O podróżach dalekich i bliskich
czwartek, 29 listopada 2007
Psie kupy

Moja okolica w Glasgow jest niemożliwie obsrana. Myślałam, że to cywilizowany kraj, Zachód z dużym "Z", ale gdzie tam. Nawet nie będę wspominać, ile razy wdepnęłam... zwłaszcza po ciemku.

Skarżę się na to mojej koleżance, Czeszce, skądinąd bardzo sympatycznej i inteligentnej dziewczynie, ale niestety z tendencją do pewnego dogmatyzmu w poglądach. Jej odpowiedź:

- No jasne, patrz ile tu imigrantów.

Mówię jej, że w tej dzielnicy mieszka biała szkocka klasa robotnicza, mieszkam tu, to przecież wiem, kto chodzi z psami i nie sprząta!

Na to ona, żebym spojrzała za siebie na przystanek. Jasne, tam sami czarni i Hindusi, czy Pakistańczycy. No tak, ale oni nie mają psów! W życiu nie widziałam muzułmanki w chustce, albo Sikha w turbanie wyprowadzającego psa! A może ktoś z was widział?

Ale takiej nie przekonasz. Zadziwia mnie niepomiernie, jak niektórzy ludzie lubią zwalać wszystko na imigrantów, całe zło świata, jak lubią wrzucać ludzi do jednego wora. Pracowałam tu dla Pakistanki, bardzo dziwnej baby, płacącej po 2 funty na godzinę, co jest ewidentnie wbrew prawu, i która mnie na koniec jeszcze wyrzuciła. Ale nie mam zamiaru jej sądzić, a już na pewno jej całego narodu.

Jeszcze jeden bon mot tej dziewczyny: Żydzi i Cyganie są leniwi, tylko na koszt państwa by żyli. Dajmy spokój Romom, ale Żydzi? Co za idiotyzm! Jakby byli leniwi, to jak by działało państwo Izrael? Ale w dyskusji z nią nie mam argumentów... Bo ona spyta, czy znam jakiegoś Żyda i czy byłam w Izraelu. Nie znam i nie byłam. Wiedza z książek i gazet nie jest dla niej argumentem, to wiadomości z trzeciej ręki.

Ach, ciężko się czasami z ludźmi gada...

Aha, dziewczyna jest adwentystką i całkowitą abstynentką. Ale nie mam zamiaru wyciągać z tego faktu jakichś daleko idących uogólniających wniosków. Bo nie.

11:12, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 listopada 2007
Cały nasz świat potrzebuje psychologa?

Mam mętlik w głowie.

Zostać tu po świętach czy wrócić do Pragi?

Argumenty za powrotem:

  • chcę być z Chiquitem
  • chcę być z Chiquitem
  • chcę być z Chiquitem

Argumenty za zostaniem:

  • wydałam kupę kasy z oszczędności, szykuje się kupowanie biletu do Kolumbii na przyszły rok :):):), a tu mam bardzo fajną pracę, a w Pradze nie
  • głupio mi odejść tak przed świętami od pani, dla której pracuję. To przemiła osoba i nie byłoby to fair
  • angielski
  • parę ciekawych kursów i biblioteka, te wszystkie książki, których nie przeczytałam
  • rożne inne nieokreślone i nienazwane strachy, o których lepiej nie mówić

Biję się z myślami już parę tygodni, a bilety trzeba załatwiać jak najprędzej. I coraz bardziej wygląda na to, że zostaję. Jeszcze miesiąc, jeszcze dwa... Byle nie było za późno. Siostra mnie ostrzega, że nie wierzy w związki na odległość. Ludzie nie powinni się zmieniać osobno, bo kiedy wreszcie wrócą do siebie, okaże się, że już się nie znają... Mam nadzieję, że nie stanie się to nam. Chiquito ciągle czeka, jest cierpliwy, stara się rozumieć. Chiquito to mój chłopiec z gwiazd, strong enough to be my man... przynajmniej mam taką nadzieję.

Z Siostrą jak zwykle sesje gadaniowe potrafiły trwać do 4 rano:). Szwagier i Profesorek stukali sobie każdy w swoją klawiaturę, pogrążeni w wirtualnych rzeczywistościach, a my tymczasem zbawiałyśmy świat, siebie i resztę świrów, których znamy i kochamy. 

Źle się dzieje w państwie duńskim. Małżeństwo naszych przyjaciół stygnie coraz bardziej, on jest już tylko zaharowanym cieniem, ona coraz bardziej pogrąża się w swoich lękach i obsesjach. Nasza mama już nie umie inaczej niż tyko rozpamiętywać swoje nieudane życie. Pewna osoba, na której mi zależy (myślę, że kiedy to przeczyta będzie wiedziała, że to o nią chodzi), przestała pisać, a ja mam przeczucie, że jest jej źle (uzasadnione ostatnim jej wpisem zresztą). Sama przypomniałam sobie kilka własnych starych diabłów, które lata temu udało mi się wyprzeć, ale one nadal tam są... O co chodzi? Dlaczego wszyscy robimy takie dziwne rzeczy, dlaczego tak rzadko udaje się nam być szczęśliwymi? Z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same błędy. Może w tym kontekście decyzja HMG, Chiquitowego brata, żeby w tym wrednym przepełnionym świecie nie mieć wcale dzieci, nie jest wcale taka głupia. 

 

wtorek, 13 listopada 2007
Wycieczka na Arran

Melancholijnie się u mnie ostatnio zrobiło, więc żeby jeszcze dołożyć, wklejam zdjęcia pięknej szkockiej wyspy Arran:). Niestety fotki są tylko bardzo słabym odbiciem uroku tego jesiennego, niegościnnego krajobrazu. 

Arran

Ta martwa żółta trawa, rude paprocie i wrzosy, te rozsiane wszędzie potężne głazy... trzeba to zobaczyć na własne oczy. Chyba muszę odświeżyć sobie Wichrowe Wzgórza, żeby się jeszcze lepiej wczuć w atmosferę:).

 

Goatfell

Najwyższa góra Arranu, Goatfell (874 m, niby mała, ale od poziomu morza), którą "zdobyliśmy" w zeszłą niedzielę:)

kondycja pod psem:)

Słaby duszek ze mnie! Ach gdzie ta niegdysiejsza kondycja... :)

na szczycie

Tuż pod szczytem

mglisty szczyt

Na szczycie mgła otula nas... ale na nastroje nie ma czasu, bo wieje nieziemsko:)

chiquito zwycięzca

Chiquito w geście zwycięstwa!

13:00, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (4) »
Chiquito...

...przyjechał. BYŁ. I wczoraj pojechał.

A teraz jeszcze jeden cytat z Pilcha:

[...] ile razy myślę o tej, może o trzy, a może o cztery lata starszej dziewczynce, tyle razy mam pewność, że ona była mi pisana. Czuwałaby nade mną, przy niej miałbym dobre życie, gospodarzylibyśmy razem w starym, wiecznie zasypanym śniegiem domu, co niedziela chodzilibyśmy na główne nabożeństwo, wieczorami grywali w domino i pili herbatę z sokiem aroniowym. Czasami, jakby wyjeżdżała na jakieś większe zakupy do Cieszyna i jakby parę godzin bez niej było nie do zniesienia, wyjmowałbym z szuflady gruby brulion w zielonych okładkach i próbował dalej pisać dawno zaczęte opowiadanie o szachach albo o pierwszej miłości; ale zawsze, zanim ułożyłbym choć jedno zdanie, słyszałbym, jak otwiera furtkę i idzie przez ogród, i zostawiałbym pisanie, i wychodziłbym jej naprzeciw, i brał najcięższą siatkę z książkami, winem i chlebem, i siadalibyśmy w kuchni i ona opowiadałaby mi nowiny. Tysiąc razy lepsze byłoby to od danego mi teraz spełnienia: kiedy po postawieniu setnego, a nawet tysięcznego zdania, nikt nie otwiera furtki, nikt nie idzie przez ogród i nikt nie opowiada nowin. Mam, co chciałem: mogę układać zdania do usranej śmierci. [...]

Moja sytuacja jest dokładnie odwrotna. No, może brakuje nam tego zasypanego śniegiem, czy w ogóle jakiegokolwiek stałego domu, nabożeństwa też nam jakoś nie bardzo wychodzą, ale herbata z sokiem, wino, chleb, książki i nowiny są... i tysiąc innych rzeczy razem.

Ale na układanie zdań nie ma czasu. Czy dlatego tu jestem, tak daleko od niego, tak krótko z nim?

11:40, la_polaquita , inside out
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2007
Zamiast znicza

Gdyby nie siostra, zupełnie bym zapomniała, że dziś Święto Zmarłych. Jak zwykle jestem bardzo, bardzo daleko od tego, co dzieje się w Polsce.

Ale jakimś dziwnym przypadkiem przeczytałam dziś jedno z opowiadań „Mojego pierwszego samobójstwa” Pilcha, poświęcone jego babci. Pochodząca z Wisły luteranka babka Pechowa to pozornie całkiem ktoś inny niż moja katolicka poniemczona babcia... ale od razu pomyślałam o niej, czytając ten tekst.

Babka Pechowa, w stroju śląskim (moja babcia mówiła „po chopsku”, choć sama już się tak nie ubierała), specjalistka od przygotowań pogrzebowych (czyli mycia zwłok póki są jeszcze ciepłe), z narzuconą na ramiona jaklą, z obsesją pracy, zbierania, chomikowania, nie wyrzucania niczego – to moja babcia i tak trochę każda śląska babcia. Babka Pechowa Jerzego Pilcha, która umierając broniła się śmierci, choć całe życie na nią czekała, zawsze ubrana na czarno, zwarta i gotowa, wypatrująca znaków z zaświatów.

Stukanie. Najczęściej w okno. Przeważnie nieboszczycy stukają w okno kuchenne. Starka Mary trzy wyraźne stuknięcia w szybę. Stryj Paweł – to samo. Starzyk Trzmielowski – sześć uderzeń, równo pół roku przed śmiercią. Majster Sztwiertnia – łoskot w sieni. Adam Czyż – łoskot na strychu. Jednooki pan Nikandy – znowu w szybę. Ksiądz Morowy – piorun nad cmentarzem. [...]

Powoli w chałupie nie będzie milimetra kwadratowego, coby jakiś nieboszczyk w niego nie klepnął. Całe szczęście, że komuna panuje i spokój jest, i żadnej zawieruchy nie ma, bo jakby wojna, zaraza albo trzęsienie ziemi, to nieboszczycy, co ich matka znała, samym kołataniem chałupę by zburzyli. Nawet dziecko, co umarło po paru dniach, dało radę po śmierci zegar zatrzymać.

Mojej babci też zmarło pierwsze dziecko, ale to nie ono przyszło zastukać. Zdarzyło się to wcześniej, kiedy jako szesnastoletnia dziewczyna była w Toszku „na służbie”. W rodzinnej wsi umarła wtedy jej mała (chyba czteroletnia) siostrzenica. Moja babcia Lena była z nią bardzo związana. Tej nocy ktoś delikatnie zastukał w okno kuchenne, a kiedy moja babcia z duszą na ramieniu podeszła bliżej, z hukiem spadł koc, który udawał zasłonę. Lena wskoczyła pod pierzynę i przez resztę nocy nie wychyliła ze strachu nosa. Następnego dnia dowiedziała się, że musi jechać na pogrzeb.

Kiedy umierała jej matka, dziewczyna nie miała wtedy jeszcze 20 lat, a wszyscy bracia byli na wojnie – w mundurach Wermachtu, jakżeby inaczej. Jeden z nich, Paul, leżał wtedy ranny w szpitalu wojskowym. Muter przyszła do niego w czasie krótkiej drzemki, pogładziła po ręce i wymówiła jego imię. Obudził się cały poruszony, a kiedy pielęgniarka przyniosła depeszę, nie musiał wcale jej czytać, by wiedzieć, co się stało.

Potem, wiele lat później zmarło mojej babci jej własne pierwsze dziecko. Ale nic nie wiem o nowym stukaniu. Wiem tylko, że dla mojej mamy babcia była kochającą, ale chłodną matką. Moja siostra sądzi, że strata tylu bliskich osób (także najukochańszego z braci, Johanna) w tak młodym wieku, plus raczej nieudane małżeństwo z rozsądku, doprowadziła do tego, że całe życie moja babcia nie była zdolna do wyrażania uczuć. W urodziny mojej mamy jeździła na wykopki, nigdy jej nie przytulała, nie pieściła. Kochała nas wszystkich przeogromnie, ale wyrażała to tylko czynem, ciężką pracą. Nigdy nie nauczyła się słów ani gestów miłości.

Pod koniec jej życia to my ją przytulałyśmy (ja sporadycznie – jak zawsze daleko) i pomagałyśmy jej godnie umrzeć – tak jak było to dla niej naturalne, w domu, w jej własnym łóżku. Dotykały ją tylko ręce najbliższych, niewierzące wnuczki trzy dni zmawiały różaniec, dotrzymałyśmy wszystkich rytuałów. Przygotowałyśmy ją do Przejścia, tak jak ona to wielokrotnie w przeszłości robiła. Ale rozpaczałyśmy inaczej niż ona. Wstrząśnięte jej martwym ciałem, pustą skorupką, która z niej została, nie miałyśmy żadnej wiary, która by nas mogła podeprzeć. I nie słyszałyśmy żadnego stukania.

Już 2 lata jej nie ma i coraz mniej o niej pamiętam. Już nawet mi się nie śni. Ale dziś jest dobry dzień by ją wspominać. [*]

20:31, la_polaquita , po czornu
Link Komentarze (1) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers