza Gazeta.pl przynosi unikalne zdjęcia z wizyty Fidela Castro w bratnim socjalistycznym kraju w 1972 roku. Zdjęciom towarzyszy też artykuł "Co wtedy pisały gazety" .

Moja mama kiedyś opowiadała, że Fidel przejeżdżał też przez Zabrze i że wtedy wszystkie dzieciaki spędzili na ulice, żeby machały chorągiewkami i chustkami. Ona była wśród nich i widziała go w otwartym samochodzie.

Dla mnie Fidel jest przykładem człowieka, który przegrał własne ideały - ale tak głęboko pogrążył się w mechaniźmie władzy, że nawet sobie tego nie uświadomił. Jako najważniejsza część tego mechanizmu, ale jednak część, stracił dystans do własnych poczynań. Pułapka, która czyha na każdego dyktatora. Tym niemniej to skomplikowana i bardzo zajmująca osobowość, i wcale się nie dziwię, że tak bardzo zafascynowała Gabriela Garcię Marqueza, że dla przyjaźni z El Comandante nie wahał się poświęcić bardzo wiele. Można o tym przeczytać w książce Angela Estebana Gabo i Fidel. Pejzaż przyjaźni, którą już długo mam na liście lektur obowiązkowych... Jak się w końcu do niej zabiorę, napiszę więcej:)

piątek, 09 lutego 2007
Strategia ślimaka - romantyzm po kolumbijsku

La estrategia del caracol - plakatLa estrategia del caracol to film kolumbijski z 1994 roku. Chiquito ściągnął go z internetu i zaprosił dwóch naszych znajomych Hiszpanów na "projekcję". Innych znajomych nie mogliśmy zaprosić, bo nie udało się zdobyć napisów w jakimś rozsądnym języku... Seans odbył się gdzieś przed tygodniem. Chiquito dumny był z siebie jak paw, bo uwielbia ten film:-) Ale ja miałam mieszane odczucia... Nie żeby film był niedobry. Prawdopodobnie jest świetny, dostał wiele nagród a Chiquito zwijał się ze śmiechu oglądając go. Tyle tylko, że ja nie byłam w stanie go "smakować". Nasi Hiszpańcy też zresztą mieli trochę dziwne miny, choć oni - w przeciwieństwie do mnie - rozumieli przynajmniej wszystkie słowa. A czego nie rozumieli, to im Chiquito przełożył z "kolumbijskiego" na literacki hiszpański. Ale słowa to nie wszystko...

Problem w tym, że humor tego filmu, cała intryga, aluzje i żarty, wszystko jest tak bardzo kolumbijskie, że tylko Kolumbijczyk może to w pełni zrozumieć i przeżyć. To tak jakbym Chiquitowi puściła Samych Swoich albo Misia - kultowe filmy a przy tym tylko o Polakach i dla Polakow. Cudzoziemiec nie ma szans lać przy słynnym Pawlakowskim "Kargul, a podejdź no do płota", a godzinny wykład "o czym to właściwie jest" sprawia, że człowiek ziewa z nudy jeszcze niż się film zacznie.

Ale z powrotem do Strategii Ślimaka. Fabuła jest następująca: W centrum Bogoty znajdują się dwie stare kamienice. Ich mieszkańcy żyją tam od lat, doskonale się znają, są jak rodzina. Ale pojawia się zły przedsiębiorca i z pomocą zdradzieckich adwokatów, łapówek i falszywych świadków przejmuje własność domu oraz postanawia wszystkich wyrzucić na bruk. Mieszkancy pierwszej kamienicy biorą broń do ręki i w biały dzień następuje wymiana strzałów z siepaczami nowego właściciela. Ginie dziecko. Najemnicy widzą że nie mają szans i muszą dom opuścić.

Potem przychodzi kolej na drugi dom, la casa Uribe. Lokatorzy maja do pomocy tylko taniego, ale za to całym sercem im oddanego prawnika bez dyplomu, ale w skorumpowanym prawnym systemie nie mają szans wygrać ("la injusticia de la justicia!" - mówi jeden z bohaterów). Jedyne co im zbywa, to grać na czas. Między innymi obiecują, że oddają dom wymalowany, żeby tylko pozwolono im tam dłużej zostać. A w międzyczasie przychodzi im do głowy pomysł - za wspólne oszczędności kupują gdzieś na peryferiach działkę budowlaną i w tajemnicy, po cichutku zaczynają wywozić cały dom, cegła po cegle, kafelka po kafelce, schodek po schodku.

A na koniec... hmm, w Polsce chyba nigdy ten film się nie pojawi, więc zdradzę zakończenie - na koniec wysadzają resztę w powietrze. Zdumionym ochroniarzom, prawnikom i policjantom, którzy wchodzą do środka, ukazuje się taki oto widok:

aqui tienen su hijueputa casa pintada Aqui tienen su hijoeputa casa pintada!

Tutaj macie swój pier....ny pomalowany (namalowany) dom!

To co zostało z domu to jedna ściana z namalowanymi oknami i drzwiami...

 

 Cała ta fabuła zdała mi się dość fantastyczna. I nie tylko dlatego że w Europie nie wyrzuca się ludzi na ulicę i nie prowadzi prywatnej wojny z bronią w ręku w centrum miasta. Ten film ma przede wszystkim w sobie jakiś taki "kolektywny romantyzm". Bo przecież realnie rzecz biorąc ci ludzie zostali bez dachu nad głową na jakims pagórku za miastem, gdzie pewnie nawet wody i prądu nie ma, a zamiast domu została im kupa gruzów. Ale oni zamiast płakać i narzekać się cieszą. Wiedzą że jeszcze wiele pracy przed nimi, ale pełni zapału zakasują rękawy i biorą się za budowanie domu. Czy im się to uda czy nie, musi sobie widz sam domyśleć. Najważniejsze że są pełni zapału i radośni, bo razem, kolektywnie zadrwili sobie z bogaczy i ocalili swą godność. W jedności siła, chciałoby się powiedzieć.

Bardzo to kolumbijskie. W obliczu nieszczęścia nie poddawać się, ocalić co się da i nie oglądać się wstecz. Ale dla mnie trochę naiwne, dziwne, egzotyczne. Trudne do pojęcia. Więc sobie tego filmu nie wysmakowałam. Może kiedyś, jak lepiej poznam ich kulturę... Myślę jednak, że i tak nigdy mnie ich mentalność nie przestanie zadziwiać.

A kiedyś na pewno muszę uraczyć Chiquita Kargulem i Pawlakiem! Niech ma na co zasłużył:)

czwartek, 08 lutego 2007
well
Well, wróciłam na imprezę, a tam niespodzianka... Solenizant ( 50 lat!) dostał w prezencie striptizerkę:) Wow. Profesjonalistka. Nawet mi się gorąco zrobiło, a jak dopiero musiało być jemu!;-)
19:45, la_polaquita
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers