O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 28 marca 2008
Australia nr 1 – Markus Zusak: Złodziejka książek

Moje wyzwaniowe założenie (12 książek) jest dosyć ambitne i od początku się bałam, czy dam radę, ale na razie jestem z siebie dumna, bo przeczytałam już kolejną książkę:). Jest nią Złodziejka książek, powieść odkrytego tylko dzięki wyzwaniu młodego australijskiego pisarza Markusa Zusaka. Akcja jednak niewiele ma wspólnego z Australią, bo odgrywa się w nazistowskich Niemczech, a bohaterką jest dziecko „po przejściach” wrzucone do tego okrutnego świata, dojrzewające w nim i paradoksalnie uczące się w nim miłości i odwagi.

Myślę, że bardzo trudno jest napisać książkę o ludzkiej dobroci w czasach Zagłady tak, aby nie wyszedł z tego tkliwy kicz albo surowy para-reportaż. Ta książka na szczęście jest inna. Zaludnia ją cała plejada barwnych postaci – prostych mieszkańców małego podmonachijskiego miasteczka. Śledzimy ich losy od początku wojny do ostatecznej katastrofy podczas amerykańskich nalotów. Ich poczynania bywają śmieszne, bywają podłe, bywają heroiczne. Takie założenie – przedstawić hitlerowskie Niemcy nie jako monolit hipnotycznego fanatyzmu, ale w całej różnorodności postaw – mogło się skończyć ześliźnięciem się w schematy, papierowość postaci, sentymentalny język. Zusakowi udało się tego uniknąć m.in. dzięki oryginalności narracji i osobie opowiadacza. Historię małej złodziejki książek, jej przybranych rodziców, przyjaciół z podwórka, sąsiadów i przybyszy opowiada bowiem sama Śmierć. Nietradycyjnie jest rodzaju męskiego i jest niezwykle smutnym, przepracowanym i jakby wiecznie zdziwionym ludźmi bytem. Jest też wielkim impresjonistą – niezależnie od tego, czy przyjmuje zmarznięte dusze w swe ramiona pod oświęcimskimi natryskami, na śnieżnych polach Stalingradu, czy w ruinach zbombardowanych niemieckich miast, zawsze wpatruje się w kolory świata, horyzont, niebo, światło.

Nadal we mnie celowali. To prześladuje moją pamięć. Widzę góry zwłok, leżących jedne na drugich. Powietrze jest jak plastik, horyzont jak klej. Są chmury wytwarzane przez ludzi, podziurawione i przeciekające, no i są miękkie, czarne jak węgiel chmury pulsujące niby czarne serca.

I…

I jest śmierć.

Przedziera się przez wszystko.

Na powierzchni: nieporuszona, bez emocji.

W głębi: pełna niepokoju, bez nadziei.

[…]

Powiadają, że wojna jest najlepszą przyjaciółką śmierci. Ja mam inne zdanie na ten temat. Dla mnie wojna jest jak nowy szef, który oczekuje niemożliwego. Stoi ci nad głową i powtarza do znudzenia: „Zrób to, zrób to”. Więc pracujesz coraz ciężej. Robisz, co ci każą. Ale szef nigdy nie dziękuje. Żąda coraz większych wysiłków.

Złodziejka książek to też opowieść o ambiwalentnej sile słów, (choć uważam, że ten motyw nie został do końca wykorzystany). Hitler zawładnął ludzkimi sercami za pomocą języka, zapisywane opowieści pozwalają przetrwać uwięzionemu w piwnicznej ciemności młodemu Żydowi.

Mnie bardzo podobała się melancholijna, nieśpieszna, pełna plastycznych metafor narracja, dzięki której widzimy krajobrazy zniszczenia i śmierci jak ekspresjonistyczne malarstwo. Jednocześnie jednak cierpienie i dylematy tych czasów wcale nie stają się odrealnione, przeciwnie, są bardzo konkretne. Przeżywamy je razem z bohaterami, którzy stają się nam bardzo bliscy. Postaci zmieniają się i zaskakują, nie pasują do utartych schematów myślenia o Niemcach. Wulgarna i zła macocha okazuje się mieć wielkie serce, bezbarwny pantoflarz ma najwięcej odwagi i godności z całego miasteczka.

Zastanawia mnie tylko jedno – na ile historie mieszkańców Molching są wymyślone przez autora, a na ile autentyczne. Z II wojną światową mam po prostu ten kłopot, że kiedy ktoś tworzy fikcję, zwłaszcza, kiedy opisuje dobro, a nie są to wspomnienia, jakoś trudno mi w taki świat przedstawiony uwierzyć. W końcu wychowano nas na literaturze „ściśniętego gardła” - na cynicznych i pozbawionych iluzji co do ludzkiej natury autorach-świadkach, jak Tadeusz Borowski, reporterka Hanna Krall. Dlatego pełną emocji fikcję na temat Holokaustu nie potrafię przyjmować inaczej niż ostrożnie. Chyba jednak powinnam się przyzwyczaić, bo ponad 60 latach te czasy stają się takim samym literackim tematem jak każdy inny. A Zusakowi udało się nowe, świeże spojrzenie na tamten pełny okrucieństwa i sprzeczności świat. Dlatego daję bardzo wysoką notę i gorąco polecam tę książkę.

12:31, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 27 marca 2008
Podróże z Kapuścińskim

To ja się przyznam: Kapuścińskiego odkryłam dopiero po jego śmierci (to już ponad rok!) i po wybuchu tej mody na niego, kiedy to nagle się okazało, że wszyscy go znają, czytają i cytują. Na szczęście w tym przypadku nie mamy do czynienia z pisarzem przereklamowanym. Niedawno przeczytałam Podróże z Herodotem i nadal jestem pod wielkim wrażeniem tej książki. To, co mnie w niej najbardziej urzekło, to postać głównego bohatera-narratora, czyli samego Kapuścińskiego. Spod tekstu traktującego o odkrywaniu egzotycznych zakątków czasu i przestrzeni przebija się bowiem nieśmiało postać odkrywającego  – człowieka pełnego pokory wobec inności, pełnego ciekawości świata, a jednocześnie bardzo szczerego. Autor nie wstydzi się napisać, że się bał, że czuł się niepewnie. Nie udaje, nie przechwala się. Cechuje go ogromna pokora i brak egocentryzmu. Obchodzi go świat, napotkany człowiek, towarzysz podróży, choćby „wirtualny” jak Herodot. Żadnego użalania się nad sobą, żadnego przesytu „ja”, którego w literaturze, zwłaszcza polskiej, tyle. Kapuściński wychodzi do świata, a samego siebie ujawnia jakby mimochodem. Jest w nim ogromna skromność i mądrość. Aż trudno uwierzyć, że to polski autor. I nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie było go na liście lektur, kiedy żył, a ja chodziłam do szkoły.

Na razie zabieram się za Chrystusa z karabinem na ramieniu, na którego długo polowałam, aż wreszcie ukazało się wznowienie. To lektura obowiązkowa każdego zainteresowanego Ameryką Łacińską, i aż wstyd, że mam ją w ręku dopiero teraz. Ale lepiej późno niż wcale:)

środa, 26 marca 2008
Azja nr 1– Khaled Hosseini: Chłopiec z latawcem

Pierwsze koty a płoty i pierwsza lektura za mną:). Przeczytałam w przerwach między świątecznym obżarstwem i pogaduchami z rodzinką, i muszę powiedzieć, że często wygrywała u mnie książka nad świętowaniem:). Bez wątpienia Chłopiec z latawcem to lektura bardzo wciągająca, trudno się oderwać. Nie dziwię się, że to taki bestseller. Ale…Hmm, na „ale” przyjdzie czas na koniec tej recenzji, teraz trochę o treści.

Bohaterem i narratorem jest Amir, afgański chłopak z bogatej pasztuńskiej rodziny (rządzące etnikum), półsierota rozpaczliwie walczący o miłość charyzmatycznego, ale chłodnego ojca, którego nazywa Baba. Pierwsza połowa książki skupia się na nostalgicznym opisywaniu wspomnień z niestety nie całkiem beztroskiego dzieciństwa. Najlepszym przyjacielem Amira jest hazarski chłopak Hassan, wyjątkowo dobry w strzelaniu z procy i łapaniu strąconych z nieba latawców. Jest to jednak przyjaźń nierówna – nie tylko dlatego, że Hassan jest de facto niepiśmiennym służącym narratora, ale też z powodu nieograniczonej wierności i miłości chłopca do swego „pana”. Mały Hazara zawsze nadstawia karku za Amira w ulicznych bójkach, daje się sprowokować do figli, na które wcale nie ma ochoty, patrzy na przyjaciela jak w obrazek. Amir, choć też kocha Hassana jak brata, potrafi się złośliwie wywyższać, wystawiać go na próbę, jest też zazdrosny i zły, kiedy widzi ciepłe zainteresowanie, jakim darzy małego służącego pan domu, Baba. To wszystko rodzi w Amirze poczucie winy, które stanie się pewnego feralnego dnia determinantą całego jego późniejszego życia. Chłopak nawet w pewnym sensie pogodzi się z tym, że jest tchórzem i zdrajcą niegodnym przyjaźni Hassana, nauczy się z tym żyć. Jest w tej swej słabości i wyrzutach sumienia bardzo ludzki, a historia jego przyjaźni, zdrady i ambiwalentnego stosunku do rozczarowanego synem ojca, jest najciekawszą stroną książki. Dopiero w drugiej połowie powieści Amir, już jako dorosły mężczyzna, znajdzie szansę na odkupienie winy.

I właśnie z drugą połową jest kłopot. Bo choć cała książka, pomimo wszystkich ciekawych wątków jest w sumie takim trochę lepszym „czytadłem”, to w drugiej części poziom autora niestety spada jeszcze niżej. Warstwa stylistyczna od początku nie była mocną stroną powieści, ale opisując amerykańskie dzieje bohaterów, Hosseini czasami pisze szkolne wypracowanie: teraz opis wesela, dodamy trochę egzotycznych słów i zwyczajów, teraz opis choroby, to dodamy trochę medycznej terminologii itp., itd. – po łebkach, bez wysiłku, bez ani krztyny stylistycznej oryginalności. Szczególnie dialogi z żoną Sorają są tak schematyczne, że aż boli. Raził też trochę niestaranny polski przekład, albo raczej redakcja, błędy w odmianie wyrazów, powtarzające się słowa (mój egz. to wyd. Amber). Poza tym cała historia małżeństwa Amira jest niestety pozbawiona ciekawszej głębi psychologicznej, jaka cechowała jego związki z ojcem i Hassanem. Trochę bardziej interesująco robi się podczas powrotu bohatera do Afganistanu, ale i tu obowiązują reguły jak z hollywoodzkiego thilleru – np. po latach wraca ten sam psychopata, by jeszcze więcej nabruździć. Wracają też te same motywy (proca, latawiec), by historia stała się pięknie zaokrąglona. Wszystko ładnie dobrze, ale... tuzinkowo.

A jednak nie chcę tylko krytykować. Siłą tej książki, prócz ciekawego motywu winy i kary, jest mimo wszystko jej „egzotyczność” i niewymuszone opisy chłopięcych zabaw, fantazji, przyjaźni zdawałoby się aż za grób. Wiele można się z tej powieści dowiedzieć Afganistanie i jego mieszkańcach, nierówności rasowej, które determinowała całe ich życie nawet na emigracji, o najnowszej historii, zwyczajach, jedzeniu, elementach języka. Dlatego mimo wszystko polecam, lektura wciąga i wzrusza, zabiera na wycieczkę do innego świata. Pozwala zobaczyć więcej w tym kraju niż znane z telewizji kobiety w burkach i brodatych talibów. I może właśnie dlatego, że ta książka mnie wciągnęła i poruszyła, taka jestem zła, że autorowi nie chciało się poprowadzić narracji w trochę ciekawszy sposób. Temat na to zasługiwał.

10:18, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 marca 2008
Pielgrzymka do grobu Wielkiego Kronopia

Malutki kronopio szukał klucza od furtki w szufladzie w nocnym stoliku, nocnego stolika w sypialni, sypialni w domu, domu przy ulicy. I tu musiał się zatrzymać, żeby bowiem wyjść na ulicę, potrzebował klucza od furtki.
grob cortazara

Julio Cortázar, Opowieści o kronopiach i famach.

 

Cortázar zawsze będzie dla mnie szczególnym pisarzem. Początki mojej przygody z hiszpańskim (i z Chiquitem) zlewają się z poznawaniem tego nietuzinkowego pisarza. Ucząc mnie swego języka Chiquito podsuwał mi właśnie jego króciutkie opowiadanka, i choć były dużo za trudne dla mnie, razem przez nie z radością brnęliśmy. Potem była Gra w klasy (do której musiałam dojrzeć) i wiele innych opowiadań.

Pewnego upalnego lata zdarzyło się nam spędzić cudowny tydzień w Paryżu. Rozpaleni od słońca i wrażeń w ostatnim dniu pobytu wyruszyliśmy na poszukiwania grobu naszego ulubionego pisarza, w równym stopniu Paryżanina co Argentyńczyka. Znaleźliśmy. Kiedy weszliśmy na cmentarz, zaczął padać chłodzący deszcz.

Zamieszczam te zdjęcia, bo jakoś ostatnio przypadkiem wróciłam myślami do tej naszej "piegrzymki" i udało mi się wygrzebać i zeskanować zdjęcia (robione jeszcze starym aparatem analogowym i wywołane własnoręcznie w ciemni). Razem z Juliem w tym samym grobie spoczywa też jego towarzyszka życia, Carol Dunlop.

Nie byliśmy jedynymi pielgrzymami, bo jak widać, na grobie znaleźliśmy wiele przyciśniętych kamykami "wiadomości" dla Wielkiego Kronopia. My też zostawiliśmy jedną. To wachlarzyk widoczny na zdjęciu poniżej. Na każdym zagięciu Chiquito narysował po jednej scence ze swoich ulubionych opowiadań. 

grob cortazara w paryzu

Jakiś czas temu oglądaliśmy też stary wywiad z Cortázarem, którego fragment udało mi się znaleźć na youtube. Pisarz opowiada w nim o genezie opowiadań o kronopiach. Otóż pewnego wieczoru, kiedy został sam w teatrze w casie przerwy, zdawało mu się, że powietrze wypełnione jest półprzezroczystymi, zielonkawymi i przyjaznymi istotami, które nazywały się kronopie. Z tego dziwnego wrażenia zrodził się cały cykl opowiadań o tych niepraktycznych marzycielach, o rozsądnych drobnomieszczanach famach i zazdrośnickich nadziejach. Badacze literatury potem wymyślali etymologię słowa "kronopio" od "Kronos = czas", a tymczasem, jak to często bywa, sprawa była dużo prostsza. Kto zna hiszpański niech zresztą posłucha sam:

Free Tibet Praga 19.03.2008

Taaak... To była czeska demonstracja:) Spokojnie, "aksamitnie", jak na pikniku. Dotarliśmy z Chiquitem z leksza spóźnieni, a towarzystwo już zaczynało się rozchodzić. A ja, z racji kontrataku (chińskiej?) zimy, wybrałam się jak na prawdziwą wyprawę do Tybetu - zimowa kurtka, czapa i gardło przygotowane do wielogodzinnego wykrzykiwania haseł! I dupa, nikt niczego nie wykrzykiwał:). A ja się cieszyłam na latające kostki brukowe i szturm na ambasadę, hehe. Żartuję oczywiście, trochę więcej akcji się jednak spodziewałam.

Zamiast tego były pogaduchy, bo spotkaliśmy dawno niewidzianego kumpla i było sporo do obgadania.

Ambasada chińska była zamknięta na cztery spusty i nawet stróża nie było, żeby przejąć petycję, czego naturalnie należało się spodziewać. Ale ludzi przyszło sporo, to trzeba przyznać. Placyk i ulice przylegające do ambasady były pełne. Mam nadzieję, że widać to na załączonych obrazkach (sorry za jakość, nie mamy porządnego flasha).

free tibet praha 19.3.08

free tibet praha 19.3.08

free tibet praha 19.3.08

Na pierwszym planie (w czapie w paski) Chiquito. Ta pięść to tylko dla jaj, niestety;)

06:55, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 marca 2008
Ja idę
plakat
15:21, la_polaquita
Link Komentarze (7) »
Są takie dni...

1. Byłam u fryzjera i zaeksperymentowałam z grzywką i nie podoba mi się! Aaaaaaaaaa.... Kiedy założę okulary wyglądam jak księgowa (nie obrażając ewentualnych zaglądających tu księgowych:)). Może jak jutro zmyję te wszystkie pianki to będzie lepiej...

2. Odłamał mi się kawał zęba. I znowu muszę do znienawidzonego dentysty, grrrr!

3. Muszę się rozliczyć z podatków! Już mi się to śni po nocach. Gapię się na te broszurki i nic nie rozumiem. Bo ja ludziska złoci mam dochody z trzech krajów! I w każdym muszę się rozliczyć, tylko jak? Buuuuuuu...

4. Upiekłam ciasto bez proszku do pieczenia (ale to nie na nim złamałam ząb).

5. Chiquito nie pojedzie ze mną do Polonii na wielkanoc. Choć może to i lepiej, uniknę jego wydurniania się z pomlazką :D (rózga - czeska wersja lanego poniedziałku).

6. Za tydzień prawdopodobnie Chiquito wyrusza do Londynu, a Angole jeszcze mu tego nie zatwierdzili. I jak tu cokolwiek załatwić, jak nie wiadomo, gdzie spędzi się najbliższy rok? I kto zaadoptuje moje kwiatki???

7. Moje życie nadal nie ma sensu ani celu.

8. Samochód nam zdechł i wymaga leczenia. Jedne szczęście, że nie z mojej kieszeni.

9. Jutro po raz pierwszy w życiu wybieram się na demonstrację. A co.

10. Blox zdurniał a ja już po raz drugi piszę ten wpis. Grrrrrraaaaabuuuu!!!

11. Ciągle uzupełniam tę listę. Co jest???? 

To tyle. Na razie! Ale ze mnie maruda:) Pozdrawiam wszystkich, którzy wpadli ciekawi, co u mnie słychać:)

12:51, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 17 marca 2008
Jak zły sen

To, co stało się w Kolumbii w zeszłym tygodniu to nie tylko czysta makabra, ale wielki problem etyczny i polityczny.

Jeden członek FARCu zamordował drugiego we śnie, odciął jego dłoń i zastrzelił kochankę, a potem poddał się armii rządowej i teraz domaga się wypłaty nagrody, która została wyznaczona za głowę zabitego. 5 miliardów pesos, czyli około 600 tys. złotych.

Kiedy wczoraj Chiquito relacjonował mi, co wyczytał w necie, zapytałam dla żartu: "a co, przyniósł Uribemu w worku jego głowę?". "Nie głowę, ale rękę" odpowiedział Chiquito. I mówił śmiertelnie poważnie.

Zabity znany było pod imieniem "Iván Ríos" i był najmłodszym członkiem sekretariatu generalnego FARC. Morderca (a może "dobry obywatel", jak nazywają go niektóre media w Kolumbii?) nosi pseudonim "Rojas" i był szefem ochrony Ríosa. Twierdzi, że zrobił to nie tylko dla pieniędzy, ale przede wszystkim dlatego, że razem z przyjacielem oraz żoną, też partyzantką, chcieli zdezerterować, a choć FARC twierdzi, że każdy z jego członków może odejść, kiedy chce, to jest to oczywiście fikcja. Poza tym "nie układało mu się" z szefem.

Teraz w Kolumbii wrze dyskusja: wypłacić, nie wypłacić, sądzić, puścić wolno, dać nową tożsamość jak świadkowi koronnemu? Sprawa jest bardzo niejednoznaczna i trudna. Z jednej strony chodzi o przekaz dany szeregowym członkom FARC, o to, by rozbić partyzantów od wewnątrz. W Kolumbi toczy się przecież krwawa wojna domowa i wielu ludzi uważa, że na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone, także płacenie pieniędzmi podatników za czyny kryminalne.

Z drugiej strony, jak słusznie zauważył jeden z publicystów Semany, to właśnie metody walki mają odróżniać stronę rządową od "barbarzyńców" FARC. Fakt, że kiedy podano tę wiadomość, w wielu miejscach publicznych ludzie zaczęli klaskać i głośno się cieszyć, świadczy o tym, jak degeneracyjny wpływ posiada wojna nie tylko na walczących po obu stronach, ale na szarych zwykłych obywateli. Sprowadza ich na jakiś niższy poziom, na którym zaczyna się dehumanizacja wroga i używanie jakiejś quasi-hitlerowskiej retoryki w stylu "to nie ludzie, ale zwierzęta i trzeba ich wyeliminować jak szkodliwe insekty".

Żeby było jasno: nie mam żadnych złudzeń co do FARC. Są to terroryści a ich metody są ohydne (ostatnio czytałam o tzw. bombach kołnierzowych - guerrilleros napadają na twój dom, zakładają na szyję bombę i dają jeden dzień na zebranie nierealnej sumy pieniędzy). Twierdzę tylko, że czyn "Rojasa" jest smutny i przerażający, i żaden to powód do radości czy dumy.

Ale co z tym fantem zrobić, rozstrzygnie oczywiście kolumbijski rząd. Na razie wygląda na to, że Rojas i będzie sądzony (za inne czyny), i dostanie kasę. Żeby był wilk syty i owca cała.

PS. Dziennikarze pytali Rojasa o uprowadzoną Ingrid Betancourt, o której pisał Tierralatina m.in. tu. Były guerrillero stwierdził, że władze FARC uważają Ingrid za "buntowniczą" i że "za chiny ludowe" (wolne tłumaczenie "ni por un berraco") jej nie uwolnią.

12:59, la_polaquita , colombia
Link Dodaj komentarz »
Wiadomości z pierwszej ręki

O manifestacji 6 marca przeciwko zbrodniom paramilitarnych i rządu w Kolumbii wspaniale napisała Ewa Kulak tu. Polecam.

10:55, la_polaquita , colombia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 marca 2008
Mechaniczna miłość

Czym tak naprawdę jest "normalna" miłość? Czy można kochać robota i czuć się przez niego kochanym? Gdzie kończy się i zaczyna ludzka istota? Jaki "X-faktor":) czyni nas tak naprawdę ludźmi?

Wbrew pozorom kolejny dokumentalny film, który obejrzeliśmy w ramach "Jednego świata", p.t. Mechanical Love, nie dotyczył dalekiej przyszłości ani s-f. Stawiał powyższe pytania w odniesieniu do współczesnego stanu wiedzy i techniki. Już teraz istnieją roboty, które mogą człowiekowi zastąpić domowego zwierzaka, i które można normalnie kupić (za wielkie pieniądze oczywiście). Jednym z nich jest futrzasty robot terapeutyczny foczka Paro.

Jednym z wątków filmu była aż wzruszająca przyjaźń i miłość, którą obdarzyła robota Frau Korner, niemiecka staruszka, mieszkająca w domu opieki. Stara pani tuliła i głaskała Para niczym swoje dziecko i twierdziła, że takiej radochy jak z tą foczką nie zaznała przez całe życie. Paro został specjalnie zaprojektowany tak, aby miał wagę i mniej więcej kształt niemowlęcia. Odpowiada, kiedy się do niego mówi, reaguje na dotyk. Na całym świecie sprzedano już kilka tysięcy takich quasi-zabawek, przeważnie starym ludziom. Badania pokazały, że po zabawie z Parem wzrastała aktywność umysłowa nawet pacjentom z zaawansowaną demencją.

Szczęście niemieckiej emerytki zakłócali jednak jej współmieszkańcy, którzy zaczęli uważać ją za szaloną. Przecież trzeba używać rozumu, a rozum mówi, że mechaniczna zabawka nie może kochać i potrzebować miłości. Jeszcze gorzej, kiedy robot zastąpi innych ludzi.

Jednak w sytuacji staruszków w domu opieki to nie robot jest przyczyną tego, że odwiedziny krewnych są rzadkie. Paro jest też dużo lepszy dla starszych ludzi od kota czy psa: nie jest tak ruchliwy, można go przytulać i głaskać cały czas, nie ma skomplikowanych potrzeb. Można czuć się potrzebnym i dawać miłość w sytuacji, gdy nikt inny już jej nie potrzebuje. Czy naprawdę jest chore przelewać swoje uczucia na robota? Czy taka miłość jest mniej warta od tej, którą obdarzamy zwierzę lub człowieka? Psychologiczny i chemiczny mechanizm zachodzący w mózgu kochającego człowieka jest przecież podobny, niezależnie kim lub czym jest objekt miłości.

Postęp technologiczny idzie tak szybko, że może się zdarzyć, iż jeszcze za naszego życia podobne pytania staną się bardzo na czasie. I być może sami będziemy musieli szukać na nie odpowiedzi.

 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers