O podróżach dalekich i bliskich
czwartek, 31 maja 2007
Depresje pourlopowe i inne

Nie odzywałam się ostatnio, bo dopadła mnie pourlopowa depresja związana z powrotem do setek nierozwiązanych problemów i nudnej pracy. Dlaczego nie może być odwrotnie: miesiąc pracować a 11 miesięcy podróżować? Rozwiązaniem byłoby połączenie pracy z podróżami. Ale tylko niewielu utalentowanych ludzików może sobie na to pozwolić, a ja niestety nie mam pomysłu by się kimś takim stać. W ogóle nie mam pomysłu na swoje życie (bardzo ważny element mojej permanentnej depresji, przy której ta pourlopowa to małe piwo).

W Kanadzie szukaliśmy śladów (ostatnich) Mohikanów. Ciężko było, bo kiedy Lonely Planet podawało informację o "centrum kulturalnym" lub "galerii sztuki" indiańskiej, na miejscu okazywało się, że to tylko sklepik z bardzo kiczowatą cepelią. Ale w końcu coś znaleźliśmy. Napiszę o tym dokładniej kiedy indziej, bo teraz chcę tylko wspomnieć o "mañanowym" stylu życia dzisiejszych potomków Irokezów i Mohawków. Wielu z nich pracuje jako "steelworkers" czyli robotnicy budowlani stalowo-szklanych wysokościowców. Zawód ten stał się u nich nawet swego rodzaju tradycją rodzinną. Z tym, że większość pracuje w ten sposób: jedzie sobie do takiego Nowego Jorku na rok, zarabia kasę, po czym na 2 -3 lata wraca w rodzinne strony i żyje sobie spokojnie leniuchując ile wlezie. Niby przykład niezbyt godny naśladowania, choć coś w tym jest... Mogłabym i ja tak sobie na rok jeździć za "Zachód" do pracy, a potem rok przerwy: książki, podróże, pisanie. Myślę, że to całkiem dobry pomysłek, pod warunkiem, że człowiek nie planuje męża i ratolośli... A ja planuję bardzo bardzo mocno. Więc trzeba myśleć odpowiedzialnie:(.

Poza tym w Kolumbii dzieją się smutne rzeczy (żadna niespodzianka:(...). W poniedziałek o świcie zginęło w slumsie La Cruz w drugim największym mieście Kolumbii Medellín pięcioro dzieci i trzech dorosłych. Obsunięcia ziemi. Juz chyba z 50 ludzi do tej pory zginęło. Trwa pora deszczowa i według prognoz będzie padać jeszcze do czerwca. Mokra, niczym nie zabezpieczona ziemia zabija ludzi w biednych osiedlach zbudowanych najczęściej na zboczach wzgórz. Nie ma tam drzew, niczego co by zatrzymało potoki gliny. Rząd nakazał ewakuować zagrożone slumsy, ale ludzie nie chcą opuścić swych prowizorycznych domostw. To wszystko co mają. Wolą ryzykować straszną śmierć swoją i swoich dzieci.

Chiquito przygotowuje się do egzaminu i nie ma teraz czasu ani się podrapać, a co dopiero czytać gazet, więc to ja donoszę mu najświeższe wiadomości (i drapię czasami:)). Powiedziałam mu o klęsce żywiołowej w Kolumbii. Oczywiście było mu smutno, ale stwierdził, że to się dzieje podczas KAŻDEJ pory deszczowej. A w roku jest ich pewnie ze cztery lub pięć.

Na depresję lepiej nie czytać gazet. 

09:53, la_polaquita , inside out
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 maja 2007
W Mississauga

Pierwszy tydzień pobytu w Kanadzie spędziliśmy w mieście Mississauga niedaleko Toronto, gdzie dziadek Chiquita posiada dom. Od pierwszych chwil spędzonych w aucie jadąc z lotniska czułam, że to AMERYKA. Miasto totalnie różne od tego, co można znaleźć w Europie. Oraz różne od moich wyobrażeń, bo słysząc określenie "sypialnia Toronto" wybrażałam sobie, że będzie to jakaś dziura w rodzaju tzw. miasteczek-satelit pod Pragą. Tymczasem Mississauga to wielkie i dynamiczne miasto, przede wszystkim strasznie rozległe. Ma niewiele ponad 30 lat i ponieważ jest tak młode, od początku powstawało wg dokładnych planów urbanistycznych. Nie ma tam żadnego starego centrum, żadnej wąskiej uliczki, nawet żadnej biednej dzielnicy. Wszystko zostało dokładnie zaplanowane: jest nowoczesne downtown, pełne szklanych biurowców i nowoczesnych apartamentowców, jest strefa komercyjna, gdzie można kupić co tylko się zamarzy, i jest strefa rezydencjalna, czyli jak dla mnie jedno ogromne "przedmieście" wypełnione zielenią, jednorodzinnymi domkami i willami, często zgrupowanymi w tzw. condominiach. Wszystko połączone równiutkimi jak stół i szerokimi jak autostrada ulicami.

Państwo Sanchez, przyjaciele Abuelita, z którymi spędziliśmy sporo czasu, są dumni i zadowoleni ze swojego miasta. Nie jest to wg nich "miasto pełne parków", ale "park pełen domów". Podobno ostatnio, kiedy coraz więcej wielkich firm i banków wybiera to miasto na swoją siedzibę, mówi się nawet, że to nie Mississauga jest sypialnią Toronto, ale że to Toronto jest sypialnią Mississauga. Podobno to jedno z najlepiej zarządzanych miast w Kanadzie, o czym świadczy fakt, że od lat siedemdziesiątych burmistrzem jest ciągle jedna i ta sama pani. W każdych wyborach ma 95% poparcia. Nikt nie potrafiłby wyobrazić sobie lepszego burmistrza niż ona.

Rzeczywiście parków jest tam jak maku. Tylko że do żadnego nie dostanie się człowiek inaczej niż samochodem. Jest to zupełnie inny styl życia. Ja jestem przyzwyczajona to tego, że jak potrzebuję bułki, to wybiegam do sklepiku za rogiem i za 5 minut wracam. Tam nie ma żadnych sklepików, nie ma nawet rogów! Po każdą głupotę trzeba pakować się do samochodu i udać się do supermarketu. Co prawda jest ich tam mnóstwo i wiele wyspecjalizowanych: chińskie, wietnamskie, arabskie, polskie itp. Tak, jedzienie jest świetne. Clemencia Sanchez nigdy nie pyta "czy jesteś głodny?", ale "na co jesteś głodny?". Poziom życia jest wysoki. Państwo Sanchez i ich troje dzieci posiadają 4 samochody. "Tylko 4", bo rodzice pracują w tej samej firmie więc jeżdżą razem, inaczej pewnie by było 5.

Chiquito chyba by się bez problemów do takiego "przedmiejsko-samochodowego" życia przyzwyczaił, bo bardzo mu się tam podobało, ale ja jako nieprowadząca, niezamierzająca oraz lubiąca wypić piwko lub winko nie wiem nie wiem. Tak, istnieje system transportu publicznego. Parę razy z niego korzystaliśmy, kiedy dziadek nie odwiózł nas na dworzec autobusowy, gdzie łapaliśmy bus do Toronto. Autobusy jeżdżą średnio co pół godziny, więc dostanie się tylko na dworzec w Mississauga nam z czekaniem zajęło godzinę (autem to 15 minut)! W tym dniu żeśmy wiele w Toronto nie zwiedzili... Nie wyobrażam sobie przesiadek w tym mieście!

Ok, jest tam wiele zieleni. Ale nawet w domu słychać szum przejeżdżających samochodów. Nigdzie nie można dojść na piechotę. Raz żeśmy się wybrali do supermarketu który wydawał się być blisko... Maszerowaliśmy ponad godzinę! Nic dziwnego że nawet na spacery jeździ się autem (niezbyt ekologiczne jak sądzę). Na kawę jeździ się do sieci Tim Hortons. Niemal nie istnieją małe kawiarnie czy restauracje, które by nie były częścią jakiejś sieci, a jeśli istnieją, to się im nie ufa. Wiadomo, dobra kawa jest tylko w Tim Hortons. To nic, że to miejsce pozbawione atmosfery, taki lepszy McDonalds.

Wszystko jest duże i daleko. Ale za to jest WSZYSTKO o czym tylko dusza zapragnie, ze wszystkich kątów świata. Nawet Ikea jest (dla młodych lub biedniejszych oczywiście:)). Nic tylko pracować jak wół i wydawać ile wlezie. Jak mówi pan Sanchez: wszędzie trzeba ciężko pracować, ale w Kanadzie za tę samą ilość pracy można żyć na o wiele lepszym poziomie. Na jeziorze Ontario było wiele małych żaglówek, jachtów, motorowych łodzi. Podobno należą do całkiem normalnych pracujących (na dobrych pozycjach oczywiście) ludzi. Itd. itp.

Dobrobyt po prostu widać gołym okiem. Jednak to Ameryka.

17:41, la_polaquita , canada
Link Komentarze (10) »
wtorek, 22 maja 2007
I'm back!

Wróciliśmy. W niedzielę wieczorem ja, w poniedziałek rano Don Chiquito. Tak, tak, lecieliśmy osobno. To już dawne dzieje i już nas to nie złości, ale gwoli informacji Austriacy wizy "nie zdążyli" dać, bilet przepadł, ale oczywiście głupio by było rezygnować z urlopu, więc Chiquito kupił nowy, droższy bilet CSA prosto z Pragi. Czyli zrobił to, co powinniśmy zrobić od razu, a nie jak dusigosze rzucać się na tańszą ofertę z Wiednia, bo jak się doda koszta dojazdu do tegoż miasta + opłaty za wizę, to w sumie niewielka to oszczędność...

Ale już dość o kasie! Urlop był wspaniały. Co prawda trochę nietypowy (czescy współpracownicy patrzyli na mnie ze zdziweniem pt. z urlopu wraca i nie opalona!), ale Kanada to kraj, który zdecydowanie warto poznać. Szczególnie że my patrzyliśmy na wszystko pod kątem "czy warto by było tam emigrować" i doszliśmy do wniosku, że chyba tak. Pomimo tego, że byłoby cieżko, bo choć tamtejszy kapitalizm nie jest tak drapieżny jak w USA (istnieje system pomocy społecznej, szkolnictwo jest płatne ale w przeciwieństwie do USA są nieoprocentowane pożyczki dla studentów, opieka zdrowotna jest bezpłatna i podobno świetna), to jednak trzeba by było zaczynać od zera. A emigrantom jest trudniej, bo np. bardzo silne są asocjacje zawodowe (lekarzy, inżynierów itp.), którzy w zasadzie decydują, czy możesz wykonywać swój zawód czy nie.

Ale przecież nigdzie nikt ci niczego nie da za darmo. Ceny mieszkań są podobne jak w Pradze (czyli dla nas niedosiężne), ale zarobki są 4 razy większe... Za trzy lata pobytu dają obywatelstwo. W Czechach Chiquito jest już wiosen 8, a na razie nie ma nawet szansy na trwały pobyt.

Tak, jak zwykle mamy głowy w chmurach, ale zobaczymy co z tego wyjdzie:). Na razie cieszyliśmy się wspaniałą kanadyjską przyrodą, imponującą "amerykańskością" Toronta, pełnymi życia Ottawą i Montrealem, urokiem niemal 100-procentowo europejskiego Quebec City. Widzieliśmy wieloryby w Tadoussac, wystawę martwych ciał w Montrealu, a nawet jednego Mohikanina! O wszystkim postaram się stopniowo pisać, dołączając zdjęcia, jak tylko ściągniemy je do kompa.

Do napisania!

16:22, la_polaquita , canada
Link Komentarze (5) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers