O podróżach dalekich i bliskich
wtorek, 27 marca 2007
Legendy o czeskim języku
O tym, jakim to czeski jest śmiesznym językiem, krążą w ojczyźnie mej lubej całe legendy. Niektóre przychodzą mi czasem do skrzynki emailowej. Postanowiłam więc w końcu zareagować i sprostować te mniejsze i większe bzdury, ewentualnie (czasami) potwierdzić humor wypływający z podobieństwa naszych języków. Bo jest wiele słów czy wyrażeń i po polsku i po czesku, które są bardzo zabawne, i wcale nie trzeba wymyślać głupot!

Oto lista "czeskich ciekawostek językowych" z moimi komentarzami:

ogórek konserwowy : 'styrylizowany uhorek‘ – BZDURA! Ogórek konserwowy to „naložená okurka”.

Terminator : 'Elektronicky mordulec' : - Nie ubiwajte me pane Terminatore!
– TOTALNY IDIOTYZM. Terminator to oczywiście Terminator, nic innego!

odjazdy autobusów : 'odchody autobusow
‘ – PRZEKRĘCONE. Powinno być „odjezdy autobusů”. Słowo „odchod” jednak rzeczywiście istnieje, oznacza „odejście”. Tutaj uznaję, że skojarzene jest zabawne.

mam pomysł : 'mam napad‘
– PRAWDA.

miejsce stałego zamieszkania : 'trvale bydlisko
‘ – PRAWIE: Trvalé bydliště.

stonka ziemniaczana : 'mandolinka bramborova‘
– PRAWDA, Leptinotarsa decemplineata to rzeczywiście „mandelinka bramborova”.

plaster na odciski : 'naplast na kure oko‘
– PRAWDA. „Kuří oko” to potocznie odcisk.

cytat z czeskiego pornosa : 'pozor! pozor! budu triskat!‘
- MOŻLIWE. Rzeczonego pornosa (na szczęście) nie było mi dane zobaczyć, ale jeśli chodzi o ejakulację, to raczej używa się słowa „stříkat” niż "tryskat".

wiewiórka : 'drevni kocur‘
– TOTALNA BZDURA! Żart ten jednak jest tak rozszerzony, że także Czesi podejrzewają z kolei słowackie wiewiórki o bycie drzewnymi kocurami.... Tymczasem wiewiórka to po czesku najnormalniej w świecie ”veverka”, a po słowacku „veverečka”.

chwilowo nieobecny : 'momentalnie ne przitomni‘
- PRAWDA. Oczywiście zapis jest inny, ale to szczegół: "momentálně nepřítomný".

'Gwiezdne wojny' z czeskim dubingiem : Lord Vader do Luke'a Skywalkera 'Luk! jo sem twoj tatienek!‘
– DUBBINGU szczerze nie znoszę i to w jakiejkolwiek wersji językowej, więc się wypowiadać nie mogę, ale przypuszczam, że Lord Vader powiedziałby raczej „Jsem tvůj otec“. Choć „tatínek“ to całkiem normalne słowo.

hod dog : 'parek v rohliku'
– JAK NAJBARDZIEJ!

płyta CD : 'cedeczko‘
PRAWDA, mówi się tak potocznie. Czesi raczej poczeszczają anglicyzmy, dlatego nie mówią [si – di], ale [ce – de]. I z tego się wzięło „cedéčko”. W języku literackim płyta kompaktowa to kompaktní deska“.

teatr narodowy : 'narodove divadlo‘ – PRAWDA, tylko trochę przekręcone: "národní divadlo". Tylko co w tym śmiesznego?

drodzy widzowie : 'wazeni divacy‘
– PRAWDA: „vážení divaci”

zepsuty : 'poruhany‘
- PRAWDA, + jedna samogłoska: „porouchaný”

koparka : 'ripadlo
‘- PRAWDA: koparka to „rýpadlo”, ale częściej mówi się „bagr"

'Zaczarowany flet' : 'Zahlastana fifulka‘ – IDIOTYZM NA SKALĘ KOSMICZNĄ!!! – oprera Mozarta nosi po czesku nazwę „Kouzelná fletna”.

'Być albo nie być - oto jest pytanie' : 'Bytka abo ne bytka to je zapytka'
– BZDURA. Najsłynniejszy wers Szekspira brzmi po czesku: Být, nebo nebýt? Tak se musím ptát!

komentarz meczu hokeja : '... z levicku na pravicku, pristavka i ...sito‘
– O JEZU. Jakaś totalnie przekręcona (w duchu: zdrabniamy polski i już mamy czeski!) bzdura. Na hokeju znam się jeszcze mniej niż na pornosach i dubbingu, więc nie jestem w stanie powiedzieć, co to niby miało być. Mogę tylko potwierdzić, że „síť " to „siatka” czyli „bramka”.

w liście do Koryntian - Hymn o miłości: 'miłość się nie obraża i gniewem nie unosi' : laska se ne wpina i ne wydyma sa‘ – BZDURA. Wiersz 5 rodziału 13 Pierwszego Listu do Koryntian (bo chyba o ten chodziło) „Miłość […] nie unosi się gniewem, nie pamięta złego“ brzmi następująco:„5Láska … nedá se vydráždit, nepočítá křivdy.(ekumeniczny przeklad z roku 1979), albo:5 Láska nezpouzí se, neobmýšlí zlého.“ (przekład z roku 1613, tzw. Biblia Kralicka).


gwiazdozbiór : 'hvezdokupa‘ – IDIOTYZM Z GATUNKU KOSMICZNYCH. Naprawdę można tylko podziwiać polską wyobraźnię! A tymczasem gwiazdozbiór to zwyczajnie: „souhvězdí“


niezapomniana trójka czeskich hokejowych napastników : ‚Popil, Poruhal a Smutny‘ – NA 100% PRZEKRĘCONE. Na pewno istnieje tylko nazwisko „Smutný“.

Na koniec jeszcze o tym, z czego najczęściej śmieją się Czesi. A mianowicie z tego, jak polscy turyści "szukają się wzajemnie" po mieście... Dla niewtajemniczonych: "šukat"= to fuck (popularne jest też "mrdat" - no czy to nie urocze słówko?:D). W tym konktekście słowo "wyszukiwarka" nie potrzebuje komentarza...

11:17, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 26 marca 2007
A co ty, v pohodě?

Małe rzeczy, a cieszą. Na przykład to, że w Biliotece Narodowej nareszcie zrobili porządny bufet. Czysty, z wyborem dobrego jedzenia i... z piwem! Bo w Czechach piwo jest niemal uważane za nie-alkohol (fakt, że jest słabsze niż polskie). Mają go tu wszędzie, nawet w studenckich stołówkach. Pod tym względem Czechy są cudownym krajem i jeśli kiedyś stąd wyemigruję, baaardzo będę za tym tęsknić. Bo piwo czeskie uwielbiam!

Tak samo jak czeską "pohodę". Trudno przetłumaczyć to słowo jednoznacznie, chyba najbliższy by był "luzik". Pohoda to dobra atmosfera, wyluzowanie, nie przejmowanie się niczym, takie wszechogarniające OK. "V pohodě" (albo w skrócie "v poho") to "spoko", "w porzo". "Pohodový" człowiek to luzak, easy-going man (or woman;). Pohoda jest po prostu wtedy, kiedy siedzisz w dobrym towarzystwie w hospodzie i wszystkie problemy ci latają koło czterech liter. Albo na wycieczce przy ognisku, albo kiedy oglądasz dobry film w ciepłym mieszkanku.

A także w bibliotece, kiedy robisz sobie przerwę w zgłębianiu teoryj Merleau-Ponty, przemycasz do tego nowego bufetu Murakamiego, kupujesz jedno velké i godzinka leci jak z bicza strzelił. Oj, to jest dopiero pohoda!

12:46, la_polaquita , bohemia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 marca 2007
Czarny charakter

Czasem bywam tak wkurzona, że mam ochotę rozbijać naczynia o ścianę. Ale ja jestem "dziecko dostosowane" wg pewnej teorii psychologicznej, więc nie rozbijam ich w pracy (miejscu wkurzania się), ale noszę złość do domu. I kto w rezultacie obrywa? Zupełnie niewinny Chiquito, który jest przekonany, że nic nie przeskrobał. Ale haha, fantazji ci u mnie dostatek: zawsze mu coś wymyślę.

Tak, w naszym związku czarnym charakterem jestem ja.

Jak wczoraj. Wkurzyła mnie współpracowniczka (najgorsze, że miała rację), i całe popołudnie chodziłam nabuzowana, choć wcale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Myślałam, że zapomniałam, ale nie zapomniałam. A potem nie udało mi się dostać biletów na film, który bardzo chciałam widzieć:( (Labirynt Pana Fauna na festiwalu filmowym Febiofest). Za późno tam poszłam, wcześniej mi się nie chciało... Więc oczywiście zjechałam Chiquita, że to jego wina, bo się w ogóle nie interesował Febiofestem i dlatego nie mogłam się z nim wcześniej umówić co do filmów, a co za tym idzie, kupić biletów. A on biedak nawet nie wiedział, że festiwal zaczyna się w tym tygodniu! (ma doktorat, pracę, pianino, prawo jazdy, francuski i już nawet nie pamiętam, co jeszcze). I Chiquito się obraził, a jak on się obraża, to mnie to wkurza jeszcze bardziej. No bo co to za fochy, do cholery! Na szczęście poczucie humoru przyszło nam szybko w sukurs i wszystko rozpłynęło się w jego ulubionych (pół-)żartach o przemocy psychicznej, którą rzekomo stosuję. Przemocy psychicznej chłopak chyba nie widział, grr!

Faktem jest, że oboje jesteśmy przewrażliwieni jak mimozy. Jeden podnosi głos, drugi już się obraża. Dlatego dla pewności wolimy się nie kłócić, a żeby to osiągnąć, trzeba mówić ZAWSZE miłym tonem, nie podnosząc głosu, słodząc, ile można. Oj, nie jest to moja prawdziwa natura (kiedy pierwszy raz był u mnie w domu rodzinnym, Chiquito myślał, że my się z mamą i siorką non stop kłócimy, a myśmy najnormalniej w świecie rozmawiały:)), ale jest to niesamowicie skuteczny sposób jak żyć w zgodzie i wzajemnym szacunku. Więc staram się ile wlezie, a ten drań się starać nie musi, bo z mlekiem matki to wyssał. Nigdy nie podnosi głosu i jest zawsze miły, choćby nie wiem jak był zmęczony czy wkurzony. Mnie się to w głowie nie mieści. Ale tak jest, istnieją na tym świecie tacy ludzie, i muszę się wam przyznać, że żyje się z nimi super:). I to wcale nie chodzi o to, żeby był z niego jakiś flegmatyk, co po nim wszystko spływa jak po kaczce. Chiquito potrafi być porządnie asertywny. Ale zawsze MIŁYM TONEM. Jak on to robi? Grrr.

A na Febio dziś idziemy, choć na inne filmy, niż pierwotnie chciałam. W przyszłym tygodniu niemal każdy wieczór w kinie! Mam nadzieję, że pięknie odreaguję i od teraz już będę tylko miła:)

16:28, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (6) »
czwartek, 22 marca 2007
Prządka Lidia Amejko

Señor Gamboa nie przyjechał. Spotkanie zostało odwołane, więc relacji nie będzie:(

Zamiast tego napiszę parę słów o opowiadaniach Lidii Amejko. Jej Głośne historie, które właśnie pałaszuję (tak, dokładnie: pałaszuję!), zostały wydane w 2003 roku i stanowią debiut prozatorski. Ale ta pani już wcześniej była znana jako dramatopisarka (oczywiście ja o jej istnieniu pojęcia nie miałam). A szkoda, bo jej pisanie jest bardzo inteligentne, lekko filozoficzne, ale wcale nie nudne! Podszyte ogromną dawką ironii, lekkiego absurdu i oryginalnej językowej stylizacji (coś a la "ludowa" potoczność). Opowiadania są świeże i oryginalne, nie tylko językowo, ale i tematycznie.

No bo wyobraźcie sobie, jak może człowiek urodzony po holokauście pisać o ukrywaniu Żydów, jeśli chce uniknąć cliché, taniego sentymentu i kiczu? Amejko się to udało. Opowiadanie Pan Dwadrzewko jest na razie moim ulubionym z całego zbiorku (na razie, bo książki jeszcze nie skończyłam). Niczym u Marqueza czy Allende zmarli żyją tam pod jednym dachem z żywymi i w ogóle się nimi nie przejmują. Wszyscy, o których opowiada tajemniczy pan Dwadrzewko (który choć w tym domu nie mieszka, jest z nim związany na śmierć i życie), nagle wstają z martwych i zaczynają jak gdyby nigdy nic przeprowadzać swoje codzienne czynności. W pokoju dziadka naga dziewczyna myje się i czesze przed lustrem włosy. W pokoju siostry narratora młody chłopak czyści pistolet, niedługo wyrusza na wojnę. Babcia pokazuje stare zdjęcia dawnej właścicielce domu. Żywi i martwi współżyją w symbiozie, dopóki pan Dwadrzewko nie zostanie zmuszony przez małego narratora do opowiedzenia o najtragiczniejszej nocy w historii domu, kiedy to żołnierze wyprowadzili gospodynię i jej dzieci, a następnie w ogrodzie rozległy się strzały. Dlaczego przyszli i zabijali? Bo to właśnie mały pan Dwadrzewko był ukrywany w zakamarkach domu, tak długo, aż przyrósł do niego, stał się jego częścią i już nigdy nie próbował się odłączyć. A teraz za pomocą magicznej mocy opowieści wywołał do życia jego dawnych mieszkańców, a dom stał się enklawą wiecznej teraźniejszości. Podobnie jak ludzka pamięć.

Amejko ma jeszcze inne ulubione motywy, które ciągle przewijają się na kartach jej zbiorku. Jednym z nich jest metafora słownego przekazu jako tkaniny uplecionej z chaotycznego przędziwa rzeczywistości. Język splata nic nie znaczące wydarzenia w jeden wątek, wymyśla dla życia sens. Życie nie opowiedziane, nie spuentowane, to tylko "garść pakuł, którymi się dni dziurawe obtyka".

Ta metafora naprawdę do mnie trafiła. Bo po co ludzie piszą blogi, po co próbuję w pocie czoła pisać bloga ja? Po co ludzie od zawsze pisali mniej lub bardziej wystylizowane pamiętniki czy listy? Żeby ubrać wydarzenia w słowa, spleść je w jeden sens, zrozumieć swoje życie i zinterpretować je, uwznioślić lub upodlić - co kto lubi. Jest wiele takich zdarzeń w moim życiu, zwłaszcza w dzieciństwie, o których nigdy nikomu nie opowiadałam, nawet samej sobie, i co do których mam totalną amnezję. Niewypowiedziane jest jak nieistniejące. Niekiedy moja siostra lub mama mówi "a pamiętasz...", a ja nie pamiętam, bo to wydarzenie nigdy nie stało się dla mnie opowieścią, anegdotką, wspomnieniem. Po prostu nie zostało uporządkowane za pomocą słów, utkane należycie i związane w supeł, a tym samym pozostało tym, czym było na samym początku: chaosem zapomnianych dni.

Język ocala od zapomnienia niekształtną masę codziennych zdarzeń, choć trochę kłamie: o jednym wydarzeniu można przecież opowiedzieć na dziesiątki sposobów. Nie ma pamiętnika ani bloga, choćby był nie wiem jak szczery, bez kreowania się, bez choćby maleńkiej stylizacji. Dlatego nigdy nie byłam w stanie pisać prawdziwego dziennika, bo zawsze mi się wydawało, że to napisane to nie jest żadna prawda, ale jakaś jej marna część. Teraz już rozumiem, że "prawda" jest tak wieloznaczna i chaotyczna, że aby ocalić ją od zapomnienia, trzeba ją zinterpretować, przefiltrować, ubrać w jakąś wizję. Nie ma innego sposobu. Prawdy totalnej nie można wyrazić. Nawet w dziele tak monumentalnym jak Biblia. Ale mimo tego upośledzenia trzeba mówić, taka już ludzka natura - bez porządkującej mocy słów zostałby nam tylko chaos niepołączonych obrazów, życiowy śmietnik pozbawiony śladu sensu.

Na koniec jeszcze mały cytat, żeby dać wam wyobrażenie o unikalnym stylu Lidii Amejko. Pan Psychopomp, zawodowy splatacz ludzkich losów, usiłuje sprzedać swe usługi potencjalnemu klientowi:

- Bo ludzie tak sobie żyją, proszę pana, jak gdyby NIGDY NIC! Coś tam sobie snują, plączą, mierzwią - wątku w tym żadnego nie uświadczysz ani wzoru, darmo obrąbka szukać! Włókna losu kłębią się uśpione jak pęk kudłów na krężlu kołowrotka, których żadna ręka dotąd nie wyprzędła, bo każdy chciałby od razu życie łapami chwycić za futro i czesać...- włożył rękę do mieszkania i coś próbował nią chwycić.

- Czesać? - zdziwiłem się.

- Czesać kasę! Dopiero jak przychodzi... CODOCZEGO... Oooooo! Wtedy płacz: a że tak z nagła udarte to życie strzępi się i rozłazi, końcem rozprutym straszy jak, za przeproszeniem, jakiś... frędzel! Sypie się z niego jak z dziurawego wora - wstyd rodzinie zostawić! A zabrać ze sobą - nie uradzisz! [...]

- Każdy plecie, jak umie! jednemu wyjdzie arras, innemu... powróz - rzekłem ponuro.

- I dlatego właśnie potrzebny jest ktoś, kto życie w garść mocno zbierze, fibry żywota rozezna, rozplącze, wątek umykający w porę pochwyci, na palec wszystko nawinie i...

- I... - nie rozumiałem - co?

- I zrobi supeł!

Lidia Amejko, Głośne historie, Oficyna 21, Warszawa 2003.

środa, 21 marca 2007
Autopista del Sur

Pojechał wczoraj Chiquito na targi pracy do Zlina. Wraz z 3 kolegami mieli tam dziś reklamować swoją firmę, która cały czas usilnie szuka (dobrych) pracowników. Pojechali pod wieczór. Samotne wieczory nie należą do moich ulubionych, więc kupiłam sobie dla towarzystwa butelkę wina hiszpańskiego i zabrałam się do pracowitego kompletowania dokumentów potrzebnych do kanadyjskiej wizy. Potem mnie znowu wsysnął internet, a potem łóżeczko (miałam tylko dla siebie tę "lepszą" kołdrę, hehe). Aż tu nagle telefon: stoją głodni w połowie drogi na autostradzie - sześćdziesięciokilometrowy korek. No bo kto by się tu zimy w marcu spodziewał, na pewno nie drogowcy;).

O piątej nad ranem coś zimnego wpakowało mi się pod moją (lepszą) kołdrę i zaczęło ją ze mnie ściągać. Na szczęście po chwili tymczasowy konsensus został osiągnięty, bo mi i tak za godzinę budzik dzwonił. A Chiquito, w ramach podróży służbowej, pewnie jeszcze śpi, rękę w ogień daję:)

PS.1.: Jeden z naszych szefów w drodze do Brna stał wczoraj 10 godzin. Ale dojechał, w odróżnieniu od Chiquita i reszty jego koleżków mięczaków!

PS.2.: Kto wie, czemu taki tytuł? 

12:46, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 marca 2007
Sztuka przegrywania w Pradze

Perder es cuestion de metodo kolumbijskiego pisarza Santiago Gamboa (albo Gamboi, czort wi, czy to odmieniać?) nie jest tak całkiem zbójecką powieścią. Ale ma tempo, ma swój noirowy urok i trzyma w napięciu. Nie jest to żadna wielka literatura, raczej taka literacka zabawa: trochę prawdziwy miejski kryminał, trochę jego parodia. Nie zapada w pamięć (czytałam parę miesięcy temu i szczerze mówiąc wyszumiała mi ta książka szybciej niż czeski szampan), ale czyta się przyjemnie, jak ktoś się zna może się rozsmakowywać w literackich odniesieniach do tzw. novela negra, no i facet zgrabnie portretuje (czy raczej parodiuje) współczesną wielkomiejską Kolumbię, z bezradną policją, podejrzanymi klubami, wszechobecną przemocą i korupcją.

Gamboa urodził się w 1965 roku, należy więc od młodszej generacji pisarzy, którzy debiutowali w latach dziewięćdziesiątych, a słynny realizm magiczny uważają za przeżytek i nieznośną manierę, na mile odległą od rzeczywistości. Niektórzy z nich, jak Jorge Franco, autor słynnej Rosario Tijeras (wydanej również po polsku przez wyd. Czarne oraz z sukcesem sfilmowanej w Kolumbii), postanowili wziąść na warsztat przemoc, biedę, narkotyki, konflikt zbrojny, i bez żadnego "magicznego" upiększania realistycznie pokazać brutalną kolumbijską rzeczywistość. Inni, jak Gamboa wlaśnie, rzucili się w wir postmodernistyczno-popkulturowych literackich gierek. Wspólne jest im zdecydowane odcięcie się od "magicznego" dziedzictwa Gabriela Garcii Marqueza. Z dużym uproszeniem wrzuca się wszystkich do jednego worka zwanego pokolenie McOndo (nazwa nawiązuje wiadomo do czego, a wymyślił ją chilijski pisarz Antonio Fuguet).

Santiago Gamboa będzie jutro w Pradze w Instituto Cervantes. Wybieram się tam posłuchać, co ciekawego będzie miał do powiedzenia, bo jak już czytałam jego book to nie wypadałoby nie iść. Relacja mañana.

czwartek, 15 marca 2007
O łatkach i szufladkach

Zastanawiam się, dlaczego tak łatwo oceniam innych. Wpycham do szufladek. Łapię się na tym dzień w dzień. Na przykład na obiedzie w naszej szacownej zakładowej stołówce. Podczas wpychania w siebie niezdrowych knedlików nic lepszego nie mam do roboty, tylko gapić się na ludzi i łatki im przyklejać (bo jadam sama odkąd wszystkie fajne koleżanki ewakuowały się na urlopy macierzyńskie). Swoją drogą niezłe oszołomy niektórzy ci moi współwięźniowie, tfu współpracownicy, niektórzy po 30 lat tu pracują i 30 lat w obuwiu zdrowotnym do tej stołówki na gulasz chodzą... I teraz to już tylko do tej emerytury chcą doklepać, a potem to już tylko na kostuchę czekać.

I tak sobie w takich momentach w pychę rosnę, bo mi się głupiej wydaje, że ja mądrzejsza jestem, mój styl życia, poglądy i ubrania lepsze, że taka światowa jestem, oczytana i w ogóle. A jak zaczynam zdawać sobie sprawę, że w sumie to niewiele się od nich różnię, że trzydziecha stuka do drzwi, a ja nadal tylko marzę, że wszystko się zmieni, za dzień, za rok, to i tak się pocieszam, że lepsza jestem, bo ja to przynajmniej zdaję sobie sprawę, jaka to bida z nędzą w tej stołówce wcinać te knedle przez x lat. W moim wypadku dwa. Oj za dużo.

A przecież każdy z tych ludzi to nie tylko "ta gruba", "ta stara", "ten obślizgły", ale złożone osoby, posiadające podobne złudzenia co ja, smutki i radości i bla bla, egzystencjalnie się zrobiło. Co więcej, część z nich pewnie jest tu szczęśliwa, smakuje im, swoją pracę lubią. Może nawet od niektórych to bym się dopiero uczyć mogła sztuki życia, pokory, uśmiechu? Więc czemu widzę tylko zęby, pryszcze, włosy i brzuchy? Aż boję się pomyśleć w jakich to szufladkach u nich występuję ja ... Lepiej nie wiedzieć. I dalej się onanizować swą własną wielkością. Oj wielka będę, wielka. Kiedyś mi to jeden górnik powiedział, z którym się spotykałam tak 3 dni. I z tym wyznaniem na ustach pożegnał się ze mną na zawsze.

Za godzinę obiad. Głodna już jestem:)

10:49, la_polaquita , inside out
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2007
Przygody w małych miasteczkach

Takim małym miasteczkiem jest Dukla. W życiu tam nie byłam i nie miałam pojęcia o istnieniu tego miejsca, dopóki nie wzięłam do ręki książki Andrzeja Stasiuka pod tym samym tytułem.

Stasiuka zawsze się trochę bałam, bo mi się „za poetycki” zdał. Ale przekonałam się, że warto podjąć wysiłek wyprawy do jego ulubionych miejsc, do tych różnych wschodnich zadupiów, dokąd żaden turysta przy zdrowych zmysłach nie zagląda. Bo pod jego piórem te prowincjonalne dziury zamieniają się w centrum wszechświata, axis mundi, skróty na drugą stronę rzeczywistości. Z Dukli nie da się już nigdzie jechać, pisze autor, z Dukli można tylko wrócić. I dokładnie to robi: wraca z Dukli do czasów swego dzieciństwa, dojrzewania, zagląda do rodzinnych dziejów i do dziejów tego skrawka ziemi, na którym przyszło mu żyć. Niczym słynny „praski tułacz” błądzi po miasteczku ślizgając się powierzchnią swej skóry po powierzchni świata, aby za chwilę niezauważenie zmienić perspektywę i zacząć w tej powierzchni „wiercić” tunel do ciemnej przeszłości rzeczy, miejsc, samego siebie.

Dukla staje się otworem w ziemi, ciele i czasie, a każda kolejna wizyta w tym miejscu swego rodzaju mentalnym i artystycznym eksperymentem, w którym autor sam na sobie wypróbowuje alchemiczną siłę języka: słowo „Dukla” jest niczym tajne hasło, archaiczne zaklęcie, które ma moc otworzyć mityczny sezam ludzkiej pamięci.

Książka jest dość statyczna, pozbawiona tradycyjnej akcji i najbardziej kojarzy się z cyklem impresjonistycznych obrazów. Między innymi dlatego, że tyle miejsca autor poświęca opisom światła. To światło sprawia, że Dukla jest inna o każdej porze dnia i roku, to światło demokratycznie oświetla wszystkie dawne i nowe wydarzenia, uczucia, tragedie. Ludzkie czyny interesują autora dużo mniej, są wg jego słów przypadkowe, do zamiany. Tylko światło jest wieczne, niezależne, wiarygodne. Jest wielką metaforą duchowości, bo tak jak ona może zostać opisane dopiero po upadku na ziemię. W czystej postaci wymyka się zrozumieniu i opisom. Potrzebuje formy, potrzebuje zalamania i przeszkód w postaci ludzi i przedmiotów. Tak samo metafizyka wg Stasiuka zawsze wciela się w symbol, w formę, i tak naprawdę bez niej nie istnieje. Ta jego filozoficzna koncepcja jest bardzo ludzka, a jego język niesamowicie potrafi malować te „pejzaże duszy”, jest odkrywczy, świeży, wyczulony na najdrobniejsze zmiany w opisywanej rzeczywistości, a jednocześnie brutalny, szorstki, męski. Nie wiem kto jeszcze w Polsce potrafi tak pisać.

Lubię książki Stasiuka, choć nie nadają się one za bardzo do czytania w metrze czy tramwaju. Wymagają skupienia, oddania, pogrążenia się. W pośpiechu codzienego życia nie za bardzo da się to smakować, odkładasz zaraz na półkę z adnotacją: „przeczytam na emeryturze”.

W moim życiu na takie długie, rozsmakowane czytanie jest bardzo mało czasu. Do dziś wspominam z nostalgią ostatnie „studenckie” wakacje mojego życia, które niemal całe spędziłam w mojej rodzinnej prowincjonalnej śląskiej „dziurze”, ale za to w towarzystwie piwa imbirowego, Don Kichota, Gry w klasy, Wampirów Marii Janion i innych wspaniałych cegieł.

Niezapomniana podróż to była.

środa, 07 marca 2007
od wojny zachowaj nas...

Wojna jest potworna.

Truizm. Ale po obejrzeniu "Listów z Iwodżimy" te słowa nabierają nowego znaczenia.

Świetny film o wyspie-więzieniu i o honorze-więzieniu, oraz o tym, jak pewien tokijski piekarz bardzo, ale to bardzo chciał wrócić do domu, i jak pewien generał musiał wymierzyć swój piękny rewolwer w przyjaciół, od których go otrzymał. Gorąco polecam.

wtorek, 06 marca 2007
Ośmiornica narodowa czyli smark na chodniku

Oto ona. Nowa Biblioteka Narodowa w Pradze. projekt biblioteki narodowej w pradze

Ten oto projekt zwyciężył w konkursie na nowy budynek biblioteki, który ma być gotowy w roku 2010 i będzie kosztował około 2 miliardów koron. Budynek będzie miał siedem pięter, z tego połowa pod ziemią, automatyczny system wydawania książek (5 min. czekania podobno!), 1200 miejsc w czytelniach. A przede wszystkim stanie się nową dominantą Pragi. Autorem projektu jest znany w świecie architekt Jan Kaplický, czeski emingrant, który do tej pory nie miał jeszcze żadnego zrealizowanego projektu w ojczyźnie. M.in. dlatego w środowisku jakoś tak się wiedziało, że zwycięży właśnie on.

Jak wam się podoba? Bo mnie tak sobie. Projekt jest niewątpliwie bardzo oryginalny i bardzo funny, ale do centrum Pragi pasuje jak pięść do oka. No i te fosforyzujące kolory! Nie żebym była jakąś konserwatystką, lubię połączenie nowoczesnej i starej architektury, ale to jest naprawdę wół do karety i kwiatek do kożucha... W jakiejś futurystycznej i na wskroś nowej dzielnicy pewnie świetnie by się prezentował. Ale nie na Letnej, wzgórzu widocznym z całego Starego miasta. BTW, objekt będzie stał tylko kilkaset metrów od miejsca, gdzie przed rokiem 89 prezentował się monumentalny pomnik Stalina.

Oto jak to będzie wyglądać:narodni knihovna

knihovna z hradem

Z drugiej strony śmieszna ta biblioteka... A jeśli naprawdę książki przybędą za 5 minut, wszystko jej wybaczę:)

Mam tylko nadzieję, że nie zamkną starego budynku - byłego jezuickiego kolegium, Klementinum. Bo choć bufet jest tam obskurny jak na dworcu (te stoły kryte ceratą i sztuczne kwiatki!:)), w ubikacjach śmierdzi, a kawa z automatu wstrętna, to to miejsce ma swoje ogromne genius loci. M.in. z wyżej wymienionych powodów;). A w lecie, jak człowiek ma już dość ślęczenia nad książkami, jak fajnie jest wyjść na pełny ławek barokowy dziedziniec i razem z turystami wygrzewać się na słoneczku...

Prażanom oczywiście nowy budynek nie bardzo w smak. Juz powstało mnóstwo przezwisk: Ośmiornica, Meduza, smark na chodniku, bunkier Teletubisiów:) Ludzie prawdopodobnie podzielą się na zatwardziałych zniesmaczonych przeciwników i rozentuzjazmowanych miłośników "kałamarnicy". A potem wszyscy się przyzwyczają. Tak jak to w życiu bywa.

13:59, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers