O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 27 lutego 2009
Wszyscy jesteśmy kreatywni

Od pewnego czasu odwiedzam stronę TED. Ideas worth spreading i puszczam sobie rozmaite"pogadanki" wygłaszane dla internautów przez różnych mniej lub bardziej sławnych ludzi: naukowców, aktywistów, artystów, a nawet bloggerów. Wykłady towarzyszą mi podczas sprzątania, gotowania oraz produkcji kolorowych pudełek (którąż to kreatywną czynnością ostatnio się namiętnie zajmuję:)). Jeden z wykładów, traktujący nomen omen właśnie o kreatywności, zainspirował mnie i od razu skojarzył z krążącą ostatnio po necie nagrodą Kreativ Blogger Award.

W swoim monologu Sir Ken Robinson mówi o tym, że system edukacyjny na całym świecie jest tak nastawiony, by zabijał w nas kreatywność. I ja się z nim muszę zgodzić. Każde małe dziecko jest artystą. Zamiast iść utartą ścieżką (nie może, bo jej nie zna) wymyśla najbardziej oryginalne rozwiązania najprostszych problemów. Kiedy się bawi, robi to całym ciałem, i całym ciałem przenosi się w świat Indian i kowbojów, złodziei i policjantów, własnej wersji domu lub sklepu. A kiedy nie starcza mu ciała, bierze do ręki rekwizyty, które ożywają jego wyobraźnią. Najbrzydsza lalka może grać królewnę, stara szopa może być stacją kosmiczną, a patyk mieczem Jedi. 

Dlaczego dziecko jest tak kreatywne, a potem, w większości, te umiejętności traci? Autor wykładu odpowiada w ciekawy sposób: dziecko nie boi się popełniać błędów. Kreatywność, rozumiana jako umiejętność wymyślania oryginalnych i wartościowych idei, nie obejdzie się bez gotowości do popełnienia błędu. A szkoła najbardziej piętnuje właśnie błędy. Błąd? Jedynka. Dużo bezpieczniej jest na polskim wykuć się na pamięć interpretacji danego wiersza (XY wielkim poetą był...) niż zacząć wymyślać własne skojarzenia, choćby nie wiem jak absurdalne były (to jest nadinterpretacja!!!). Dzieciak, który sam zbuduje sobie prymitywną baterię galwaniczną, nigdy tego eksperymentu nie zapomni. Ja, która wkuwałam na pamięć i rysowałam schematy, dziś nawet na potrzeby tego wpisu nie umiem sobie odtworzyć jakich metali i cieczy do tego trzeba... Oczywiście są nauczyciele, którzy właśnie tę kreatywność pragną w dzieciach rozwinąć, którzy pozwalają im na własne opinie i cieszą się nimi.  Ale sądzę, że jest ich raczej mało, no i nawet oni muszą "realizować program". A poza tym występują najczęściej w szkołach średnich, a wtedy dla większości uczniów jest już za późno. 

I w ten sposób uczymy się, że "poważne", dorosłe życie, to powtarzanie schematów. Że lepiej siedzieć cicho i robić swoje, niż się "wychylać" z nowymi pomysłami - bo a nuż popełnimy błąd? Wstyd, wstyd, wstyd. Wielkie korporacje podobno najbardziej sobie cenią innowatywnych ludzi, lecz i tam wg mnie występuje podwójny przekaz: dawaj nowe pomysły, ale nie za dużo, bo współpracownicy uznają cię za karierowicza, a szef poczuje się zagrożony.

Ja sama zaczynając pisać blog, najbardziej właśnie bałam się "błędu" - tego, że napiszę coś głupiego, niewyważoną opinię, że się ośmieszę. Dlatego przez pierwszy rok pisanie mi szło jak krew z nosa. Długo mi trwało, zanim zrozumiałam, że to ryzyko jest w wpisane w każdą twórczą czynność, a taką jest prowadzenie bloga. Zawsze może znaleźć się ktoś, kto moje lub twoje pisanie uzna za "głupie, niedojrzałe, grające na uczuciach", niepotrzebne skreślić. Wiedzą chyba o tym dobrze zwycięzcy tegorocznego konkursu Blog Roku, którzy podobno spotkali się z furą nieprzyjemnych komentarzy.

Robinson w wykładzie twierdzi także, że program szkół na całym świecie wygląda tak, jakby celem było wychowanie całej rzeszy profesorów uniwersyteckich. Uczą nas myśleć tylko głową, a przecież mamy także ciało, które ma swoją własną mądrość. Nie ma chyba takiego kraju, gdzie teatr, taniec, muzyka, dostałyby tę samą ilość godzin i prestiż co matematyka czy języki (oczywiście prócz szkół specjalistycznych, artystycznych). Może byłoby mniej depresji, a więcej szczerości na tym świecie, gdybyśmy się w szkole nauczyli "czytać" własne ciało, gdybyśmy poznali, jak bezbłędnie wyraża ono emocje, których sobie nawet sami nie uświadamiamy.

Tyle o wykładzie, kto chce i zna angielski, niech sam posłucha. Ja chciałabym zakończyć następującą refleksją. Otóż kiedy błądzę sobie po blogosferze nie mogę nie zauważyć, jak wielu z nas, choć wydorośleliśmy, pozostało kreatywnymi! Wykonujemy najróżniejsze zawody, niektóre totalnie otępiające i nielubiane, inne dające satysfakcję, różnie to bywa. A "po godzinach" siadamy przed komputerem i na naszym własnym kawałku wirtualnej przestrzeni stajemy się twórczy. Tak jak kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi. 

Blogów, które o tym świadczą, jest całe zatrzęsienie. Bloggerzy piszą rewelacyjne recenzje książek, robią własną przepiękną biżuterię, gotują smakołyki, wspaniale fotografują, piszą ostre polityczne felietony, dają świadectwo własnym podróżom  i przybliżają nam kultury najodleglejszych krajów. Otwierają też swoje serca i zwierzają się ze swego nieraz niełatwego życia.

Wydaje mi się to naprawdę niezwykłe. Internet dał nam, tym twórczym prywatnie, możliwość wyjścia z ukrycia.  Dał przestrzeń, gdzie możemy być kreatywni tak jak kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi. 

Krąży po necie, krąży, ta oto honorowa nagroda:

kreativ blogger

 

Mnie samej zrobiło się bardzo miło, kiedy dostałam ją od be.el. [UPDATE: dostałam ją również od Nonko, Alexii, oraz Magi-Mary, ogromnie dziękuję!]. Sama jednak nie będę nikogo wyrożniać, bo moim zdaniem należy się ona wszystkim oryginalnym bloggerom, tzn. tym, którzy piszą własne, ciekawe teksty. Czyli Wam. Wszystkim, których lubię, czytam i podziwiam właśnie za... kreatywność. Oraz tym wszystkim, których jeszcze nie odkryłam i być może nigdy nie odkryję, a wielka szkoda, bo na pewno warto!

Nie bójcie się błędów i bądźcie twórczy! Które to motto też sobie sama do serca biorę:)

 

 

poniedziałek, 23 lutego 2009
El Desaparecido i Szalona Słowenka

Szalona Słowenka jest raczej niższa, ma buzię lalki, wielkie oczy i ciemne włosy, a chodząc wypina piersi i kręci pupą. Kończy medycynę w Pradze. Lubi się mądrzyć, pokazywać, że ona wie wszystko najlepiej. Es una bruja, czarownica, mówi Pedro. Wiązała mu na szczęście węzełki na chusteczkach i Pedro do dziś je posiada.

Tamtej czerwcowej soboty hiszpański augustianin z kościoła św. Tomasza na Malej Stranie akurat porządkował coś w zakrystii, kiedy nieśmiało zapukali. Zaczęli prosić o ślub. Teraz, natychmiast.

Padre Juan przyjrzał się im uważnie, swoim zwyczajem przyciskając swą siwo-czarną brodę do piersi. Wyglądali desperacko. Jakby jutro miał nastąpić koniec świata, a może nawet koniec miłości. Okrągłe orzechowe oczy dziewczyny były spuchnięte od płaczu. Chłopak był spokojny, ale Padre Juan znał już ten typ, który sam nawet nie wie, że dygocze w środku.

Kazał im usiąść na ławie i przysunął sobie do nich krzesło.

- Według prawa kanonicznego nie mogę wam udzielić ślubu w taki sposób. - zaczął im tłumaczyć. Patrzyli na niego jak dzieci na ojca mówiącego niezrozumiałym językiem. - Potrzebne są zapowiedzi, absolwowanie nauk przedślubnych, spowiedź, i wiele, wiele papierów. Ale jeśli tak bardzo wam zależy, możecie się przed Bogiem zaręczyć. Takie zręczyny będą miały moc przysięgi.

Oboje zaczęli gorączkowo kiwać głowami, nawet na siebie nie spoglądając:

- Tak, chcemy!

Kapłan ubrał więc komżę, a młodzi podreptali za nim niepewnie przed ołtarz. Nie mieli pierścionków, więc tylko trzymali się z ręce. Padre Juan odmówił modlitwę:

- Boże, pobłogosław tę miłość i spraw, by rozwijała się ona w Twej łasce i została już wkrótce ukoronowana sakramentem małżeństwa.

- Przysięgam przed Bogiem, że cię kocham i pragnę cię mieć za żonę, i że zrobię wszystko, byś najpóźniej za miesiąc od tej daty się nią stała. - Pedro powtórzył za kapłanem. W ciszy kościoła jego głos zabrzmiał dziwnie, jakby nie należał do niego. Kto to za mnie mówi? - pomyślał zdziwiony.

- Przysięgam przed Bogiem, że cię kocham, i pragnę cię mieć za męża, i że zrobię wszystko, byś najpóźniej za miesiąc od tej daty się nim stał. - drżący głosik Szalonej Słowenki zabrzmiał w chłodnej świątyni jak srebrny dzwoneczek.

Spojrzeli na siebie. Było coś świętego i bardzo ulotnego w tej chwili. Chyba przede wszystkim ulotnego.

Padre Juan odmówił jeszcze kilka modlitw i błogosławieństw, i oplótł stułą ich dłonie. Potem dał im ulotkę informującą o wszelkich dokumentach jakie muszą przynieść, by zawrzeć związek małżeński. Słowenka dokładnie ją poskładała, a Pedro schował do kieszeni. Ale oboje gdzieś w głębi serca przeczuwali, że nie będzie im potrzebna.

Jeszcze tego samego popołudnia Szalona Słowenka poszła do mieszkania Honzy, z którym po wyjeździe Pedra się związała, aby mu powiedzieć o zaręczynach ze swoją dawną miłością i zerwać z nim. Nie była dostępna na telefonie przez cały wieczór. Pedro błąkał się po ulicach upalnej Pragi samotnie, przeczuwając najgorsze, bo nieznane.

Kiedy wreszcie odebrała, powiedziała, że jest w ciąży. Z tym drugim.

Nikt nie wie, co czuł i robił Pedro tej nocy. On sam, kiedy opowiada nam o tym przy stole taniej hamburgerowni w Socorro, jak zwykle żartuje, robi ze swoich przeżyć anegotki. O mało nie osiwiałem z tą dziewczyną, mówi. Najpierw jest w ciąży, potem z niej wycisnąłem, że to twierdzenie opiera na jednej zapomnianej pigułce antykoncepcyjnej. I ściemnia, że zrobienie testu trwa aż dwa tygodnie. A właśnie tyle jej brakowało do wyjazdu na staż do Hiszpanii!

Ale następnego dnia już znowu mamy z jej strony histeryczny płacz i wyznania miłości. Potem nieodpowiadanie na telefony i wreszcie zimne „nie mam czasu, wychodzę“. Absurdalna propozycja, by waletujący u znajomych w Kladnie Pedro wprowadził się do niej i Honzy. I nowy cykl: płacz, wyznania, przysięgi, zniknięcie, raniąca oschłość.

Szalona Słowenka siedzi na huśtawce. Zaprasza Pedra, by do niej dołączył. On popełnia ten błąd. I teraz się razem huśtają, dopóki przynajmniej jednemu z nich nie zrobi się niedobrze.

Słuchamy tej opowieści z niedowierzaniem. Pedrowi przecież w końcu niedobrze się zrobilo i wrócił do Kolumbii. Ciągle leczy złamane serce i blokuje sobie przed jej natarczywymi mailami skrzynkę. Nie ma pracy ani komputera, bo wszystko rzucił i sprzedał, by polecieć na tę szaloną czerwcową praską eskapadę. Nie ma jej niczego za złe, wie, że to też jego wina: przecież jest Desaparecido, ten, który pojawia się i znika. A to nie jest materiał na męża. To już prędzej taki Honza, co pozwala się nie szanować i ma mieszkanie.

Są szalone historie wokół nas. Takie, których nigdy nie zrozumiemy, nie pojmiemy motywów działania ich bohaterów. Możemy tylko za nimi patrzeć w ciszy, jak znikają za zakrętem krzywej malostranskej uliczki. Tak, jak Padre Juan patrzył tamtej upalnej soboty, stojąc na progu swego kościoła.

 

11:57, la_polaquita , ich historie
Link Komentarze (10) »
sobota, 21 lutego 2009
Filmowy łańcuszek

Dawno, dawno temu, wyzwała mnie Matylda_ab do udziału w filmowym łańcuszku. Wiele wody w rzekach od tamtej pory upłynęło, a ja wreszcie się zastanowiłam i w ramach rekompensaty za spóźnienie wlepiam tu nie jedną listę, ale dwie! Zabawa bowiem wydała mi się na tyle fajna, że postanowiłam wybadać też Chiquita. Może komuś wyda się ciekawe porównanie naszych gustów, które jak widać, dość się różnią.

Oto moja lista:

A - Amores Perros; Angelus; American Beauty

B - Babel; Braveheart; The Believer (Fanatyk); Breakfast on Pluto

C - Crash; Constantine

D - Dead Man

E - Elizabeth (pierwsza część wersji z Cate Blanchett); Entre les Murs (Klasa); Eternal Sunshine of the Spotless Mind

F - Fight Club

G - Girl, Interrupted; Gegen die Wand (Głową w mur)

H - Hable con ella (Mów z nią), Harry Angel (Angel Heart)

I - Intimacy, Interview with the Vampire

J - ?

K - Karamazovi (Bracia Karamazov); Kontroll (Kontrolerzy)

L - El laberinto del Fauno (Labirynt Fauna); Lista Schindlera

Ł - Łuk (Hwal)

M - Maria llena eres de gracia (Maria łaski pełna); Mar adentro (W stronę morza)

N - The Name of the Rose

O - Of Mice and Men; Orlando

P - The Piano; Pulp Fiction; A Prayer for the Dying (Modlitwa za umierających)

R - Requiem for a dream; Robin Hood: Prince of Thieves; Rok ďabla; Rob Roy

S - Siódma pieczęć; Samotni; Se7en

T - Trainspotting; serial Twin Peaks; Twelve Monkeys

U - ?

W - ?

V - Vrátné lahve (Butelki zwrotne)

X - The X Files

Y - ?

Z - Zatoichi

 

A oto lista Chiquita:

A - Amelia, Amator, Akumulator 1, Abre los ojos (Otwórz oczy),

B -?

C - ?

D - ?

E - Everything You Always Wanted to Know About Sex But Were Afraid to Ask

F - Forrest Gump, Finding Nemo

G - La Gente de la Universal

H - ?

I - Indiana Jones

J - Jurassic Park

K - Karate Kid; Kontroll (Kontrolerzy); Kill Bill

L - La Estrategia del Caracol, o którym to filmie pisałam tu

M - McGyver, Magnolia, Matrix

N - ?

O - ?

P - ?

R - Rocky I, II, Rocky Balboa; Rok ďabla; Ratatouille

S - Star Wars

T - There's something about Mary

U - ?

W - White Men Can't Jump, The World's Fastest Indian; WALL -E

V - Valentín, Vrátné lahve (Butelki zwrotne)

X - ?

Y - ?

Z - ?

Do udziału w zabawie nikogo nie wyzywam,  za dużo czasu już upłynęło i łańcuszek zdążył wyszumieć. Ale jakby ktoś nabrał ochoty na przyłączenie się, to niech się poczuje jak najbardziej zaproszony:). I niech da znać w komentarzach, bom ciekawa Waszych list!

piątek, 20 lutego 2009
Rzeka

Rzeki w Santander. Rwące, pełne kamieni, wewnątrz których śpią skamieliny sprzed milionów lat. Z nabrzeżem pokrytym czarną węgielną skałą, a kilka kroków dalej siarczanym nalotem. 

Dawały nam ochłodę w upalne dni. Dawały poczucie przygody, kiedy przechodziliśmy przez ich rwący prąd w bród.  Dawały niezliczone bodźce moim bosym stopom (bo chłopcy nie zrzucili sandałów:) - od bólu na ostrym żwirze po łagodną śliskość zgniłych liści.

Chyba kocham rzeki nawet bardziej niż morze.

rzeka

rzeka

rzeka

rzeka

12:36, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 lutego 2009
Intelektualizacja i frustracja

Dziubdziubica napisała mi niedawno w komentarzu o intelektualizacji jako mechanizmie obronnym wykształconych mężczyzn, chroniącym od przeżywania trudnych emocji. Książką, która ten mechanizm pięknie ilustruje jest przeczytana przeze mnie niedawno powieść młodego niemieckiego autora Daniela Kehlmanna Measuring the World (polskie wyd. - Rachuba świata).

To paralelna opowieść o dwóch wielkich niemieckich naukowcach przełomu XVIII i XIX wieku: przyrodniku i odkrywcy Aleksandrze von Humboldzie oraz genialnym matematyku Carlu Friedrichu Gaussie.

Ich losy są z pozoru bardzo różne: Humboldt już od dzieciństwa ma w sobie ogromną potrzebę podróży, ucieczki, bycia w ciągłym ruchu. Jest niezmordowany, nie boi się bólu ani zmęczenia, większość ludzi, którzy przychodzą z nim do styku ma go za szaleńca. Jako nieodrodne dziecko oświecenia podporządkowuje rozumowi i woli swe drobne, chude ciało oraz sferę uczuć. Nie waha się nawet przeprowadzać na sobie samym różnych eksperymentów. Największą jego obseją jest jednak mierzenie świata. Wyposażony w najbardziej precyzyjne jak na owe czasy instrumenty pomiarowe nie "przepuści" ani jednemu pagórkowi na swej drodze, wlezie do każdej jaskini, na dno kopalnianych chodników, krwawiąc z nosa z powodu braku tlenu zdobędzie najwyższe szczyty Andów,  niemal żywcem da się zjeść komarom na wyprawie w górę rzeki Orinoko, naruszy nawet spokój indiańskich zmarłych wchodząc i zbierając "eksponaty" na ich cmentarzyskach.

A przy tym ma w sobie zadziwiającą zdolność ignorowania wszystkiego, co nie zgadza się z jego oświeconym obrazem świata. Nawet pojawiający się przed nim duch jego zmarłej matki nie jest w stanie (pozornie) wytrącić go z równowagi. Jego dzieło na koniec to kilkanaście opasłych tomiszcz pełnych dokonanych pomiarów. Nazwy i liczby, suche konstatacje, których nikt nie jest w stanie czytać. Kluczowa w jego przypadku jest kwestia kontroli: odruchów ciała,  wizerunku, emocji.

Gauss tymczasem to zaprzysięgły, hipochondryczny domator.  Największym nieszczęściem jego życia jest to, że musi pracować na utrzymanie rodziny, wykonując podrzędne, jego zdaniem niegodne jego wielkiego umysłu zadania, takie jak geopomiary okolicy. Jest nieczuły i terroryzuje swoich bliskich. Już od dzieciństwa czuje się naznaczony piętnem inności, nie rozumie, dlaczego trzeba się płaszczyć przed wielkimi tego świata, by zyskać ich podporę, podczas gdy ich umysły są tak miałkie i powolne w porównaniu z jego! Pogardza innymi ludźmi i nie waha się im tego okazać. Nawet jako starzec jest tylko wielkim, egocentrycznym, jadowicie szczerym dzieckiem. Marzy o innym świecie, w którym ludzie wreszcie wymyślą jakiś sposób na to, by nie bolały zęby i nie dokuczała niestrawność. Dobrze się czuje tylko w świecie liczb, abstrakcji, idei. Tam wszystko jest idealne. Ale wystarczy bolesna zgaga albo głupia gęba drugiej żony i już, znowu spadamy na ten padół łez. 

Na przykładzie tych dwóch naukowców Kehlmann moim zdaniem idealnie pokazał tę wielką przypadłość męskiej, a zwłaszcza męskiej i niemieckiej duszy. Ten niesmak i podświadomy strach, jaki budzi wszystko, czego nie da się kontrolować, czyli cielesne przypadłości, sfera seksu, emocji i irracjonalności. Ta tęsknota za czysto intelektualnym niebem, w którym wszystko jest niepokalanie poczętą ideą. Humboldtowska racjonalistyczna iluzja o tym, że świat można poznać i zrozumieć za pomocą dokładnych pomiarów. Oraz iluzja Gaussowska: że prawdziwy świat to sfera matematycznych równań, a to, co znajduje się wokół nas, to tylko jakiś boleśnie kiepski żart. Każdy z dwóch bohaterów ma trochę inny "mechanizm obronny". Ale obaj chowają się przed życiem. Gauss zamyka się w skorupie swoich obliczeń, Humboldt w iluzji rozumu. Prawdziwe życie jest jak cierń, wiecznie uwierający Gaussa w piętę, od którego nie ma ucieczki, więc pojawia się frustracja. Humboldt wypiera wszelkie nie pasujące mu treści i w rezultacie jest jak krótkowidz, który liczy ziarnka piasku na pustyni, nie będąc w stanie objąć jej całej wzrokiem i zobaczyć niezmierzalny majestat jej wydm. 

Kupiłam tę książkę Chiquitowi pod choinkę. Spodziewając się czegoś innego: że będzie ona traktować o głodzie poznania świata, o pasji życia. Chiquito jej nie przeczytał, ale ja tak. I okazało się, że jest zupełnie o czym innym: a mianowicie o ciemnej, odwróconej stronie tej pasji życia, tego głodu poznania. Nie tylko się nie rozczarowałam, ale dałam pochłonąć. To świetna lektura, dająca wiele do myślenia. 

Cañón del Chicamocha

Zatrzymujemy się w jednym z licznych przydrożnych punktów widokowych, by przyjrzeć się majestatycznemu kanionowi, a Pedro przekonuje nas, że na dole, w wiosce Cepitá, czeka na nas kawałek ziemi i una finca (farma), gdzie powinniśmy się osiedlić i wychowywać Fricholinkę. Wystarczy tylko chcieć... Zachwala wspaniały, ciepły, ale nie tropikalny klimat, żyzną ziemię i codzienne pluskanie się w rzece. Patrzymy w dół na zalaną słońem kotlinę. Zapisuję sobie w notatniku: Cepitá, oczywiście z błędami, i Chiquito poprawia.

Choć planowaliśmy, nie pojedziemy aż na dół. Godziny upływają szybko, a w Kolumbii słońce zachodzi niemal zawsze koło 18.00. Dziwne uczucie, kiedy jest tak ciepło. Bo dla mnie takie ciepło to "lato", a w lecie dni są przecież bardzo długie.

Kanyon del Chicamocha

Pedro wyczytał gdzieś w lokalnej gazecie o Polaku, który całkiem niedawno przejechał na rowerze cały Cañón del Chicamocha. Są tam niezwykle trudne odcinki, drogi niemal strome, kiedy trzeba praktycznie wnosić rower na plecach. Do tego upał, kurz.  Wydarzenie tak przedziwne, że aż gazety się nad nim rozwodziły. Bo komu przychodzą do głowy takie szalone pomysły? I po co? Dużo mądrzej byłoby przecież wsiąść do autobusu.

A tak pod górkę podróżują kolumbijscy rowerzyści - na pasożyta: 

rower

Stare ciężarówki też ledwo zipią pod górkę i jadą powoli, więc w sumie nie jest to chyba niebezpieczne. A jaka ulga dla nóg! Kto by się pocił? Tylko jacyś szaleni Polacy...

09:28, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 lutego 2009
Książki, których się boję

Czy w stosunku do książek można mieć uprzedzenia? Oczywiście, że można.

Ja mam. Kiedy sięgam po jakąś pozycję, wypożyczam albo kupuję, zwykle już coś o niej lub o autorze wiem. Albo wydaje mi się, żę wiem. Tworzę sobie w głowie pewien obraz danego dzieła, na podstawie przeczytanych recenzji, wzmianek prasowych, czasem tylko z informacji na okładce czy na pasku papieru informującym o przyznaniu jakiejśtam nagrody. Na ten obraz ma wpływ nawet grubość książki, jakość papieru czy rodzaj czcionki! Ten właśnie pierwszy kontakt z samą książką lub tylko wzmiankami o niej decyduje, do jakiej "szufladki" dane dzieło zapakuję. I wiem, że tylko jego przeczytane będzie mogło zweryfikować  ten wstępny obraz, zamienić "uprzedzenie" w jasne i pogłębione zdanie.

A jednak... Mam na półkach sporo książek, które już niekiedy parę ładnych lat czekają na swoją kolej i nie mogą się doczekać. Uprzedzenie do nich jest tak silne, że po prostu nie mam ochoty przekonywać się na własnej skórze, czy jest słuszne, czy nie. Zdarza się też sytuacja odwrotna: trąbienie o danej lekturze w mediach powoduje, że napięcie rośnie, a oczekiwania są bardzo wysokie. A potem, po kilku stronach, następuje rozczarowanie. Nie dlatego, żeby książka była zła, broń boże. Jest po prostu inna, niż tego chciałam w danym momencie. 

Taka sytuacja zdarzyła mi się ostatnio z kultowym (podobno) dziełem Jeana Geneta Querelle z Brestu. Spodziewałam się drugiego Lubiewa, książki która mnie totalnie wciągnęła w swój zakręcony, zarazem śmieszny i gorzki świat. A dostałam coś ogromnie oddalonego od mojej wrażliwości. Pełna poezji opowieść li tylko o poszukiwaniu przyjemności zmysłowych wydaje mi się pusta i pozbawiona sensu. Zachwyt nad pięknem fizycznym i degeneracją duszy to coś, co mnie nie dotyczy i nie chcę, żeby dotyczyło, o nie. Po kilkunastu stronicach odłożyłam Geneta i chyba już do niego nie wrócę, choć oczywiście nigdy nie mów nigdy.

Patrzę na swoje półki i widzę pełno nieprzeczytanych, prawdopodobnie świetnych lektur. Które mają pecha, bo nie mam na nie ochoty. Boję się ciemnego przesłania, które w moim wyobrażeniu niosą.

Pianistka, Elfriede Jelinek - widziałam film, jeden z najbardziej depresyjnych i pozbawionych nadziei obrazów, jakie zdarzyło mi się oglądać. I na jego podstawie odpycha mnie coś od tej książki. Nie mogę jej czytać, nie teraz, kiedy w moim brzuchu rozwija się i kopie moja własna córka.

Auto da fe, Elias Canetti - Kupowałam tę książkę w przekonaniu, że będzie opowiadać o inkwizycji czy innym paleniu kacerzy! To się nazywa ignorancja:). Teraz się jej boję, bo jakoś mi sprawia wrażenie "przeintelektualizowanej". Boję się, że się znudzę, a to przecież klasyka i nie wypada... Jest zresztą więcej takich książek, w których obawiam się właśnie przerostu filozofowania nad emocjami. Zauważyłam, że takie bichle piszą przede wszystkim mężczyźni.

Margaret Atwood - podobało mi się jej Kocie oko i swego czasu kupiłam kilka innych jej książek. A teraz się boję, że  podobnie jak ta pierwsza będą traktować o różnych traumach i patologiach z dzieciństwa. A tego mam już po dziurki w nosie we własnych życiu.

Plus cała masa książek o psychologii, terapiach, grach międzyludzkich i systemach rodzinnych, które zakupiłam na amazonie na zapas, jeszcze  przed odjazdem z Anglii. A teraz nie mam ochoty. Zmuszają do przemyśleń i często niefajnych wniosków. A ja jakoś ostatnio czuję się zbyt zmęczona, żeby za dużo drążyć we własnym życiu. 

Jest jeszcze bardzo wiele książek, po które w najbliższym czasie raczej nie sięgnę, i trudno mi właściwie sprecyzować dlaczego. I tak oto skończyłam czytając ostatnio wyłącznie Stevena Kinga i... czasopisma kucharskie. Czyżby pierwsze symptomy tzw. "ciążowego rozmiękczenia mózgu"? ;)

A Wy? Czy w Waszym życiu też są książki, do których podchodzicie powoli, miesiącami czy latami, jak do dzikiego zwierza? Książki, których boicie się, że Was ugryzą? Podzielcie się nimi!

 

poniedziałek, 09 lutego 2009
Zdjęcie

W dawnym pokoju Chiquita w Kolumbii, w którym spaliśmy i który był przez tych 6 pamiętnych tygodni "naszym" pokojem, stoi na półce zdjęcie. Zrobiła je ładnych parę lat temu fotografka Zuzanna. Dziewczyna, z którą Chiquito zerwał, żeby rozpocząć swoją wielką przygodę ze mną, swoją nie-idealną Polaquitą.

To zdjęcie to podwójny portret. Po lewej stronie, na tle białej ściany budynku, widzimy twarz Pedra. Pedro el Desaparecido, jak w piosence Manu Chao, ten, który pojawia się i znika. Ma zadumany wyraz, spuszczone oczy. Patrzy w głąb siebie. Jego zewnętrzny świat jest jasny, ciemność jest w nim samym.

Po prawej stronie, na czarnym zacienionym tle stoi Chiquito. Ma jeszcze długie włosy, związane z tyłu. Patrzy przed siebie, w przyszłość. Białe światło pada na część  jego twarzy. Ciemność została daleko za nim. Spogląda śmiało, bez strachu, z lekko przymrużonymi oczyma. Jest praktyczny, ocenia, kalkuluje, jaka droga jest najlepsza dla niego i jego bliskich. 

Tak naprawdę Chiquito zawsze miał w sobie wiele z marzyciela i idealisty. Ale z biegiem lat Wielki Realista coraz bardziej przytłacza tamtych dwóch.  Tacy już jesteśmy my, Kolumbijczycy (hmm, oprócz Pedra...) - mówi Chiquito. To, co rozpocząłeś, trzeba dokończyć. Raz wybierzesz i musisz się tego trzymać. 

Dlatego zamiast niepewnego zawodu dokumentarysty  czy dziennikarza wybrał stojącą obiema nogami na ziemi technikę. Jeszcze dwa lata temu przeglądał warunki przyjęcia na hispanistykę na Uniwersytecie Karola i nawet poszedł na dni otwartych drzwi. Dziś już o tym nawet nie wspomina. Możliwości po kolei odpadają od pnia jego życia jak suche gałązki.

Feministki i nie tylko mówią wiele o ucisku kobiety, o tłumieniu naszych możliwości. Ja sądzę, że nasza kultura niewiele lepiej poczyna sobie z mężczyznami. Tylko tego tak bardzo na zewnątrz nie widać, bardziej w statystykach o chorobach wieńcowych i nadciśnieniu. Ciężar odpowiedzialności za sytuację materialną przyszłej rodziny zostaje nałożony na ich barki bardzo wcześnie i wpływa na wiele znaczących wyborów życiowych. Sukces mierzy ich wartość we własnych oczach.

Do Kolumbii Chiquito jechał z mocnym zamiarem nakręcenia filmu dokumentalnego o przeszłości własnej rodziny. Takiego prywatnego, nie na pokaz, tylko dla naszych dzieci. Okazało się, że ludzie nie chcą mówić. Nie chcą wspominać, odgrzebywać starych spraw. To, co dla nas jest fascynującą historią, dla nich jest ciągle jeszcze jak świeży grób. Nie wolno odkopywać umarłych.

Powstały tylko dwie godziny nagrania z jedną tylko osobą. I ta osoba na drugi dzień po fakcie zadzwoniła do Chiquita z prośbą o zmazanie filmu.

Kiedy nie mogę zasnąć lubię się do niego przytulić. Pomaga mi to wyciszyć myśli. Jest spocony i bardzo gorący, jak dziecko z temperaturą. Czasem mi się wydaje, że znam go lepiej, niż on sam siebie. Kiedy indziej znowu jest dla mnie zagadką, nie do rozwiązania. W przeciwieństwie do mnie on nie lubi analizować siebie i innych, woli nie zaglądać zbyt głęboko do lustra. Więc ja wymyślam sobie na niego teorie (jak teraz), wydaje mi się, że wiem lepiej od niego, co jest w nim głęboko ukryte. Chciałabym go zmusić, żeby w sobie pogrzebał, ale on się opiera. Też nie chce odgrzebywać trupów.

Jest mi smutno, bo chyba tak naprawdę wcale go nie znam. Wszystko, co mam to zdjęcia, obrazy. Image, wizerunek, jungowska persona. Mogę sobie z nich dedukować, co tylko zechcę, ale zawsze to będzie tylko moja prawda. 

Kiedyś go bardzo idealizowałam. Potem przeżywałam powolne rozczarowywanie się. Teraz chciałabym go POZNAĆ. Jego prawdziwego. By móc kochać, tak jak dawniej. Lepiej niż dawniej.

18:42, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (10) »
czwartek, 05 lutego 2009
Przygody w Santander
Wsiadając do pożyczonego od rodziców samochodu i wysłuchując ostatnich napomnień i błogosławieństw Luquity czuję się jakbym wyrywała się na wolność. W tej sieci bogotańskich słów, słów, słów nieraz czuję się jak złapana w pułapkę muszka. Nareszcie sami, nareszcie on the road!

Pedro witając nas w swoim mieszkaniu na poddaszu śmieje się, że na naszą cześć powypędzał wszystkie swoje ulubione karaluchy. Tym niemniej w kuchni, w której nikt niczego nie gotował ani nie mył pewnie od kilku miesięcy, jest mnóstwo maleńkich robaczków, nie dłuższych niż pół milimetra. Rozmnażają nam się w kupionych za bezcen mandarynkach.

Santanderianie są inni niż Bogotanie. Nie całują w policzek, nie zbliżają się do siebie nieptrzebnie. Nawet kobiety po męsku podają rękę. Są serdeczni, ale utrzymują dystans. Są twardzi. Nie mają potrzeby rozczulać się i zachwycać nad tobą czy wszystkim wokół. Kiedy powiedzą coś miłego, wiesz, że naprawdę tak myślą.

Spacerujemy po rozpalonych ulicach Socorro. Don Severiano, miejscowy producent paneli i były polityk, zaprasza nas to na śniadanie, to na obiad. Zjadamy pyszne tamales santanderianos i sałatki owocowe. Idziemy na targ napić się świeżego soku i kupić platanosy. Zjadamy michę różnych rodzajów grillowanych mięs w ludowej restauracji, piqueteadero "U doñi Ofelii". Wstępujemy do zabytkowego kościoła z cudowną Panienką, gdzie pod filarem śpi pies. Mój aparat go budzi i biedak ucieka jak szalony.

Wieczorem zabieramy don Severiana do Simacota, sąsiedniego miasteczka (a może to on zabiera nas?). Trwa fiesta, nad ogniskami pieką się mazorki i rozmaite mięsa, ludzie tańczą w rytm techno-merengue, albo przesiadują grupkami na murkach i schodkach. Nalewają nam na siłę wino i musimy bardzo bardzo odmawiać, bo Chiquito prowadzi, a ja - wiadomo. Dla nich wcale nie wiadomo, no przecież jest fiesta! Don Severiano przedstawia nam pół miasteczka, łącznie z alcalde. Twarze, imiona, twarze, imiona. Krągłobiodre latynoski w wyzywających bluzeczkach i kapeluszach z caña de flecha. Mężczyźni w dżinsach, z twarzami rozpalonymi tańcem i alkoholem. 

Na drugi dzień w Simacota są walki byków, ale my idziemy nad rzekę. Brodzimy po strumyku szukając skamienielin i znajdujemy ogromne. Rozsądek każe jednak wziąść tylko jedną małą na pamiątkę. Skaczemy po kamieniach w rwącej rzece i balansując usiłujemy filmować się nawajem. Lodowata woda przyjemnie chłodzi, ale i napawa strachem. Fasolko kochana, z takimi nierozsądnymi rodzicami musi wyrosnąć z ciebie Mały Podróżnik, mówię do brzuszka, kiedy prąd sięgający ud o mało mnie nie porywa. Potem odpoczywamy pijąc "una colombiana, la nuestra" i oglądając puste teraz urządzenia (el trapiche), w których co 3-4 tygodnie wieśniacy don Severiana dzień i noc gotują panelę z trzciny cukrowej.

Siedzimy w barze pijąc sok z guanabana i feijoa, i rozmawiamy o Jungu. A potem o szalonej Słowence, przez którą Pedro cud, że nie osiwiał i po której do dziś leczy złamane serce.

Pytam Pedra, czy wolno u niego wrzucać papier toaletowy bezpośrednio do toalety. Mówi, że jasne. Już na drugi dzień kibel jest zatkany. Pożyczamy przetykaczkę z hotelu Don Severiana i Chiquito zabiera się do brudnej roboty. Co chwila wypada z łazienki trzymając się za nos i krzycząc, że śmierdzi jak tysiąc demonów! Ja leżę na naszym materacu i mam atak śmiechu. Najbardziej mnie śmieszy ten "mil demonios". Łzy ciekną mi aż do uszu. Pedro kręci nade mną głowy, jeden zatkany kibel i tyle radochy!

Wędrujemy przez rozpaprane błoto, żeby zobaczyć wychnięty strumień, na którego dnie znajdują się pełne wody dziury. Można się w nich kąpać, po pas, a czasem nawet po szyję. Chiquito odważnie wskakuje, a stojący obok ubrany Pedro zaczyna go chlapać. Po chwili chlapią się obaj, wyzywając się od cabronów.

Obserwujemy mrowisko, a Pedro opowiada nam o santanderskim przysmaku, las hormigas culonas. To królowe, wyjaśnia. O czasu do czasu wyłażą stadami z macierzystych mrowisk, żeby założyć nowe. Ludzie zbierają je jak jagody.

Potem przy bramce na autostradowe myto kupujemy od ulicznych sprzedawców woreczek takich wielkich smażonych mrówek. Jadłam je już przed wiekami w Pradze, ale wtedy Pedro za długo je przechowywał i były już nieco stęchłe. Te świeże chcę dać do spróbowania przyjaciołom z Czech, Polski. Niestety w bagażu pokruszą się w drobny mak.

Rozwala nam się samochód na dziurawej drodze. Dymi się z silnika, chłodnica przecieka. Jest już ciemno, jest mi zimno, otulam się wilgotnym ręcznikiem. Rodzice siedemnastoletniej koleżanki Pedra dzwonią jak wściekli, bo córka już dawno miała być w domu. Spryciara od razu przekazuje telefon Pedrowi, który musi się gęsto tłumaczyć. Potem mi powie, że zyskał naukę na całe życie: nigdy w ten sposób za nikogo nie brać odpowiedzialności.

Jak na złość wszystkie nasze cztery telefony są martwe. Ledwo zipie tylko telefon Matyldy. Cud, bo całą wycieczkę puszczała ona na nim swoje ulubione ckliwe ballady i nie mogła wyjść ze zdumienia, że jej ulubieni śpiewacy są kompletnie nieznani w Europie. 

Chłopcy łapią taksówkę i wysyłają nas, dziewczyny do domu. Ja nie chcę jechać, zostawiać Chiquita samego na pustej drodze, ale z chłopców nagle robią się chroniący machos i moja wola się nie liczy. Wezwana pomoc drogowa oferuje, że zabierze samochód aż do Bogoty, i nas też, w cenie ubepieczenia. Jeszcze tej samej nocy pakujemy się, wsiadamy w taksówkę i wracamy. Droga podnosi się coraz wyżej i wyżej, i jest coraz zimniej. Śpię na kolanach Chiquita i boli mnie gardło. O drugiej w nocy zatrzymujemy się w Barbossa, gdzie wszystkie kramy są otwarte i kupujemy zapas bocadillos i tumecitos. Jemy trochę, żeby się wzmocnić.

O świcie jesteśmy w Bogocie.

11:23, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 lutego 2009
Możliwości

Bodajże u Ericha Fromma wyczytałam kiedyś, że im jesteśmy starsi, tym bardziej zawężają się nasze życiowe możliwości. Jesteśmy coraz bardziej określeni, coraz rzadziej stajemy na rozdrożu i zastanawiamy się, którą ścieżkę wybrać. Mapa naszych dróg zawęża się. Najpierw zawód; człowiek jak już raz go zdobędzie, to się go najczęściej trzyma, specjalizuje, nie rzuca się na głęboką wodę i nie zaczyna wszystkiego od początku. Potem partner, dzieci, miejsce zamieszkania. Człowiek osiada na jednym miejscu, kupuje wypasioną plazmę i bibeloty na komodę, i już ma coraz mniejszą ochotę na szalony rok w Australii. Decyzje są już podjęte i choć nie zawsze właściwe, łatwiej jest się ich trzymać niż zmieniać wszystko od podstaw. A kiedy przychodzi starość, choroby, zawęża się nawet krąg zainteresowań, gasną już nawet marzenia.

Od jakiegoś tygodnia wiem, że Fasolka to dziewczynka. Tak mi się jakoś smutno po tej wiadomości zrobiło, aż Chiquito myślał, że jestem rozczarowana, bo chciałam chłopca. Nie, bynajmniej nie byłam rozczarowana. Myślę, że podobna melancholia by mnie ogarnęła, jakby mi powiedziano, że będzie synek.  Po prostu czuję, że coś bardzo ważnego w jej młodziutkim życiu już zostało określone, zdefiniowane, zamknięte. A to dopiero początek tego nieodwracalnego procesu.

Ten proces to chyba nic złego, to naturalna kolej rzeczy. Problem jest raczej we mnie, bo ja zawsze panicznie bałam się tego zawężenia możliwości. Już podejmując pracę myślę o dniu, w którym z niej ucieknę. Wynajmując mieszkanie marzę, że za rok już będę gdzie indziej. A jednocześnie bardzo cierpię z powodu tego "nieokreślenia". Bo ludzie pytają i chcą jasnych odpowiedzi. Pytają: jak zarabiasz na życie?, to gdzie w końcu mieszkasz?, kim jesteś?.

Robię to i owo, mieszkam tu i tam, szukam siebie i chyba nigdy nie znajdę - to nie są zbyt właściwe odpowiedzi w tzw. towarzystwie.

W takim oto nastroju melancholijnym jestem ostatnio. Ale nie, nie jest mi smutno.

Jest mi po prostu cicho.

17:22, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (15) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers