O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 27 kwietnia 2007
Czekanie na wizowego godota

Jest bardzo śmiesznie. Tylko nie wiem, czy w sumie śmiać się czy płakać.

Dziś wieczorem planowany jest początek naszej wyprawy do Kanady. Mam już wyprane, niemal spakowane, bilety lotnicze w kieszeni, urlopy zatwierdzone, wizy kanadyjskie w paszportach, do tego wczoraj Chiquito odebrał długo oczekiwane prawo jazdy i od razy wystawili mu międzynarodowe. Ale i tak cała akcja stoi pod znakiem zapytania. Po prostu jeden kraj ma kłopot z kolumbijskim paszportem Chiquita, mimo że aż roi się w nim od wiz różnych krajów, zawsze spełnionych w terminie. I tym krajem wcale nie jest Kanada. Kanadyjczycy w swoim super sprawnie działającym konsulacie wystawili nam obojgu wizy w jeden dzień !!! Rzecz nie do pomyślenia w takim polskim na przykład.

Problem mają Autriacy, a chodzi o jednodniowy tranzyt z pociągu na lotnisko (odlot mamy z Wiednia). Już niemal dwa tygodnie trzymają paszport Chiquita i "czekają na odpowiedź z Wiednia". Chiquito był tam wczoraj, był dzisiaj, rozmawiał z samym konsulem i po prostu nic nie da się zrobić. Nawet dzwonili do Wiednia, ale tam też nic nie wiadomo. Przy czym normalny termin wydania wizy to 3 dni robocze. Ale to tylko dla "lepszych" cudzoziemców, tych "gorszych" trzeba dokładnie, centralnie sprawdzić. My nie zawaliliśmy niczego, wszystkie dokumenty mamy kompletne, wszystko zupełnie w porządku (mamy z tym doświadczenie:)), po prostu podanie leży na biurku jakiemuś austriackiemu znudzonemu urzędasowi, który pewnie zadowolony kawę popija i szykuje się do ucieczki na weekend do domu, a nam tutaj grozi strata urlopu, do którego już inwestowaliśmy ponad 30 tys. koron... (bilety, ubezpieczenie, wizy kanadyjskie itp.) No nieciekawie jest. Jeśli dzisiaj do końca godzin urzędowania nie zdarzy się cud, to możemy pożegnać się z Kanadą.

Jest też oczywiście inna opcja, pod tytułem ja lecę sama. Nie bardzo mi się to uśmiecha, ale pewnie tak to się skończy. A Chiquito poczeka na wizę do poniedziałku albo jeszcze dłużej a potem wyda kolejnych 15 tys. na nowy bilet... I to najlepiej prosto z Pragi żeby już tylko w tranzytach lotniskowych przebywać. Albo już się nic nie znajdzie w zasięgu jego finansowych możłiwości i przyjdzie mi spędzić urlop samej:( Chyba się z tego posiekam.

Martwię się. Jeśli w Kanadzie dorwię się do jakiegoś komputera skrobnę o tym, jak to się całe skończyło. I radzę wszystkim dobrze: nigdy nie zmieniać obywatelstwa na kolumbijskie! Chyba tylko afgańskie czy irakijskie może sprowadzić więcej kłopotów na głowę zwykłego człowieka chcącego ruszyć dupę z miejsca i zobaczyć trochę świata.

14:57, la_polaquita , canada
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 kwietnia 2007
Prawie czarna rzeczywistość

Azuloscurocasinegro (Granatowyprawieczarny) to pełnometrażowy debiut młodego hiszpańskiego reżysera Daniela Sancheza Arevalo - od razu dodaję, że bardzo udany debiut. Główny bohater to Jorge, chłopak taki jak my, młody, stojący na rozdrożu. Życie go nie rozpieszcza: ma na karku sparaliżowanego i niesprawnego umysłowo ojca, którym musi się opiekować, pracuje jako portier w luksusowym apartamentowcu i ma z tego powodu kompleksy, bezskutecznie poszukuje pracy w zawodzie (skończył szkołę biznesu), a na dodatek brat we więzieniu prosi go o coś mało etycznego, choć niewątpliwie przyjemnego... W tym wszystkim Jorgemu trudno się odnaleźć, musi znaleźć złoty środek między odpowiedzialnością za innych, a zdrowym egoizmem. azuloscurocasinegro

Jorge to bahater, z którym wielu z nas może się utożsamić, ale prawdziwy koloryt filmowi dodają postaci drugoplanowe: energiczny i lekko zakręcony brat Antonio, który dla swej więziennej miłości Pauli jest w stanie zrobić cokolwiek, oraz najlepszy kolega Sean, który odkrywa, że jego ojciec chodzi do pewnego masażysty Roberta... a w cenie takiego masażu jest seks francuski albo "ręczna robota". Święcie oburzony zaczyna ojca anonimowo szantażować, po czym odkrywa, że tak naprawdę sam ma ochotę na masaż u rzeczonego Roberta... To wszystko jest zaprawione mnóstwem delikatnego i naturalnego humoru wypływającego przede wszystkim z bardzo życiowych dialogów. A do tego dochodzi genialny soundtrack (zamieściłabym tu kawałek, ale niestety nie wiem jak... może mi ktoś poradzi?). Warto na ten film się wybrać, podobno od 30. marca ma być wyświetlany i w Polsce.

Piszę to wszystko nie tylko po to, żeby pochwalić i zachęcić do obejrzenia, ale też dlatego, bo nasuwa mi się małe porównanie. Mianowicie na Febiofeście obejrzałam też dwa polskie filmy o z grubsza podobnej tematyce, też zrobione przez młodych ludzi i o młodych ludziach. Pierwszy to Co słonko widziało Michała Rosy, drugi Z odzysku Sławomira Fabickiego.

Od razu zaznaczam, że filmy są całkiem niezłe. W dodatku oba odgrywają się na Śląsku, skąd pochodzę i dobrze znam te realia. Tym, co różni je od Granatowoprawieczarnego, jest to, że rzeczywistość obu nie jest "prawie czarna" - jest całkiem czarna.

Kiedyś, jeszcze w szkole średniej (dżisus, ile to już lat??:O) widziałam debiut Michała Rosy pt. Gorący czwartek. Pamiętam, że nikomu w naszej klasie się nie podobał. Mnie chyba wtedy też nie, co nie znaczy, że był zły, bo pamiętam go do dziś bardzo wyraźnie, a "Słonko" mi go jeszcze przypomniało. Była to opowieść o jednym dniu z życia grupki dzieciaków, z gatunku tych, na których widok porządni obywatele przechodzą na drugą stronę ulicy. Brudni, obdarci, wulgarni, mieszkający z pijącymi ojcami w familokach bez kanalizacji, złodzieje i zbieracze węgla na hałdach. Gorsza Polska, gorszy Śląsk, dziedziczna bieda, ale bez moralizowania, po prostu przez jeden dzień razem z tymi chłopakami biegamy po brudnych podwórkach, kradniemy, ciągniemy wózki pełne złomu, podglądamy nagie myjące się robotnice, zakochujemy się w starszej dziewczynie ze spożywczego. Rosa w swoim najnowszym filmie trzyma się swoich ulubionych motywów, więc znowu mamy chopaka z rozbitej, biednej rodziny, sprzedającego żur i czosnek na ulicy i zakochującego się w starszej od siebie Marcie. Ale tym razem reżyser idzie bardziej do głębi jeśli chodzi o charaktery, rozszerza też spektrum postaci.

Główny wątek filmu kręci się wokół kasy, a raczej jej bolesnego braku. Portier Józef potrzebuje na sztuczne zęby dla sfrustrowanej zniknięciem syna i nieszczęśliwej żony. Początkująca wokalistka Marta potrebuje na wyjazd do Norwegii na konkurs młodych talentów. Mały Sebastian na ścięcie znienawidzonego drzewa, które zasłania mu widok na grób matki, oraz na to, żeby choć spróbować "poderwać" Martę...

co slonko widzialoWojtek, bohater Z odzysku w sumie rozwiązuje podobny problem: też potrzebuje kasy, żeby stać się prawdziwym mężczyzną, zdolnym zaopiekować się ukochaną kobietą i jej synem, załatwić jej papiery pobytu w Polsce (Katia to Ukrainka), przeprowadzić się ze śmierdzącej sutereny do wyremontowanego mieszkania, pokazać dziadkowi i matce, że już nie jest nieodpowiedzialnym chłoptasiem.

Cena, jaką wszyscy ci ludzie muszą zapłacić za realizację swych marzeń jest wysoka. Jest nią poniżenie, bycie oszukanym, praca za śmieszne pieniądze, rozdawanie ulotek w stroju pluszowego ptaka, sprzedawanie rzeczy, których nikt nie potrzebuje, sprzedawanie własnego ciała, własnej intymności, a w wypadku Wojtka sprzedawanie własnej duszy - brudna i krwawa praca dla miejscowego bossa mafii. Słowem - beznadzieja totalna sączy się z ekranu w ogromnych dawkach.

Gdzieś przeczytałam, że to już cały prąd w młodym polskim kinie, że zaczyna się ono specjalizować w przedstawianiu właśnie tej gorszej Polski, Polski klasy B, skąd nie ma ucieczki - chyba że do Londynu. Taka czarna wizja rzeczywistości ma oczywiście swoją rację bytu, wiem to z własnego doświadczenia i doświadczenia znajomych, rodziny. Ale jest też inna prawda o Polsce i w ogóle o życiu: nigdy nie jest tak czarno, żeby nie mogło być przynajmniej granatowo. Plus cała gama innych kolorów!

z odzysku Pod tym względem hiszpański obraz, który też opowiada o młodych ludziach zagubionych w tym wielkim, krwiożerczym kapitaliźmie, jest dużo optymistyczniejszy. Jest tam miejsce na miłość, przyjaźń, uśmiech, nawet kiedy zbiera się człowiekowi na płacz. Myślę, że młodemu polskiemu filmowi przydałoby się więcej takiego optymizmu, humoru, o ile aspiruje do pokazania "prawdy" o współczesnej Polsce, a wygląda na to, że tak jest. Bo prawda jest taka, że biedni nie zawsze są dobrzy, a bogaci nie zawsze źli, ceną za sukces nie zawsze jest strata godności i sumienia, a życie nie jest ani całkiem gorzkie, ani nie całkiem słodkie.

Na razie alternatywą dla tych czarnych wizji są tylko komercyjne lukrowane obrazki w stylu Nigdy w życiu, odległe od rzeczywistości na mile świetlne. Dlatego mam nadzieję, że możliwy jest taki polski Granatowyprawieczarny, optymistyczny film o trudnych sprawach, i że kiedyś zostanie nakręcony...

 

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Bardzo piękny chwyt

Żył kiedyś chłopiec, którego wielkim pragnieniem było stać się mistrzem w karate. Niestety jego plany pokrzyżował nieszczęśliwy wypadek: chłopaka przejechał samochód i lekarze musieli mu amputować prawą rękę. Mimo tej tragedii nie chciał rezygnować i usilnie poszukiwał mistrza, który przyjąłby go do nauki. Wielu odmówiło, aż w końcu znalazł się jeden stary mądry mistrz, który się zgodził. Minęło wiele lat treningu, ale mistrz kazał chłopcu cały czas ćwiczyć tylko jeden jedyny chwyt. Chłopak nieraz się buntował, pragnął nauczyć się i innych chwytów, ale mistrz tylko tajemniczo się uśmiechał i kazał ćwiczyć ten jeden jedyny.

W końcu nadszedł czas turnieju i chłopak został wytypowany, żeby wziął w nim udział. Zrozpaczony przyszedł do swego mistrza:

- Mistrzu, jak ja mogę jechać na turniej! Przecież jestem kaleką, nie mam ręki, a do tego umiem tylko jeden jedyny chwyt!

Mistrz jednak nie zmienił zdania i kazał chłopcu jechać. Rozpoczęły się walki. Chłopak za każdym razem wygrywał. Nikt nie był w stanie go pokonać i nasz bohater stał się absolutnym zwycięzcą turnieju.

Zaraz potem przyszedł do mistrza i nie mogąc uwierzyć w swoje zwycięstwo, zapytał, jak to na Boga możliwe, że on, kaleka, umiejący tylko jeden jedyny chwyt, pokonał tych wszystkich doświadczonych zawodników?

Mistrz odpowiedział:

- Po pierwsze, to bardzo piękny chwyt. A po drugie, jedyna obrona przed nim, to chwycić partnera za prawą rękę.

(usłyszane w radiu Vltava, spodobało mi się, więc zamieszczam:)

18:54, la_polaquita , anegdotki
Link Komentarze (1) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers