O podróżach dalekich i bliskich
niedziela, 23 listopada 2008
Legendy strahovskie

Słyszałam z kilku źródeł, że praski Strahov może już niedługo przejść do historii. I zrobiło mi się smutno, bo to dla mnie szczególne miejsce.

Oczywiście nie chodzi mi o Strahovsky klasztor ani inne turystyczne miejsca, być może Wam znane. Chodzi o osiedle akademików praskiej politechniki, mieszczące się bezpośrednio na szczycie wzgórza Petřín, dominującego nad miastem. Przez ponad 5 lat mieszkał tam Chiquito, w wąskim i niesamowicie zakurzonym pokoiku, razem z pewnym Mirą, co T-shirty zmieniał raz na 3-4 dni. W pokoju-kiszce mieścił się rower, pełno plakatów i zdjęć, komp z dostępem do całej zbiornicy nielegalnie ściągniętych przez strahovskich mądrali filmów, a nawet Mirowy hokej stołowy:). W budynku była ciemnia, gdzie wywoływaliśmy czarno-białe zdjęcia jak odizolowani od świata wariaci! Zaszywałam się w pokoiku Chiquita na całe weekendy, kiedy Mira był w domu, i nie wychodziłam ani razu, bo vratne (portierki) były wredne i jak raz człowiek się przemycił, to lepiej było nie próbować szczęścia znowu. Czarna dziura mi tam kiedyś wciągnęła jeden czarny stanik, co się nigdy nie odnalazł. Chiquito chodził rano po bułki do "Murzynów" i smażył mi najlepszą jajecznicę pod słońcem, a potem urządzaliśmy sobie super-maratony filmowe z butelką wina i michą popkornu z mikrofali. Łóżko miało chyba z 80 cm szerokości, nie więcej, a my wysypialiśmy się, że hej! (Teraz to nawet te wielkie "lotniska" nam małe...). Mieszkali tam prawie sami faceci, geekowie do entej potęgi, co potrafili ze sobą przez ICQ gadać mieszkając w sąsiednich pokojach. Pd prysznicem to się musiałam rozbierać w kabinie za zasłonką, bo uniseksowe były. Ale ja się nie przejmowałam, zachłyśnięta szczęściem, paradowałam w ręczniku po tych szerokich korytarzach, a Chiquito uczył się po nich jeździć na rolkach. A potem przychodził do nas Pedro i przynosił najświeższe ploteczki z latynoskiego światka. Pedro, który teraz już rok w Kolumbii, wieczny duchowy clandestino, nie mogący sobie znaleźć ni miejsca ni celu.

I siostra z chłopakiem, Dziubdziuby dwa, którzy co roku wpadali i dostawali od nas ten zagracony Chiquitowym dobytkiem pokój, a my wtedy przenosiliśmy się na mój akademik. Schodzenie w dół, do Pragi, przez petrinski park. Ciekawskie wiewiórki i błądzenie w zakamarkach Głodowego Muru. I 1 maj, lásky čas, kiedy to starym czeskim obyczajem, chłopak musi pocałować dziewczynę pod kwitnącym drzewem, inaczej biedaczka uschnie tego roku. I my, cudzoziemcy, zwyczaju tego dotrzymywaliśmy. I zima w parku, kiedy Chiquito moje imię patykiem w śniegu rysował, a potem zjeżdżaliśmy z górki na pupach.

To jest nasza prywatna historia strahovska. Ale istnieje też inna, starsza, mniej prywatna.

Strahovskie akademiki należą do praskiej Politechniki, czyli ČVUT, uczelni, którą dzięki stypendium ukończył Chiquito. Zbudowano je w latach 1963-1965 nie tylko z myślą o studentach, ale także o obowiązkowych zlotach usportowionej młodzieży, czyli tzw. spartakiadach. Odbywały się one na pobliskim Strahovskim Stadionie (podobno największym w Europie jeśli chodzi o powierzchnię), a akademiki służyły przybyłym młodym sportowcom jako szatnie i miejsce zbiórki. Dlatego właśnie te wąskie, przypominające boksy dla koni pokoje otwierają się dwuskrzydłowymi drzwiami na strasznie szerokie korzytarze. Na tych właśnie korytarzach uczniowie ustawiali się do spartakiady.

Strahov ma też swoją historię, że tak powiem, para-polityczną. Warunki nigdy nie były tam super, a w czasach komunizmu pewnie jeszcze gorsze. W roku 1967 doszło z powodu częstych wyłączeń prądu na akademikach do starcia między studentami a władzą. Studenci wybrali się na demonstrację ulicami Pragi niosąc transparenty „Chceme světlo“ (Chcemy światło). A kiedy to nie pomogło, zapalając i gasząc żarówki w odpowiednich pokojach utworzyli też na fasadzie jednego z bloków napis PRDEL (dosłownie „dupa”). (A ostatnio podobno ten gest powtórzyli studenci z Troji, z powodu niewiadomego, i utworzyli światłami symbol vaginy:D). Te strahovskie akcje, nie mające żadnego politycznego tła, władza niestety zrozumiała jako prowokację. Doszło do starć na ulicach i wyrzucenia kilku studentów z uczelni.

W suterenie budynków postawały też różne kluby, z których najsłynniejszy to Siódemka (Sedmička) w bloku nr 7, który podobno był pierwszym klubem punkowym w całej republice. Myśmy tam zdaje się kiedyś z Dziubdziubami grali w bilard:).

Dziś los strahovskich akademików jest bardzo niepewny. Ok, zgadzam się, warunki są dość nędzne, ale z drugiej strony czego takiemu studentowi do szczęścia może brakować, jak ma łóżko, stół, kompa i ciepłą wodę pod prysznicem? Marne warunki to taki koloryt studenckiego życia. Przynajmniej się przejmować nie trzeba, jak się coś wyleje albo porysuje, za co w takich nowych akademikach podobno strasznie finansowo ścigają. No i można sobie pokój przerobić czy udekorować jak się chce, bo jak wszystko stare, to się żadnymi pozwoleniami przejmować nie trzeba.

Poza tym Politechnika sporym kosztem wyremontowała przed paru laty kilka bloków, i te wyglądają wcale ładnie.

Niestety miasto Praga, do którego należy ten bardzo lukratywny teren, powoli acz nieubłaganie skłania się ku decyzji wyburzenia Strahova i sprzedania działki za wielką kasę firmom developerskim. Dużo przy tym gadki szmatki, że sami studenci się skarżą na warunki, że się im na koszt miasta zbuduje hiper nowoczesny kampus gdzieś na obrzeżach Pragi. Moim skromnym zdaniem jakiś urzędas dostał porządnie posmarowane, bo w grę wchodzą miliardy koron. Strahov to ostatni taki teren niemal w centrum miasta, który ma status działki budowlanej - czyli bez zabiegów można tam zaraz zacząć budować luksusowe apartamenty z widokiem na Starówkę. Ekskluzywna willowa dzielnica dla bogaczy, do tego pewnie, jak to ostatnio w modzie - a czego szczerze nie znoszę - otoczona płotem.

Smutno mi, a będzie jeszcze smutniej, jak Strahov zniknie. Nie tylko dlatego, że tyle wspomnień się tam uzbierało. Nie ma po prostu drugiego takiego miejsca na świecie. Nawet brzydota tych akademików z wielkiej płyty ma dla mnie swój urok. Trzy kroki stamtąd do Ogrodu Różanego, do parku stromo schodzącego w dół, na lanovkę... Kawałeczek do wielkiego parku Ladronka, gdzie można jeździć na rolkach czy rowerze. Ech, szkoda gadać. Będzie bardzo szkoda tego miejsca dla przyszłych studentów.

21:14, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 17 listopada 2008
Moja Fasolka

No muszę się tym zdjęciem z Wami podzielić, bo inaczej nie wytrzymam!

frijolito

Noszę je zresztą przy sobie i pokazuję każdemu, kto tylko wyrazi choć małe zainteresowanie:) Tak bardzo jestem dumna, bo teraz to 100% dowód na to, że nasza Fasolka naprawdę istnieje, nie jest snem ani moim urojeniem. Aż łzy mi pociekły ciurkiem do ucha, kiedy ją ujrzałam na ekranie w zeszły piątek. 

Bo jednak, choć zdaję sobie sprawę, że to niezbyt normalne, to ja do tego momentu jakoś nie do końca wierzyłam, że naprawdę Fasolka istnieje. Różnego rodzaju paranoje, że zamiast dziecka w brzuchu mi siedzi jakieś mniej lub bardziej poważne choróbsko, po prostu nie chciały mnie opuścić. 

Czarownik powiedział, że dla niego to symbol wszystkich moich problemów, które można wyrazić jednym zdaniem: "Nie wierzę, że coś we mnie jest". I ta niewiara dotyczy widoczenie wszystkiego, co we mnie twórcze, łącznie z możliwością bycia mamą.

Ale to USG w ten piątek było niesamowite przeżycie. Fasolka to już mały człowieczek! Macha nóżkami, wierci się ile wlezie w ciepłej wodze mojego brzucha, pociera sobie rączkami twarzyczkę. Było bardzo wyraźnie widać, jak się rusza. Wygląda trochę jak duża mrówka! Ale przede wszystkim rozwija się zdrowo i ma prawie siedem centymetrów. 

No i - istnieje! 

13:40, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (22) »
wtorek, 11 listopada 2008
Refleksje blogerki

Ostatnio jest na topie łańcuszek czytelniczy, a ja sobie właśnie przypomniałam, że już jakiś spory czas temu wyzwała ShyJa do udziału w innym, wymyślonym przez Brasil, i też bardzo ciekawym. Nadrabiam więc zaległości:)

Trzeba się mianowicie zastanowić nad własnym blogowaniem. A konkretnie napisać:

1.czy to pierwszy blog

2.jak długo go prowadzisz

3.dlaczego zaczęłaś/-łeś

4.co ci blog daje i czym dla ciebie jest

Na końcu trzeba polecić 5 blogów.

Ciekawe to jest, bo myślę nad tym już od kilku dni, a odpowiedzi wcale nie są takie jednoznaczne, jak by się mogło wydawać.

Pamięć jest wybiórcza. To nie jest mój pierwszy blog, zaczynałam na onecie, ale teraz sobie nie mogę właściwie przypomnieć, co mnie k tomu wiodło. Z tym pierwszym blogiem raczej męczyłam się, niż go pisałam. Zaglądało bardzo niewiele osób, większość postów szła w próżnię, co oczywiście nie dawało mi inspiracji do pisania następnych. Poza tym nie mogłam sama dla siebie jakoś ustalić, czym to miejsce ma być, o czym chcę tam pisać.

Nie miałam na ten blog pomysłu, a czułam, że pomysł to podstawa w blogowaniu. Blog musi być pewnym projektem, choćby był to projekt podświadomy. Coś go musi łączyć w całość. Sądziłam, że musi to być tematyka i cierpiałam, że ja piszę o gruszce i o pietruszce. Dopiero, kiedy przeniosłam się na blox (grudzień 2006), a i to nie od razu, ale dopiero po roku prowadzenia, kiedy poodkrywałam inne fantastyczne blogi, które niekoniecznie miały jeden temat, i kiedy ludzie zaczęli zaglądać i interesować się trochę, wtedy dopiero pojęłam, że tę gruszkę i pietruszkę owszem musi coś łączyć - ale powinna być to po prostu osobowość autora. I że to wystarczy.

Przedtem jednak zaliczyłam jeszcze niezbyt udany wyjazd do Glasgow, kiedy to chciałam prowadzić bloga podróżniczego. Nie wyszło. W rezultacie zawiesiłam całą sprawę na przełomie roku 2007/2008. Moje życie składało się wtedy tylko z pracy w hotelu i popołudniowego gapienia się na filmy na kompie. Dół jak cała kotlina. Zero przemyśleń, zero chęci na przemyślenia.

Ale po powrocie do Pragi, w marcu tego roku, nagle tama pękła. Nie wiem, co się stało, chyba przestałam się wysilać, przestałam bać się o anonimowość, i nie spać po nocach wymyślając, jakim to projektem mój blog ma być. Zaczęłam po prostu pisać. Szczerze, o różnych głupotkach, które mnie męczyły, o snach, fantasmagoriach różnych, czasem o krajach, w których przyszło mi żyć, potem o mojej rodzinie. I nagle się okazało, że ludzie chcą to czytać. Że Wy chcecie to czytać! Dla mnie to nadal cud i ogromnie Wam dziękuję.

Blog to dla mnie niesamowite miejsce, dał mi ogromnie dużo pewności siebie, jeśli chodzi o pisanie. Po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że to, co piszę, może kogoś zainspirować, coś mu dać. Jest więc moim miejscem, gdzie mogę być twórcza. A to dla mnie bardzo ważne.

Jest też miejscem, gdzie poznaję Was, i to też jest niesamowite. Wasze blogi rozszerzają mi horyzonty, są moją gazetą codzienną. Dzięki temu np. wyjeżdżając do Anglii nie czułam, że tu nikogo nie znam. Przecież w Londynie mieszka Mala_Mi, ShyJa, Chihiro! Tak jakby bardziej swojsko od razu się robi, tym bardziej, że z Chihiro poznałam się w realu, z czego do dziś ogromnie się cieszę.

Przełamałam się też i wreszcie podałam adres tego bloga mojej siostrze i paru znajomym. Znajome się nie ujawniły i w sumie nie wiem, czy zaglądają, ale siostra tak, pod nickiem Dziubdziubica, i nagle blog stał się też narzędziem do porozumiewania się z rodzinką. Podobno nawet szwagier od czasu do czasu czyta:). A czasem komentarze zastępują nam szczerą rozmowę przy piwie czy na skypie, czasem jest nawet jeszcze bardziej intymnie.

Dobra, starczy tego dobrego:) Teraz typuję Was, żebyście też napisali o swoim blogowaniu:

Chciałabym poprosić Pyzę. Pyza była jedną z pierwszych, którzy zaczęli w miarę regularnie zaglądać do mnie i m.in. dzięki jej blogowi, który mnie zainspirował, zaczęłam pisać więcej, częściej i z przyjemnością.

Poprosiłabym również Ciebie, Chiaro, ale wiem, że nie lubisz łańcuszków i w sumie sporo już o swoim blogowaniu napisałaś, kiedy twój blog skończył 4 lata. Ale jeśli chciałabyś jeszcze do tego coś dodać, będzie mi bardzo miło.

Agradabla. Agradablę najpierw poznałam w Pradze, na polskiej wigilii, zdaje się że w roku 2005. Potem odkryłam, że pisze blog, potem ona odkryła mój, i tak powolutku, po cichutku, zbliżałyśmy się do siebie. Następnie ona wysłała mi pewien mail, który wiele zmienił, potem się spotkałyśmy. Jestem bardzo ciekawa Twoich odpowiedzi na te pytania!

Galapagos ma niezwykły talent pisania o tej piękniejszej, dobrej stronie rzeczywistości i ludzi. Wszystko zaprawione ogromną dawką nostalgii za Kubą. Co sprawiło, że zaczęłaś pisać, Galapagos?

Chihiro pisze o sztuce, podróżach, książkach, codzienności. Daje na blogu wyraz swoim rozległym zainteresowaniom. To jej subiektywne spojrzenie na świat, niezwykle inspirujące. Jestem bardzo ciekawa Twoich refleksji!

Tierralatina. Ponieważ Twój blog jest tematyczny i nie odsłaniasz się na nim za często (choć ostatnio to zrobiłeś w łańcuszku czytelniczym:)), to bardzo chętnie poczytałabym parę twych zwierzeń czy refleksji o Twoim blogowaniu. Mam nadzieję, że się przyłączysz:)

14:03, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (19) »
niedziela, 09 listopada 2008
Kobieta we mnie

Przyznam się do czegoś: jeśli chodzi o sprawy porządku, nie czuję specjalnej wspólnoty z resztą rodzaju kobiecego. Nie dla mnie prasowanie bielizny pościelowej, ściganie plamek na kuchennym blacie czy frustracje z powodu smug na oknach. Nie dla mnie wymienianie się uwagami w babskim gronie o lenistwu i tępocie facetów. Bałaganiara jestem i tyle. Nie cierpię prac domowych, więc nieporządku staram się nie zauważać. I zwykle się mi to udaje:). Szczerze mówiąc to tylko nadchodzący goście, czyli strach przed dezaprobatą społeczną, zmusza mnie do sprzątania (ale też po wierzchu rzecz jasna). A kiedy sprząta Chiquito, nie poprawiam go, nie strofuję, nie przejmuję od niego szmaty, tylko cieszę się jak głupia, że ja nie muszę tego robić.

„Stereotypowa kobieta” natomiast, co wynika z rozmów z wieloma dziewczynami, które znam czy znałam w moim życiu, również bardzo chce, żeby facet sprzątał. Jednocześnie jednak, nie zdając sobie z tego sprawy, robi wszystko, żeby go do tego zniechęcić. Poprawia, poucza, a często obrażona robi sama wszystko od nowa. Nie pozwoli facetowi umyć tych naczyń po wiadomościach, bo mają być umyte teraz!  Nie pozwoli facetowi zrobić danej czynności jego sposobem, być może powolniejszym i mniej efektywnym, ale jego własnym. Bo szlag ją trafia, jak widzi, jak on się grzebie. A faceci, czego przykładem Chiquito, bardzo lubią wymyślać swoje własne, para-naukowe sposoby na zrobienie najprostszych czynności. Sprawia im to wielką frajdę i satysfakcję. Chiquito np. podlewając kwiatki od razu snuje plany o zbudowaniu automatycznego systemu nawadniającego doniczki i nawet zaczyna poszukiwania w internecie odpowiednich części (ten pomysł niestety skończył się tylko na planach:)).

Ja też mam czasami takie „kobiece” zapędy, ale staram gryźć się w język. Kiedy Chiquito mi bierze nowiutką szmatkę do luster i myje nią kibel, to i we mnie coś się buntuje i bardzo chce krzyczeć: „kochanie, źle, źle i jeszcze raz źle!”. Jednak radość z umytej toalety, której nie musiałam sama ani dotykać, na szczęście przeważa:).

Myślę, że tak dobrze rozumiem facetów mieszkających z tego typu „doskonałymi gospodyniami” (którzy są do sprzątania zmuszani, a następnie cały czas strofowani, aż trzasną szmatą o podłogę i każą babie samej robić, jak jest taka mądra), ponieważ i ja w dzieciństwie byłam zmuszana do „pomagania w domu”, ale na wszystkie prace domowe istniał tylko jeden właściwy czas, tempo i sposób, wpajany wszelakimi metodami przez mamę i babcię. Żadnego miejsca na własną inicjatywę: tak się robiło od lat, i tak się będzie robić teraz. W sobotę trzepie się dywany, kąty myje się pierwsze, a nie środek, i  broń boże nie zamiatać, bo kurz osiada na meblach! Niektóre kobiety przejmują te sposoby od swych matek i same wpajają je potem swoim córkom. Nie ja. Mnie ta polityka rodzinna tak skutecznie obrzydziła prace domowe, że teraz, będąc na swoim, cały czas się upajam „wolnością”. I robię rzeczy kiedy chcę i jak chcę. A jak ktoś to zrobi za mnie, choćby beznadziejnie – tym lepiej.

Poza tym w naszym obecnym wspólnym domu prace domowe nigdy nie są brane jako oczywistość. Kiedy jedno z nas coś zrobi, cokolwiek, choćby tylko wyrzuci śmieci albo kupi mleko – zawsze może liczyć na pochwałę od tego drugiego i uznanie w jego oczach:).

Ale jest jedna sytuacja, nie domowa, w której budzi się we mnie ta „stereotypowa kobieta”, która na widok faceta knocącego robotę zgrzyta zębami. Mianowicie w pracy. Bo fąfle kurzu w kątach, które Chiquito zostawił odkurzając, nikomu nie zaszkodzą. Natomiast źle umyty człowiek, czyli rezydent, zwłaszcza taki, który już sam nie potrafi wyrazić swych potrzeb, może nabawić się infekcji, odparzeń, podrażnień. A faceci niestety w tej pracy niespecjalnie się sprawdzają. Nie są dokładni, myją „po wierzchu”. Dlatego kiedy pracuję z facetem, nigdy nie pozwolę mu wziąc szmatki do ręki. On przewraca z boku na bok, trzyma – myję ja. I on się raczej nie pali do tego mycia, zadowolony z pomocniczej funkcji.

Dlatego jednak najlepszymi carerkami są dziewczyny. Coś jednak w nas jest takiego, być może macierzyńskiego, co pomaga. Plus ta pedanteria, która potrafi w domu piekło z życia zrobić (i samej zainteresowanej, i jej najbliższym), a jednak w tego typu pracy jest niezbędna.

Wierzę, że cechy płci są w niewielkim procencie wrodzone, że przede wszystkim są nauczone. Dlatego w każdym z nas jest większy lub mniejszy kawałek „stereotypowej kobiety” lub „stereotypowego mężczyzny”. Każdy z nas jest przede wszystkim indywidualnością, dopiero potem dziewczyną czy facetem. Powinniśmy mieć możliwość sami wybierać, ile cech tej „stereotypowej kobiety” czy „stereotypowego mężczyzny” chcemy uznać za własne, a ile odrzucimy.

Wierzę, że jeżeli  tylko zechcemy, tę możliwość mamy. 

wtorek, 04 listopada 2008
Co Was wzrusza?

Arina Prochorowna zostawiła mi w komentarzu link to klipu Grzegorza z Ciechowa A gdzież moje kare konie z płyty Oj Da Da Na. Nigdy wcześniej go nie widziałam i poryczałam się oczywiście na sto dwa.

Mówią, że w ciąży hormony szaleją i dlatego kobieta staje się bardzo emocjonalna. Może. Ale ja tak mam zawsze, ciąża nie ciąża – strasznie łatwo się wzruszam. To takie tanie wzruszenie, mija za kilka chwil. Wystarczy reklama w radiu o wodzie pitnej w Afryce, a mnie już ściska w gardle, a oczy wilgotnieją. Najczęściej staram się takie stany skrywać, udaję, że mi coś wpadło do oka.

Zadziwiające jest jednak, jak bardzo wzruszenie jest indywidualne. Chiquito też potrafi uronić łezkę podczas oglądania filmu, ale nad zupełnie innymi rzeczami niż ja. Mnie przede wszystkim rozkładają na łopatki sceny (nierzadko kiczowatej) rodzinnej idylli, albo dobroci okazywanej w najmniej spodziewanych momentach, ludzkiej solidarności, przejawy serca, kiedy wali się świat i teoretycznie nie ma w nim na żadne ludzkie odruchy miejsca.

Nie rusza mnie, kiedy ktoś umiera. Ale jak w jego samotności ktoś przyjdzie go pocieszyć, ledwo widzę na oczy przez łzy.

Kiedyś rozmawiałam z rodzicami Chiquita i powiedziałam im, jak bardzo piękne jest to, że ciągle trzymają się oni za ręce, że po tylu latach małżeństwa widać w nich tyle wzajemnej czułości i miłości. I mówiąc to od razu kurcze woda w oczach i łamiący się głos, okropnie się potem wstydziłam.

Powiedziałam o tym niedawno Czarownikowi. I o tym, że podczas pierwszego pobytu w Bogocie często czułam się dziwnie, obco. Paradoks - otoczona tak serdecznymi ludźmi, a ogarniał mnie smutek i deprecha. Czułam się bardzo bardzo inna i chciałam uciec jak najdalej.

Czarownik powiedział coś bardzo mądrego: że to poczucie straty. Nieuświadomione, we mnie. Ci ludzie mają coś, czego ja nigdy nie miałam.

Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam, ale ma to sens. Czy dlatego widząc reklamę, na której szczęśliwa rodzina na tle chodzi razem po górach i szczerzy wybielone zęby do kamery ściska mnie w gadle tak, że prawie nie mogę oddychać? Czy dlatego, że mnie nikt w góry nie zabierał? Że żaden tata nie nosił mnie na barana i nie uczył grać w piłkę? Przedziwne.

Przedwczoraj bardzo rozłożyli na łopatki rezydenci. Dziewczyna z którą pracowałam przyszła do pracy z grypą. Naprawdę się wzruszyłam, widząc, jak się o nią martwią. Jack chciał nawet mówić z manadżerką, żeby wysłano P. do domu. A kiedy Doreen dała jej tabletki strepsils musiałam szybko udawać, że mi coś wpadło do oka. Takie babcino-dziadkowe ciepło ogrzało mi serce.

Wygląda na to, że uczucie wzruszenia jest bardzo bardzo osobiste. Chiquito np. miał mokre oczy na filmie Radio, o lekko opóźnionym czarnym chłopcu, który staje się maskotką szkolnej reprezentacji futbolu amerykańskiego. Raczej kiepski film, na którym się dość wynudziłam, a na pewno nie wzruszyłam. Ostatnio oglądaliśmy razem klasykę z warsztatu Spielberga Batteries not included. Film się jeszcze na dobre nie rozpoczął, a mnie już sama jego naiwna i słodka idea, że ludziom, o których nikt nie dba, dosłownie spadają z nieba małe kosmiczne robociki i pomagają, łzy leciały ciurkiem. A Chiquito się za to wzruszał postacią byłego czarnego boksera, który żyje zapomniany i samotny, mówi tylko hasłami z reklam i swymi grubymi paluchami naprawia maleńskiego robota z kosmosu. Czemu akurat ta postać? Czy z jakiegoś powodu Chiquito utożsamia się z ludźmi odrzuconymi, uznanymi za głupich i niepotrzebnych? Czy dlatego ma mokre oczy przy takich akurat scenach?

Kiedyś pytałam, czego się baliście jako dzieci. Dziś chciałabym Was spytać, co Was wzrusza? Nad jaką książką, sceną filmową czy życiową zdarza się Wasm uronić łezkę? Nie mam na myśli płaczu, kiedy jest Wam po prostu źle. Ale właśnie to chwilowe uczucie ściskania w gardle, kiedy jakaś scena, dzieło sztuki albo zachowanie innego człowieka dotyka Was głęboko w samym środku.

19:03, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 03 listopada 2008
Stonehenge

Stonehenge

Tajemnicze Stonehenge. Czy zostało zbudowane przez rasę tytanów, jak fantazjuje Anne Rice? Stoimy w tłumku i oglądamy słynne kamienie z daleka, odgrodzeni drucianym płotkiem. Wieje nieprzyjemny wiatr. Aparaty pstrykają. Czarne kruki krążą nad kamiennym kręgiem. Głos aktora z małęgo czarnego pudełka opowiada jak na lekcji historii. Już nie słucham. Nie pamiętam nic z tego, co mówi. Wiatr unosi mi mój dżinsowy kapelusik i goniąc za nim przeskakuję niski płotek. Przez chwilę jestem bliżej, troszeczkę bliżej, niż inni turyści.

Bliżej kamieni, ale wcale nie bliżej tajemnicy.

za płotkiem

11:08, la_polaquita , england
Link Komentarze (8) »
Epitafium dla Dwóch Głupich

W naszej starej zabrzańskiej dzielnicy mieszkały sobie kiedyś Dwie Głupie. Nikt nie znał ich imienia ani nazwiska, na tłustych czarnych włosach zawiązywały brudne chustki i człapały pod rękę w za dużych pantoflach. Zajmowały jedno z mieszkań komunalnych na „gorszym” końcu ulicy.

Wiadomo było o Dwóch Głupich, że to matka i córka. Ich życie było proste i skupiało się koło kościoła. Ubierały na siebie kilka zatłuszczonych płaszczy na raz i wysiadywały na kilku mszach dziennie. Kradły ludziom kwiaty z ogródków i zanosiły te zwiędłe wiechcie pod sam ołtarz. Ksiądz miał ochotę je przegonić, ale coś się to nie zgadzało z chrześcijańską nauką o „maluczkich”, więc je cicho tolerował.

Uwielbiały przychodzić do kościoła na sumę i sadowić się w najbardziej zapchanych pierwszych ławkach, tuż koło szacownych obywateli i ich grubych małżonek. A następnie pierdziały na sto dwa!

Dlatego nigdy nie miały problemu ze znalezieniem wolnego miejsca. Ludzie uciekali jak przed zarazą. Inni, trochę bardziej nieśmiali, wytrzymywali smrodek przez całą mszę, dyskretnie zakrywając nosy chusteczkami.

Moja rodzina należała zawsze do tych drugich.

A Dwie Głupie wyobrażały sobie, że ludzie je lubią, bo zawsze robią im miejsce. Uśmiechały się do siebie i sąsiadów. Uśmiechały się do księdza. Skrzekliwie próbowały śpiewać, kiedy wszyscy milczeli. Klękały i wstawały w sobie tylko znanym porządku. Żegnały się w najmniej spodziewanych momentach i mamrotały pod nosem swoje własne, prywatne modlitwy.

A Pan Bóg im odpowiadał. Odpowiadał tak, jak nikomu innemu z tego pełnego dobrych śląskich katolików kościoła.

Czy Dwie Głupie miały swoje marzenia? Czy były opóźnione w rozwoju, a może chore psychicznie? Nigdy się już tego nie dowiem. Zniknęły, umarły dawno temu. Nie zakłócają już mikulczyckich mszy swą smrodliwą, niewygodną obecnością.

Wierzę, że do ich małego świata nie docierały pogardliwe spojrzenia. Docierały za to kwiaty i Pan Bóg. Taki ten litościwy, dobry pónbóczek, do którego ja nigdy, nawet w najwcześniejszym dzieciństwie nie miałam dostępu. Który w moim świecie jest tylko antropologiczną ciekawostką.

niedziela, 02 listopada 2008
Zwierzenia czytelnika

Kemotalamot zaprosiła mnie do zabawy i z radością z tego zaproszenia korzystam :) Trochę nie było czasu ostatnio, nie tylko na napisanie odpowiedzi, ale także na sam temat łańcuszka – czytanie. Tym niemniej jednak postaram się zrobić ogólny przegląd moich czytelniczych zwyczajów.

1.O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Lubię czytać o każdej porze. Kiedy książka jest ciekawa, a ja mam czas, czytam od rana do wieczora, w każdej wolnej chwili, nawet na toalecie, hehe. Kiedy książka jest trudniejsza (np. nie beletrystyka) albo po prostu nie wciąga tak bardzo, czytam w ciągu dnia, kiedy jestem sama. Odkąd mieszkam w mieszkaniach z wanną, ogromnie polubiłam też moczenie się w gorącej w wodzie z bąbelkami i książką. Odkryłam to dopiero niedawno. W domu rodzinnym nie było na to warunków, a potem jakoś zawsze w kolejnych lokum miewałam prysznice. Ale teraz kocham się wygrzewać w wannie z książką! Wieczorem rzadko czytam, bo to jedyny czas który możemy spędzić razem z Chiquitem, grając w gry stołowe lub oglądając film, albo po prostu nagadać się nie możemy, więc książka musi być naprawdę zabójcza, żebym dla niej, że tak powiem, „porzuciła” Chiquita na pastwę... internetu. Czasem tylko w łóżku tuż przed zaśnięciem, kiedy Chiquito jeszcze myje zęby albo błądzi po necie, sięgam szybko po książkę. Niestety kończy się to zazwyczaj tak, że mam jak znalazł najlepszy środek nasenny:).

2.Gdzie czytasz?

Bardzo lubię czytać w podróży. Kiedy mam przed sobą perspektywę przemieszczania się, specjalnie wybieram książkę na tę okazję. Są to najczęściej książki wypróbowanych autorów, o których wiem, że się nie oderwę od pierwszej do ostatniej stronicy. Poza tym, czytam właściwie wszędzie, gdzie się da, w środkach lokomocji, na kanapie, w łóżku. W Pradze mam na to specjalny fotel, za którym stoi nasza lampa stojąca i świeci prosto na książkę. A w jeszcze poprzednim mieszkaniu na Smichovie był bujany fotel z ikei – strasznie za nim tęsknię, bo na nim uwielbiałam czytać najbardziej. Uwielbiam też czytać na dworze, w lecie na leżaku albo na kocu, wiosną czy ciepłą jesienią na ławce w parku. Traktuję to jako miłą przerwę w samotnym spacerze.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Na plechach zdecydowanie, albo na boku, podparta łokciem (choć tak nie wytrzymuję zbyt długo) albo poduszką (grozi szybkie kimono). Nigdy nie czytam na brzuchu, nie wytrzymuję w tej pozycji za długo. Może tylko kiedy się opalam na kocu w lecie – to jedyny sposób żeby czytać leżąc na słońcu, bo tylko wtedy sama rzucam sobie cień na książkę.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Zdecydowanie beletrystyka. Dobra powieść czy zbiór opowiadań, to jest to. Gatunek w sumie nieważny, książka musi być po prostu dobra, wciągająca, głęboka, albo być dobrą zabawą językową czy kulturową. Chętnie sięgam nawet po fantasy, jak Prachett czy Sapkowski, a ostatnio, dziw na dziwy u mnie, po kryminał! Lubię też gatunki para-beletrystyczne, eseje, reportaże czy opowieści podróżników.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?

Kilka dni temu kupiłam w charity shop za 70p Tales from King Arthur, legendy w wersji Adrew Langa. Po naszej wizycie w Stonehenge i Glastonbury miałam ogromną ochotę na arturiańskie opowieści! Postacie tych legend są tak obecne w kulturze masowej, że niby wszystko człowiek wie, ale ja nabrałam ochoty zaznajomić się z tematem trochę bliżej.

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?

Praktycznie nigdy w życiu nie czytałam kryminałów, a tu ostatnią książką, którą przeczytałam jest Agatha Christie: Body in the library, z serii o Miss Marple. Choć czytam po angielsku już bez większych problemów, mimo wszystko staram się wybierać lżejszą literaturę w tym języku (z jakimiś grami literackimi czy językowymi, ewentualnie z książką pisaną w slangu czy strumieniu świadomości itp. nie dałabym rady, wiem że bym się po prostu zmęczyła czy znudziła). Jest to pierwsza Christie którą przeczytałam w życiu i spodobało mi się! Ma to swój wdzięk i urok i jest baaaardzo o Anglii i Anglikach.

7. Co czytasz aktualnie?

Gulasz z turula Vargi – świetny zbiór nostalgicznych i bardzo osobistych esejów o Węgrzech.

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Nie zaginam rogów, kiedy naprawdę nie mam czym założyć (a wykorzystuję co się da, bilety, rachunki, nawet chusteczki higieniczne), wtedy kładę książkę grzebietem do góry, albo z żalem zamykam i „zakopuję sobie” miejsce, w którym byłam. Ale najczęściej używam zakładek z reklamami wydawnictw, takich, jakie dostaje się za darmo kupując książkę.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Miałam ostatnio pomysł, żeby słuchać książki czytanej podczas prac domowych. Wypożyczyłam sobie Terry Pratchetta Hogfather na cd i nawet przesłuchałam dwie płyty. Niestety nie umiałam się na tym skupić, robiąc jednocześnie co innego. Łapałam może połowę treści. Nie, jednak nic mi nie zastąpi tego całkowitego zamknięcia się w fikcyjnym świecie powieści, jakie daje skupione czytanie.

Co innego czytanie na głos. Podczas objazdowej wycieczki po Czechach, jaką strzeliliśmy sobie parę miesięcy temu z siostrą i szwagrem, czytaliśmy na zmianę w samochodzie, a potem pociągu inną książkę Pratchetta (nie pamiętam już tytułu). I było to super na zabicie ciągnącego się czasu, a jednocześnie nie zamknęliśmy się we własnych światach, tylko byliśmy razem. Ale też – jakoś najlepiej pamiętam te rozdziały, które sama czytałam, te, które słuchałam, dużo słabiej.

10. Co sądzisz o ebookach?

Spoko, ale muszę wydrukować. Na ekranie czytać nie lubię, nudzę się, robię się nerwowa, skaczę co chwila na net, no nie da się. Miałam jednak w życiu do czynienia tylko z różnego rodzaju podręcznikami czy literackimi starociami potrzebnymi na studia w tej formie. Nigdy nie zdarzyło mi się mieć kontaktu z literaturą współczesną w formie ebooka. Chyba mam uprzedzenia - gdyby dany tekst był naprawdę dobry, zostałby po prostu wydrukowany. Nie wyobrażam sobie który dobry pisarz wolałby wydać książkę jako ebooka zamiast w formie papierowej.

................................................................................................ 

No, to teraz powinnam wytypować. Ale chyba z kręgu moich blogowych znajomych prawie wszyscy się już w to bawili... Zastali już tylko tacy, którzy raczej nie piszą o książkach, albo w ogóle zaprzestali pisania, jak Dziubdziubica. Może reaktywujesz Dziubdziubnik tylko na chwilę, dla starszej siostry??:) Chciałabym też zaprosić bardzo serdecznie Agradablę. Dziewczyny, mam nadzieję, że nie odmówicie;)

 

O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers