O podróżach dalekich i bliskich
czwartek, 28 czerwca 2007
Ulga

Powiedziałam szefowi. Tak się denerwowałam, głupia, a on zareagował zupełnie spokojnie. Jakby w ogóle nie był zaskoczony. Że podobno od początku się z tym liczył, że będę "kombinować". Że wiedział, że to nie jest na zawsze, bo jestem młoda, więc albo ciąża, albo inna praca, albo inne pomysły. Spoko, podpisał wypowiedzenie, więc za 2 miesiące kończę. I tyle. Było to bardzo proste. Prostsze niż sądziłam (w końcu to był mój pierwszy raz:))

Marta miała rację. Ulga jest niesamowita. I ta otwartość przede mną, nowe możliwości, nowe oczekiwania. Przyszłość znów jest lekkim ołówkowym szkicem, a nie twardą excelowską tabelką:)

11:28, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 czerwca 2007
Woda, woda, woda.... O!!!

Dzisiaj kolejna porcja wspomnień z naszej kanadyjskiej podróży i jej najbardziej intensywne przeżycie. "Whale watching" w quebeckim miasteczku Tadoussac, najbardziej na północ wysuniętym punkcie, do którego dotarliśmy.

Czas nas gonił, bo były to ostatnie dni podróży, ale tego po prostu nie mogliśmy przepuścić! Co prawda był to dopiero początek sezonu, więc szansa na spotkanie całego parzącego się stada była znikoma, ale agencje oferujące wycieczki gwarantowały, że "coś" na pewno zobaczymy... I zobaczyliśmy!

Lonely Planet radził, żeby wybrać droższą, ale zwrotniejszą i szybszą małą łódkę typu Zodiac (w ofercie są też większe wycieczkowe statki) i był to dobry wybór. Tym niemniej przez pierwszą godzinę i tak była tylko "sama voda"... Oczy nam mało nie wylazły z oczodołów od wypatrywania... Kiedy już zaczęłam mieć omamy wzrokowe i każda większa fala wydawała mi się upragnioną płetwą czy ogonem, w końcu pojawiły się! Wszyscy aż wyskoczyliśmy, a Chiquito zaczął pstrykać jak szalony swoim białym od soli aparatem. Niestety, jak to w takich wypadkach bywa, wieloryb schował się szybciej, niż się pokazał i w rezultacie zdecydowana większość zdjęć jest bardzo...hmm...szaro-wodnista. Na szczęście potem jeszcze przez całą godzinę goniliśmy te wspaniałe zwierzęta, a one czasami w swej majestatycznej łaskawości decydowały się nam pokazać:)

Pod spodem to najlepsze, co udało nam się pochwycić. Zdjęcia nie są w stanie oddać intensywności tego przeżycia, tego trzeba po prostu doświadczyć na własnej skórze, razem z szalonym kołysaniem, lodowatym wiatrem i nieustającym czekaniem na parę sekund zachwytu.

woda, woda...o!

Kiedy dane nam było zobaczyć taki kawałek grzbietu, czuliśmy się niesamowicie. Trzeba tam być, widzieć jak są wielkie i jak cudownie nie zwracają na nas uwagi...

plecy wieloryba

Chyba najlepsze zdjęcie, jakie udało nam się zrobić. Niestety żaden wielorybek nie zechciał pokazać nam ogona, o skakaniu nie wspominając. Początek sezonu, niestety...

Wg pana sternika, który nas wiózł, udało nam się zobaczyć mniejsze Minke Whale, oraz orki, czyli Killer Whales. Ja niestety nie byłam w stanie po płetwie grzbietowej odróżnić jedne od drugich, więc pozostawało mi wierzyć na słowo:)

brzuszek

Kiedy pokazało się to "białe" (wiem, że zdjęcie jest fatalne, ale jedyne niestety) wszyscy wpadliśmy w totalny zachwyt, bo myśleliśmy, że to upragniona Beluga, czyli bardzo rzadki biały wieloryb. Niestety była to tylko nasza stara znajoma Minke, która zdecydowała się pokazać nam swój biały brzuszek...

wielorybek z łódki

Tak blisko naszej łódki! Byliśmy szczęśliwi, kiedy się pojawiały!

moi

C'est moi. Dwa podkoszulki, dwa polary, spodnie od dresu, jeansy, kurtka narciarska, kurtka i spodnie nieprzemakalne od organizatorów rejsu. I wierzcie mi, wcale nie było mi ciepło!!

Do tego utrzymać żołądek na wodzy w sytuacji, kiedy łódka (oraz rzeczony żołądek) skacze na metr czy dwa w górę w rytmie zaiste diabelskim, nie było wcale łatwą sprawą:). Ale warto było! Jeszcze dziś bym się znowu wybrała... Choć może w jakimś cieplejszym kraju. Np. na Dominikanie :)

11:16, la_polaquita , canada
Link Komentarze (5) »
wtorek, 19 czerwca 2007
Edyta

Z Edytą spotkałam się w sobotę i spędziłyśmy razem popołudnie. I teraz jestem pełna mieszanych uczuć. Bo nie czułam sie całkiem dobrze w jej towarzystwie. Ale przecież nie o to chodziło. Chodziło o to, żeby pomóc. Ale czy naprawdę? Czy człowiek zgłaszając się na wolontariat chce naprawdę komuś pomóc? Ja chcę raczej pomóc sobie. Ale o prawdziwych motywacjach ciężko się mówi, ciężko je formułuje nawet przed samą sobą. Są zbyt niejednoznaczne, skomplikowane. Psychoanalityk by się przydał.

Dlatego na jej uporczywe pytania "co cię skłoniło do tego, że przyszłaś?" nie chciałam i nie mogłam odpowiadać. Bo nie znam odpowiedzi. Powiedziałam jej w końcu, że chyba się trochę nudzę w życiu (część prawdy). Nie mogła uwierzyć. Osoba zdrowa, silna, młoda, i się nudzi? Przecież mam tyle możliwości! Cokolwiek pomyślę, mogę to zrobić. Jak to możliwe, że się nudzę?!

Edyta się nie nudzi, choć możliwości ma dużo mniej. Ma mózgowe porażenie dziecięce, jeździ na wózku i ma też niedowład rąk. Przy tym mieszka sama w mieszkaniu bezbarierowym, studiuje dwa kierunki, ciągle chodzi na jakieś kursy i pracuje na 2 razy po pół etatu. Do tego przy tylu zajęciach pół życia spędza w środkach transportu albo w oczekiwaniu na nie. W tą pamiętną sobotę spóźniła się na egzamin, bo na stacji metra nie działała winda. Potem, po tej daremnej wyprawie na uczelnię, spędziłyśmy pół dnia w kawiarni, ponieważ uciekł nam niskopodłogowy tramwaj, a na następny trzeba było czekać półtorej godziny. Nigdy w życiu nie zdawałam sobie sprawy, jak nieliczne są te godziny przyjazdu oznaczone takim małym "wózeczkiem". I jaką to może być przeszkodą w codziennym życiu.

Żeby dać radę tylu obowiązkom, i żeby w ogóle rano wyjść z łóżka i udać się do ubikacji, Edyta ma 30 asystentów (20 płaconych i 10 wolontariuszy, łącznie ze mną). Jest przyzwyczajona wręcz żądać pomocy. Nie wstydzi się, takie uczucia są jej obce. Nie ma zresztą wyjścia.

Z jednej strony więc dobrze się z nią gada, jest wesoła i inteligentna. Dużo mówi o sobie i są to rzeczy... bardzo odbiegające od doświadczeń "zdrowego" człowieka. Dla mnie wręcz straszne. Ciężko o tym słuchać, ciężko cokolwiek odpowiedzieć. Taka sytuacja jest tak wielkim ciężarem, że trudno mi było przez to jedno popołudnie go znosić, słuchać o nim i po części w nim uczestniczyć. A ona musi go dźwigać całe życie.

Z drugiej strony, jak już wspomniałam, Edyta potrafi "rządzić". W jednej chwili jest miła i wesoła, w drugiej oschła (zwłaszcza gdy jest zmęczona), pedantyczna i komenderująca. I też nie wiadomo jak się wobec niej zachować. Przecież nie można ignorować jej próśb, nawet jeśli to jest ostre "ściągnij buty!" kiedy zmęczona wwiozłam ją do jej mieszkania i nie przyszło mi do głowy, że pierwszą rzeczą, którą mam zrobić ma być ściągnięcie sandałów w przedpokoju...

Po tym wszystkim, po tym, jak przez swe niedoświadczenie o mało jej nie wywaliłam w tramwaju, po tym, jak nas wyzywał pijany bezdomny (łajdak do tego sam na wózku), bo żeby nie czekać następne 2 godziny na tramwaj niskopodłogowy wepchnęłyśmy się koło niego i miał mało miejsca na swe flaszki, po tym, jak jej asystowałam w toalecie ( skomplikowany proces trwający pół godziny!), po tym, jak widziałam, że najprostsze, dla mnie najbardziej oczywiste czynności nagle się stają problemem niemal nie do rozwiązania, po tym, jak ją karmiłam i słuchałam jej marzeń o posiadaniu dziecka, po tym, jak słyszałam, że jej rodzina się nią w ogóle nie interesuje i nigdy nie interesowała, po tym wszystkim byłam tak wykończona, że nie chciało mi się nawet uśmiechnąć do czekającego na mnie Chiquita.

Chiquito wieczorem pytał mnie, czy mam z tego tzw. "dobre samopoczucie". Bynajmniej. Mam poczucie głębokiej bezradności i smutku + bardziej doceniam to, co sama mam. Zdrowie. Możliwości. Miłość.

Może to jest moja motywacja? Zdać sobie w końcu sprawę, jaka ze mnie szczęściara?

10:59, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (10) »
czwartek, 14 czerwca 2007
O inności za rogiem

Człowiek jeździ po całym świecie w poszukiwaniu tzw. "egzotyki", żeby se horyzonty porozciągać, a tymczasem wyżej wymieniona czai się tuż za przysłowiowym rogiem.

Wiedziałam, że Katka, dziewczyna, która mnie uczy francuskiego, jest członkinią jakiegoś kościoła i że jest religijna, ale sądziłam, że jest po prostu ewangeliczką. Że się w tym urodziła, tak jak ja urodziłam się w katolickiej rodzinie. I zamiast na msze chodzi na jakieś kazania, i tyle.

Aż tu nagle wczoraj odpowiada nam na pytanie "comment ca va?", że już dobrze, ale wczoraj miała kryzys. Bo ma teraz czterodniowy post. Ale nie taki "katolicki" z rybką na obiad. Przez cztery dni nie je NIC! Może tylko pić. Moje oczy zrobiły się okrągłe jak spodki i zaczęłam trochę drążyć (en francais bien sur:)), bo jednak ciężko takie rzeczy zrozumieć takiemu bezbożnikowi jak ja. A ona mi odpowiadała podobnym tonem, jak ktoś inny opowiada o udanych wakacjach albo o swoim ogrodzie. Tak, tulipany zakwitły, tak, nic nie jem przez 4 dni... Bez zbędnych emocji, ale z iskrą w oczach. Żadnego "nawracania" ani dumy z posiadania "prawdy", ale też żadnego fałszywego wstydu za swoją "niedzisiejszą" religijność (oboje, moim skromnym, często pojawiające się wśród katolików... hmm, polskich katolików).

Wydaje się, że religia jest po prostu integralną częścią jej życia, tak jak oddychanie. O oddychaniu też się nie wygłasza deklaracji ani manifestów, nie nosi się jego znaku w klapce marynarki ani nie wciska na siłę do dokumentów ustawodawczych. Człowiek tylko oddycha. I to wystarczy. I to jest podstawa wszystkiego.

Czterodniowy post ma służyć zastanowieniu się nad sobą, podjęciu ważnych decyzji, rozmowie z Bogiem, zacieśnieniu więzów wspólnoty. Bo cała wspólnota pości tak gdzieś 2 razy w roku. Choć nie jest to związane z żadnym świętem. Po prostu wszyscy członkowie danej wspólnoty sami decydują, kiedy nadszedł czas. Do tego w czasie tego postu trzeba prowadzić normalne życie, chodzić do pracy czy szkoły! Katka nie jadła nic przez 3 dni i była w stanie uczyć nas z tą samą energią i uśmiechem jak zwykle. Coś jednak w tym przysłowiu o przenoszeniu gór musi być...

No i dzisiaj sobie zaczęłam googlować, żeby się więcej dowiedzieć... I oto rezultaty:

Kościół Katki nazywa się Jednota Braterska (Unitas Fratrum), ale znani są także jako Bracia Morawscy . Pochodzą w prostej linii z ruchu husyckiego . Data powstania Jednoty nie jest dokładnie znana, ale wg historyków stało się to około roku 1457-58, po rozgromieniu radykalnego wojska husyckich taborytów. Umiarkowane skrzydło husytów, tzw. kalikstyni (ultrakwiści), szukali porozumienia z kościołem katolickim, co nie podobało się niedobitkom radykałów. Jeden z nich, Brat Grzegorz, pod wpływem nauki Petra Chelčickiego wyjechał z Pragi do Kunsztatu i tam założył całkowicie niezależną od katolików nową wspólnotę (żadnej hierarchii biskupów, duchowni wybierani przez samych wiernych itp., ale w przeciwieństwie do taborytów przemoc w obronie wiary nie jest dopuszczalna).

Jednym z członków tej pierwszej wspólnoty, oraz jej nauczycielem, był słynny Jan Amos Komenský, zwany ojcem nowoczesnej pedagogiki.

Po bitwie na Białej Górze kontrreformacja prześladowała Jednotę, jej członkowie rozproszyli się po świecie albo swoją religię wyznawali tajnie. Wielu było zmuszonych do "nawrócenia się na katolicyzm". W ten sposób zakończył się etap tzw. "pierwszej" Jednoty Braterskiej. Znana jest ona także pod nazwą Bracia Czescy.

W latach 1722-1727 rozpoczął się kolejny etap, kiedy około 650 ludzi z Moraw, tajnie przechowujących tradycję Braci Czeskich, zdecydowało się odejść z ojczystych stron do protestanckiej Saksonii, gdzie znaleźli schronienie na ziemiach hrabiego Zinzendorfa. Zbudowali tak osadę zwaną Straż Pańska (Ochranov). Od tej pory odnowiony kościół rozwijał się prężnie, a nawet wysyłał misjonarzy na wszystkie kontynenty, dlatego dziś "Moravian Church" możemy znaleźć nawet w Ameryce Południowej! Do ziemi ojców czyli do Czech i na Morawy Jednota Braterska wróciła dopiero po cesarskim edykcie o równouprawnieniu prostestantów z roku 1861. Po drugiej wojnie światowej, za "totáče" (totalitaryzmu) jak mówi się w Czechach, kościół ten został zakazany, jak wiele innych zresztą. Odrodził się dopiero po aksamitnej rewolucji i od tej pory zdążył się nie tylko rozrosnąć, ale i przeżyć schizmę! W wyniku sporów majątkowych i doktrynalnych podzielił się mianowicie w 1999r. na dwa odłamy: tzw. jednotę charyzmatyczną (większościową) i tzw. tradycyjną.

Katka "odnalazła w sercu Jezusa" (jej słowa) mając 13 lat. Jej rodzice są ateistami, jak zresztą zdecydowana większość Czechów. Większość członków jej praskiej wspólnoty (czy może gminy, nie wiem jak to nazwać) to młodzi ludzie, którzy szukali i znaleźli, zupełnie niezależnie od swoich rodziców. Katka właśnie wyszła za mąż, i aż do dnia ślubu oboje z narzeczonym (też członkiem kościoła) wynajmowali w Pradze osobne mieszkania ze współlokatorami (płci tej samej naturalnie). W Pradze, gdzie można spotkać chyba najwięcej "konkubinatów" na metr kwadratowy w całej Europie Środkowej! I najwięcej ateistów...

Na jej wesele została zaproszona cała praska gmina (koło 30 osób) i wszyscy pomogli w przygotowaniach. Każdy przyniósł jaką potrawę, pomogli zrobić dekoracje i szweckie stoły, grilowali mięso. Obeszło się bez cateringów i ogromnych kosztów! Razem jeżdżą na wycieczki, uprawiają sport i działają charytatywnie. Razem poszczą.

No i czy nie jest to egzotyczne? :)

14:28, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 12 czerwca 2007
Mały wielki świat

Niektórzy ludzie wierzą, że świat daje im znaki. Ja nie. Ale i tak czasem się zadziwiam jak się wydarzenia potrafią na siebie nakładać.

W weekend była u mnie koleżanka. Studiowałam z dziewczyną 5 lat, a tak naprawdę wcale się nie znałyśmy, można powiedzieć, że zaprzyjaźniłyśmy się dopiero cztery dni temu, kiedy zjawiła się w naszym praskim mieszkanku i kiedy spędziłyśmy długie godziny przy piwie gadając na niekończące się tematy. M jest wielką podróżniczką, przy której ja jestem taaaaaaka malutka... Ale nie o tym chcę pisać, tylko o innej podróżniczce, o której opowiedziała mi M i która do dziś dnia jest jej wielką bohaterką, prawdziwym guru.

Przez 5 lat M była na liście mailingowej owej niezwykłej osoby i kibicowała jej w jej długiej autostopowej podróży dookoła świata. Dziewczyna najpierw ze swoim chłopakiem, potem sama, przejechała na stopa całą Amerykę Północną, Środkową i Południową, Nową Zelandię i Australię, Japonię, Chiny, Wietnam, Rosję, Indie, aż wreszcie zdecydowała się uwieńczyć podróż ostatnim brakującym wielkim kontynentem: Afryką. I tam znalazła śmierć. Nie z ludzkiej ręki, choć tyle się mówi o niebezpieczeństwie jazdy stopem, zwłaszcza przez tzw. Trzeci Świat. Jej nigdy nie spotkało nic złego ze strony ludzi. Pokonała ją dopiero choroba. Jedna z najgorszych odmian malarii, malaria mózgowa. Miała 33 lata.

Może już ktoś się domyśla o kogo chodzi, bo sprawa chyba była dość głośna w Polsce (ja oczywiście jestem nowa w temacie, aż wstyd). Tą podróżniczką jest Kinga Choszcz, autorka książki Prowadził nas los, oraz strony internetowej Kinga Freespirit i Autostopem w świat.

No i tyle opowiedziała mi M, a tu nagle dziś w nowym Dużym Formacie widzę cały reportaż o Kindze, jej mamie i małej dziewczynce Malaice, którą na krótko przed śmiercią Kinga praktycznie wykupiła z niewoli! Ciągle jeszcze wierzę, że takie zbiegi okoliczności to po prostu "mały świat", ale jak mi się częściej będą takie rzeczy zdarzać, to nie wiem, może zmienię światopogląd na jakiś bardziej karmowaty:). Otóż mama Kingi, Krystyna, nauczycielka i działaczka społeczna, postanowiła po śmierci córki sprowadzić do Polski małą Malaikę, oraz założyła fundację FreeSpirit, poprzez którą będzie starała się pomóc ludziom w rodzinnej wiosce dziewczynki. W podróży Krystyny do Afryki towarzyła jej kamera i dziennikarze, podobno powstane film dokumentalny. Jest to historia naprawdę ściskająca za serce, i bardzo polecam cały artykuł. Niesamowita dziewczyna, która za te swoje 33 lata zdążyła zrobić, widzieć, przeżyć więcej niż niejeden za 80 wiosen. Może nawet odkryła jakiś sens. I mogła spokojnie umierać. Może śmierć rzeczywiście była dla niej po prostu następną podróżą.

Kto żyje pełnią życia, nie ogranicza go strach i "niemożność", ma wiele odwagi i zachwytu światem, może rzeczywiście nie musi bać się śmierci, bo jest ona dla niego (podobnie jak dla starych mądrych ludów, zwanych dziś prymitywnymi) czymś tak naturalnym jak narodziny. Może śmierć jest straszna tylko dla tego, kto pozwala swemu życiu przeciekać przez palce... kto nie potrafi być szczęśliwy.

 

17:08, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 czerwca 2007
What are you doing to bring change?

Te słowa wydrukowane są na koszulce afrykańskiego chłopca, byłego "dziecka ulicy", którego los odmienił się dzięki Jackowi. Jacek jest zakonnikiem (czy czymś w tym rodzaju; choć go regularnie czytam, to jeszcze tego dokładnie nie wyczaiłam) i robi w Nairobi wspaniałą robotę: wyciąga bezdomnych chłopaków ze slumsów i opiekuje się nimi w centrum Kwetu, gdzie mają szansę na normalne życie: szkołę, wycieczki, regularne posiłki. Swoje doświadczenia i czasem dość dramatyczne przygody opisuje na blogu Moja Afryka, a czyni to bez krztyny kościelnej "nowomowy", bezpretensjonalnie i autentycznie. Notki pojawiają się dość rzadko, ale to pewnie dlatego, że Jacek więcej pracuje niż siedzi przy kompie:). Polecam, wpadnijcie do niego i poczytajcie, jak można pomagać bez wywyższania się, wkładając w pracę całe swoje serce.

Piszę o tym, bo pytanie w nagłówku jest bardzo na czasie. Zadaję go sama sobie i odpowiedzią lepiej się nie chwalić:(. My, którym się "udało", z naszymi samochodami, dwumetrowymi telewizorami i sushi na kolację jesteśmy mniejszością w tym świecie, ogromna większość ma zupełnie inne problemy niż wybór kurortu na Kanarach czy marki butów. Inne problemy ma też znana w blogosferze Reiwsz, której blog od czasu do czasu czytuję - za często się nie da, bo depresja murowana. Reiwsz ma autystycznego synka i ani chwili wytchnienia, bo dziecko z tą chorobą wymaga 100% uwagi. Przykre, że nie ma wolontariusza, który by jej pomógł. Widocznie nawet ochotnicy szukają wolontariatów lekkich, łatwych i przyjemnych...

No, ale wracając do pytania postawionego w nagłówku. Łatwo się mądrzyć, jak się po całych dniach tylko bąki zbija. No to i la polaquita się do czegoś zgłosiła, w końcu wolontariat modny jest ostatnio:). Na razie dostałam tylko info o dziewczynie, której będę od czasu do czasu pomagać, i już mam stracha. Mieszka sama, choć jest na wózku i mało sprawne ma też ręce. Studiuje i jest strasznie aktywna, ciągle robi jakieś kursy, pracuje jako fundraiser w jakiejś fundacji. Potrzebuje pomocy praktycznie ze wszystkim - od ubierania, czesania, kąpania, po robienie notatek, pisanie na komputerze. I do tej pory wszystko wygląda ok, ale moje strachy wypływają z dwóch ostrzeżeń, które w centrum wolontariackim mi od razu dano. Po pierwsze dziewczyna trochę waży (czuły temat, którego lepiej nie poruszać), a ja słaby duszek mam obawy czy podołam fizycznie... Po drugie miewa "humory" i potrafi być podobno dość nieprzyjemna dla swoich asystentów... No, w przyszłą sobotę przekonam się na własnej skórze:). Mam wielką nadzieję, że nie będzie tak źle i znajdziemy wspólny język. W każdym bądź razie podziwiam ją już teraz - za to jak uparcie chce być samodzielna. I rozumiem, że ma prawo mieć humory - ja też je miewam (za często), a jestem zdrowa jak rydz, więc cóż by dopiero było w jej sytuacji! Choć z drugiej strony wiem też, że nie mogę się za bardzo "dać", bo wtedy nikomu nie będzie przyjemnie... No, zobaczymy. Ciekawam wielce, co z tego wyniknie.

17:34, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 czerwca 2007
Motylem jestem i fruwam sobie:)

Od kilku dni przeżywam w pracy prawdziwą euforię. Podobną do stanu zakochania. Te same motyle w brzuchu, ta sama niepewność, ta sama radość i rozmarzenie. Żadna głupia odzywka szefa nie jest już w stanie mnie zdenerwować. Żadna nierozwiązana do końca sprawa mnie już nie martwi. Przestałam spoglądać nerwowo na komórkę, czy aby nie mam nieodebranej rozmowy od szefa, co jest w jego hierarchii wartości najgorszym przestępstwem. Zamiast tego spoglądam w okno albo obserwuję, jak rosną moje kwiatki, i relaksuję się ciepłymi myślami o przyszłości.

Na razie to jeszcze tajemnica. Noszę ją w sobie jak hołubione dziecko. Myślę, że w przyszłym tygodniu będzie poród.

Trochę bolesny, bo w końcu nikt nie będzie z tego powodu zadowolony. Pokrzyżuję paru ludziom ich plany. Ale nie mogę się tym przejmować, bo to w końcu moje życie. A mam je tylko jedno, jak je zmarnuję i nie wykorzystam swojej szansy, to drugiego nie będzie. Pod wieloma względami porzucenie pracy podobne jest zerwaniu z chłopakiem: są wyrzuty sumienia, jest sentyment, jest obawa przed przyszłością. Ale jest też wewnętrzna pewność, że tak trzeba bo to w końcu... moje życie. Nie mam zamiaru przespać go w biurze nad papierami, nawet za cenę stałej pensji, płaconego urlopu, telefonu służbowego i bonów żywnościowych... O nie!

Jeszcze tylko dwa miesiące i od września wszystko się zmieni. Żegnaj rutyno! Witaj trudna wolności! Witaj szeroki świecie!

:):):):):):):):):):)

 

12:28, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (3) »
środa, 06 czerwca 2007
Kanadyjskie zwierzątka, cz. I

W Kanadzie zwierzątek jest naprawdę dostatek. W każdym, najmniejszym nawet parku czy skwerku dziesiątki wiewiórek biegało nam pod nogami, susły (czy co to było) wyglądały z krzaków, zające przebiegały szosę narażając nas na bliższe spotkanie z drzewem, sarenki wyglądały z lasu na naszego przejeżdżającego pontiaca. Koleżanka z Montrelau opowiadała nam o skunksie, który zasmrodził jej mieszkanie na miesiąc i o szopach praczach, regularnie rozrzucających śmieci po całym przydomowym ogródku (mieszka niemal w centrum!). My niestety (na szczęście?) tych niemile pachnących osobników nie spotkaliśmy osobiście, nie dany nam był również honor z niedźwiedziem, łosiem i innymi big Kanadyjczykami. Sama drobnica nam się trafiała, ot co... W pierwszej części moich fotograficznych kanadyjskich sprawozdań zamieszczam więc parę zdjęć tej drobnicy:)

wiewiórka

Wiewióreczka w Kingston

czapla?

Czapla?? Kto wie co to jest?

mewa

Tysiąc wysp, tysiąc mew...

muszki

Muszki. Zwierzę w Kanadzie powszechniejsze niż bakteria:) 

10:38, la_polaquita , canada
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Pisarz, którego naprawdę POLECAM!

Długą i samotną podróż do Kanady pozwolił mi przetrwać Haruki Murakami. Dzięki jego cierpliwej obecności noc w pociągu minęła jak z bicza trzasnął, tak samo niekończące się lotniskowe kolejki i kontrole. Dzięki niemu nie przyciągały mnie drogie lotniskowe sklepy, nie irytowały spóźnienia, przesiadki i kontrole butów, nie napawały strachem turbulencje (tutaj trochę kłamię, każda turbulencja oraz start i lądowanie napełniają mi głowę całą furą egzystencjalnych, ha, wręcz eschatologicznych panicznych rozważań). Moje ciało może i znajdowało się na wysokości 5 tysięcy metrów przy minus 60 stopniach na zewnątrz, ale dusza była gdzie indziej: w Japonii, w głębokiej studni na podwórku opuszczonego domu wisielców.

Dziękuję panie Murakami! Jest pan najlepszym towarzyszem podróży, jakiego znam. Jest pan wierny i cierpliwy, i głęboki jak studnia. Wciąga pan, oj wciąga. I niczego nie wyjaśnia, co może niektórzy mają panu za złe, ale ja nie. Życie też piętrzy przed człowiekiem całą gamę niezrozumiałych wydarzeń, a tezy i wyjaśnienia musi sobie jeden z drugim doczepić sam. Każdy doczepia inne, a życia to i tak nie obchodzi, bo jest zajęte toczenim się dalej. Tak samo jak pana "Kronika". Jedyne co mogę jej zarzucić to to, że mi się skończyła na 3 godziny przed końcem pendolinowania do Pragi!

Panie Murakami, ściągam przed panem mój wyimaginowany, czerwony plastykowy kapelusz!

piątek, 01 czerwca 2007
Dziś będzie o Pablu Nerudzie.

Natrafiłam bowiem na jego ślad całkiem niespodziewanie w książce pt. "Niecenzurowany słownik pisarzy czeskich" - wspomnieniach pana Vlastimila Maršíčka, długoletniego sekretarza Związku Pisarzy Czechosłowackich, tłumacza i dziennikarza. Mała dygresja o Nerudzie znajdowała się w haśle dotyczącym czołowego przedstawiciela czeskiej przedwojennej awantgardy, a po wojnie "artysty narodowego", Vítězslava Nezvala, który przyjaźnił się z chilijskim poetą. Dygresja to ciekawa, bo opowiadana przez człowieka, który te wszystkie spotkania i uroczystości "ku czci" znał od kuchni, co więcej: organizował, tłumaczył, załatwiał diety i hotele.

Okazuje się więc, że wielki komunistyczny poeta Pablo Neruda uwielbiał żyć na wysokiej stopie, a już na pewno wtedy, kiedy nie musiał bulić z własnej kieszeni. Diety przeznaczone na cały tydzień wydawał w jeden dzień (a były to diety jak dla ministra!), zapraszał przyjaciół do najbardziej luksusowych restauracji i hoteli, przywoził ze sobą jakąś indiańską śpiewaczkę i zamawiał jej stroje u najlepszych praskich krawców - a po jego odjeździe do Związku Pisarzy jeszcze długo przychodziły rachunki na bajońskie sumy. Autor wspomnień i jego współpracownicy dostawali bólu głowy na samą wiadomość o tym, że Neruda znów zbliża się do czechosłowackiej granicy. Bo oczywiście budżet takich imprez bywał ograniczony, a potem trzeba było się często gęsto tłumaczyć z jego przekroczenia.

Ale anegdotka, o której chciałam pisać, i która wiele mówi o Nerudzie jako człowieku, opowiada o czymś innym. Pewnego razu delegacja pisarzy wraz z panem Maršíčkiem odprowadzała wielkiego komunistycznego poetę na dworzec kolejowy, skąd miał się udać do NRD (kiedy już się wybierał do dalekiej Europy nie omieszkał zwalić się na kark przynajmniej kilku socjalistycznym krajom). Razem ze swoją śpiewaczką mieli tyle kufrów, że zawalili nimi cały przedział, a współpasażerowie nie mieli gdzie usiąść. Do odjazdu pociągu zostało jeszcze trochę czasu, więc Neruda wraz z odprowadzającymi przechadzali się po peronie. Nagle pan Maršíček zauważył, że jakiś umorusany robotnik kolejowy zeskakuje ze stopni ostatniego wagonu manewrującego pociągu towarowego i daje mu znaki, że chce z nim mówić. Biegnie w kierunku delegacji i cały uśmiechnięty woła: "Prawda, że to poeta Neruda? Już z daleka go poznałem, mam w domu jego książki!" Autor wspomnień był totalnie w szoku: Nerudzie opadnie szczęka jak to usłyszy!

Ale Nerudzie nic nie opadło, brudnemu robotnikowi nawet nie podał ręki, choć Maršíček wyjaśnił mu po hiszpańsku o co chodzi. Potraktował tego człowieka jak powietrze i najzwyczajniej w świecie kontynuował rozmowę ze swoimi towarzyszami. Autor tych wspomnień poczuł się strasznie zażenowany. Sądził, że Neruda będzie zachwycony, iż taki prawdziwy proletariusz czyta jego wiersze, ale niestety. Zmieszany starał się jakoś tę żenadę zatuszować, wyjaśniając robotnikowi, że pan poeta ma teraz niezwykle ważną rozmowę, ale jutro niech przyjdzie do Związku, że da mu jakieś tomiki czeskich pisarzy. Kolejarz po żadne książki nie przyszedł i nigdy się już nie pokazał. Za całą pewnością wyczuł, że dla tego komunistycznego artysty znaczy tyle co nic.

Bardzo lubię wiersze Pabla Nerudy. Nie czytałam ich wiele, ale te, które znam, wiążą się z miłymi wspomnieniami: kilka z nich przetłumaczył dla mnie (na czeski!) Chiquito, kiedy jeszcze ani w ząb nie rozumiałam po hiszpańsku, a nasz związek przeżywał swój okres romatyczno-heroiczny:). To piękna poezja, bardzo związana z ziemią, krwią, ciałem, dla mnie aż organiczna, chtoniczna. Niektóre metafory są tak namacalne, że dreszcz przebiega po plecach.

Wyżej opisana anegdota potwierdza więc tylko starą prawdę, że poeta i jego twórczość to zupełnie dwie różne sprawy. Nie można sądzić człowieka po tym co napisał. Łajdacy moralizują, bogacze piszą o sprawiedliwości społecznej, małostkowi ludzie tworzą nieśmiertelne dzieła. (I odwrotnie - wielcy ludzie piszą miernie, np. poezja Karola Wojtyły).

Na szczęście małość autora wcale nie odbiera dobrej książce wartości. Można i trzeba gloryfikować talent, ale człowieka sądzić tylko i wyłącznie według czynów.

13:47, la_polaquita , anegdotki
Link Komentarze (2) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers