O podróżach dalekich i bliskich
środa, 30 kwietnia 2008
Świat zaginionych rzeczy

Też macie czasami wrażenie, że w Waszym domu co rusz otwierają się takie drobne ciemne szpary prowadzące do innych wymiarów? Pojawia się taka mała czarna dziura gdzieś za szafką albo pod łóżkiem i sssssssys - wsysa fajny naszyjnik, koszulkę, nożyczki, w moim wypadku nawet biustonosz! Mam tak przez całe życie, ostatnio wsiąkła mi cała butelka płynnego make-upu oraz niebieski wisiorek w kształcie kwiatka - prezent od HMG, Chiquitowego brata. Odsuwałam szafki, wymiatałam pod łóżkiem i nic! Nie ma, zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Jak dla mnie nie ma innego wytłumaczenia oprócz sabotażu czarnych dziur.

Zawsze byłam ciekawa, co dzieje się z tymi zaginionymi rzeczami, dokąd te ukryte przjeścia prowadzą. Wyobrażam sobie to miejsce jako coś w rodzaju ciemnego, zakurzonego, śmierdzącego pleśnią i wilgocią archiwum. Przebywa tam tylko jeden pracownik, mały, cichy, garbaty człowieczek, który choć dwoi się i troi, i tak nie ma szans nadążyć ze swoją pracą. Każdą nowo przybyłą rzecz katalogizuje, opatrza karteczką z datą i ustawia na odpowiedniej półce w odpowiednim dziale, gdzie pokrywają się potem grubaśną warstwą kurzu. Niezmordowany biega na drobnych nóżkach w labiryncie magazynów od rana do wieczora. Pije tylko herbatę w szklance, jak urzędnicy Gogola, i tylko ta herbata trzyma go przy życiu. Nie pamięta już, kto go zatrudnił w tym archiwum, kiedy i dlaczego. Sumiennie wykonuje swoje obowiązki, do upadłego próbując wprowadzić ład do chaosu. Nie narzeka, usiorbnie herbaty i z ręcznym wózkiem biegnie do działu przyjęć po nowe porcje świeżo przybyłego towaru. W dziale owym tymczasem co rusz otwierają się w suficie ujścia ogromnych rur zbiorczych wypluwając całe stosy naszych zaginionych zegarków, pantofli, długopisów, ostatnio telefonów komórkowych, i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Góra przedmiotów rośnie, sięga już pod sufit, grozi obsunięciami niebezpiecznymi dla życia. Kiedy magazyn jest pełny, człowieczek przełącza ujście do nowego, pustego pomieszczenia. Magazyny te rozmnażają się chyba przez pączkowanie, bo nigdy ich nie brakuje. Archiwista sam już nie pamięta, ile tysięcy pomieszczeń, pełnych zaginionych rzeczy, oczekuje na jego drobne rączki, przyczepiające karteczki. Wie jednak, że będzie mógł odejść na upragnioną emeryturę dopiero wtedy, kiedy cała historia ludzkości, w postaci na ślepo wybranych cząstek, znajdzie się skatalogizowana na półkach jego archiwum.

Czarne dziury są wokół nas. Czyhają też na mój nowy pierścionek, którego muszę zdejmować do mycia czy sprzątania. Muszę uważać!

wtorek, 29 kwietnia 2008
Stało się:)

Czekałam, czekałam, no i się doczekałam:

pierscionek

Tak mi Chiquito osłodził dzisiejszą gorycz wejścia na "3 piętro", jak się podobno mówi w Kolumbii:) Wygląda na to, że moja szansa stać się panią Chiquitową jest już najzupełniej realna :D:D:D

W przyszłym roku na wiosnę? Kto wie, nawet my nie. Tuż po romantycznych momentach na spacerku w lesie, podczas których wyżej sfotografowany przedmiot zadomowił się na moim środkowym palcu, zdążyliśmy odbyć dość "burzliwą dyskusję" (hmm... kłótnię?) na temat kiedy, jak, gdzie, kto (prócz nas rzecz jasna). Bo Chiquito to by poprzestał na ładnych słówkach, a ja konkretów chciałam, hehe. :)

Chiquito jest teraz w samolocie do Englandu, a ja patrzę na ten pierścionek i napatrzyć się nie mogę. Choć sama, chyba usnę dziś z banankiem na twarzy :) 10 lat temu wydawało mi się, że kiedy nadejdą te "straszliwe urodziny" to już będzie to tylko równia pochyła do trumny. A tu masz babo placek, przygody to dopiero się zaczną! Aż się boję:)

20:53, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (24) »
piątek, 25 kwietnia 2008
Droga przez Amerykę

Droga to zmiana. Postać Alvara Nuñeza Cabeza de Vaca, hiszpańskiego arystokraty i niezwyczajnego konkwistadora zafascynowała mnie, kiedy rok temu obejrzałam o nim na Febiofeście film. Obraz był dość niecodzienny, żeby nie powiedzieć dziwny, lecz jeszcze dziwniejsze były losy tego człowieka. Nie przypomina on wcale pysznych i okrutnych zdobywców, jak Pizarro czy Cortez. Jest kimś w rodzaju pierwszego antropologa, jaki przybył na amerykański kontynent.

cabeza de vacaCabeza de Vaca przybił do brzegów Nowego Świata w 1528 roku jako jeden z osiemdziesięciu ocalałych członków wyprawy Panfilo de Narvaeza, która początkowo liczyła 700 mężczyzn. Wkrótce rozbitków zdziesiątkowały choroby, głód i strzały ukrytych w buszu tybylców. Zostało tylko czterech: Cabeza de Vaca, Andres Dorantes, Alonso del Castillo Maldonado, oraz berberyjski niewolnik Estebanico. Ci czterej ruszyli w drogę, kierując się intuicją i słońcem, by odnaleźć pierwsze hiszpańskie kolonie w dalekim Meksyku. Ich wędrówka trwała 8 lat. Bosi i obarci, czasem razem, czasem osobno, szli prawdopodobnie przez przez tereny dzisiejszej Louisiany, Texasu, Nowego Meksyku i Arizony.

Wędrując, Cabeza de Vaca zostaje kilkrakrotnie pojmany i zamieniony w niewolnika. Indianie dotykają jego skóry, jego włosów. Kręcą głowami. Jeszcze nigdy nie widzieli białego człowieka. Cabeza de Vaca nie ma wyjścia. Powoli uczy się ich języków, stara się zrozumieć przedziwne gesty i niezwykłe zwyczaje. Ma szczęście. Jedne ludy zaprzyjaźniają się z nim i same puszczają go wolno, kiedy indziej zaś z niewoli wyswobadza go międzyplemienna wojna.

Przede wszystkim zaś, w miarę jak postępuje dalej w swej wędrówce przez pełne moskitów mokradła lub zimne, skaliste wyżyny, w miarę jak spotyka na swej drodze coraz to nowe plemiona, odkrywa w sobie przedziwną zdolność. Nachyla się nad chorymi i umierającymi, odmawia stare modlitwy, których uczyła go matka, dotyka ich swymi rękami. A oni zdrowieją. Zaskarbia sobie tym oczywiście wdzięczność tybylców dla siebie i swoich towarzyszy. Staje się słynnym szamanem. Jego przybycie do wioski to święto. Jest witany z nadzieją i radością, uzdrawia i handluje. Jeden młody Indianin przyłącza się do niego, jako przewodnik i oddany przyjaciel. Alvara łączy z tubylcem niezwykle silna więź.

Pewnego dnia proszą go, by wskrzesił zmarłą dziewczynę, już złożoną w kamiennym grobie. Cabeza de Vaca boi się, ale przystaje na propozycję. Dwaj pozostali Hiszpanie szaleją, próbują go powstrzymać. Przecież jeśli mu się nie uda, dzikusy zamordują ich wszystkich! A nie może się mu udać, nie jest przecież Bogiem! To, co robi jest wbrew naturze!

Ale Cabeza de Vaca nie słucha. Schodzi do grobu i po długim, i pełnym napięcia oczekiwaniu, słaniając się z wyczerpania, wychodzi. Nie sam. Z dziewczyną. Jest to jego wielki triumf.

W swoim raporcie pt. La Relación nie daje żadnych wyjaśnień swoich nadprzyrodzonych zdolności. Po prostu konstatuje fakty.

Oddam teraz głos urugwajskiemu pisarzowi, Eduardo Galeano, autorowi rewelacyjnych krótkich esejów z dziejów Ameryki Łacińskiej:

Na ziemiach Sinaloa, kiedy szli na południe, pojawiły się pierwsze ślady chrześcijan. Cabeza de Vaca i jego towarzysze znajdowali spinki, kute gwoździe, kołki do przywiązywania koni. Znajdowali także strach: opuszczone pola, Indian uciekających w góry.

- Jesteśmy blisko - powiedział Cabeza de Vaca - Po tak długiej wędrówce, jesteśmy blisko naszych ludzi.

- Oni nie są jak wy - powiedzieli Indianie - Wy przychodzicie z miejca, gdzie wstaje słońce, oni z miejsca, gdzie słońce się kładzie. Wy leczycie chorych, a oni zabijają zdrowych. Wy chodzicie nadzy i bosi. Nie jesteście chciwi żadnej rzeczy. Nie macie z tamtymi nic wspólnego.

Cabeza de Vaca wrócił do Hiszpanii i kilka lat później został gubernatorem prowincji Río de la Plata w dzisiejszym Paragwaju. Podobno był niezwykle łagodny dla poddanych mu Indian. Czy jednak traktował ich w zgodzie z ówczesną teorią o "szlachetnych dzikusach", czy naprawdę, po tym co przeżył, wbrew wszystkiemu, co mu przez całe życie wpajano o wyższości rasy białych chrześcijan nad "barbarzyńcami", uznał ich za ludzi mu równych, cierpiących, mądrych i głupich tak samo jak on? Przecież po części stał się taki, jak oni. Jeden z nich był mu najbliższym przyjacielem. 

Śmiem przypuszczać, że do końca życia Cabeza de Vaca czuł się wśród swych braci Hiszpanów obco. Nie był, i nie mógł już być jednym z nich. Nie miał już z nimi nic wspólnego.

czwartek, 24 kwietnia 2008
Energia z lasu i od ludzi

Dlaczego wszyscy ginekologowie, do których zdarzyło mi się zajść w ostatnich latach, muszą mi na siłę wciskać pigułki? Jak mówię, że nie chcę i nie potrzebuję, to mi tłumaczą zalety plastrów. Czy jakieś firmy im za to płacą, czy to zwykła arogancja i niechęć do słuchania zdania pacjentki? I ten ton, zawsze z wyższej pozycji, którym ci dają do zrozumienia, że jesteś dziwna/głupia/zacofana, lub wszystko na raz.

Na szczęście oprócz tych drobnych nieprzyjemności (+jednej netowej) zdarzyły mi się w ostatnich dniach same niesamowicie fajne rzeczy. Czuję wielki przypływ energii i teraz tylko muszę się pilnować, żeby mi nie wyparował za szybko...:) Chodzę po lesie i uczę się fotografować. Chiquito, który ma zapędy nauczycielskie, zostawił mi wspaniałomyślnie swój aparat do pomęczenia:) Wiele jeszcze przede mną, ale przynajmniej już zaskoczyło mi, jakie efekty daje szeroka lub wąska diafragma (? - w ogóle nie znam polskiego słownictwa jeśli chodzi o fotografię). Bardzo pomaga mi też rewelacyjnie przystępnie napisana książka Bryana Petersona Ekspozycja bez tajemnic, którą mam po czesku. Fajnie tak uczyć się na stare lata czegoś nowego - bo choć pstrykam całe życie, to niestety do tej pory robiłam to raczej bezmyślnie.

W przyszłym tygodniu idę po raz pierwszy do Czarownicy i mam nadzieję, że odblokuje mi ona trochę mojej "zaciętej" energii. Czuję w kościach, że coś się zmieni! Musi, za długo już żyję taka bierna i niezdolna do zaangażowania się w cokolwiek. Poza tym świeci słońce i nawet urzędy, które muszę dziś załatwić, nie wydają mi się już takie straszne. Za tydzień mam okrągłe urodziny. Najwyższy czas nauczyć się prawdziwie żyć.

kwiat

08:37, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
środa, 23 kwietnia 2008
Intymność

Kupiłam sobie kiedyś słynną Siódmą pieczęć Ingmara Bergmana i niedawno wreszcie obejrzałam. Klasyka kina, więc nie ma sensu pisać recenzji. Mnie zafascynowała jedna scena.

siódma pieczęć Rycerz Antonius Block kończy tu grę w szachy z nieubłaganą Śmiercią, ale jeszcze chwilę przedtem siedział na trawie przy wozie stojącym w tle. Przebywał z jedynymi szczęśliwymi ludźmi, których spotkał na swej drodze przez zniszczony zarazą, głodem i szaleństwem kraj. Komediantka Mia częstuje gości tym co ma, miską poziomek i miską mleka. Jej mąż Jof gra delikatnie na lutni. Ich roczny synek po prostu jest, jako znak nowej nadziei. Są też giermek Jöns, cynik i ateista, ukrywający się za swymi dowcipami, oraz jego oniemiała z powodu strasznych przeżyć kobieta. Wszyscy odpoczywają w swoim towarzystwie, szczerze rozmawiają, śmieją się, grzeją się w słońcu. Rycerz, który wie, że Śmierć depcze mu po piętach, a uporczywie poszukiwany Bóg milczy, mówi, że tę chwilę zapamięta na zawsze. To jest chwila, w której wszystkie grozy egzystencji nikną i bledną, jakby były tylko przedwczorajszym snem.

Ja się z bohaterem Bergmana zgadzam. Dla takich chwil warto się przedzierać przez nieraz paskudną codzienność. To są momenty prawdziwej intymności. Kiedy robi się późno, a elokwentna towarzyska rozmowa nagle staje się prawdziwie szczera i powoli się otwierasz, i ten drugi też. Kiedy ustają wszelkie podteksty i ukryte manipulacje, znika strach przed drugim i samym sobą. Kiedy rodzi się przyjaźń. Kiedy przyroda pokazuje nam swoje piękno, jakkolwiek banalnie by to brzmiało. Kiedy w naszej głowie ustaje burza niepokojów, nieprzyjemnych wspomnień i męczących ambicji, i zaczynamy żyć tylko teraźniejszą chwilą. Jak bawiące się dzieci, dla których przeszłość i przyszłość nie istnieje. Wtedy pojawia się prawdziwa intymność. Choć za chwilę znowu zamkniemy się w naszych twierdzach, które sami sobie zbudowaliśmy, albo siądziemy do ostatecznej partii szachów ze Śmiercią, takie chwile zapamiętamy. Nikt nam ich nie odbierze. Głęboko wierzę, że zabierzemy je ze sobą, nawet jeśli śmierć to tylko czarna dziura bez żadnych odpowiedzi, jak w Siódmej pieczęci.

wtorek, 22 kwietnia 2008
Zalety pedantyzmu (który jest nam obcy)

Chyba nikt nie ma gorszego burdelu w komputerze niż my. I niestety zemściło się to na nas, co odkryłam dopiero wczoraj. Jeszcze dzisiaj jestem tak wściekła i nieszczęśliwa, że chyba muszę się z tego wypisać... Mianowicie straciliśmy kupę zdjęć. Jeszcze przed wyjazdem Chiquito zainstalował nowy 250-gigowy dysk, a przedtem, bo brak miejsca ciągle się nam dawał we znaki, kilkakrotnie przerzucał dane na przenośny i z powrotem, jak to on, bez ładu, składu i zapamiętania, co gdzie dał. I część naszych najstarszych zdjęć po prostu wyparowała. Przeszukałam wczoraj wszystkie dyski wzdłuż i wszerz. Ryczałam pół godziny i musiałam gryźć pięści, żeby mu przez skype nie nawrzucać jak ostatniemu. Zwłaszcza, że po paru smutnych emotikonach stwierdził, że przecież nic wielkiego się nie stało, bo najważniejsze, że mamy wspomnienia w głowie i w sercu. I co? I ma łajdak rację! Ale ja nie potrafię tej ztraty przeżyć! Zastanawiam się, czemu tak przywiązuję się do rzeczy, bo cyfrowe zdjęcia to też przecież w pewnym sensie rzeczy. Wyłam jakby mi ktoś umarł, rozbolał mnie z nerwów żołądek, a tego małego bałaganiarza jeszcze teraz mam ochotę utłuc w moździerzu. A przecież to nie jego wina, a poza tym przyganiał kocioł garnkowi, bo wcieleniem porządku to ja nie jestem. A jak się dwa takie gagatki dobiorą, to katastrofa na dniach.... Ach, wg mądrych teorii psychologicznych, które właśnie zgłębiam, walczy we mnie teraz wściekłe "Dziecko Spontaniczne" z rozsądnym "Dorosłym". Powoli zwycięża Dorosły, ale w ciężkich bólach.

................................................................

Wczorajszy dzień, gdyby nie to wieczorne odkrycie, byłby całkiem udany. Po raz kolejny stwierdziłam, jak zajebiście jest nie chodzić do pracy:) Po tradycyjnym już rannym bieganiu (tradycyjnym od dwóch tygodni, ale jaka dumna jestem z siebie!), wybrałam się na też już tradycyjne włóczęgi po okolicy. Bo my teraz mieszkamy na całkowitych obrzeżach Pragi; kiedy wychodzi się z naszego osiedla, widać już tylko pola, lasy i małe miasteczka. W czasie wczorajszej wędrówki znalazłam staw, a co najlepsze, w pobliżu mały park, a w nim fantastyczne miejsce na ognisko! Co, biorąc pod uwagę liczbę gości z Polski, których będę miała na święta majowe, jest po prostu odkryciem tygodnia:). Miejsce jest najzupełniej ogniskowo-piknikowe, została tam jeszcze gruba warstwa popiołu. Mnie tylko zastanawiają dwie rzeczy. Po pierwsze skąd wziąść drzewo? W pobliżu nie ma lasu, żeby można było nazbierać. Po drugie, czy trzeba na ognisko mieć jakieś specjalne pozwolenie? Mam się pytać w urzędzie gminy tej wiochy? A może mnie wyśmieją? Moje Prażynki, jeśli tu jeszcze zaglądacie, a macie jakieś doświadczenia w tym względzie, dajcie znać! dzięki:)

...............................................................

Już mi trochę lepiej... Ale tych zdjęć nikdy nie zapomnę :(

07:53, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 kwietnia 2008
Ameryka Północna nr 1 – Joyce Carol Oates: Córka grabarza

Córka grabarza to potężna cegła, a ja trochę się „boję“ takich grubych książek, ale historia Rebeki, potomkini niemieckich emigrantów, wciągnęła mnie absolutnie. Jest to książka realistyczna w starym dobrym stylu. Autorka z epickim rozmachem opisuje losy tytułowej bohaterki od urodzenia na pełnym emigrantów i szczurów statku w porcie NY, aż do starości, wieńczącej pozornie bogate i udane życie. Opisuje degenerację jej rodziców, w Niemczech należących do wykształconej klasy średniej, w Stanach natomiast upadłej na margines społecznej patologii.

Oates pokazuje w swej powieści, jak bardzo ważna jest dla człowieka tożsamość (narodowa, rodzinna, językowa, indywidualna). Rodzina Rebeki, po części z własnego wyboru, po części z powodu dramatycznych przeżyć, te wartości traci. Pogrąża się w szczelnie zamkniętym świecie paranoi i strachu. Pogardzający „Żydonazistami“ nowi sąsiedzi są obcy i wrodzy, ale jednocześnie zakazane są wszelkie wspomnienia czy nawet słowa pochodzące ze Starego Świata. W ten sposób starzy Schwartowie coraz głębiej pogrążają się w szaleństwie, a ich dzieci, będąc w tożsamościowej próżni, uciekają i lądują na społecznym marginesie. Tylko Rebeka znajduje w sobie dość siły (dzięki miłości do synka i instynktowi samozachowawczemu), by się z tego zaklętego kręgu przemocy i poniżenia wyrwać.

Ale problem tożsamości będzie jej towarzyszył do śmierci. Na resztę życia stanie się bowiem inną osobą, nową „postacią“, wymyśli sobie nowe imię i nazwisko, styl zachowania, maskę. Popełnia podobny błąd co jej rodzice – stara się skreślić, wymazać przeszłość, jakby nigdy nie istniała. Ale przeszłość nigdy nie znika definitywnie, choćby się człowiek nie wiem jak starał przekryć ją kolejnymi warstwami kłamstw i masek. Pozornie zagojone i starannie zamaskowane makijażem blizny ciągle pulsują pod powierzchnią i dają o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach.

Rebece się ta mistyfikacja niemal udaje, ale płaci za to wysoką cenę – nigdy nie jest jej dane być prawdziwą sobą. W jej sytuacji jednak być może jej wybór był tym jedynym właściwym. W końcu możemy powiedzieć, że „wyszła na prostą“, cokolwiek to oznacza.

Powieść Oates jest psychologicznie prawdziwa aż do bólu i bardzo głęboko zagląda do duszy postaci. Bije z niej i smutek, i nadzieja. Jeśli rozejrzymy się wokół, takich historii jak ta Rebeki (choć na szczęście rzadko tak dramatycznych) jest całe mnóstwo. Choroba psychiczna tu, trwanie w pełnym przemocy małżeństwie tam – a zupełnie wszędzie ścigające nas duchy dzieciństwa. Córka grabarza to wysokiej klasy literatura, z której wiele możemy się dowiedzieć o nas samych. Gorąco polecam.

 

09:56, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 kwietnia 2008
Oddech dawnych czasów

Jeżeli żylibyście w średniowieczu, kim byście byli?

zamek kokorin

Ja pewnie smutną księżniczką, wydaną za mąż wbrew woli, wyszywającą całymi dniami i zakochaną w trubadurze albo dworskim błaźnie:) Oczywiście istnieje też wariant bardziej realistyczny: zaharowaną chłopką, która umiera przy 10 porodzie mniej więcej... w moim obecnym wieku. Ech, chyba jednak ten XXI wiek nie jest taki zły:)

Zawsze mnie takie gdybanie nachodzi podczas zwiedzania średniowiecznych zamczysk, takich jak widoczna na zdjęciu twierdza Kokořín (godzinka autem od Pragi, no chyba że ktoś błądzi jak my:)). Zamek jest piękny choć niewielki, i doskonale zachowany. Został wprawdzie opuszczony już w XVw. i od tej pory zamieniał się w ruinę, ale nowy właściciel Václav Špaček, przedsiębiorczy mieszczanin, który otrzymał tytuł szlachecki w zamian za zasługi w rozwoju poczty, nie bacząc na ogromne nakłady odbudował go na początku XX wieku. Kiedy my zwiedzaliśmy zamek, odbywał się tam akurat czyjś ślub:)

Te okolice Czech należały do ulubionych terenów włóczęg największego romantyka tego kraju Karla Hynka Máchy. Nic dziwnego, jest to bardzo nierówny teren, pełen bałwaniastych skał o nieraz fantastycznych kształtach. Rozbudza wyobraźnię. Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu nad urodą Czech i Moraw - niby taki maleńkie państewko, a gdzie się nie obrócisz, tam wspaniała przyroda albo doskonale zachowane zabytki. Ale cieszę się też na odkrywanie angielskiej prowincji - tam dopiero będzie "średniowiecznie", przynajmniej tak to sobie wyobrażam:)

22:09, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Wesołe żabki:)

Oto co złowiliśmy na niedzielnej wycieczce:

zabka

kochajace sie zabki

zaba

Żabki się bez skrępowania kochają i używają wiosny, a my z Chiquitem niestety musimy się znowu na jakiś czas rozdzielić :(. Zbliża się (w końcu, już raz musiałam przebookować bilety, grr!) termin naszej przeprowadzki na Wyspy. Cieszę się i nie cieszę jednocześnie. W końcu zostawiamy za sobą kawał życia (5 i pół roku!) w Pradze, wielu wspaniałych ludzi, których udało nam się w tym czasie poznać, nasze świeżo wynajęte bardzo fajne mieszkanko, ulubione zakątki, kupę wspomnień... Szkoda, ale cóż, może nastał czas na zmiany. Najważniejsze to przecież być razem, wszystko jedno gdzie:)

21:37, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (8) »
czwartek, 10 kwietnia 2008
Ksiądz z karabinem na ramieniu

Camilo Torres RestrepoPostać kolumbijskiego księdza-partyzanta Camila Torres Restrepo interesowała mnie już wcześniej, i dlatego miałam wielką nadzieję, że esej o tym człowieku znajdę w Chrystusie z karabinem na ramieniu Kapuścińskiego, którą to książkę właśnie doczytałam. W końcu tytuł tego zbioru reportaży jest zainspirowany Torresem właśnie. Kapuściński jednak skupia się na innych krajach i ludziach, dlatego musiałam sama sobie pogrzebać w necie, żeby się czegoś o tej ciekawej postaci dowiedzieć.

Myślę, że dla Polaka katolika połączenie lewicowej marksistowskiej ideologii z chrześcijaństwem musi się wydawać cokolwiek egzotyczne, jeśli nie bluźniercze. Niewiele o tym wiemy, i zresztą nic dziwnego - ta zasada niewiedzy, wprostproporcjonalnej do odległości, działa i w drugą stronę. Latynoscy marksiści też raczej nie przyjmowali do wiadomości, jak naprawdę działa komunizm wprowadzony w życie pod nadzorem sowieckiego wielkiego brata. Uderzyło mnie, co Camilo Torres pisał o Polsce, podając nasz kraj za przykład zgodnej współpracy Kościoła z państwem w budowaniu socjalizmu (sic!):

Przykład Polski pokazuje nam, że można zbudować socjalizm bez zniszczenia istoty chrześcijaństwa. Jak mówi polski kapłan: "My chrześcijanie mamy obowiązek uczestniczyć w budowie socjalistycznego państwa tak długo, jak będziemy mogli swobodnie czcić Boga". (źródło cytatu oraz info do całego artykułu tu)

Podejrzewam jednak, że jakaś tam świadomość o teologii wyzwolenia w naszym kraju jest, być może spowodowana "negatywną reklamą" - w końcu to papież-Polak ruch ten zdecydowanie potępił i odciął się od jakiejkolwiek formy czynnego angażowania się ludzi Kościoła w lewicową politykę. Teologia wyzwolenia zrodziła się jednak w bardzo specyficznych warunkach ogromnej niesprawiedliwości społecznej panującej w krajach Ameryki Łacińskiej w latach 50. i 60. (i trwającej zresztą do dziś, podobnie jak zdegenerowane i odarte z idealizmu ruchy partyzanckie) i trzeba o tym pamiętać, zanim wyda się pochopne sądy. Mnie osobiście ten mariaż religii z lewicowym dążeniem do ustanowienia nowego, sprawiedliwszego porządku społecznego, fascynuje i wydaje czymś zgodnym z duchem pierwotnego, jeszcze niezinstytucjonalizowanego chrześcijaństwa, które było przecież oddolnym ruchem pogardzanych i zniewolonych ludzi. Oczywiście dostrzegam cały naiwny idealizm i utopijność tego przedsięwzięcia. A jednak... Człowiek taki jak Camilo Torres nie mógł podjąć trudnej decyzji o wzięciu broni do rąk i pogwałceniu przykazania "nie zabijaj" z innych powodów niż głębokie przekonanie, że to jedyny sposób, by zmienić niesprawiedliwe stosunki społeczne panujące w jego ojczyźnie. Zamiast stać z założonymi rękami w obliczu wykorzystywania Kolumbii przez amerykańskie koncerny, niewyobrażalnej biedy i skupienia całej władzy, ziemi i pieniędzy w rękach garstki oligarchów, zamiast bezsilnie pociskać cierpiącym ludziom mrzonki o zbawieniu pośmiertnym, postanowił przyczynić się do zbawienia tu i teraz. Zrobił to, co uważał w danej chwili za słuszne. My oczywiście dobrze wiemy, jak kończą się próby wprowadzenia "Królestwa Bożego na ziemi" (w morzu krwi i władzy nowej oligarchii, tym razem partyjnej), ale to temat na osobny wpis.

liberacion o muerteNie będę tutaj szczegółowo się rozwodzić nad życiorysem Camila Torresa, dość wspomnieć, że miał on wiele powodów, by używać sobie wygodnego życia i trzymać się z daleka od dżungli i przedwczesnej śmierci. Urodził się w 1929 w raczej bogatszej rodzinie, stał się księdzem w 1954r., skończył też socjologię w Europie i przez wiele lat wykładał ten przedmiot na Uniwersytecie Narodowym w Bogocie, będąc równocześnie uniwersyteckim kapelanem. Był gorącym obrońcą reform Soboru Watykańskiego II i aktywnie angażował się w projekty charytatywne w biednych dzielnicach stolicy. Ale ten lewicowy aktywizm nie spodobał się arcybiskupowi Bogoty, który odwołał Torresa z uniwersytetu i wysłał na prowincjonalną parafię w Veracruz. Mimo to Camilo Torres Restrepo nie ustał w działalności publicystycznej na rzecz teologii wyzwolenia, a w lipcu 1965r. skontaktował się z przywódcą partyzantki ELN (Ejército de Liberación Nacional) i rozpoczął publikację tygodnika Frente Unido, gdzie otwarcie drukował swe poglądy o wspólnych mianownikach idelogii komunistycznej i chrześcijaństwa, oraz rewolucyjne odezwy (czy może "kazania"?) do różnych grup społecznych Kolumbii.

Camilo Torres jako partyzantKilka miesięcy później, w listopadzie 1965, ksiądz Torres na dobrze przyłącza się do grupy guerrilleros ELN (liczącej wtedy zaledwie ok. 60 członków).

15 lutego następnego roku ginie podczas swej pierwszej akcji. Była to pułapka zorganizowana na oddział rządowy, udana zresztą. Żółtodziub na polu walki, ksiądz-partyzant za wcześnie wyszedł z ukrycia, by odebrać zabitym broń - trafiła go kula rannego żołnierza. Do dziś nie jest znane miejsce jego pochówku. Mimo dość wątpliwych etycznie okoliczności śmierci (choć ELN oczywiście latami twierdziła, że pułapkę zastawiła armia, nie partyzanci), niemal od razu stał się kimś w rodzaju męczennika partyzantki i człowiekiem-symbolem ruchu teologii wyzwolenia. Na pewno jest też postacią tragiczną - ciekawe co by powiedział, gdyby widział, do jakich metod ucieka się lewicowa guerrilla w Kolumbii dziś i jak nierozwiązywalnym i zamotanym niczym węzeł gordyjski stał się ten wieloletni konflikt zbrojny z państwem i oligarchią. Czy nadal, jako ksiądz i chrześcijanin, uważałby, że cel uświęca środki?

 

16:18, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers