O podróżach dalekich i bliskich
wtorek, 26 maja 2009
Wszystko gotowe? Można zaczynać? Zatem otwieram nasz program już!

Fricholinka pcha mnie w żebra ile wlezie, niekiedy wyczuwam jej twardą stópkę pod warstwą skóry. Już ledwo się przewracam z boku na bok, ledwo się ruszam, stękam jak muszę się schylić albo przykucnąć. Chyba wystarczy tej ciąży. Czas wyłazić z ciepłego brzuszka, co ty na to, Fri?

Tu na zewnątrz może nie jest tak bezpiecznie i miło, jak w środku, ale za to czekają na Ciebie wielkie przeżycia i wspaniałe przygody. Jesteśmy tu też my, Mama Polaquita i Papa Chiquito. Przygotowani żeby dać ci całą miłość świata, abyś się stała trzecim Kochusiem ("kochuś" to Chiquitowa wersja polskiego „kochanie”;)). Spodoba Ci się u nas, zobaczysz. Będą emocje, odkrywanie całego wielkiego nieznanego świata. Czasem będzie bolało, jak to w życiu bywa, ale wierz mi, warto tu przyjść.

To co, Fricholinko? Idziemy do tego, jak mawia twój Papa? Bierzemy byka za rogi? No dalej, raz dwa, ruszaj w długą drogę na zewnątrz, mała! Razem damy radę. Będzie trochę niebezpiecznie, ale trudno, nie można w nieskończoność zostawać w twojej ciepłej komórce. Prędzej czy później będziesz musiała ruszyć pupę, więc chyba lepiej od razu. I będziemy to miały z głowy. I przywitamy się twarzą w twarz.

Chodź do nas, kochanie!

Gadam tak do małej już od kilku dni i chyba w końcu się dogadałyśmy. Fricholinka, jak się wydaje, w przeciwieństwie do swego Papy, wcale nie jest „mañana” - to punktualna dziewczyna. Myślę, że dziś w nocy odkleił mi się tzw. czop śluzowy, co oznacza, że początek porodu to kwestia godzin. Odczuwam coś w rodzaju mentruacyjnego bólu, od czasu do czasu i bardzo lajtowo. Akuszerka przez telefon powiedziała, że to dobry znak i że otwierają się drogi rodne, ale jeszcze to może potrwać nawet do jutra. Chiquito normalnie pojechał do pracy, a ja, cała radosna i podekscytowana, usiłuję znaleźć sobie miejsce. Co tu robić, kiedy napięcie rośnie, a punktu kulminacyjnego nie widać? :)

Chyba wlezę do wanny, a potem pójdę na spacer... Spiesz się, mała, bo nie mogę się Ciebie doczekać:)

 

10:48, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 25 maja 2009
Ostatnie przygotowania

monitor brzuchaFricholinka dojrzewa do porodu i ja też. Ostatnio praktycznie nie "kopie", rozpycha się tylko, ma bardzo mało miejsca. Czasami ma czkawkę, co ja wcześniej brałam za takie rytmiczne kopanie, dopiero na szkole rodzenia dowiedziałam się, o co naprawdę chodzi:).

Termin to w sumie może być dziś. Choć ten uznawany przez lekarzy dopiero w środę. Przemeblowaliśmy mieszkanie i okazało się, że jak człowiek dobrze kombinuje, nawet na 40m kw. wszystko się zmieści. Skręciliśmy łóżeczko z Ikei, powiesiliśmy nad nie karuzelkę z kolorowymi zwierzątkami. Frotowe i flanelkowe pieluszki, wyprane, czekają w pudełkach, też z Ikei, a jakże (mamy ją naprzeciw domu:)). Jeszcze trzeba podopierać nowe i lumpexowe ubranka, poprasować ręczniki. Czeka kolorowa, 4,5-metrowa chusta. Kupiony w Polsce wózek stoi sobie po kątach na razie w częściach, owinięty w folię. Walizka z rzeczami do porodówki spakowana. Nawet gumowe papcie na poród kupione. I batoniki musli na posilenie są. I papierzyska, z których najważniejsze to tzw. przyznanie ojcowstwa. (W Czechach, w przypadku niemałżeńskich par, takich jak my, trzeba to załatwiać w Urzędzie Stanu Cywilnego przed porodem, aby dziecko miało w akcie urodzenia ojca i mogło nosić jego nazwisko.)

Monitorujemy się co tydzień i wszystko gra. Fricholinka ułożona jest główką na dół, ma się dobrze, obraca się tylko pleckami i pupą, raz w jedną, raz w drugą stronę brzucha. Własnie tak podobno się będzie „wkręcać” w kanał rodny w drugiej fazie porodu, współpracując ze skurczami i ze mną.

Umieram z ciekawości. Kiedy to się zacznie? Jak się zacznie? Odejściem wód, czy kontrakcjami? Będzie to noc czy dzień? Jak się zachowa Chiquito? Jak ja będę sobie dawać radę, a jak Fricholinka? Czy będzie tak, jak sobie wyśniłam: prywatność, wanna, muzyka, żadnych leków, tylko my i Akuszerka? A może coś się na ostatnią chwilę popsuje, i będą musieć wpaść lekarze, i robić rzeczy, na które ja już nie będę miała wpływu...?

I najważniejsze, czy będzie nam dana tzw. „złota godzinka”, kiedy zdrowe dziecko kładzione jest na brzuszku, kiedy widzimy je po raz pierwszy, grzejemy własnym ciałem, a pępowina jeszcze nie odcięta, cały czas tętni. Chce mi się płakać ze wzruszenia już na same wyobrażenie tego momentu.

Kiedy poprasuję już te ostatnie ręczniki i ubranka, kiedy przyjdzie pocztą ten olejek do masażu, kiedy wypełnimy tę ankietę szpitalną i wpiszemy do niej imię, to o Boże! - już nie będzie żadnych wymówek! Żadnego „jeszcze nie teraz, nie jesteśmy gotowi”. Fricholina zapuka do drzwi i będzie jej trzeba otworzyć. Ze strachem, ale też ogromną nadzieją i radością.

 

10:03, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (19) »
niedziela, 24 maja 2009
Jeszcze o matkach i córkach

Całą pierwszą połowę ciąży myślałam i miałam nadzieję, że w brzuchu rozwija mi się chłopczyk. Nie bardzo chciałam córki. Pochodzę z domu-babińca; może chciałam stworzyć rodzinę zupełnie inną, opartą na innych schematach i regułach? Bałam się chyba, że córka będzie dla mnie zbyt wielkim wyzwaniem. Że popełnię podobne błędy, jak moja mama, jak babcia, albo jeszcze inne, moje własne, z których biedna mała Fricholinka będzie się musiała długo zbierać w dorosłym życiu.

Ostatnio zbiegły mi się w czasie dość przygnębiająca lektura Insekta oraz osobista rozmowa z Akuszerką, która pytała m.in. o stosunek do matki (uważa ona bowiem z doświadczenia, że powinna coś wiedzieć o kobietach czy parach, którym pomaga przy porodzie). Moja relacja z mamą jest trochę skomplikowana, ale nie chciałabym się tu wdawać w szczegóły. Chyba właśnie to jest powodem moich obaw, bo jak być dobrą matką dla nowej istotki, kiedy się nie ma rozwiązanych problemów z własnymi rodzicami?

Akuszerka twierdzi, że dzieci szalenie zmieniają mamie i tacie perspektywę patrzenia na swoich rodziców. Pozwalają ich dużo lepiej zrozumieć, wybaczyć, pokochać od nowa. Pogodzić się z tym, co było złe i starać się w przeszłości szukać raczej pozytywów. Np. tego, że cokolwiek robili, nawet jeśli miało to marne konsekwencje, ich intencje były jak najlepsze. Zamiast w kategoriach błędów i winy, lepiej jest myśleć: zabłądzili, z niewiedzy zboczyli z dobrej drogi, pogubili się.

Ja i Chiquito też możemy się pogubić, z synkiem czy z córką, wszystko jedno. Trzeba być na to przygotowanym. Mam tylko nadzieję, że my będziemy choć troszkę mądrzejsi, że zdamy sobie sprawę z tego, że znajdujemy się na bezdrożach i że zawrócimy w porę.

Podobno nie można być szczęśliwą i spełnioną osobą, mając negatywny stosunek do własnych ojca i matki. Nawet w przypadku osób strasznie pokrzywdzonych przez los, bitych czy wykorzystywanych seksualnie w rodzinie, podczas terapii szuka się jakichkolwiek dobrych aspektów. Kiedy nie ma już niczego innego, tym pozytywem może być choćby to, że rodzice dali życie. A najczęściej jest po prostu tak, że dali tyle, ile sami dostali. A więc – i tacy rodzice dali wszystko, bo więcej nie mieli.

Bardzo chciałabym zacząć moją własną rodzinkę od nowa, bez starych obciążeń rodzinnych, ale tak się nie da. Chyba jedynym wyjściem jest dostrzec w przeszłości nie ciężar, a dobre dziedzictwo. Choć czasami trudno jest.

Akuszerka powiedziała też, że wpływ wychowawczy, podświadome przekazy itd. wcale nie muszą iść tylko z góry (od przodków ku nam), ale także z dołu. Moje dziecko może zmienić mój stosunek do matki, a nawet jej stosunek do swojej rodzicielki. Na lepsze. Starsi mogą się również uczyć od nas, jeśli tylko zechcą.

Oby tak się stało.

 

08:32, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (8) »
piątek, 22 maja 2009
Claire Castillon: Insekt

Insekt to prezent-niespodzianka od Matyldy_ab, który znalazłam w mojej skrzynce pocztowej w zeszłym tygodniu. Przeczytałam w 2 dni. Matyldo, serdecznie dziękuję, to strasznie miłe z Twojej strony!

Na książkę składa się 19 krótkich opowiadań, a każde z nich to relacja w pierwszej osobie (prócz jednego, napisanego w trzeciej) o różnorodnych i bardzo skomplikowanych stosunkach między matkami i córkami. Wiele z tych relacji ociera się lub wkracza całkowicie w sferę, którą zwykliśmy nazywać patologią.

Niektóre opowiadania są mocne, czasami aż za bardzo: matka wyrzuca jedną z bliźniaczek na autostradę, inna wstrzykuje córce do żył własny mocz, aby mając chore dziecko czuć się ważną i doskonale pełniącą swą rolę opiekunką. Jeszcze inna uporczywie „przerabia” swą nieidealną córkę k swemu obrazu kobiecości; wiele matek zawstydza i przytłacza swe córki nadopiekuńczością, czasami czyniąc z nich nieradzące sobie i zależne cienie. Są też patologie odwrócone, kiedy to córka jest dręczycielką: np. na każdym kroku okazuje matce swą irytację, niechęć, nienawiść. W jednym opowiadaniu znęca się nawet nad matką fizycznie.

Mężczyźni w tym wszystkim znajdują się raczej w tle, ale po uważnym spojrzeniu można zauważyć, że ich rola w napędzaniu tych mechanizmów miłości-nienawiści jest niemniej ważna. W wielu opowiadaniach pojawia się motyw ucieczki – mąż i ojciec zdradza lub całkiem opuszcza chory dom, zostawiając dwie kobiety na pastwę samych siebie. Z miłości do mężczyzny kobiety decydują się mieć dzieci, choć ich nie chcą, albo na odwrót – zostawić dziecko w szpitalu. Żeby utrzymać rodzinę, są w stanie zamykać oczy na wykorzystywanie seksualne córki (tytułowe opowiadanie, które zaskakuje swą puentą). W innym opowiadaniu pt. Moja najlepsza przyjaciółka, to właśnie problemy między rodzicami doprowadzają do wręcz chorej „sztamy” między matką a córką, a sztama ta pogłębia naturalnie wspomniane problemy. W kolejnym tekście dorosła córka, zdominowana przez męża i nieszczęśliwa, odwiedza swą matkę w domu starców nie częściej niż raz na 9 miesięcy.

Jest w tych opowiadaniach mnóstwo toksycznych relacji, niektóre jak wzięte z podręcznika psychopatologii. Dlatego najbardziej podobały mi się te nieco łagodniejsze, w których bohaterowie muszą się zmierzyć z nieuchronnościami losu: śmiercią, chorobą najbliższych. A radzą sobie z tym różnie. Reakcją bywa złość, agresja wymierzona w chorą osobę, bywa nią też niezgoda, psychiczne wypieranie prawdy. Dlatego tak różne od pozostałych osiemnastu jest opowiadanie ostatnie, pt. Dziesięć operacji w dziesięć lat. Myślę, że jest jedyne w tej książce, które posiada jakiś pozytywny wydźwięk. Jest w nim piękna i prosta miłość matki, która po latach choroby umiera, i córki, która do niej pielgrzymuje, idzie piechotą na to ostatnie spotkanie. Robi to, aby oddalić śmierć.

[…] Nikt nie pojmuje, że przy matce operowanej dziesięć razy w dziesięć lat zapadłam na obłożną chorobę sierocą, której natury jeszcze nie rozumiem, ale która istnieje, nie mogą mi jej odebrać i przekazać mojej matce.

Tym razem umiera, ja wyjechałam, zmieniłam miejsce pobytu, a więc ona musi się przeprowadzić. Każdy mój ruch wywołuje uboczny skutek. Ja działam, moja matka ponosi konsekwencje. Kiedy byłam w środku, podobno gdy się poruszałam, miała zawroty głowy, chociaż to ja leżałam głową w dół. Idę ku niej, zaraz na drodze będzie jakiś wypadek, coś mi się przydarzy, albo przynajmniej coś mi przyjdzie do głowy, jakiś pomysł, długo już szukam, jak ją uratować a siebie zgubić. Ja maszeruję, a ona będzie miała pęcherze, tak to właśnie działa. Kiedy boli mnie brzuch, jej usuwają jelito grube, kiedy boli mnie głowa, wykrywają jej guzek z tyłu gałki ocznej. Kiedy gdzieś mnie boli, moja matka umiera. Kiedy się boję, dzwoni; kiedy chce mi się pić, ona się poci; nikt nigdy nie dał tyle, i to bezinteresownie. Kiedy biorę, ona daje. Kiedy idę, ona przybiega. Kiedy wyjeżdżam, ona powraca. I to jest pomysł. Trzeba spróbować.

Dla porównania, Matylda o tej samej książce napisała tu

 

niedziela, 10 maja 2009
Teoria Akuszerki

Istota nie ma jeszcze żadnych właściwości. Nie różni się niczym od innych istot, które wraz z nią unoszą się w tej dziwnej błękitnej krainie, gdzie prócz ich cichej obecności panuje tylko przeraźliwa pustka.

Istota obserwuje. Wie, że nadszedł jej czas. To zaczyna odróżniać ją od pozostałych. Wraz z nastaniem różnic staje się cięższa i powoli opada.

Widzi wielu mężczyzn i wiele kobiet. Być może na chybił trafił, a być może po starannym namyśle, wybiera jednego i jedną z nich. Mężczyzna lubi się śmiać i nie wstydzi się też łez, ale mimo to (a może właśnie dlatego), w środku jest bardzo silny. Kobieta ma wiele problemów, czasem ogarnia ją panika, a czasem radość. Jest samotna i zagubiona. Mężczyzna boi się przyszłości z kobietą, ale rozważa wszystko i postanawia zostać.

Istota spogląda na nich z wysokości i nawet nie wiedząc kiedy przywiązuje się do nich niewidzialnym sznurem. Już ich nie opuści. Wie, że to są to ci jedyni spośród milionów. Nie ma innych, właściwszych. Tylko ci należą do niej.

Mężczyzna zbliża się do kobiety. Nie czuje się jeszcze gotowy, ale wie, że jej bardzo na tym zależy. Jego cząstka łączy się w ciele kobiety z jej cząstką.

Istota bez właściwości nagle czuje, że wciąga ją wir wydarzeń i nie ma już odwrotu. Komórki łączą się i mnożą, a ona coraz bardziej wpada lepką masę materii i czasu. Jeszcze przed chwilą była przezroczysta i bezkształtna, a teraz nagle coś lub ktoś lepi ją boleśnie jakby była z miękkiej gliny. To ciało kobiety. Odwieczna, ślepa siła Życia.

Możliwości odpadają jedna po drugiej – już wiadomo jakie będą oczy, jakie serce, a jakie nerki. Wiąże się mózg i pojawiają się pierwsze jeszcze nieświadome myśli. Istota nabiera kształtu i cech, właściwych tylko jej. Gdyby przyłączyła się do innej kobiety i innego mężczyzny, formowałaby się inaczej. Ale wybrała właśnie tak i poza jej zdolnością jest tego żałować lub się z tego cieszyć

W podniebnym świecie była szczęśliwa, ale nieomal nie istniała. Miała towarzyszy, lecz nie różniła się niczym od nich. Była więc jednocześnie sobą i nimi. Być może już kiedyś żyła, ale jeśli tak, nie pamięta tego. Wypiła wodę z rzeki Lety i stała się na nowo.

Teraz, w ciele kobiety, każdy dzień, każda godzina wzrostu coraz bardziej określa istotę. Czyni ją jedyną w swoim rodzaju. I dodaje jej sił.

Istota czuje swą moc. Obraca się głową w dół, przygotowuje się. Wie, że czeka ją ciężka próba. Inicjacja. Pod nią rysuje się czerwony kanał, ciasne i straszne przejście. Ale ona wie dokładnie, jak do niego wejść; ta wiedza jest odwieczna, żyje w każdej komórce jej ciała. Na zewnątrz czekają mężczyzna i kobieta, by dalej, tak jak potrafią, lepić ją i kształtować. Czeka imię.

Istota zbiera się w sobie. Dojrzewa. Czuje, że to niedługo. Nie tęskni już za podniebnym światem, dalekim od bólu strat i radości zyskania. Nie pamięta go już. Całe jej małe ciałko przygotowuje się do niezwykłej przygody. Do życia.

 

13:11, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (10) »
czwartek, 07 maja 2009
Czekanie

Ostatnio ciągle na coś czekam.

Na papiery z pewnego urzędu. Na Chiquita, który po Świętach ponownie wybył do Shanghaju i dziś wieczorem (w nocy?) ma wrócić. Na słońce. Na humor do pisania.  Na resztki wyprawki pozamawiane przez internet. Na Fricholinkę wreszcie.

Te ostatnie tygodnie dziwne takie. Jakby nic się nie opłacało zacząć robić, bo to przecież tuż tuż, ta wielka nieznana. Przeżywam teraz taką ciszę przed burzą. Kręcę się po domu leniwie - słynny "syndrom wicia gniazda" jeszcze mnie nie dopadł, nie zobaczycie mnie myjącą podłogę szczoteczką do zębów, jak się to podobno co poniektórym zdarza, hehe. Chodzę na spacery, czasem na basen i na masaż (prezent urodzinowy od Chiquita). Jeżdżę do poradni wybranego przez nas szpitala (kawał drogi z mnóstwem przesiadek, czemu ja nie mam prawa jazdy, grrr?). Dużo czytam. Nie chce mi się gotować, jak zawsze kiedy jestem bez Chiquita, więc piekę muffiny z czekoladą i jem je na śniadanie, obiad, kolację.

Żyję sobie powoli, a mimo to się stresuję. Sprawami urzędowymi, przypadkowo czytanymi artykułami o niepełnosprawnych dzieciach, urazach okołoporodowych itp., nieobecnością Chiquita, bo co by było, jakby się to zaczęło wcześniej, bez niego?!. Masażystka prawie nie mogła rozmasować napiętych mięśni na mojej szyi i ramionach. 

Chodzę na szkołę rodzenia gdzie ćwiczymy (to też wspaniałe lekarstwo na stres) i Akuszerka opowiada nam anegdotki o porodach. Daje dużo dobrych rad. Dzięki niej wcale się nie boję bólu (boję się tylko komplikacji), jestem przekonana, że damy sobie na pewno radę z Fricholiną i Chiquitem. Bo poród to podobo teamowa praca. To nie tak, że ja odwalę całą robotę (choć gros na pewno:)). Dziecko też pracuje i to jak! Musi się wwiercić w wąski kanał, dobrze obrócić, przedostać się na drugą stronę. Przejść przez swą pierwszą wielką życiową próbę. Nauczy się w ten sposób, że wszystko ma swój początek i koniec, i że życie składa się z przekraczania granic, i zostawiania za sobą dawnego ja, jak pustej wężowej skórki.

We mnie też umrze dziewczynka, a narodzi się matka.

O matko, jak to brzmi!

A rola Chiquita w tym teamie będzie pomocnicza, ale nie mniej ważna. Ciekawe, jak sobie poradzi. BTW, że wrócę jeszcze raz do Czarnego Ogrodu Szejnert, ze wspomnień śląskich rodzin z Giszowca wynika, że dawniej górnicy nieraz uczestniczyli w domowych porodach swych żon. Pomagali akuszerkom, masowali żonie brzuch, albo trzymali za nogi, aby miała się o co oprzeć. Podobno było to całkiem normalne i pewnie skończyło się z nadejściem epoki szpitali.

Czekam i jestem  ciekawa. Kiedy pojawi się ten pierwszy skurcz i jaki będzie ostatni? Czy uda mi się skupić tylko na rodzeniu i zapaść w ten porodowy endorfinowy trans, tak jak to powinno wyglądać? Czy będę ryczeć jak bóbr kiedy pierwszy raz zobaczę Fricholinkę i położą mi ją na brzuch? 

Tyle pytań. Czekam na ciebie, Córeczko.

21:10, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (12) »
wtorek, 05 maja 2009
"Czarny Ogród" Małgorzaty Szejnert

Dziś skończyłam pasjonującą lekturę. Czytam już od kilku tygodni, bo książka opasła aż miło, prawdziwy skarbiec wiedzy o Górnym Śląsku, jego twardych, specyficznych mieszkańcach, o skomplikowanej historii tego niejednoznacznego narodowościowo regionu. Po lekturze mogę się uznać za prawdziwą fankę autorki. Szejnert odwaliła niesamowity kawał roboty, zgromadziła ogromną ilość materiału o katowickich osiedlach robotniczych (pół-wiejskim Giszowcu oraz familokowym Nikiszowcu) i fascynująco to opisała. Powstała kronika sięgająca XVIIw., kiedy to na tereny Śląska przybył założyciel rodu Giesche. Jego potomkowie stworzyli potężną spółkę, obejmującej wiele śląskich klopalń, hut i innych zakładów przemysłowych. Ta właśnie firma wybudowała dla swoich górników dwa osiedla pod Katowicami, które dziś wciągnięte są na listę zabytków i są kolektywnymi bohaterami Czarnego Ogrodu.

Wstyd przyznać, ale nigdy nie byłam ani w Giszowcu, ani w Nikiszowcu czy Janowie. Do głowy by mi nie przyszło, żeby tam jechać. Wiele razy już pisałam, że przez całe życie starałam się raczej uciec ze Śląska, znaleźć się jak najdalej od "ordynarnej" gwary i korzeni, których się wstydziłam. Moje zainteresowanie rodzinnymi stronami i historią rodziny to świeża sprawa, trwa w porywach rok.

A familokowa zabudowa (której zresztą nie brakuje i w Zabrzu) zawsze kojarzyła mi się z biedą i patologią społeczną, bynajmniej nie z zabytkami. Pamiętam, jak przy wielkim spisie ludności w roku 2002, dostała mi się do obejścia właśnie taka ulica w rodzinnych Mikulczycach. Mieszkania zdewastowane, bez łazienek i ubikacji, na podwórkach bawiące się brudne dzieci, przesiąknięci alkoholem faceci pod spożywczakiem, oraz bardzo wielu staruszków, żyjących za głodowe renty. Byli też ludzie, którzy swe mieszkania wyremontowali i dbali, ale mało. Ale na tylnych podwórkach ciągle jeszcze stały ławki i czasem sąsiadki siedziały tam, i gadały, grzejąc nogi w słońcu. Tak jak tu pewnie bywało przed laty.

Ponieważ musiałam odwiedzić każde mieszkanie dwa razy, raz się zapowiadając i drugi raz przychodząc z właściwą ankietą, ludzie zaczęli mnie rozpoznawać na ulicy. Dzieci wołały mi już z daleka "dzień dobry", uśmiechały się. To było miłe. Ale dojmującym uczuciem, które mnie wtedy ogarniało, był żal, że tylu ludzi w naszym pięknym kraju żyje w tak podłych warunkach, w takiej dziedzicznej biedzie. 

Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jeszcze, że przyjdzie taki moment w moim życiu, kiedy zafascynuje mnie to, przed czym uciekałam. Szkoda, bo dostałam się wtedy do domów wielu starszych ludzi, którzy mogliby mi mnóstwo rzeczy opowiedzieć z historii robotniczego Zabrza, z ich własnych dziejów, ze wspomnień o rodzicach i dziadkach.

Wyobrażam sobie, że Małgorzata Szejnert właśnie tak zrobiła - odwiedziła wiele podobnych mieszkań i wyciągnęła z ich mieszkańców morze starych rodzinnych opowiastek, by potem uczynić z tego fascynujący historyczny reportaż, całkowicie bezstronny, bardzo niewiele dodając z własnej fantazji. Gorąco polecam tę książkę. Być może nie jest ona dla każdego - ale na pewno dla miłośników literatury faktu, a przede wszystkim dla zainteresowanych Śląskiem i pragnących go zrozumieć. Widać, że autorka to zawodowa dziennikarka - potrafi i zbierać materiały, i genialnie je opracować literacko.

Następnym razem, kiedy będę na Śląsku (i o ile mi Fricholinka pozwoli:)), muszę koniecznie odwiedzić Nikisz i Giszowiec, przyjrzeć się obrazom Ewalda Gawlika, zgromadzonych w miejscowym muzeum, pospacerować, pofotografować. Nie wiem, czy kiedyś uda się z tych miejsc uczynić centrum ruchu turystycznego (podobno są takie plany). Ale nawet jeśli, to i tak nie będzie już wtedy starych babć plotkujących na schodkach czy ławeczkach przed domami, piekących kołocze i szorujących okna co dwa tygodnie. A to one stanowią o autentyczności tych miejsc. Wymierają, a wraz z nimi pamięć o starych wierzeniach, obyczajach, wydarzeniach.

Na szczęście jednak powstają takie książki jak Czarny Ogród, które przechowają okruchy tej pamięci dla przyszłych pokoleń. Szczerze polecam!

O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers