O podróżach dalekich i bliskich
wtorek, 31 lipca 2007
Wędrowiec pokoju

El caminante de la paz. Tak nazywają w Kolumbii profesora uniwersyteckiego Gustavo Moncayo, który od 17 czerwca wędruje pieszo z łańcuchem na szyi i rękach z Pasto do Bogoty, żeby zaprotestować przeciwko przetrzymywaniu jego syna-żołnierza przez FARC. Chce w ten sposób zwrócić uwagę na problem porwań w Kolumbii, o którym już kiedyś pisałam. Secuestros, czyli porwania, są plagą Kolumbii od kilku dziesiątek lat i stały się jedną z największych traum całego społeczeństwa. Profesor Moncayo pragnie więc zmusić rząd do podjęcia rokowań w sprawie tzw. umowy humanitarnej, czyli wymiany więźniów. Jest to jedyny sposób, by przetrzymywani od lat niewinni ludzie mogli wrócić bezpiecznie do domu. Rząd tymczasem woli rozwiązania siłowe, co najczęściej kończy się śmiercią zakładników. O ile w ogóle coś robi...

Gustavo Moncayo

Syn Gustavo Moncayo, Pablo Emilio, jest uwięziony od ponad 10 lat. W podobnej sytuacji jak profesor są tysiące żon, mężów, ojców i matek w Kolumbii, którzy często nawet nie wiedzą, czy ich bliscy żyją, czy czekać na nich, czy też ułożyć sobie życie od nowa. To jest naprawdę narodowa tragedia, coś, co napiętnowało psychicznie całe pokolenie. Dlatego protest Moncayo spotyka się z tak ogromnym poparciem społecznym. Wielu zrozpaczonych krewnych i przyjaciół porwanych przyłącza się do jego marszu, choćby tylko na odcinek trasy, inni zbierają się na ulicach miasteczek, do których profesor przybywa, by go powitać i uczcić. Obecne są media, wręczane kwiaty, białe gołębie pokoju, kto może obejmuje go jak bohatera i wyraża swe poparcie oraz podpisuje petycję. A profesor zapowiada, że kiedy przybędzie do Bogoty, rozłoży namiot na Plaza Bolivar i nie ruszy się stamtąd, dopóki rząd na serio nie zajmie się problemem wymiany humanitarnej, i dopóki jego syn nie wyjdzie na wolność.

Na pewno nie będzie sam. Szykuje się więc "białe miasteczko" w centrum Bogoty.

 

Oto trasa, którą Gustavo Moncayo już prawie pokonał, obecnie zostało mu już tylko około 50 km do Bogoty. Cała trasa to ponad 850 km, czyli dla porównania plus minus coś jak z Paryża do Pragi.

trasa profesora Moncayo

Więcej o marszu Moncayo można przeczytać na blogu, na którym codziennie pojawiają się wycinki z prasy, a także listy samego profesora oraz jego dwóch młodziutkich córek, Karol i Yuri Tatiany, które dzielnie towarzyszą ojcu w męczącej pielgrzymce o uwolnienie syna i brata.

 

17:58, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 lipca 2007
Jak powstała doña Iguana, con una ruana de lana, peinándose la melena junto al río Magdalena...

Na canticuentos uczyłam się hiszpańskiego. Zna je każdy Kolumbijczyk, są jak nasze "szła dzieweczka do laseczka" albo "ogórek zielony ma garniturek". Są po prostu nieodłączną częścią kolumbijskiego dzieciństwa. Ale mało kto zdaje sobie sprawę, że te wdzięczne i wesołe dziecięce piosenki mają w ogóle jakiegoś autora! Łącznie z Chiquitem i ze mną. Do wczoraj byliśmy oboje pewni, że to po prostu stare ludowe piosenki.

Tymczasem ani one stare, ani ludowe. Co więcej, ich autorka nie jest nawet Kolumbijką! Wszystkiego dowiedzieliśmy się z tego artykułu. Mama niezapomnianej doñi Iguany, mającej pomniejszy konflikt z leniwcem (La Iguana y el Perezoso), zapominalskiej czarownicy z 22 ulicy (La Bruja Loca) oraz węża, który platanosy popija anyżówką (swoją drogą, dobra kombinacja;) (La serpiente de tierra caliente), nazywa się Marlore Anwandter i jest Chilijką z niemieckimi korzeniami.

Pani Marlore przyjechała z dziećmi i z mężem do Kolumbii w roku 1973, uciekając przed nieciekawą sytuacją polityczną w ówczesnym Chile. Jak sama wspomina, od pierwszych kroków na lotnisku totalnie zakochała się w tym kraju (wcale jej się nie dziwię, tym bardziej że w latach siedemdziesiątych było tam podobno dużo spokojniej niż obecnie). Z tego zachwytu nad pięknem przyrody, gór, deszczowych lasów, nad wspaniałą muzyczną tradycją i nad otwartością ludzi, oraz nad ogromnymi kontrastami, których pełna jest niemal każda sfera życia w Kolumbii, zrodziły się w jej głowie pierwsze piosenki dla dzieci. Podobno tytułowa Iguana powstała jako absolutnie pierwsza, podczas podróży lotniczej, a jej inspiracją był widok rzeki Magdaleny z samolotowego okienka, oraz żywej iguany tuż po wylądowaniu.

Początkowo rodzące się canticuentos były tylko zabawą dla własnych trojga dzieci Marlore oraz czworga muzykalnych dzieci zaprzyjaźnionego kolumbijskiego sąsiada, Roberta Rico. Wkrótce jednak zrodził się pomysł zapukania do drzwi kolumbijskiej wytwórni muzycznej Codiscos. Marlore, Roberto oraz ich dzieci utworzyli półprofesjonalny chór i tak oto w 1975r. światło dzienne ujrzał bodaj najpopularniejszy dziecięcy soundtrack w historii Kolumbii. Sukces był tak wielki, że dwa lata później rodzinna grupa (ze składem lekko wymienionym, ponieważ mutacja u co poniektórych nie zaspała) nagrała kolejne piosenki. W następnych latach powstało w sumie 6 płyt, choć Marlore już nie mieszkała w Kolumbii (spędziła tam w sumie tylko rok), dzieci rosły, a Roberto Rico zmarł. Ostatnie dwie płyty powstały w Chile, a śpiewają na nich m.in. wnuki i wnuczki autorki.

Od tamtej pory canticuentos stały się praktycznie narodowym dziedzictwem Kolumbii. Do ich "ludowości" przyczyniła się zresztą sama autorka, która twierdzi, że po pierwsze te piosenki zasługują na własne życie, a po drugie po co dodawać do nich jakieś nazwisko nie do wymówienia:)

Obecnie pani Marlore mieszka w USA i canticuentos robią tam furorę w telewizyjnych programach dla latynoskich dzieci. Tak więc kolejne pokolenia dzieci emigrantów będą miały szansę tańczyć i śpiewać o przygodach pingwinka lodziarza, krówki Loli i wielorybicy Eleny, oraz wielu innych wspaniałych bajkowych postaci, a przy okazji pozostać w kontakcie z rodzimą kulturą i tradycją.

Więcej + urywki piosenek tu. Polecam wszystkim uczącym się po espaniolsku:)

 

PS. Socorro! Ciężko mi się do tego przyznać, ale ciągle nie umiem wklejać wideo z youtube na bloga, a bardzo bym chciała. Czy ktoś mógłby mi poradzić??? Dzięki :))

14:35, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (3) »
środa, 25 lipca 2007
Umarł król, niech żyje król

Koło się domknęło.

W parę miesięcy po tym, jak przyszłam do tej firmy, mój szef stał się generalnym. Dziś został zdetronizowany. W firmie wybuchła dosłownie bomba, bo nikt niczego nie przeczuwał. Przedstawiciel naszego akcjonariusza miał dziś po prostu poinformować kluczowych pracowników o "strategii grupy kapitałowej". I okazało się, że częścią tej strategii są zmiany personalne na wysoko postawionych postach.

Nie odczuwam żadnej satysfakcji. Z perspektywy czasu muszę konstatować, że był dobrym szefem. Oczywiście mieliśmy swe lepsze i gorsze momenty, ale któż ich nie ma? A przewaga była tych lepszych, czy też raczej "normalnych".

Zadziwiające jest tylko, jak się to wszystko zbiegło w czasie. Byłam świadkiem jego triumfu, kiedy w dzień nominacji zadowolony z siebie przyszedł z pierwszej porady, którą prowadził i która była zadziwiająco krótka, i z dumą oświadczył: "Tak to od dzisiaj będzie wyglądać! Żadne gadki szmatki, ale krótko, zwięźle i na temat!". Od tamtej pory ztracono długie godziny na gadki szmatki nad trudnymi do rozwiązania problemami. Chyba z pięć razy reorganizowano firmę. Akcjonariusz dał nam jeszcze rok, żebyśmy zaczęli przynosić porządny zysk. Ale widocznie stwierdził, że do tego celu poprowadzi spółkę już kto inny. "świeża krew"...

Zdążyłam więc jeszcze przed odejściem stać się świadkiem jego upadku. Zmiany będą szybkie, już od poniedziałku wprowadza się nowy szef, a stary będzie musiał opuścić swój elegancki gabinet i przenieść się do skromnego pokoju swego doradcy, który zdążył się już ewakuować.

Ale niech tam, odczuwam jednak maleńką satysfakcję;). Taką tyciu tyciu:) Bo on jest dobrym generalnie człowiekiem, ale w czasie tego prezesowania mu trochę urosły piórka. Świeże kwiaty w wazonach, elegancka porcelana i kryształowe szklanki, które trzeba myć w ręku (a kiedy zamawiał te fancy pierdołki, prosiłyśmy go, żeby wziął nadające się do zmywarki), obsługa nieustająca (jak jedna ma urlop, druga nawet na obiad wyjść nie może). No, teraz pewnie mu będziemy musieć i tak te kawki nosić na jego koniec korytarza, ale co tam. Ja tu jestem jeszcze miesiąc, a on... mam powody przeczuwać, że i w jego przypadku zbliża się powoli ewakuacja.

Ludzie się boją, co przyniesie nowy szef. Ja na szczęście jestem tylko ciekawa.

 

15:16, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 02 lipca 2007
Muzyczne lato

Zapowiada się festiwalowe lato! Jeśli oczywiście wszystko się uda, bo na razie przechodzona grypa nie chce mnie wypuścić ze swych szponów, a nawet zaczynam się obawiać, czy sobie nie wyhodowałam zapalenia krtani:(

Ale do wesela jeszcze czas, bo pierwszy festiwal zaczyna się 12. lipca. Colours of Ostrava z dominującą world music we wszystkich możliwych aranżacjach, będzie na pewno wielkim przeżyciem. Jadę tam dla Bajofondo Tango Club, Gypsy Kings, a przede wszystkim dla mojego ostatniego odkrycia - Salsa Celtica! Mam nadzieję, że sobie potańczę... po swojemu, ale co tam:)

Potem chcę śmignąć do Tych na bluesowy festiwal im. Ryśka Riedla. Nie wiem czy się uda z urlopem, ale siostra polecała, bo jest nad jeziorkiem, więc jak muza będzie kiepska, to można chlup chlup :) No i atmosfera podobno jest rewelacyjna.

A na koniec mam zamiar zaserwować sobie trochę ostrzejszy Štěrkovna Open Music w Hlučínie, 15 km od Ostrawy, gdzie będą prawdziwe gwiazdy (w mojej prywatnej hierarchii, rzecz jasna:)) - legendarny Pražský výběr, popularni Sultan Soliman, Kryštof, Vypsaná fixa, słowaccy Horkýže Slíže i Peha, oraz moi ulubieńcy - bielscy Akuraci (okazuje się, że w Czechach bradzo popularni)!

No to teraz już tylko zdrowieć, zdrowieć...!

 

12:24, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (2) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers