O podróżach dalekich i bliskich
środa, 31 grudnia 2008
Stary rok, nowy rok, stare życie, nowe życie

Wszyscy dziś walą na blogi podsumowania roku, to ja też. A co.

To był dziwny rok. Pełen przeprowadzek, pełen zmian, pełen rozmaitych, czasem aż nazbyt silnych, emocji.

Na początku było mi bardzo bardzo źle. Wyjechałam daleko od Chiquita, bo mi się wydawało, że za bardzo jestem od niego uzależniona. Chciałam przygód i chciałam o nich pisać. Odkryłam, że podróż to nie jest magiczny klucz do pozytywnych zmian. Można przemieszczać się w przestrzeni, ale jak się jest samemu zamkniętym w sobie na cztery spusty, to nic się nie zobaczy, nikogo nie pozna, niczego nie dowie, i jeszcze bardziej znienawidzi tego swego jedynego towarzysza podróży, tego zastrachanego "ja", który jest mistrzem we wznoszeniu murów.

Dopiero po powrocie ze Szkocji odkryłam, że jedyna droga do zmian, to te mury kruszyć. Po kawałku, po jednej cegle. I nie trzeba do tego jechać na koniec świata, można całe życie nie ruszać tyłka ze swojego miasta.

Pojawiła się nowa, lepsza relacja z Siostrą. Pojawiła się też nowa przyjaźń. Przyszło do mnie pewnego dnia mailem słowo: "pisz". Była wiosna w Pradze, a ja przestałam czegokolwiek oczekiwać i mieć jakiekolwiek ambicje ("przecież za chwilę znowu wyjeżdżam, nie opłaca się"), i po raz pierwszy od lat było mi naprawdę dobrze. Chodziłam po lesie i fotografowałam przyblokowy rzepak. Słowa nagle same zaczęły ze mnie wypływać.

Potem chodziłam już po polach i lasach Essexu, i już nie było tak dobrze, bo znowu pojawiło się to upierdliwe pytanie: "co ja mam ze sobą zrobić?". Z braku lepszych pomysłów znalazłam pracę. Pierwszą lepszą, jaka się nawinęła. Zobaczyłam wiele cierpienia i zobaczyłam starość. Nauczyłam się, jak robić "to, co trzeba", by w tym cierpeniu ulżyć, i jak samemu jednocześnie nie zwariować. 

Zaczęłam terapię, która okazała się być największą podróżą, jaką do tej pory odbyłam. Podróżą bez ruszania się z krzesła. Najdalej jak się da - do wnętrza samej siebie.

A Chiquito się zdecydował. Pytałam go za Sheryl Crow: Are you strong enough to be my man? Nie słowami, ale czynem, odpowiedział, że tak. 

Pod sercem noszę teraz jego dziecko. Nie ma jeszcze imienia innego niż "Fasolka", nie znamy jego płci. Nic o nim nie wiemy, jest wielką Tajemnicą. Czy będzie "małym naukowcem" jak sobie wyobrażam, który z wypiekami na twarzy będzie mnie ciągnął za rękaw do piwnicy, by pokazać swój nowy "wynalazek"? A może będzie małą cichą dziewczynką z ogromną wyobraźnią, jak ja kiedyś? A może lekko rozpieszczoną królewną tatusia, a może małym sportowcem, co uwielbia grę w piłkę? Czy będziemy razem piekli pierniczki, jeździli w góry i do dziadków w Kolumbii, w jakim języku będzie nasze dziecko mówiło najlepiej?

- Psst, to wszystko tajemnica - uśmiecha się w głębinach mojego brzucha Fasolka. Nie bądźcie tacy ciekawscy. Zobaczycie.

Nowy rok przynosi kolejne zmiany. Żegnamy się z Londynem i Anglią, credit crunch nie wybiera. Padło na Chiquita, trzeba pakować manatki (a dużo ich, oj dużo) i wracać na stare śmieci. Mosty na szczęście nie spalone, nasze maleńkie mieszkanko na obrzeżach Pragi bardzo lubię, no i są w tym mieście ludzie, których nie boję się nazwać przyjaciółmi. A i do Zabrza rzut beretem, do cioci i wujka Dziubdziubów, o których wiem, że już teraz bardzo kochają Fasolkę.

Zapytałam kiedyś Czarownika, czy kiedyś skończy mi się to miotanie, ta wieczna walka z samą sobą? Czy wreszcie będę kiedyś spokojna, pewna swego, otwarta na ludzi i pozbawiona strachu? Zacytował mi zdaje się Simone de Beauvoir, która powiedziała: "urodziłam się z krzykiem i umrzeć też chcę z krzykiem". Ten krzyk, ten ból, to życie. Walczę, więc jestem.

Nigdy nie będzie niebiańskiego spokoju. Dowodem na to Kolumbia, gdzie znowu każdego dnia muszę z uporem i w porodowych bólach robić dziury w murze, jaki sama sobie wzniosłam wokół mojej inności.

I jest jeszcze mój projekt. Zaczęty na tym blogu, niedokończony. Mój syndrom ucieczki. Moi przodkowie, którym wreszcie odważyłam się spojrzeć twarzą w twarz, choćby tylko bezpiecznie, z daleka. Ale teraz, żeby pisać dalej, muszę spotkać się z tymi żyjącymi, z którymi dawno temu zerwałam kontakt, i poprosić ich o opowieści. Bo sama już nic więcej nie pamiętam. Mam nadzieję, że starczy mi na to odwagi i pasji. Czarownik twierdzi, że mam ich w sobie całe pokłady. Muszę tylko sama nareszcie je w sobie zobaczyć.

Życzę sobie i Wam w nadchodzącym dziś Nowym Roku: więcej zmian, oraz odwagi, by się na nie otworzyć. A jeśli ich nie potrzebujecie, bo już czujecie się szczęśliwi: oby to szczęście nigdy Wam się nie zagubiło w codzienności, ale zawsze było zauważane i doceniane.

A jeśli przypadkiem bywa wam czasem źle, walczcie o samych siebie do upadłego. Naprawdę warto.

Uświadomiłam sobie niedawno, że chyba już naprawdę nie wierzę w Boga. Ale za to wierzę w Człowieka. Bardzo, bardzo mocno.

16:00, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (14) »
!Tres pies, mis aguinaldos!

Oto kolejny wpis z serii "kulturowych". Będzie dzisiaj o wesołych bożonarodzeniowych zabawach, zwanych  "aguinaldos", czyli "prezenty", bo w końcu o nie toczy się gra:).

Z grą zaczyna się pierwszego dnia Noveny i kończy w dzień Bożego Narodzenia, albo, tak jak my, 27 grudnia. Zabawa zawsze toczy się w parach - każdy może grać z każdym, wystarczy tylko się umówić. Najpopularniejsza gra - i jedyna, w którą graliśmy my - to tres pies, czyli "trzy nogi". Polega na tym, że kiedy osoba, z którą grasz, się zagapi i stoi sobie w lekkim rozkroku, podchodzisz po cichutku od tyłu i ciach! - wkładasz własną nogę między nogi partnera, wołając przy tym "tres pies, mis aguinaldos!", czyli "trzy nogi, prezenty moje!". Nie wolno robić trzech nóg kiedy dana osoba siedzi lub idzie, tylko kiedy stoi. I liczone są punkty. Za każdym razem, kiedy zaskoczysz partnera z "trzecią nogą", zyskujesz punkt. Kto w umówiony dzień końca zabawy ma punktów więcej, ten od współgracza dostaje jakiś drobiazg za umówioną do przodu cenę.

My umówiliśmy się na 10 tys. pesos, czyli jakieś 15 PLN. Chiquito przegrał sromotnie z Anielicą i Frugorem, za to ze mną wygrał w cuglach, bo ciągle mi się o tej grze zapominało. No i wyszło na to, że jestem mu dłużna aguinaldo... A ciężko mu kupić jakąś niespodziankę, bo ja tu praktycznie nie wychodzę na miasto sama. On natomiast swoje już załatwił - Anielicy kupił struny do gitary, a bratu (mój pomysł) - grę karcianą UNO.

Istnieją też inne podobne zabawy, których co prawda nie poznałam w praktyce, ale opowiedziano mi szczegółowo, jak się w nie gra.

Dar y no recibir czyli "dać i nie odebrać" polega na tym, że kiedy partner w grze nam wręcza jakąś rzecz, nie wolno nam jej odebrać z ręki do ręki. Trzeba poprosić, aby np. położył na stole, albo przekazał komuś innemu. Oczywiście współgracz próbuje ci wręczyć przedmioty specjalnie. Jeśli się zapomnisz i weźmiesz z jego ręki, tracisz punkt.

Kolejna gra to pajita en boca - słomka w ustach. Kiedy współgracz powie "pajita en boca" musisz pokazać że masz coś w ustach. Słomkę, trawkę, wykałaczkę, albo co się w danej chwili znajdzie pod ręką. Jak nic nie masz - punkt dla partnera.

Al sí al no polega na tym, że współgracze umawiają się, któremu z nich nie wolno wypowiedzieć słowa "tak", a któremu "nie". A potem zadają podchwytliwe pytania. Trzeba zachować przytomność umysłu i odpowiadać eufemizmami, np. zamiast "nie" - negativo, albo nada que ver (nic wspólnego). A zamiast "tak" - positivo, de acuerdo (zgoda), afirmativo (potwierdzam), por supuesto (oczywiście) itp. itd. Kto się zapomni i wypowie "sí" albo "no" choćby jako część zdania, traci punkt. A pytania bywają niezłe! No bo jak tu odpowiedzieć np. na "jesteś lesbijką?" albo "lubisz robaki na śniadanie?". Każdy, a już zwłaszcza cudzoziemiec się zaplącze i jest z tego kupa śmiechu.

El beso robado też wygląda bardzo zabawnie i w sumie szkoda, że w to nie graliśmy. Po prostu kradnie się partnerowi całusa. W policzek, albo w przypadku pary, także w usta. Szybki całus - i punkt mój. 

Jest przy tych zabawach sporo radochy. Mam nadzieję, że w przyszłym roku polska rodzinka da się namówić na przeszczepienie tej kolumbijskiej tradycji na nasz rodzimy grunt:).

03:47, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (11) »
wtorek, 30 grudnia 2008
Rodzinna wigilia

Był sobie kiedyś pewien młody goniec bankowy, ambitny i biedny, półsierota od dzieciństwa. Miał ciemną skórę, śnieżnobiałe zęby i ostre rysy drapieżnego ptaka. Ożenił się jako osiemnastolatek z równie młodą dziewczyną i wkrótce przyszła na świat ich pierwsza córka - Margarita. Z rodziną na karku w dzień pracował, powolutku przekonując do siebie szefów i wspinając się po szczeblach bankowej kariery, a w nocy studiując jedyny dostępny w tamtych czasach wieczorowy kierunek - prawo. Przyszły na świat kolejne dzieci: Luz Helena, zwana Lucą, Patricia, Rafael. Goniec stał się dyrektorem, potem prywatnym przedsiębiorcą, współzałożycielem wydawnictwa prawniczego. Zaczął obracać się w "wysokim" towarzystwie, chadzać na koktaile i recepcje, a jego żona nie czuła się dobrze w tym środowisku. Nie chciała, a może nie była w stanie, dotrzymać mu kroku.

Z romansu z sekretarką wynikło kolejne małżeństwo i kolejna dwójka dzieci: Juan Pablo i Camilo. 

Powoli i po części chyba nieświadomie rodził się mit patriarchy rodu, który znajduje dla wszystkich czas i opiekuje się nie tylko dziećmi, ale też byłymi żonami (sekretarka również okazała się nie być "tą właściwą"). Za tę opiekę, wielką troskę i ogromną życzliwość jego dzieci odpłaciły mu dozgonną wdzięcznością i bezkrytyczną miłością. Zwłaszcza córki stały się dobrowolnymi strażniczkami jedności rodziny, wiernymi pomocniczkami w wykonywaniu tego niełatwego zadania. Od tej pory zażegnują wszelkie konflikty w zarodku, a czego się nie da zażegnać, tego po prostu nie widzą. Zwołują rodzinne spotkania i trenują swe dzieci w okazywaniu szacunku Abuelitowi. I choć jest to tak przyjemny, wyluzowany i wesoły człowiek, to z jakiegoś powodu przed jego wizytą panuje dość nerwowa atmosfera, dzieci muszą ubrać garniturki i jak powiedzą tylko "si" a nie "si, señor" mama od razu strofuje. 

Na tej Wigilii też jak zwykle zebrało się całe rodzeństwo ze swoimi (czasem kolejnymi) małżonkami i dziećmi. Ale choć wszyscy, a zwłaszcza Chiquito, tak bardzo się na to spotkanie cieszyli, to po wszystkim zapanowała atmosfera lekkiego rozczarowania. 

Zwykle charyzmatyczny i pełen życia Abuelito gaśnie. Jest cichy i na Wigilii prawie się nie odzywa. Przygniata go troska o dzieci, które pewnie za kilka lat zostaną bez jego opieki, także finansowej. Jedna z córek od lat pracuje jako jego sekretarka, jak odnajdzie się na rynku pracy kiedy zabraknie ojca? Jeden z synów, choć bardzo, bardzo bogaty, cierpi na ciężką depresję i właśnie się rozwodzi. Abuelito, choć dobiega osiemdziesiątki, ciągle pracuje i chyba jego samopoczucie bardzo zależy od jego aktywności. Ale starego człowieka wygryzają z kolejnych rad nadzorczych czy zarządów. Nie potrzebują go już.

Czy rodzina będzie się tak kochać i tak często spotykać, kiedy jego zabraknie? Myślę, że takie myśli na pewno przychodzą mu do głowy.

Ja nie mam porównania, nic mnie nie łączy z tymi ludźmi, więc nie wiem, "jak to było kiedyś". Dla mnie ta wigilia w gronie prawie 20 osób była bardzo oficjalna i "kiedyś" pewnie czułabym się tak samo - jak na przyjęciu w ambasadzie. Ale Chiquito twierdzi, że "kiedyś" naprawdę było inaczej. Więcej śmiechu, zabawy, śpiewania kolęd, świątecznej atmosfery i wzajemnej miłości. Teraz "dzieci" już nie są dziećmi. To rozpieszczeni i bogaci nastolatkowie, którzy zamiast śpiewać Novenę, uśmiechają się lekko ironicznie. Luquita, Chiquitowa mama, w odmawianiu modlitw jest mniej więcej osamotniona. Tylko parę osób jej wtóruje - w tym jedna niewierząca cudzoziemka.

Po deserze, o 12.30 (bo tu wigilia zaczyna się najwcześniej o 20.00 wieczorem) wszyscy się nagle zmywają. Nie ma tańców do rana, o których kiedyś opowiadał mi Chiquito, porównując rzecz jasna obraz Świąt swego dzieciństwa do naszej polskiej "nudnej" Gwiazdki, na której ludzie jedzą o 17.00 a potem gapią się w telewizor aż śpik weźmie.

Za to 25 zrobiliśmy sobie naszą własną, małą rodzinną wigilię. Taką wyluzowaną, bez przesadnego dbania o tradycję, za to z mnóstwem świątecznej atmosfery. Do nas dwojga i do rodziców  dołączyli Frugor i Anielica, którzy 24 spędzali z jej rodziną. Przed obiadem (czyli zjadaniem resztek z wigilii, a zostało sporo:)) opowiedziałam o polskiej tradycji łamania się opłatkiem. Niestety żadnego nie przywiozłam (gapa, gapa) ale za to Chiquito już parę dni wcześniej zdobył w jakimś sklepie z dewocjonaliami, jakich nie brakuje w centrum Bogoty, najprawdziwsze okrągłe hostie! Takie te wielkie, które używają tylko księża. I tymi hostiami się łamaliśmy, i po początkowych okrągłych oczach rodzinki (hostie, kurka wodna, czy to czasem nie świętokradztwo?:)) zwyczaj bardzo się spodobał. Podobno zamierzają kontynuować co roku.

A potem dawaliśmy sobie prezenty, każdy drobiazg zapakowany oddzielnie, wręczeniu którego towarzyszyły oklaski i trzepanie tamburynkiem. A potem dziękowanie darczyńcom. Śmiali się, kiedy im powiedziałam, że chyba w całym moim życiu nie dałam ludziom tylu całusów, co w ten wieczór. I dziwili, że w Polsce powiesz z daleka "dziękuję" i to wystarczy. 

Ta rodzina bardzo się kocha. Ale chyba wraz z kolejnym pokoleniem wszystko się zmienia. Przy tak dużej ilości osób nie sposób uniknąć wzajemnych zadrapań. Chiquita to boli, bo będąc daleko, nie widzi tych zmian, nie ma o nich pojęcia. Frugor widzi dużo więcej, widzi konflikty, a czasem je boleśnie sam odczuwa na własnej skórze. Mówi o tym z Anielicą, z nami, ale z rodzicami nigdy. Wystarczyła jedna uwaga ze strony Chiquita, że Wigilia nie była taka, jak kiedyś, żeby Luquita się popłakała. Ona by zapłaciła każdą cenę, by utrzymać tę świętość rodziny. Ale młodsi już chyba nie, a ja osobiście uważam, że w sumie bardzo dobrze. Nigdy nie warto płacić każdej ceny, nawet za rzecz tak fajną, jak zgrana rodzina.

16:49, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Telefono-obsesja i telefono-fobia

Oto typowy "telefon publiczny" w Bogocie. Stoi sobie taki typek z napisem "minutos a cellular", a w każdej kieszonce swej przepastnej kamizelki ma komórkę na łańcuszku. Zwykle otacza go wianuszek dzwoniących w najróżniejszych sprawach, albo i bez spraw. Kiedy więc wyładuje ci się w Bogocie bateria, albo nie daj boże zapomnisz telefonu w domu, żaden stres!

telefon publiczny

A prawda jest taka, że Kolumbijczycy dzwonią, dzwonią i dzwonią, jak dzień długi... Komórka to naprawdę wynalazek dla nich. Pierwszą rzeczą, jaką dostaliśmy od Papy po przyjeździe były dwie komórki, z kredytem a jakże, które mamy zawsze nosić załadowane przy sobie. Ja z mojej jeszcze nie wykonałam ani jednego telefonu. Musiałabym się na serio zgubić albo wpaść w jeszcze większe tarapaty, żeby z niej skorzystać. Za to Chiquito jedzie z tym przeglądem nie gorzej niż miejscowi. Jedno wyjście z domu oznacza przynajmniej 5 telefonów tamże. A jak nie dzwoni on, to dzwoni do niego mama. Ze dwie rozmowy o tym, jak się mamy, gdzie jesteśmy, co robimy. Ze dwie, o której mniej więcej będziemy w domu. Potem znowu kilka: że będziemy za pół godziny, że już łapiemy taksówkę, że już w niej jedziemy, że jest korek i jednak będziemy później. Do tego kilka telefonów od/do brata i przyjaciół z umawianiem się na wieczór i dziesięciokrotną zmianą planów. 

Do tego dochodzi kilka przynajmniej rozmów przez telefon stacjonarny, które codziennie wykonuje Luquita z rozmaitymi krewnymi i rodziną. Przegadawszy jakieś 40 minut przekazuje następnie telefon pozostałym domownikom (mnie nie - ja uciekam!) i każdy wymienia uprzejmości przez kilka minut, które niosą w sobie treść znikomą lub niezgodną z prawdą (wszystko wspaniale, dobrze, super - a przecież nie zawsze tak jest).

A ja osobiście nie cierpię dzwonić. Robię to tylko w najwyższej konieczności. Kiedy rozdzwania mi się komórka dostaję palpitacji serca, bo choć najprawdopodobniej jest to Chiquito, to może też to być jakiś urząd albo inne dupstwo, zwiastujące problemy. Albo nie daj boże praca! Nic dziwnego, że tutaj w Kolumbii aż wybałuszam oczy na tę ich obsesję dzwonienia. Wszyscy wszystko muszą o sobie wiedzieć, z życzliwości i zainteresowania rzecz jasna, ale przede wszystkim dla podtrzymania kontaktu. Ja uważam, że jestem z kimś kontakcie, jak dwa razy do roku wymienimy emaile. Oni - jak codziennie pogadają. To się nazywa różnica kulturowa. 

15:49, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (16) »
środa, 24 grudnia 2008
Wesołych Świąt!

Wszystkim Czytelnikom, tym stałym i tym przygodnym, życzymy oboje z Chiquitem:

Zdrowia, Miłości i Pieniędzy, czyli Salud, Dinero, Amor!

Spędźcie te święta w spokoju, z kochanymi osobami i nie dajcie się nikomu ani niczemu zwariować. Pamiętajcie, że Święta są dla was, a nie Wy dla Świąt.

!Feliz Navidad!

wesołych Świąt!!

A oto moje ulubione kolumbijskie Villancico dedykowane specjalnie Wam:)

El burrito de Belén

Con mi burrito sabanero
voy camino de Belén
Con mi burrito sabanero
voy camino de Belén

Si me ven, si me ven
voy camino de Belén
Si me ven, si me ven
voy camino de Belén

Con mi cuatrico voy cantando
y mi burrito va trotando
Con mi cuatrico voy cantando
y mi burrito va trotando

Si me ven, si me ven
voy camino de Belén
Si me ven, si me ven
voy camino de Belén

El lucerito mañanero,
ilumina mi sendero.
El lucerito mañanero,
ilumina mi sendero.

Si me ven, si me ven
voy camino de Belén
Si me ven, si me ven
voy camino de Belén

Tuqui Tuqui Tuquituqui
Tuquituqui Tu qui Ta
Apúrate mi burrito
que ya vamos a llegar

Tuqui Tuqui Tuquituqui
Tuquituqui Tu qui Ta
apúrate mi burrito
vamos a ver a Jesús

(Z moim osiołkiem z sawanny / jestem w drodze do Betlejem

Jeśli mnie ktoś zobaczy / to jestem w drodze do Betlejem

Z moim cuatrico [czterostrunową gitarą] idę śpiewając / a mój burrito biegnie kłusem

Gwiazda poranna / oświetla moją drogę

Tuqui tuqui.... pośpiesz się mój osiołku / idziemy żeby zobaczyć Jezusa)

 
15:37, la_polaquita
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Świąteczny puder cukier

Powiedzieć, że święta w Kolumbii są słodkie, to mało. I nie chodzi mi bynajmniej o pyszne desery na świątecznym, względnie przedświątecznym stole. Ale o poziom cukru pudru w ludzkich słowach, gestach, zachowaniach. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale ja to chyba wszystko trochę źle znoszę. Nigdy się za osobę chłodną nie uważałam, ale tutaj, w porównianiu z (dla mnie przesadzoną, dla nich normalną) serdecznością Kolumbijczyków, którzy uwielbiają się zachwycać sobą nawzajem, zaczynam myśleć, że jestem chyba zrobiona z kawałka lodu.

Świąteczne wystroje są dla mnie symbolem tego ich aż nazbyt przesłodzonego podejścia do świata i ludzi.

Domy przystrojone są tutaj już od początku grudnia tysiącami ozdób. Sztuczne choinki ozdobione setkami bałwanków, renifery na trawnikach, stajenki na podłodze, tysiące rozmigotanych lampek w oknach i na balkonach, świąteczne pończochy i kolejne porcje bałwanków na ścianach. Gdziekolwiek zawitamy, tam pani domu oprowadza nas po domu i pokazuje, jak go pięknie przystroiła, a my się zachwycamy. Zachwycamy przez duże Z. Umiem już na pamięć całą tę litanię: !que bonito, divino, precioso, que belleza! Czasem mam aż wrażenie, że dla kolumbijskich gospodyń liczy się przede wszystkim ilość tych wszystkich stroików, a nie jakość czy dobry gust. Co więcej, te wszystkie Mikołąje i sztuczne śniegi na zielonych drzewach, oświetlone ciepłym słońcem, wyglądają dla mnie nieco absurdalnie. No cóż, ale zachwycać trzeba się dalej...

Ten mój dziwny dystans, a nawet leciutka niechęć wiąże się chyba z tym, że ja ogólnie mam ambiwalentny stosunek do Świąt, tego całego przesadzonego lukru i blichtru. Czasem czuję się tu tak, jakbym zjadła cały słoik miodu - no komu nie zrobiłoby się niedobrze? Tylko tym, co ten miód na śniadanie wcinają od dzieciństwa. Ja z moich dziecięcych lat pamiętam raczej słodko-gorzki smak Gwiazdki.

Być może dlatego w całym moim dorosłym, niezależnym życiu nigdy nie ozdabiałam mieszkania ani jedną gałązką. Szczytem wyrafinowania było dla mnie postawienie dwa lata temu malutkiej sztucznej choineczki, którą u mnie w firmie chcieli już wyrzucić i ją sobie wzięłam. 

Wiem, że powoli powinnam to zmienić, bo przecież nie chcę ograbić Fasolki z magii dzieciństwa. Jak napisała Chihiro w swym pięknym wpisie o świętach, dzieci potrzebują małych powtarzających się rytuałów, celebracji ważnych wydarzeń. Dzieci kochają te powtarzające się wydarzenia, kochają na nie czekać. Nasza w tym z Chiquitem głowa, abyśmy z nich przeze mnie nie zrezygnowali, ale też aby po latach kojarzyły się im wyłącznie z ciepłem rodzinnego domu, a nie z kłótniami i tonami wzajemnych, mniej lub bardziej skrywanych pretensji - tak jak mnie. 

Chyba pierwsze kroki w tym kierunku już zrobiliśmy:). Kupiliśmy płytę z Canticuentos, o których kiedyś pisałam tu. Chcemy zamiast wieczorynki codziennie puszczać Fasolce jedną czy dwie piosenki i śpiewać, i tańczyć z nią po pokoju (pożegnianie dnia podpatrzone u znajomych:)). Choć nie jestem wierząca, chyba chciałabym też z dzieckiem odmawiać Novenę. Aby miało kontakt z kulturą swego ojca i nauczyło się modlitw po hiszpańsku.

No, zobaczymy, co z tego wyjdzie:)

A na razie kilka zdjęć z świątecznej Bogoty.

Przystrojone miasto, a dokładnie śliczna dzielnica Usaquén, do której mamy trzy kroki:

miasto

Ta choinka przed centrum handlowym Hacienda Santa Barbara akurat mi się podobała, bo zamiast kiczowatych "europejskich" ozdób została przystrojona ludowymi wyrobami z Kolumbii: plecionymi koszykami, torebkami, kapeluszami i innymi artesanías

choinka

W domu - ozdoby wiszą nawet na klamkach!:

ozdoby

Bałwanki! Są wszędzie! Prawdziwa inwazja. Czy Kolumbijki dlatego tak je uwielbiają, bo nie ma u nich śniegu?:

bałwanki

bałwanki

W domu u stryjka Beta. Wszystkie ozdoby wykonała własnoręcznie pani domu, czym nie omieszkała mi się chwalić przez około godzinę. Zrobione przez nią figurki były jednak akurat ładne, choć mało kolumbijskie, raczej "anglosaskie" w stylu:

kominek

lalki

I na koniec stajenka w ogrodzie, jakiej by się nie powstydził niejeden polski kościół:

stajenka

 

19:34, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (11) »
niedziela, 21 grudnia 2008
La Novena de Aguinaldos

MonikaHa wspomniała w komentarzu pod poprzednią notką o kolumbijskiej Novenie. No pewnie, że muszę o tym napisać! To tradycja bardzo kolumbijska i podobno nieznana w innych krajach Ameryki Łacińskiej (tu uśmiech do Tierralatina:)?).

Otóż na dziewięć dni przed Wigilią wszystkie kolumbijskie rodziny zbierają się w swoich domach (często u przyjaciół czy krewnych), żeby odmówić i odśpiewać specjalne adwentowe modlitwy. Nawet telewizja i radio nadaje tę modlitwę jak część programu. W domach zapala się świeczki, a centrum, wokół którego zbiera się rodzina, jest oczywiście el pesebre, czyli betlejemska stajenka. Powinniście widzieć jakie stajenki ludzie potrafią tu w domach wystawić! Niejeden polski kościół by się schował. Przesadzam oczywiście, ale fakt faktem, że żaden kolumbijski salon nie obejdzie się bez choćby małego pesebre, jest to bardziej nieodzowna i starsza tradycja niż bożonarodzeniowa choinka. 

Nasza stajenka wygląda tak:

pesebre

Początki Noveny to koniec wieku XVIII, kiedy to pewien franciszkanin i misjonarz z ekwadorskiego Quito, brat Fernando de Jesús Larrea, podczas swego pobytu w Bogocie został przewodnikiem duchowym pewnej kolumbijskiej damy, doñi Clemencii Gertrudis de Jesús Caycedo Vélez Ladrón de Guevara de Aróstegui y Escoto (ufff). To właśnie dla niej i dla ufundowanego przez nią klasztoru el Monasterio y Colegio de la Enseñanza brat Fernando napisał pierwszą wersję Noveny para el Aguinaldo (aguinaldo - bożonarodzeniowy dar). Już od roku 1807 można było w Bogocie kupić zeszyciki z tą modlitwą. Sto lat później zakonnica z klasztoru La Enseñanza, Madre María Ignacia (prawdziwe nazwisko: Bertilda Samper Acosta) przerobiła i rozszerzyła pierwotny tekst, dodając m.in. słynne Gozos, czyli Radości. 

Novena to wesoła modlitwa. Gdyby ktoś chciał przeczytać ją po hiszpańsku w całości, odsyłam tu. Po wspólnej modlitwie w wielu domach kolumbijskich następuje impreza, z dobrym jedzeniem (tradycyjne desery: natilla i buñuelos), a często nawet z muzyką i tańcami! Nasza novena na razie pozostaje w wąskim gronie rodzinnym i odmawiamy ją po kolacji, zanim każdy się odkula do swej sypialni. Wymieniamy się małą książeczką, w której wszystkie modlitwy są zapisane i każdy (także ja:)) czyta fragment. Zaczyna się od Oración para todos los días, czyli modlitwy do Boga Ojca na każdy dzień, potem następuje modlitwa do Najświętszej Panienki, modlitwa do św. Józefa, oraz modlitwa dnia. Dni jest dziewięć, części Noveny też dziewięć, po każdej następują trzy Zdrowaśki i Ojcze Nasz. Piąta i najfajniejsza część to tzw. Gozos. Gozos to krótkie przyśpiewki, refreny, które przerywają i urozmaicają modlitwy. Czytamy czterowersowy fragmencik, po czym za każdym razem śpiewamy:

"Dulce Jesús mío mi niño adorado
Ven a nuestras almas ven no tardes tanto." 

(Słodki Jezu mój, uwielbiane dziecię / Przyjdź do naszych dusz, jak najprędzej przyjdź)

Zwrotek Gozos jest sporo, i chyba z siedem razy się śpiewa ten refren, klaszcze i wali w tamburynek. Za pierwszym razem tylko wybałuszałam na rodzinkę oczka i obserwowałam całość, teraz już się trochę nauczyłam i też walę w tamburynek i śpiewam. Na koniec, po odmówieniu psalmu i modlitwy końcowej, śpiewa się kolędy, czyli villancicos.

Novena to tradycja, która na pewno strasznie podoba się dzieciom. U nas ich co prawda (jeszcze) nie ma, ale jak patrzę na twarze rodzinki, to widzę, ile w sobie tej dziecięcości zachowali. Można to zresztą oceniać różnie, u mnie w zależności od humoru. Czasem nie mogę się oprzeć, by tę ich ludową dziecięcość nie nazywać infantylnością (religijność kolumbijskich kobiet jest infantylna, tak jak ja to widzę), ale z drugiej strony doceniam też ich umiejętność cieszenia się z prostego bycia razem, tę dziecięcą żywiołowość, którą przecież tak kocham w Chiquicie.

Ciekawe zresztą zjawisko zaobserwowałam w reakcjach kobiet i mężczyzn na to wspólne modlenie się. Kobiety biorą całość absolutnie poważnie. Luquita odmawia Zdrowaśki z zamkniętymi oczyma, w skupieniu, Anielica po odmówieniu Noveny u rodziców, zmusza Frugora do odmówienia jej jeszcze raz, u nich w mieszkaniu. Nawet jak spieszyliśmy się na wesele, Luquita zagnała nas na ostatnią chwilę do salonu, żeby szybko dopełnić codziennego zwyczaju. Mężczyźni tymczasem, ogólnie dużo bardziej letni w sprawach religijnych, grają w coś w rodzaju podwójnej gry. Odmawiają modlitwy wesoło oczywiście, ale jakby z przymrużeniem oka. Z takim specjalnym uśmiechem. Jakby mówili: "hej, robię to przede wszystkim dla babek, ale jestem tak trochę ponad to." Chiquito lubi nawet leciuteńko "szturchać" mamę żarcikami, które ją (na wesoło) denerwują lekko i musi syna przyprowadzić do porządku jak małe dziecko: "już, modlić się!" 

Ta podwójna postawa, którą tu obserwuję, jest trochę podobna do analizy konsumentów popkultury, którą czytałam, zdaje się w "No Logo". Otóż jest taka kategoria "pseudointelektualistów", którzy ochoczo popkulturę wcinają łyżkami, bo w sumie nie mają innego wyjścia (przeprowadzić się do lasu i łowić ryby w dłubance jest raczej mało pociągającą alternatywą). Kupują więc w supermarketach i chodzą na filmy do multipleksów w koszulkach z sieciówek, ale robią to wszystko jakby puszczając oko do świata, pokazując całą swoją postawą, że "tak naprawdę" są ponad to. Że nie zachwycają się np. serialami "na poważnie", jak zwykli zjadacze chleba. Tacy ludzie np. będą krytykować, jak telewizja schodzi na psy i jaki kicz tam puszczają, ale dalej oglądają, nie wyłączą pudła i nie sięgną zamiast tego po sonaty Mozarta. 

Powyższa uproszczona wersja myśli Naomi Klein nie ma na celu krytykować to zjawisko "podwójności" w patrzeniu na świat. Przeciwnie, myślę, że to bardzo ciekawy mechanizm psychologiczny, który pozwala nam jednocześnie być "w" i "ponad". Super wygodna sytuacja. Jestem przekonana, że w głębi duszy kolumbijscy faceci są absolutnie zadowoleni, że ich kobiety są tak nieugiętymi strażniczkami tradycji. Bo, po pierwsze, sami nie muszą odwalać tej roboty, a po drugie i najważniejsze, status quo jest zachowany. I nie chodzi tu o tradycję religii katolickiej, ale o Jedność Rodziny. To rodzina jest tu świętością, jest religią. Tradycje katolickie (i wszelkie inne) są ważne przede wszystkim z tego powodu, że unifikują rodzinę. A jedną z tych tradycji jest właśnie Novena de Aguinaldos.

16:20, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 grudnia 2008
Święto świateł

Świąteczne zwyczaje kolumbijskie zaczęły się dla nas tuż po naszym przyjeździe, wieczorem 7 grudnia. Tego dnia bowiem obchodzi się tzw. "noche de las velitas", czyli noc świeczek. Oficjalnie ten zwyczaj łączony jest z obchodzonym dzień później świętem katolickim Niepokalanego Poczęcia. 

Tego wieczoru ludzie wychodzą do ogrodów, na balkony, albo po prostu na ulice, przydomowe parkingi czy wewnętrzne place swych bloków i zapalają mnóstwo świeczek. Spotykają się oczywiście z rodziną i znajomymi - dla Kolumbijczyków każda okazja jest dobra, żeby się spotkać i pogadać, "zjednoczyć" rodzinę. Świeczki na ulicach i balkonach wyglądają przepięknie - dla mnie cała brzydota Bogoty tej nocy znikła, utopiła się w ciemności i tysiącach migoczących światełek.

My zostaliśmy zaproszeni do nowego mieszkania Frugora. Brat Chiquita wreszcie wyprowadził się od rodziców i mieszka ze swoją dziewczyną, Anielicą. Jak widać nawet moralność kolumbijskich matek zaczyna się liberalizować, choć par mieszkających przed ślubem w porównaniu z Europą jest raczej malutko. W wypadku Frugora pierścionek zaręczynowy usprawiedliwił wszystko, no i "powaga" związku". A może i przykład starszego brata? W każdym bądź razie obie z Anielicą jesteśmy nazywane synowymi, a nawet córkami i traktowane jak należące do rodziny.

A oto nasze velitas. Świeczki zapalaliśmy na balkonie, wszyscy od jednej, trzymanej przez Anielicę, która wyjaśniała nam pochodzenie tego zwyczaju. Trzymając zapaloną świeczkę w duszy wypowiadaliśmy życzenie, a potem przylepialiśmy je nakapanym woskiem do deseczek i kładliśmy na podłodze balkonu. Można było zapalić tyle świeczek, ile się miało w zanadrzu życzeń:).

velitas

Dawniej podobno wigilia Niepokalanego Poczęcia Matki Boskiej miała jeszcze większy religijny odcień. Odmawiano specjalną "nowennę" oraz różaniec (my też musieliśmy się krótko pomodlić, tuż po zapaleniu światełek, kolumbijskie kobiety zawsze tego dopilnują), a o świcie 8 grudnia uczestniczono w procesji ku czci Najświętszej Panienki.

Pochodzenie święta łączone jest z dniem 8 grudnia 1854r., kiedy papież Pius IX ogłosił nowy dogmat - właśnie Niepokalanego Poczęcia. Tej nocy podobno z radości cały świat katolicki zapalił świeczki, i od tej pory (przynajmniej w Kolumbii) robi tak co rok. Zwyczaj ten łączony jest jednak także z prekolumbijską symboliką ognia. Jak to w Ameryce Łacińskiej bywa, gdzieś się pewnie przecięły zwyczaje indiańskie i katolickie, i z tego mają to piękne święto, kiedy wszystkie miasta i miasteczka topią się w morzu świateł.

14:30, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (10) »
wtorek, 16 grudnia 2008
Święta, święta...

Niby tyle czasu, jak mi się wydawało, kiedy wyjeżdżaliśmy 5 grudnia, a tu masz, święta już w przyszłym tygodniu. Rodzinka się umawiała, zdzwaniała, propozycje były wysuwane i wycofywane, aż w końcu wyszło na to, że święta będą u nas. Zwali się z 30 osób, siedzieć się będzie chyba nawet na podłodze. Bo mieszkanie Chiquitowych rodziców nie jest, że tak powiem, największe jak na warunki kolumbijskie, inni krewni mają dwa razy takie, ale wygląda na to, że Luquita (mama Chiquita) aż rwie się, żeby wszystkich gościć. Będzie indyk jak góra i mnóstwo ichniego jedzenia, co ani trochę nie przypomina polskiego. Nie ma tu zresztą żadnych tradycyjnych potraw, bez których święta się nie obejdą. Po prostu robi się coś dobrego, niecodziennego, luksusowego.

I ja bym chciała się włączyć i zrobić im coś "egzotycznego", potrawę z dalekiej Polski, gdzie teraz być może pada śnieg, choinki nie pachną pastykiem, a karpie podskakują w wiadrach ulicznych straganów. Tutaj co prawda ozdoby wiszą w dużej i czasem bardzo kiczowatej ilości na każdym niemal oknie i fasadzie domu, w kuchni wszystkie kubki zostały wymienione na takie z reniferami, nawet na klamkach mamy stroiki. Ale ja jakoś wcale nie czuję świątecznej atmosfery. Inne będą te święta, oj inne. Wyjątkowe? Na pewno.

W starym domu rodzinnym święta zawsze kojarzyły mi się z kłótniami i nerwową atmosferą. Nie zdążymy, nie zdążymy! - poganiała Oma. Pewnie dlatego śląskie potrawy bożonarodzeniowe, te, które robiło się u nas w domu, nigdy mi specjalnie nie smakowały. Nie mówiąc już o tym, że nigdy nie nauczyłam się ich robić. No i taka ze mnie świąteczna lewa ręka wyrosła, co na jedyną Gwiazdkę, którą w życiu sama organizowała (trzyosobową, z moją Mamą i Chiquitem w Pradze, dwa lata temu) zrobiła łososia wg czasopisma Apetyt.

I teraz w kropce jestem. Bo fajnie by było dać im coś od siebie, kawałek Polski położyć na tym kolumbijskim wigilijnym stole. A ja nie tylko nic nie umiem, ale boję się też bardzo, że nie będzie im smakowało. No i tak sobie pomyślałam, że może Wy mi pomożecie? Niecodzienna to prośba, ale może ktoś z was ma jakiś wypróbowany w ogniu przepis (najlepiej w kontakcie z cudzoziemcami:)) na coś dobrego, polskiego, świątecznego? Chętnie zrobiłabym rybę po grecku, ale do tego to nawet nie wiem jak się zabrać (sama jadłam ze dwa razy w życiu, bo na Śląsku tego się nie robi). Jakieś ciasto dobre, makowe, bym zrobiła, a też przepisu brak. Będę wdzięczna za każdą inspirację:)

 

15:07, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Pożegnanie z Girardot

Chłodna, orzeźwiająca woda w basenie i szalone słońce, palące na popiół wszystko, co nie osłonięte (chłopcy i Anielica kąpią się w koszulkach), albo nie posmarowane filtrem nr 60 (mój sposób). 

Świergot papug, budzący nas z rana.

Wojna o klimatyzację - ja wyłączam, oni włączają. Mniejszość jak zwykle przegrywa. Rezultat: wiatr buszuje po pokoju, a ja śpię w szaliku.

Czytanie w cieniu i ostrożne opalanie się na płyciźnie basenu. Udało mi się (prawie) nie spalić, a za to opalić, ha!

Długaśne posiłki i moja psychiczna anoreksja. Walka z mdłościami o każdy kęs (dla Fasolki). 

Poranni obcinacze palmowych liści, zawieszeni w koronach drzew na długich drabinach (nie, nie wspinają się na boso i z maczetą w zębach:).

Komary. Ku podziwu moja krew im nie bardzo smakowała, za to rodzinka cała w bąblach.

Przesłodkie papaje i melony, soki: de lulo, de naranja, de curuba, de papaya, de maracuya i de czego dusza zapragnie.

Egzotyczne kwiaty tuż koło naszego balkonu.

Przejażdżka łódką po jeziorze: małe kajmany (las babillas), iguany, kormorany i czaple. Wille bogaczy na drugim brzegu, w niektórych są czasem kręcone telenowele. 

Rozkrzyczani jednodniowi turyści, pijący alkohol w basenie. 

Kaczki na plaży. Czasem zabłąkane czaple. Ptaszki z żółtymi brzuszkami. Zawieszone na niebie sokoły (małe orły? jastrzębie?).

Kelnerki pracujące od 7.00 rano do 23.00, każdego dnia (widzieliśmy ciągle te same twarze). Życzyły nam na pożegnanie, aby dzidzia była podobna do mnie. Wg Chiquita typowe - im kto bielszy, tym dla tutejszych ładniejszy i lepszy.

Piękne wschody słońca, które jet lag (już pokonany) pozwalał mi podziwiać. 

Nuda zamknięcia w ośrodku. Miażdżący upał podczas jedynego spaceru na zewnątrz, do sklepu. Chęć zobaczenia więcej, ruszenia w świat, niemożliwa do spełnienia.

Roślinki-śpiochy, zamykające liście na dotyk.

Majestatyczne góry widoczne na horyzoncie. 

Ozdoby świąteczne porozwieszane pod krytym palmowymi liśćmi dachem jadalni. Kokosowe orzechy wiszące kępami na palmach, ozdobionych świątecznymi lampkami. Sztuczne choinki, wyglądające absurdalnie w tym upale.

Wesoły śmiech rodzinki. Mój też - czasami. I Fasolka, która rośnie, z nią brzuszek. Jej bezpieczeństwo i moja samotność.

girardot

Lagomar el Penon

girardot

girardot

girardot

rodzinka

15:33, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers