O podróżach dalekich i bliskich
sobota, 31 maja 2008
Sztuka latania

W filmie Al lado oscuro del corazon motywem przewodnim jest piękny wiersz Argentyńczyka Oliverio Girondo o szukaniu tej jednej jedynej, która potrafi latać.

(Nie zrażajcie się długością „recytacji”, obejrzyjcie filmik do końca, będzie zaskoczenie:))

 

Nie obchodzi mnie, czy kobiety mają piersi jak magnolie, czy jak suszone figi; czy mają cerę jak morela, czy jak papier ścierny. Ma dla mnie zerowe znaczenie, czy rano ich oddech pachnie jak afrodyzjak, czy jak środek owadobójczy. Jestem doskonale zdolny znieść nos, który wygrałby pierwszą nagrodę na wystawie marchewek; ale! – i tutaj jestem bezkompromisowy – nie przebaczę im, pod żadnym pretekstem, kiedy nie umieją latać. Jeśli nie umieją latać, tracą ze mną czas!

 

PS. Po obejrzeniu filmu zwiesiłam nos na kwintę, a kiedy Chiquito domagał się wyjaśnień, wykrztusiłam „bo ja nie umiem latać...” (oczekując oczywiście fali zaprzeczeń i zapewnień, że pues si, sabes volar! :-)). A Chiquito na to:

- Nie martw się, ja i tak mam lęk wysokości.

:D

 

piątek, 30 maja 2008
Zawrót głowy

W niedzielę, ostatni ciepły dzień, jaki się nam przydarzył w ciągu mojego tu pobytu (to już tydzień!) pojechaliśmy do Southend, wypoczynkowej miejscowości nad brzegiem morza. Słońce grzało, a chłodny wiatr przenikał nas do kości. Coś nam musiało się przewrócić w głowach, bo po raz pierwszy w życiu poszliśmy na wesołomiasteczkową atrakcję, którą Chiquito zwie „la montaña rusa”. Mogę teraz powiedzieć, że już wiem, co czują samobójcy w czasie skoku z wieżowca:) Straszny nacisk na głowę, szalona prędkość w dół, upadek w przepaść. Krzyczałam tak, że aż mnie rozbolało gardło:). Chiquito był co prawda cicho, ale za to tak się „spiął”, ze dostał skurczu w nodze. Wyszliśmy stamtąd oszołomieni, z bólem głowy i wielkim postanowieniem "never more"! Długo śmialiśmy się, jesteśmy już za starzy na takie atrakcje:)

Poza tym było pięknie. Jedliśmy lody i ze zgrozą obserwowaliśmy tych parę szalonych Angoli, którzy kąpali się w zimnych, brudnych falach.

W drodze powrotnej widzieliśmy przy drodze umierającego gołębia. Nie wiedzieliśmy, jak mu pomóc. Ratować już się go nie dało, dobić (my, dzieci miasta) nie byliśmy w stanie. Rozłożyło mnie to na łopatki na cały wieczór. W nocy zaczął padać deszcz.

la montana rusa

la montana rusa

la montana rusa

la montana rusa

southend

14:10, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
środa, 28 maja 2008
Brentwood, Anglia

Dzis bedzie krotko, chcialam tylko dac znak zycia:). Siedze sobie w bibliotece publicznej i mam jeszcze pol godziny. W mieszkaniu (naszym fajnym mieszkanku na parterze z malenkim patio!) zostal moj wordowski dokument, w ktorym pisalam przez ostatnie dni notki na zapas. Moze je zamieszcze tu, a moze nie, bo niestety blogowanie ma to do siebie, ze jak sie nie publikuje na biezaco to wydarzenia, nastroje itd. jakos traca aktualnosc. Bardzo brakuje mi neta w mieszkaniu, ale poza tym jest lepiej niz sobie wyobrazalam. Okolica jest zielona, spokojna, na nogach gdzies 10 minut na pociag do Londynu. Poza tym to najwieksze mieszkanie jakie kiedykolwiek mielismy (czyli spory salon, osobna kuchnia i sypialnia - jak na nas to naprawde luksusy)! I najwazniejsze - mamy male patio! Zaczynam miec calkiem spore ogrodnicze plany, a Chiquito tylko kreci na to glowa:)

Podroz byla trzydniowa i bardzo okrezna (Praga-->Katowice-->Glasgow-->Londyn). Ale udalo sie, odebralam reszte gratow z glasgow i definitywnie pozegnalam sie z tym miastem.  Obladowana jak wielblad przewiozlam wsyzstko do Londynu autobusem, gdzie odebral mnie Chiquito. I od tej pory juz tylko sie bycze, nie liczac opieki nad chorenkim Chiquitem (goraczka i angina, czyli umieranie i jeczenie wyzszego stopnia). Gapimy sie nalogowo na sciagniety jeszcze w Pradze serial The Big Bang Theory. Jesli ktos jeszcze tego nie zna, to polecam goraco! Zwlaszcza wszelkiej masci 'geekom' oraz ich polowkom. Usmiejecie sie do lez.  

Czas sie konczy, a ja ruszam na pierwsze samodzielne zakupy. Trzeba choremu ugotowac zupke:)  Na razie podoba mi sie tu, zobaczymy co bedzie dalej.

18:48, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
środa, 21 maja 2008
Przeprowadzka + przymusowa przerwa w blogowaniu

No i nadszedł termin przeprowadzki, jutro ruszam na Wyspy i wygląda na to, że na razie nie będę miała dostępu do netu. Nie wiem więc jak długo nie będą się tu pojawiać nowe notki, ale postaram się wrócić jak najszybciej. Będzie mi Was bardzo brakowało!

pozdrawiam serdecznie wszystkich zaglądających!:-) 

22:39, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 maja 2008
Ameryka Południowa nr 1 - Edwidge Danticat: Oddech, oczy, pamięć

Oddech, oczy, pamięć to na poły autobiograficzna książka młodej haitańskiej autorki, piszącej po angielsku. Jest to opowieść o kobietach tego kraju, silnych, kochających, ale bardzo poranionych przez życie, świat, mężczyzn, i siebie nawzajem. Główna bohaterka i narratorka to Sophie, dwunastoletnia dziewczynka, wychowywana najpierw z ukochaną ciotką na Haiti, potem z matką w USA. Przyjazd do Stanów okazuje się być dla niej traumatyczny - matka, w młodości zgwałcona, choć stara się trzymać normalności ze wszystkich sił, coraz bardziej pogrąża się w odmętach psychicznych zaburzeń i sennych koszmarów. Pęta ją także tradycja - uważa, że pilnowanie dziewictwa córki jest jej matczynym obowiązkiem, że byłaby złą matką, gdyby tego nie robiła. Sama jako nastolatka "sprawdzana" przez własną matkę, teraz robi to latami, codziennie, swojej córce. Martine to tragiczna, zagubiona postać; nieświadomie wyrządza Sophie ogromną krzywdę, która doprowadzi dziewczynę do brutalnego samookaleczenia, oraz zaważy na jej małżeństwie i całym dorosłym życiu.

Pomimo że temat jest bardzo ciekawy, a niezwykła składnia i specyficzne metafory miejscami pięknie oddają klimat kreolskiego języka i folkloru, mam jednak z tą książką problem. Wydaje mi się, że zawiera wiele typowych "błędów debiutanta". Narracja jest prowadzona chwilami zbyt pośpiesznie, urywane dialogi często zbyt bezpośrednio i jednoznacznie przekazują informacje, postaci drugoplanowe, zwłaszcza mężczyźni, oddani są dość schematycznie. Chwilami książka przypomina bardziej pamiętnik z terapii, niż tekst literacki. Najbardziej bronią się fragmenty odgrywające się na Haiti, zwłaszcza podróż po latach Sophie do domu ciotki i babki. Wiele zdań opisujących ten kraj i jego mieszkańców zawiera w sobie duży ładunek poetyckiego napięcia, a postaci Tante Atie i Grandmé Ifé są pełnokrwiste i ciekawe. Amerykańskie epizody są w porównaniu z haitańskimi niestety o wiele słabsze. Znika metafora, niejednoznaczność i głębia, zamiast tego mamy dość prostą relację z wydarzeń. Wiele motywów, zwłaszcza relacje małżeńskie Sophie, aż prosiłyby się o rozwinięcie i pogłębienie. Jest trochę tak, jakby autorka czuła się swobodnie i twórczo tylko w czarownym świecie egzotycznego dzieciństwa. Nowej, szarej emigracyjnej rzeczywistości nie potrafi oryginalnie przetworzyć w literaturę, jakby nie wiedziała, z której strony ją "nadgryźć", jak ją zrozumieć i uczynić swoją.

Mimo tych niedostatków polecam tę książkę, lekko i łatwo się czyta, i wiele można się z niej dowiedzieć o haitańskiej mentalności, zwyczajach i wewnętrznym świecie skrzywdzonych kobiet tego kraju. Mój ulubiony fragment to następująca symboliczna przypowieść, która w metaforycznym sensie streszcza całą książkę Danticat.

Podobno żyła kiedyś kobieta, której tryskała krew przez skórę, choć nie była uszkodzona. Trwało to długich dwanaście lat. Kobieta chodziła do wielu lekarzy i specjalistów, ale żaden nie potrafił jej uleczyć. Krew wypływała przez nienaruszoną skórę strumieniami, czasem na rękach, czasem na nogach, także na twarzy i na piersi. Zdarzało się to często - jej ubranie nasiąkało jaskrawą czerwienią podczas ważnych uroczystości, na weselach i pogrzebach. W końcu kobieta miała tego dość i postanowiła udać się do Erzulie po radę.

Po rozmowie z Erzulie krwawiąca kobieta zrozumiała, jak ma postąpić. Jeżeli chce przestać krwawić, musi zrezygnować z prawa do bycia istotą ludzką. Może wybrać, kim się stanie - rośliną czy zwierzęciem - ale nie będzie już kobietą.

Kobieta miała dość krwawienia, więc poszła do domu i podzieliła swój dobytek między przyjaciół i osoby najbliższe jej sercu. Potem wróciła do Erzulie, żeby dokonała się przemiana.

"Jaką formę życia chcesz przybrać? - zapytała Erzulie. - Chcesz być bujną rośliną w ogrodzie? A może łagodnym zwierzęciem pływającym w morzu? Albo nocną dziką bestią?".

Kobieta pomyślała o wszystkich znanych sobie zwierzętach, tych, których ludzie się bali, i tych, kóre kochali. Pomyślała o tych, które były małe. O tych, które trzymano na uwięzi, i o tych, które żyły na swobodzie.

"Spraw, żebym była motylem" - poprosiła.

"I tak się stanie. Będziesz motylem" - powiedziała Erzulie.

Kobieta uległa przemianie i już nigdy więcej nie krwawiła.

11:06, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (10) »
niedziela, 18 maja 2008
Inwazja zombi w Pradze

Wygląda na to, że straszliwi zombi budzą się (w słoneczne popołudnia?) nie tylko na Haiti. Wczoraj te potwory oraz różni ich wampirzy oraz upiorzy kuzyni i kuzynki opanowali Pragę! Spotkaliśmy ich na Staromaku, gdzie pałętaliśmy się, jakże by inaczej, z naszym nowym weekendowym gościem, tym razem z Kolumbii.

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

zombi w pradze

A na koniec, jako bonus, ja "z piwnego punktu widzenia" :-)

piwny punkt widzenia

08:56, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (4) »
sobota, 17 maja 2008
ROMAN

Roman był krnąbrny dzieciak. Stary lał go pasem tak, że raz mało uszkodził sobie nadgarstek. Starsze siostry Romana, już w młodym wieku czując nadchodzącą gorycz staropanieństwa, lubiły na brata skarżyć. A to nie dał żrać królikom, a to pyskował, a to zrywał się ze szkoły i palił papierosy „na górkach“, zamiast pilnować kóz. Podczas gdy reszta rodzeństwa zazwyczaj udawała skruchę i błagała Fatra o wybaczenie, Roman odszczekiwał. Kiedyś stary chwycił kija zamiast pasa, i gdyby nie powstrzymała go Muter, byłby chłopaka zabił.

Wiele lat później ten nieokiełznany charakter zemścił się na Romanie okrutnie. W łagrze wraz z kolegą chodzili kraść chleb do magazynów. Szaleli z głodu, było im wszystko jedno. Ale było coś jeszcze – ten dreszcz, ta duma z własnej odwagi. Grał na nosie łajdakom Ruskim! Ślepe kury, nic nie widzieli. Przy odrobinie sprytu i zręczności człowiek wszędzie sobie poradzi.

Ale nosił wilk razy kilka. Kiedy go dopadli, nie było w pobliżu Muter, która powstrzymałaby kije i kopniaki. Oficjalna wersja: zaginiony.

Choć podobno Bóg odważnym sprzyja, to jednak często ich opuszcza. Może też nie lubi krnąbrnych dzieciaków?

piątek, 16 maja 2008
Ameryka Północna nr 2 - Marilynne Robinson: Gilead

Gilead to opowieść starego człowieka o swojej rodzinie, wierze i umieraniu.

Siedemdziesięciosiedmioletni, chory na serce pastor John Ames za namową żony postanawia napisać długi, szczery listy do małego synka, o którym wie, że nie będzie mu dane wychowywać go do dorosłości. Początkowo monolog ten to przede wszystkim wspomnienia własnego dziadka i ojca, oraz ich życiowego skłócenia, które boleśnie wpłynęło na młodego Johna Amesa. Potem narrator coraz bardziej skupia się na własnym niby-synu, czarnej owcy rodziny przyjaciela, który po latach przybywa do rodzinnego miasteczka Gilead w stanie Iowa z jakąś płonną, naiwną nadzieją na naprawienie wszystkiego i nowy początek. Jack Boughton to syn marnotrawny, tajemniczy i nieszczęśliwy, który w życiu spieprzył niemal wszystko, co było do spieprzenia, choć był najbardziej ukochanym dzieckiem swego ojca. Jego stosunek z chrzestnym, imiennikiem i drugim "tatą" Johnem Amesem był jednak zawsze naznaczony jakimś przedziwnym niezrozumieniem, dystansem, strachem niemal. Stary człowiek przez całe życie miał do tego chłopca ambiwalentne uczucia, a teraz się zadręcza, bo nie potrafi się powstrzymać od "myślenia magicznego", że to właśnie jego ambiwalencja nieodwracalnie naznaczyła Jacka, niczym klątwa.

Książkę Marilynne Robinson czyta się niespiesznie, gdyż jest naszpikowana teologicznymi rozważaniami, niekiedy trochę zbyt filozoficznymi, choć zawsze związanymi z życiem bohaterów. Dla pastora wiara i pytania, które wbudza, to kwestie pierwszoplanowe, tak naturalne jak oddychanie. W całej książce nie ma jednak ani jednego banału, ani jednej łatwej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, pytania tam stawiane są bardzo trudne, a stary John Ames, strapiony i wybity z równowagi przybyciem Jacka, w większości na próżno szuka odpowiedzi. Przyciśnięty przez Jacka do muru w kwestii predestynacji wije się jak uczeń, wykręca od konfrontacji, przegrywa starcie.

Mimo tego, że stary pastor, jak sam z bólem przyznaje, jest tak zmęczony i bezradny wobec ludzkiego cierpienia i własnych odczuć, jego monolog tchnie radością życia. Szczęście w postaci kochającej żony i małego synka dotarły bowiem do przeżywającego swój żywot samotnie Johna Amesa bardzo późno. Jest w nim żal spowodowany ograniczeniami starości, a jednocześnie ogromne, promieniejące szczęście z obserwacji zabaw syna, jego witalności i młodości. Gilead to wielka książka o ojcostwie, tym spełnionym i tym zmarnowanym.

Gilead to koniec mojej wyzwaniowej przygody z Ameryką Północną. Podobnie jak powieść Oates jest to książka wiele mówiąca o mentalności mieszkańców USA i historii tego kraju. Dlatego uważam, że dobrze dobrałam sobie lektury pisarzy kontynentu północnoamerykańskiego, tym bardziej, że obie te książki to świetna literatura. Mogę tylko polecić.

03:21, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 15 maja 2008
Włóczęgi po Pradze

Zawsze jak zwalą się do mnie goście, odkrywam moje miasto na nowo. Bo nie wiem, jak to się dzieje, ale normalnie w te "turystyczne" miejsca prawie w ogóle nie chodzę. Na spacery wypuszczam się tylko w mojej dzielnicy, a to już praktycznie nie Praga. Za to jak ktoś przyjedzie to od nowa odkrywam urok picia piwka przy murze głodowym, kontemplowania widoku na miasto z sadów petrinskich, przechadzek po nabrzeżu, spokoju i ciszy na Vysehradzie.

Przyjeżdżajcie częściej! :-)

praha

17:57, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (11) »
czwartek, 08 maja 2008
Jaja w pociągu

Jechałam dziś pociągiem relacji Bratysława - Hamburg (wysiadałam w Czechach). Wagony nabite, że mało nie pękły. Stałam miażdżona ze wszystkich mozliwych stron w takim długim "autokarowym" wagonie, nie podzielonym na przedziały. Zewsząd pchali się ludzie z miejscówkami i wyganiali tych, którzy siedzieli już na ich miejscach. Walizki przenoszono nad głowami. Przyszło mi do głowy w tym ścisku, że to chyba taki przedsmak tego, co muszą czuć rozmaici uchodźcy tego świata, choć na szczęście klatek z kurami nie było.

Kiedy nadszedł konduktor, jedna pani w średnim wieku, która wcześniej wygoniła ze "swego" siedzenia inną panią w starszym wieku, zaczęła wnosić głośne skargi. Jak to możliwe, żeby wpuszczano do wagonu z miejscówkami "zwykłych" ludzi. Ludzie "oddychają jej na plecy"! Konduktor na to, że przecież siedzi na swoim miejscu i że on naprawdę nie może stąd ludzi wyrzucić. "Ano, sedim na svem mieste, ale priesto nemam pocit ze to miesto je moje" powtarzała kilka razy oburzona dama (muszę to po słowacku napisać, bo to tak fajnie brzmiało:)).  

I wtedy jeden starszy pan, który notabene sam nie miał gdzieś miejscówkę, ale zrezygnował z przepychanek, rozładował sytuację, bo zaczął się z pani głosno nabijać. Trochę po chamsku, ale nie mogłam się powstrzymać i razem z kilkoma ludźmi w pobliżu lałam się na cały głos. "Bo wiecie, ludzie śmią oddychać. Gdyby tak kurna przestali! Bo tu chodzi o ten pocit (wrażenie)!"). 

Wiem, że w przekładzie i z drugiej ręki nie brzmi to zbyt śmiesznie, ale wtedy to były jaja nieziemskie. Dama tymczasem zacięła usta i w świętym oburzeniu  wypełniała formularz skargi. Dwóch Polaków koło mnie, którzy całą drogę filozofowali o charakterach narodowych i różnicach w mentalności kobiet i mężczyzn, stwierdzili, że to jest jedna z funkcji facetów, rozładowywać żartami sytuację. Kobieta wg nich nigdy by nie była w stanie tak głośno się z kogoś nabijać w jego obecności. 

Co o tym myślicie? Ja osobiście znam kilka babek, które mają tzw. "niewyparzone pyski", i nie boją się publicznej konfrontacji. A jednak zdaje mi się, że większość z nas (i ja też) została wychowana tak, żeby się nie wychylać, nie odzywać. Dopiero po oddaleniu się na bezpieczną odległość można dowoli zacząć wymieniać się uwagami. Czy to wynika z naszej słabości fizycznej, czy po prostu kulturowo nam wpojono, że dziewczynce nie wypada być "bezczelną"? A może ci Polacy nie mieli racji, bo przecież tej damie odwagi nie brało, by wyrażać swe niezadowolenie, za to niestety brakło jej dystansu i poczucia humoru. A może nigdy go nie miała. Wspomniani polscy pasażerowie skwitowali też jej postawę seksistowskim "widać że baba samotna i długo chłopa nie miała".... 

No, ale przynajmniej podróż uciekła jak z bicza strzelił:) 

18:38, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers