O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 27 czerwca 2008
KLĄTWA

Liska i Sofie nigdy nie wyszły za mąż. Po śmierci rodziców zamieszkały razem w starym mieszkaniu przy ulicy Mickiewicza. Były tam wysokie okna i sufity, ciemne dębowe łóżka i szafy oraz góra pierzyn i prześcieradeł z wyhaftowanymi monogramami. Bezużyteczne, pleśniejące wiano.

Pewnego razu młodsza Liska znalazła sobie „adoratora”, starszego człowieka, jak wszyscy z tego pokolenia doświadczonego przez wojnę. Na tę wiadomość w Sofie aż zabulgotało. Wypełniła się strachem po brzegi i zaczęła roztaczać przed Liską pełne obrzydzenia wizje. Jest łysy, stary, brzydki, będzie cię bił, po co ci to, już jesteś stara, źle ci ze mną?! Liska kurczyła się w sobie coraz bardziej, wdychała złość i niepokój Sofie i nasiąkała nimi tak bardzo, aż w końcu uznała je za swoje. Z westchnieniem żalu odprawiła zalotnika. I znów było po staremu, spokojny wspólny żywot od niedzieli do niedzieli.

Sofie pracowała w kościele. Uczyła religii, prowadziła grupy młodzieżowe, organizowała jasełka. Zostały z tamtych czasów stare sepiowe zdjęcia (mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je zeskanować i może zamieścić) – dziewczyny z anielskimi skrzydłami, chłopcy poprzebierani za królów i diabłów. Siostry prały też ludziom i usztywniały w skrobiu firanki. W ich domu w kuchni zawsze stały rozłożone specjalne rusztowania, na których schły koronki poprzyczepiane szpilkami. Wbijając szpilki Liska czasami zagapiała się i patrzyła, jak słońce delikatnie igra ze splotem koronki. W słupie światła unosiły się drobinki kurzu. Nie patrz, bo się zapatrzysz, ofukiwała ją przyjacielsko Sofie i Liska wracała do pracy.

Alfons musiał pomagać starzejącym się siostrom. Moja babcia Lena wyszła za mąż jakby za wszystkich troje. Były jak ich dzieci, kapryśne, rozkazujące, wiecznie niezadowolone. Przyprowadzał swoją córkę, małą bladą Usię (od Uschi – z niemiecka). Siostry patrzyły na nią krytycznie. Z ciebie nic nie wyrośnie, mówiły. Taka jesteś chuda. Przecież to dziecko do niczego się nie nadaje, dodawała krytycznie Sofie. Moja bidulinko, litowała się Liska. Taka słaba, że tylko szuminy może trzaskać – stwierdzali na koniec wszyscy troje, i ciotki, i ojciec.

Szuminy. Czyli piana na wodzie. I Usia zaczęła bić tę pianę. Puszczać bańki marzeń. Chwytać się tych baniek, a potem bardzo boleśnie padać na ziemię. Prawdziwy świat zawsze ją zdradzał. Przecież była taka chuda, taka słaba.

Kiedy zmarła Sofie, Lisce zaczął pogarszać się wzrok. Stwierdziła, że pewnie też niedługo umrze i nie opłaca się jej iść na operację zaćmy. W ciemnościach czekała na śmierć jeszcze 25 lat.

Spoczęły obok siebie, w tym samym grobie. Na ich pogrzebach nikt nie płakał. Jestem pewna, że tam pod ziemią odwróciły się do siebie plecami.

czwartek, 26 czerwca 2008
.... :( + UPDATE

Właśnie stało się coś okropnego, nie mnie co prawda, i na szczęście nikomu znajomemu czy bliskiemu, ale jednak... Moja przyjaciółka, która tymczasowo mieszka w Pradze w czymś w rodzaju hotelu robotniczego dla dziewczyn (zwanego szumnie pensjonatem) skontaktowała się ze mną właśnie przez Skype. Jej współlokatorka została zgwałcona. Minionej nocy. Teraz jest w pensjonacie, nie chce o tym mówić, szoruje się pod prysznicem i nie chce pójść na policję. Jej współlokatorki są z nią i próbują ją przekonać, ale bezskutecznie. Próbowałam znaleźć w necie jakiś telefon SOS dla ofiar gwałtu w Pradze, ale nic konkretnego nie było. Mam nadzieję, że M. spróbuje zadzwonić chociaż na to, co znalazłam... Nie wiem czy to pomoże. Czy istnieje jakaś organizacja, która ma kompetentych ludzi, pscyhologów, którzy mogą pomóc. Czuję się okropnie, bezsilnie, a M. jeszcze gorzej, bo przecież jest na miejscu, chociaż żadnej z nas to bezpośrednio nie dotknęło.

Gwałt zdarzył się wczoraj na autobusowym dworcu na Plamovce - Prażanki wiedzę, o czym mówią, Palmovka to średnio ciekawa okolica. Zawsze jednak uważałam Pragę za bardzo bezpieczne miejsce. Nie chciało mi się wierzyć w istnienie "gorszych" i "lepszych" dzielnic, bo przecież wszędzie mieszkają normalni ludzie. Nie chciałam mieć uprzedzeń. Na Palmovce raz o mało nie zamieszkaliśmy, zrezygnowaliśmy tylko dlatego, bo warunki w umowie trochę różniły się od tych zaproponowanych ustnie.

Najgorsze, że w takiej sytuacji nie wiadomo jak pomóc, co powiedzieć. Dziewczyna nie chce iść na policję, bo boi się, że jej nie uwierzą, będą się z niej śmiać (była wstawiona, wracała z dyskoteki). Czuje się cała brudna. No nie mogę już o tym pisać. Kochane, jeśli znacie jakiś adres, telefon, macie jakiś pomysł, dajcie znać. Przekażę to M.

UPDATE: Dziewczyna nie poszła na policję. Wkurzyła się nawet na swe współlokatorki, że schowały jej ciuchy, zabrała je i wyprała. Myślę, że już nie ma co dodawać w tej sprawie, tylko tyle: Prażanki, późnym wieczorem unikajcie okolic Palmovki.

13:12, la_polaquita
Link Komentarze (17) »
Londyńskie mosty

Piękna pogoda ostatnio na naszej chłodnej Wyspie, więc uganiałam się trochę po Londynie z aparatem w ręku. Przeszłam się wzdłuż wybrzeża Tamizy od City w stronę Wesminsteru, pstrykając po drodze malownicze londyńskie mosty. Prezentowane tutaj to tylko niewielki procent wszystkich mostów w Londynie. Jest ich tu od groma i trochę, nawet nie mam odwagi policzyć ile! Są wspaniałe, zazwyczaj bardzo tłoczne i ruchliwe, jak całe centrum zresztą. Ciągle mi imponuje to miasto swym ogromem i żywotnością. Włóczę się więc pełna zachwytu "miejscowego" turysty.

Tower Bridge

Tower Bridge - chyba najcżęściej fotografowany most w Londynie

Tower Bridge nocą

Tower Bridge nocą - zdjęcie pochodzi z innej sesji, ale nie mogłam się oprzeć i wstawiam. Ten most wygląda wspaniale po ciemku!

London Bridge

London Bridge - następny w kolejce

duchy na London Bridge

Duchy na London Bridge :)

Cannon street railway bridge

Cannon street railway bridge - most kolejowy

Southwark Bridge

Southwark Bridge

Millenium Bridge

Most dla pieszych - malowniczy Millennium Bridge. Prowadzi prosto do rewelacyjnej galerii Tate Modern

Blackfriars Bridge

Przedziwne słupy pomiędzy dwoma mostami Blackfriars - kolejowym z lewej i normalnym z prawej

Blackfriars

Blackfriars Bridge - ten dla samochodów i pieszych

Waterloo Bridge

Waterloo Bridge

Hungerford Bridge

Hungerford Bridge

London Eye

Trochę niemostowo - ale zdjęcie London Eye to obowiązek każdego prawdziwego turysty!

Westminster Bridge

Ostatni most na moim szlaku - Westminster Bridge. Tuż przy nim znajdują się najsłynniejsze zabytki, z którymi jest kojarzony Londyn: Big Ben i Westminster Abbey.

Hammersmith Bridge

I jeszcze bonus - Hammersmith Bridge. Zupełnie w innej części Londynu, sfotografowany (podobnie jak nocny Tower) podczas zimnych marcowych dni trzy lata temu, kiedy to po raz wpierwszy wpadliśmy do tego miasta. Hammersmith Bridge ujął nas swoim spokojem i malowniczością. Londyn jak widać to nie tylko oszałamiające centrum, ale także takie spokojne i urocze zakątki. Większość z nich czeka dopiero aż je odkryję...

01:50, la_polaquita , england
Link Komentarze (11) »
środa, 25 czerwca 2008
Pająki na świetlistych nóżkach

Nie, to nie delirium tremens, ale obrazy, które pojawiają się pod powiekami na granicy jawy i snu. Fantastyczne, przepoczwarzające się zwierzęta, roślinne ornamenty, spirale zapraszające do międzyplanetarnych podróży. Niesamowite, lecz niegroźne bestiarium wijące się białą nitką na tle czarnego kosmosu. Po zaśnięciu znika, by odrodzić się potem w znacznie cięższej, realistyczniejszej i niebezpieczniejszej wersji snu.

Na Pograniczu wszystko jest możliwe. To proteuszowski świat, zmieniający się tak szybko jak metafory w niektórych wierszach. Niby jest mój, ale nie całkiem mój. Czy szepczą do mnie moi przodkowie z baśni, totemów, jaskinnych opowieści, średniowiecznych ksiąg? Pająki na świetlistych nóżkach. Czy zawsze tam były, tak stare jak ludzkość, pojawiające się także pod Waszymi powiekami, kiedy zasypiając otwieracie Przejścia? Esy floresy, bezgłowi ludzie z oczami zamiast brodawek, krowy o paszczy lwa, ślepe sowy zderzające się w ciemności z moimi myślami. Flora i fauna Pogranicza, którą żaden Linneusz nie sklasyfikuje.

Nasi przyjaciele. Rozbujałe tapety Schulza i latające zwierzątka Chagalla.

12:30, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 czerwca 2008
Zapiski z tajgi

Dzięki uprzejmości pewnego starego znajomego wpadła mi ostatnio w ręce nowinka książkowa na polskim rynku – debiut młodego etnologa Andrzeja Dybczaka pt. Gugara. Trudno mi zaklasyfikować tę książkę gatunkowo – dokument, zapiski podróżnika, reportaż, raport z podróży, powieść? Autor spędził kilka miesięcy życia wśród syberyjskich Ewenków, spał z nimi w „czumach”, palił ich papierosy bez filtra, w wiecznie mokrym ubraniu łowił ryby, zbierał szyszki i opowieści, grał w szachy i pił wódkę. Przy okazji dyskretnie wypytywał swych gospodarzy o duchy tajgi, które przemawiały przez ogień i przypominały, że w ten odwieczny świat wdarł się ktoś obcy.

To surowa, powiedziałabym „męska” proza, pisana dziennikarskim stylem, skoncentrowana nie do wewnątrz, ale na zewnątrz – na opisywanym świecie i spotykanych ludziach. Sceny następują w niechronologicznym ciągu, żadnych wyjaśnień ani wprowadzeń – zostajemy wrzuceni w tajgę bez przygotowania, bo na takie doświadczenie chyba nigdy nie można być przygotowanym. Postać, na jaką kreuje się autor, niewiele zdradza czytelnikowi o sobie, swoich odczuciach, motywacjach. Opisuje czasami swoje sny, ale i one więcej mówią o świecie, w którym się znalazł, niż o samym bohaterze.

Wraz z autorem poznajemy tego świata mieszkańców: gospodynię czumu Tatianę, zawsze wygrywającą w warcaby, jej męża, małomównego Dymitrija, dzieci: nauczyciela Kolę, który mimo swego wykształcenia pozostaje nieodrodnym synem swej ziemi, i nastolatka Maksima, który zamierza zostać pasterzem jak rodzice. Poznajemy też wielu mieszkańców wioski (niemal raju w wyobrażeniach nielicznych już pasterzy wiodących trudny żywot w tajdze): popadającego w obłęd Mistrza, pijaka Bosmana, wyniosłego sołtysa Hjejkurego. Choć ani Ewenkowie z tajgi nie stronią od picia, to wioskowi chodzą niemal zawsze zamroczeni chemicznym spirytusem; dawno temu przepili swe stada reniferów i teraz nie mają nic. Słyszymy paskudne opowieści o zabójstwach dokonanych po alkoholu. Obserwujemy codzienny żywot tych ludzi, ich troski, ukradkowe marzenia, zainteresowania, żarty.

Bohater zapisuje, obserwuje, często uczestniczy. Nigdy jednak nie próbuje życia swych gospodarzy oceniać, nie ma w nim ani cienia wyższości albo innej częstej reakcji „podróżników” – bezkrytycznego zachwytu. Przyjmuje tych ludzi takimi, jakimi są. Z ciekawością krok po kroku odkrywa ich inność, a także własną inność (choć jak już wspomniałam, to, co wiemy o bohaterze trzeba wyczytać między wierszami – ja bym się chętnie dowiedziała więcej). Z pokorą przyjmuje też swoją rolę w tej społeczności – takiego trochę dziwaka, co nie wiadomo po co tu przyjechał, gubi się czasem i nie rozumie tajemnic tajgi, ale mimo to jest „swój chłop”.

Żeby choć trochę dać Wam odczuć, jak surowa i ciekawa jest to proza, zamieszczam tutaj obszerniejszy fragment:

- A spotkałeś w wiosce Ninę? – zapytała Tatiana i ściągnęła okulary.

Przytaknąłem. Ninę najczęściej widywałem w towarzystwie Bosmana, kiedy błądzili razem po wiosce. Ostatni raz spotkałem ich w obejściu Lapuszkina. Była ubrana w długi do kostek, szary płaszcz, który spływał ciężko na pocięte gumiaki. Na głowie zawiązała sobie kolorową chustkę i znalazła się na tyle blisko mnie, że poczułem mdlący zapach przetrawionego technicznego spirytusu, dobywający się z jej zalepionych pianą, pokrzywionych ust.

[...]

- Wiesz, dlaczego ona nie może mówić?

- A nie może?

- Nie – Tatiana zajrzała mi przelotnie w oczy, wzięła głęboki oddech i poprawiła się na siedzeniu. – Kiedyś, nie tak dawno, gdzieś tak w latach sześćdziesiątych, przyjeżdżało do nas bardzo dużo ekspedycji.

- Jakich ekspedycji?

- Z Moskwy. Wszystko mierzyli, zbierali, długie miesiące w lesie siedzieli – wyjaśniła. – Kiedyś – zaczęła od nowa – taka ekspedycja poprosiła ojca Niny, żeby ich poprowadził w las. Został przewodnikiem. Zgodził się, dali mu urlop z brygady, zabrał rodzinę, wsiedli na renifery i pojechali.

- A wiadomo gdzie?

- Gdzieś nad Wiwi – machnęła ręką zniecierpliwiona, zastanowiła się. – To było na północ stąd. No i – ciągnęła – Margarita pojechała z nimi. Tylu ruskich gierojów żadna by nie odpuściła. Był tam taki jeden, brodaty, wysoki, zdrowy chłop. No a Nina też była ładna, młodziutka, chłopaki się za nią uganiały. Minęło trochę czasu i pewnego razu ekspedycja gdzieś w lesie spotkała idole.

- Idole?

- Ehhh.. – westchnęła Tatiana i wbiła wzrok w kolano. – No wiesz... – spojrzała na męża, szukając wsparcia, jednak Dymitrij milczał zapatrzony w ogień. – Szamani jeszcze jak byli... zostawiali w tajdze takie idole.

[...]

- No wiem, to takie figurki.

- No, no – przytaknęła gospodyni z ulgą – figurki. Ruscy zaczęli je sobie pokazywać palcami, dziwić się. A Nina zsiadła na ziemię, podeszła do jednej i na nią napluła. Zaczęli się wszyscy śmiać, a najgłośniej śmiała się Nina. Chciała pokazać temu geologowi, jaka to ona nie jest nowoczesna. Pośmiali się wszyscy i pojechali dalej. Na drugi dzień rano, gdy jeszcze spali, młody geolog zakradł się do czumu Niny. Jak tylko wszedł do namiotu, rozległ się okropny krzyk. Cały obóz się zerwał, powybiegali, pytają jeden drugiego. Co się stało? Kto tak krzyczał? Zobaczyli tego chłopaka z twarzą szarą jak popiół. Włosy to mu dosłownie dęba stały ze strachu. Zapytali go, dlaczego krzyczał i co się stało. On ledwo mógł mówić, ale powiedział, że tam w czumie nie Nina leży, ale jakaś paskudna starucha na jej miejscu. Koledzy go wyśmiali i jeden poszedł sprawdzić. Po chwili i tamten wyleciał cały przerażony. – Rzeczywiście – mówi – jakaś obrzydliwa, pomarszczona starucha zajęła miejsce dziewczyny. Na to przyszła babka Niny, która tam z nimi była. Kazała im wszystkim być cicho. Sama poszła do czumu i odgadła od razu, co się stało. Zbudziła dziewczynę, owinęła w czerwoną chustkę i posadziła na renifera. Pojechały tylko we dwie, z powrotem na tamto miejsce. Ludziom w obozie kazała czekać. Po dwóch dniach wróciły. Babka była zmęczona jak po porodzie, a Nina znowu młoda. Tylko że od tego czasu nie umie mówić ani po ewenkijsku, ani po rusku. I jej renifer zdechł jeszcze ten sam dzień. I urodę straciła – dodała po krótkiej pauzie Tatiana.

Andrzej Dybczak: Gugara. Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2008.

czwartek, 19 czerwca 2008
Afryka nr 2 – J.M. Coetzee: Wiek żelaza

Wiek żelaza to powieść o umieraniu, samotności i wojnie. Nie jest łatwa w czytaniu, przygnębia, męczy. Przynajmniej ja tak reagowałam.

Stara, chora na raka kobieta znajduje pewnego dnia koło swego domu obdartego, śmierdzącego tanim winem mężczyznę. Ponieważ nie ma nikogo (prócz służącej Florence, która jednak ma własne kłopoty), przyjmuje tego człowieka pod swój dach. Nie czyni tak z litości bynajmniej, po prostu wierzy, że spotkanie dwóch osób, nawet tak różnych, nigdy nie jest przypadkowe. Bezdomny alkoholik Vercueil to marny Anioł Stróż, ale bohaterka wie, że lepszego nie będzie.

Starą panią trawi rak, ale rak niszczy również Afrykę Południową. Rak wojny domowej. W przeciwieństwie do Naipaula Coetzee nie wdaje się w żadne polityczne dywagacje. Zamieszki, zabijanie, okrucieństwo pokazuje oczyma zwyczajnych ludzi, którzy nie próbują rozumieć czy analizować, po prostu się boją. Wojna jest pokazana jako chaotyczny żywioł, który niszczy ludzkie serca. Młodzi czarni chłopcy, w tym syn Florence, umierają niemal na oczach pani Curren. Kobieta nie może się z tym pogodzić. Nienawidzi zabijania i ludzi, którzy zaszczepiają wzniosłe hasła w umysłach dzieci i każą im brać do ręki broń w imię „wolności”. Jednak w tym pomylonym świecie nikt nie chce słuchać słów starej kobiety. Tylko milczący, zawsze lekko zamroczony Vercueil jest do tego zdolny. Jest ostatnim towarzyszem, ostatnim spowiednikiem bohaterki. Jest jej przewodnikiem w drodze do otchłani śmierci.

Cała książka to właściwie opowiadany w pierwszej osobie długi list pani Curren do córki, która lata temu uciekła z RPA do Stanów. To wołanie o miłość i zainteresowanie, wypowiadane jednak szeptem. Bohaterka całą siłą woli powstrzymuje się od wyznania córce prawdy o chorobie. Jest to moim zdaniem najwyższy akt bezinteresownej miłości ze strony matki. Staruszka wyrzeka się własnej potrzeby miłości, by nie zakłócić spokoju córce. Nie chce, by musiała oglądać chorobę, która trawi matkę i która trawi kraj dzieciństwa. Zadowala się swoim niedoskonałym aniołem, otępionym alkoholem, obojętnym na wszystko bezdomnym, który jednak przywiązuje się do niej na swój sposób.

Nie wiem, czy polecać tę książkę, smutek bije z każdej stronicy. To powieść, która nie podtrzymuje złudzeń, nie przynosi żadnej nadziei.

17:12, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (3) »
środa, 18 czerwca 2008
Londyńskie City

Przedwczorajsze spotkanie z Czarownikiem dało mi wreszcie okazję, by odżałować 10 funtów na pociąg i ruszyć tyłek do Londynu. Zajrzałam do ciekawego, lecz z wielkiej części zamkniętego Museum of London oraz gigantycznego, betonowego i dość dziwacznego kompleksu mieszkalno-kulturalnego zwanego Barbican. No i przespacerowałam się po niezwykle ruchliwym City, któremu dominuje widoczne poniżej słynne londyńskie „jajo”. City wydało mi się dość kontrastowe – ze szklanostalowymi wysokościowcami, z których w porze lunchu wysypywały się setki „kostiumków” i „krawaciarzy”, sąsiadują mniejsze uliczki, zapełnione knajpkami Tandoori i sklepami pełnymi egzotycznych materiałów i biżuterii. Pakistańczycy czy Hindusi wystawiają towar bezpośrednio na ulicy, bluzki za 4 funty, szale za 3, dwa za 5! Very nice, darling, very nice, very cheap! Chusty z dzwoniącymi pieniążkami do tańców brzucha, przyprawy i kadzidełka, bransoletki, a w rogu wspaniałe truskawki i pomarańcze sprzedawane przez białą staruszkę.

Przedsmak Londynu. W moim miasteczku jest strasznie swojsko, spokojniutko, bezpiecznie, nudnawo. Londyn oszołomił mnie swoim ogromem i ruchliwością. Chodziłam jak lekko pijana, zderzając się z ludźmi niosącymi coffee-to-go, uciekałam przed ofertami od straganu do straganu i uśmiechałam się, kiedy brakowało słów, a brakowało często. Zagubiona, wtopiona w tłum. Dziwne uczucie.

City

23:29, la_polaquita , england
Link Komentarze (8) »
wtorek, 17 czerwca 2008
Czarownik

Jestem w dziwnym nastroju. Czarownik wczoraj niczego nie obiecywał. Zdaje się, że będą to długie, kosztowne i wymagające wielkiego wysiłku czary. Jestem ciekawa. Do czwartku mam czas się zastanowić, czy chcę podjąć to wyzwanie.

Czarownik jest mały, okrąglutki i uśmiechnięty. Przypomina irlandzkiego skrzata, szukającego podnóża tęczy, albo mądrego druida, do kórego zmęczony walką wojownik przychodzi po radę.

Teraz trafiło na mnie. Ja jestem tym wojownikiem. Bardzo, bardzo zmęczonym.

Czarownik powiedział, że widzi we mnie dwie osoby, a każda z nich mówi innym głosem. Każda ma inną twarz. Na początku byłam tym zaskoczona, ale potem stwierdziłam, że ma wielką rację.

Niski, „rzężący”, zduszony głos należy do mojej osobistej sabotażystki, która krępuje mi każdy ruch, trzyma mnie w miejscu i zawsze w porę ostrzega przed niebezpieczeństwami świeczników. Wyższy, bardziej rozluźniony, to głos tej osoby, którą uznaję za swoje oficjalne ja. Wczoraj jednak zdałam sobie sprawę, że to bardziej moje wyobrażenie o tym, jaka być powinnam i chcę, niż jaka jestem. Czarownik nazywa ją „krytykantem”. To ta część mnie ciągle chce zmian i podróży, chciałaby pracę przynoszącą satysfakcję, chciałaby pomagać innym, być szczęśliwa i dawać szczęście. To ona zaciągnęła mnie na terapię. To ona ciągle próbuje wypchnąć mnie do przodu, każe mi robić coś z moim życiem, wyjść z przeciętności i wegetacji. To Marzycielka. I zawsze przegrywa.

Ta druga, cichsza, zwalczana i nieuznawana, jest we mnie zakorzeniona jak chwast i prowadzi sabotażową walkę podziemną. Zawsze da radę mnie przekonać, że tak beznadziejne osoby jak ja nie mają co się wychylać. Zawsze da radę puścić zasłonę dymną zapomnienia, a ja zawalam terminy, nie podtrzymuję kontaktów, motywacja spada do zera, decyzje odkładam na mañana, mañana - robię wszystko by mi się NIE UDAŁO. Ten schemat powtarza się jak nocny koszmar całe moje życie. Krok do przodu, sprężyna się napręża, powrót do bezpiecznego szeregu, do apatii, nieszczęśliwego przeżywania.

Samobotażystka to klon mojej mamy, w całej okazałości. Silna swoją słabością, zadomowiona jak pasożyt, wrosła w ciało jak kajdany.

Kim jestem bardziej? Trzęsę się i coraz mniej wiem. Kto w końcu wygra? A może tak jak do tej pory będę na tę walkę poświęcać każdą cząstkę mojej energii i na nic innego jej nie starczy? I tak do końca życia... Długiego i zmarnowanego.

I co ja mam robić? Przegrać życie jest tak strasznie łatwo. Przegrywam już 30 lat.

Chyba podniosę tę rękawicę. W końcu co mam do stracenia?

 

12:49, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (11) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Afryka nr 1 – V.S. Naipaul: Zakręt rzeki

Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, ale ciągle nie mogłam się zabrać do recenzji. Niby noblista i powinnam się zachwycać, ale... nie zachwyciłam się. Jest to na pewno dobra książka i nie mam jej czego wytknąć. Jest jaka jest, inna by być nie mogła (żadnych „błędów debiutanta” :-)). Po prostu ja chyba szukam w literaturze czegoś innego.

Główny bohater powieści to młody Hindus Salim, osobnik nie potrafiący znaleźć swego miejsca na świecie. Nie czuje się dobrze w tradycyjnym światku swej rodziny, która na afrykańskim wybrzeżu żyje od pokoleń, korzysta więc z pierwszej okazji, by ruszyć w podróż. Kupuje poupadły sklep w głębi lądu, w mieście „przy zakręcie rzeki”. Pomimo tego, że to też zdecydowanie nie jest jego miejsce na ziemi, Salim utknie tam na kilka, a może nawet kilkanaście lat. Lepszego pomysłu na życie nie ma. Trochę to taki „antybohater” – balansuje na granicy lekkiej depresji, w nic się specjalnie nie angażuje, zajmuje się swoimi interesami, jest zamknięty, pasywny i zagubiony. To typowy obserwator, pisze o sytuacji w kraju swego pobytu z punktu widzenia jakiegoś „my” – jest to „my” podobnych mu ludzi, Greków i Hindusów, ni to cudzoziemców, ni to miejscowych. Nawet romans z równie zagubioną Europejką, żoną podupadłego białego doradcy prezydenta, niewiele zmieni w życiu Salima. W sumie tylko bardziej mu uświadamia bezsens i pustkę jego żywota. Żadnych górnolotnych określeń typu „miłość”, choć bohaterów łączy jednak coś więcej niż tylko seks.

Tymczasem w kraju owym zachodzą wielkie zmiany. Prezydent, zwany enigmatycznie „Wielkim Człowiekiem”, rządzi silną ręką, próbując zbudować „nowoczesną Afrykę”. Raz po raz wybuchają krwawe plemienne rebelie. Wszystko to jest chaotyczne i niepojęte. Podejmowane raz po raz próby, by choć trochę zrozumieć tajemnicę zwaną Afryka, spełzają na niczym. Fiasko ponosi ojciec Huysmans, miłośnik ludowej afrykańskiej sztuki, rozczarowaniem kończy się założona na analizie socjologicznych zmian na kontynencie naukowa kariera Indara. Sam Salim woli nie schodzić zbyt głęboko, ślizga się po powierzchni życia, jakby z góry wiedział, że wszelka walka o uporządkowanie chaosu i nadanie mu jakiegoś sensu jest i tak skazana na przegraną.

Już pewnie zauważyliście, że Naipaul nie podaje nazwy opisywanego kraju. Mogłaby to być Rwanda, ale licho wie. Trochę mi to przeszkadzało, bo jeśli pół książki stanowią subjektywne co prawda, ale jednak, opisy politycznych i socjologicznych zmian, to bym chętnie wiedziała, gdzie się to odbywa. Wyżej wymienione analizy są pisane tak ezopową mową, że dla mnie (osoby o bardzo małej wiedzy o Afryce), to zdecydowanie za mało, by powiązać to z czymś mi znanym, by się czegoś nauczyć. Szczerze mówiąc, niewiele nowego dowiedziałam się o tym kontynencie.

Książkę czytało mi się dość przeciągle, co nie zawsze jest wadą, ale tu zabrakło mi czegoś, co by mi to zrekompensowało. Była po prostu ślamazarna – dokładnie tak jak jej bohater. Czyżby efekt zamierzony?

PS. Inne spojrzenie na tę samą książkę znajdziecie w recenzji Nutty na naszym wyzwaniowym blogu Książki z 6 kontynentów

 

14:13, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 czerwca 2008
Czy to naprawdę ja??? ;-)

Chiquito właśnie przesłał mi przez skype, drugą i nieco bardziej przemyślaną wersję mnie, z elementami symbolicznymi:-D.  Czuję się zobligowana do pokazania Wam jego wytworu:

polaquita

Elementy symboliczne wyrażają podobno, że "jak każda prawdziwa Polka rządzę"! No bez komentarza :O A ja przecież tylko buziaczki i rozpieszczanie!;)

A poza tym bardzo się cieszę, że niektórzy z Was podjęli zabawę! Nie-blogerki, które tu zaglądacie, też spróbujcie i dajcie linka w komentarzach;)

23:09, la_polaquita
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers