O podróżach dalekich i bliskich
czwartek, 31 lipca 2008
Strachy na lachy

Jest coś takiego jak dziecięca psychoza. Podobno to naturalny okres w życiu każdego dziecka. W kątach pokoji zamieszkują potwory, krwawe ręce Kopernika stukają w szybę, złośliwe esy floresy tapet krzywią się w grymasach, niewinne plamy na ścianach patrzą na ciebie z niemą groźbą. Skrzypienie podłogi, gałęzie uderzające w okno, diabeł który łapie za nogę wystającą spod pierzyny. Demony mieszkające w lustrze, stojący za tobą umarli, kiedy zamykasz oczy. Cienie widoczne tylko kątem oka. Tajemnicza obecność kłębiąca się po kątach.

Kiedy byłam bardzo mała spałam w wielkim małżeńskim łożu z moją mamą. Kiedy zostawałam w nim wieczorem sama, z parteru naszego domu dobiegało światło i słychać było odgłosy awantur. Skrzeczące wysokie tony pełne złości i niezrozumiałych słów. Nawet jako dorosłej zdawało mi się czasem, że je słyszę. Z bijącym sercem wychodziłam na schody nasłuchiwać kłótni. Witała mnie cisza.

Naprzeciwko łóżka wisiał obraz Matki Boskiej, do której kazano mi się modlić, ale ja się jej straszliwie bałam. Nie dało się uniknąć jej smutnego wzroku. A kiedy wpatrywałam się bardzo intensywnie, Matka Boska zaczynała ruszać ręką. I nie można było oderwać oczu, bo trzeba było sprawdzać, ciągle sprawdać, czy ten ruch się zdarzył naprawdę! A ona tymczasem, ukryta za zakurzoną szybą, niezmordowanie machała do mnie. Czy próbowała coś mi powiedzieć? Mantry dzieciństwa: to tylko obraz, to tylko obraz, to tylko obraz.

Matce Boskiej wtórowały podłużne lisie twarze, ułożone przez jakiegoś nieznanego mi stolarza z sęków na drzwiach szafy i poręczach łóżka. Nigdy nie zapomnę tych lisów, żywych martwym życiem, lekko syczących, gapiących się z jakimś smutkiem prosto z przepaści na spocone, nie potrafiące zasnąć dziecko.

Czytam teraz stary dobry horror Kinga The Shining. W książce nawiedzony hotel Overlook jest naprawdę niebezpieczny, bo zamieszkujące go echa przeszłości mają wielką moc. Przenikają do umysłów nowych mieszkańców, pragnąc uczynić ich podobnymi sobie. Tak samo jest u Guillermo del Toro – najgorsze strachy i smutki nie czają się na zewnątrz, ale tkwią głęboko wewnątrz nas. W Labiryncie Fauna to realny świat zagraża Ofelii dużo bardziej niż ten fantastyczny.

Myślę, że w ścianach każdego starego domu spaceruje wiele duchów. Ale słyszeć i widzieć je będą tylko ich dziedzicowie. Łóżko, w którym zmarła Oma Lena. Nie byliśmy w stanie wejść do tego pokoju bez dreszczu i ściskania w gardle. Jakby otwarła się w nim ogromna, ziejąca zimnem pustka, gotowa w każdej chwili wciągnąć w swe czeluście.

A nowi właściciele być może urządzili w tym miejscu pokoik dziecięcy i zamiast starymi straszącymi meblami wypełnili go kolorowymi gadżetami z Ikei. Wierzę, że nic ich nie straszy, bo tak naprawdę duchy żyją tylko w naszej pamięci. Są tym, kim my jesteśmy.

A Wy? Czego baliście się w dzieciństwie?

środa, 30 lipca 2008
Szczęśliwa rodzinka

Podczas poniedziałkowej wyprawy do Londynu udało mi się sfotografować tę oto rodzinę. Filmowali się za pomocą komórki, a potem oglądali i cały czas się śmiali i cieszyli. Trzy cudowne dziewczynki, przepiękna (i taka młodziutka!) mama i zadowolony tata. Panował niesamowity upał, a tuż obok szumiała fontanna. Znak, że nawet w tak trudnym dniu zdarzają się piękne rzeczy. Wystarczy tylko patrzeć, mieć oczy szeroko otwarte.

Świat da nam tylko tyle swej radości, ile wciągniemy do płuc. Kiedy się duszę, to ja sama zamknęłam się na powietrze.

Nauczyć się przyjmować. Święte słowa Czarownika.

szczesliwa rodzinka

19:51, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (17) »
Haiti, umarłe i żywe

 

Jakieś dwa tygodnie temu dostałam pocztą miłą przesyłkę, prezent od Trzech Papryczek – książkę haitańskiego pisarza René Depestre pt. Hadriana moich marzeń. Nie sądziłam, że będzie to powieść właśnie o tym zjawisku, które najbardziej kojarzy się z Haiti – o zombi. Większość z nas zna ten fenomen tylko z holywoodzkich filmów, które ograniczają się do pokazania parodii tego zjawiska, czyli chodzących jak automaty żywych trupów żądnych krwi i ludzkiego mięsa. Poza tym całkiem sympatycznym zombiakiem jest też Czesiu z polskich "Włatców Móch":). A przecież geneza tego przerażającego stanu na granicy życia i śmierci jest dużo bardziej głęboka i fascynująca. Pisali już o tym Pimientos tu, a ja sporo się dowiedziałam z przysłanej przez nich książki.

Bo choć Handriana to z pewnością beletrystyka, utrzymana w duchu realizmu magicznego i nabita poezją powieść, nosi też znamiona eseju, a podawane informacje o fenomenie zombi wyglądają całkiem wiarygodnie. Otóż według Depestre rzecz polega na tym, że czarownicy wudu (w książce przyjęto pisownię vodu, ale jest dużo szkół) "produkują" zombi z bardzo pragmatycznych materialnych powodów. Chcą po prostu ludzkich wołów pociągowych do pracy na własnych plantacjach albo do wynajmu na cudzych. Zombi jest bowiem pozbawionym woli, marzeń i polotu (czyli tej części duszy, którą wudu nazywa petit bon ange’m czyli małym dobrym aniołem) niewolnikiem. Podczas procesu „zombifikacji“ nieszczęśnikowi zostaje odebrana właśnie odpowiedzialna za marzenia, sny i przyszłość dusza, a zostaje tylko czysta energia życiowa mięśni, zwana w wudu gros bon ange. Poza tym cały proces przebiega całkiem „biologicznie“ – wybranej ofierze czarownik podstępem podaje truciznę tak spowalniającą procesy życiowe, że nawet najbardziej doświadczeni lekarze uznają biedaka za zmarłego i zostaje on pochowany. W nocy po pogrzebie przestępcy wygrzebują „zmarłego“ i ożywają za pomocą odtrutki. Odtąd jest on ich niewolnikiem, haruje na polu za miskę strawy pozbawioną soli – sól bowiem ma moc odwrócenia czaru. Najgorsze jest jednak, że nawet kiedy „zombi“ uda się uciec i chce wrócić do swoich, ci odrzucają go jako upiora. Kolektywne przyzwolenie na czarną magię potrafi by silniejsze niż osobiste więzi.

W książce ofiarą czarowników pada młodziutka Francuzka Hadriana, która umiera (pozornie) w dniu własnego ślubu, wypowiedziawszy sakramentalne tak. Całe miasto Jacmel boleje nad jej śmiercią, jakby wraz z nią umarł symbol ich własnego spokoju i szczęścia. Rozpętują się czary wudu i szalony, naznaczony Erotem i Thanatosem karnawał.

Legendę o śmierci i zmartwychwstaniu dziewczyny opowiada młodziutki i zakochany w niej Patryk, najwyraźniej alter ego autora - tak jak Handriana jest metaforą jego Ojczyzny, uosobieniem seksualnej energii i bujnego, tropikalnego piękna Haiti. Historia utraty tej niezwykłej kobiety-symbolu będzie prześladować Patryka przez wiele późniejszych lat emigracji. Nie chcę zbyt wiele zdradzać z treści, powiem tylko, że choć pozornie powieść ta traktuje o śmierci, tak naprawdę jej tematem jest radość życia.

Bo zmysłowa energia wyspy i jej mieszkańców, uosobiona w Handrianie, ma tak wielką siłę, że zdolna jest pokonać otępienie pozornej śmierci i odzyskać petit bon ange’a, czyli nadzieję i marzenia. Czytając takie magiczne książki aż żal bierze, że już od ponad pół wieku Haiti to tak biedny i znękany przemocą kraj (znowu odsyłam do Tres Pimientos, którzy część historii Haiti fascynująco opisali tu). Jednak Depestre w swej książce wierzy głęboko, że Haiti, tak jak Hadriana, odzyska pewnego dnia same siebie, że się nie podda i roztańczy się znowu w zmysłowym tańcu życia.

wtorek, 29 lipca 2008
Quiz podróżniczo-literacki :)

Chihiro wymyśliła na swoim blogu wakacyjny „wywiad” o książkach i podróżach. Postanowiłam i ja, wzorem Chiary, przyłączyć się do zabawy.

1. Czy zdarza ci się wybierać książki ze względu na miejsce akcji?

Tak. Przed podróżami właśnie. Zawsze kiedy długo planuję jakąś podróż staram się poczytać trochę o danym kraju, niestety często kończy się – jak to u mnie – na dobrych chęciach i karze w bibliotece... Ale przed wyjazdem do Kanady udało mi się przeczytać świetne Kocie Oko Margaret Atwood, oraz kupić (hmm, tylko kupić, wciąż czekają na półce) kilka podróżniczych książek Kanadyjczyka Tarasa Grescoe.  No i oczywiście całkiem świadomie i z wiadomych powodów wybieram książki z miejscem akcji w Kolumbii lub szerzej, w Ameryce Łacińskiej.

2. Książki o których krajach czytasz najchętniej?

Interesują mnie wszystkie kraje jak leci:) Ale znowu, najchętniej wybieram książki o Ameryce Południowej. Fascynuje mnie mentalność Latynosów, ich bogaty świat wyobraźni, oraz historia. Po prostu chcę się dowiedzieć jak najwięcej o ojczyźnie Chiquita.

3. Czy dzięki książkom chciałbyś/chciałabyś odwiedzić jakieś konkretne miejsca? Jakie?

Wszystkie! Zazwyczaj kiedy coś czytam o jakimś dalekim miejscu, mam ogromną ochotę właśnie tam pojechać. Są jednak kraje które „chodzą za mną” od dłuższego czasu i to właśnie dzięki książkom. Należą do nich Dominikana i Haiti, Kuba, wybrzeże Kolumbii (to się mam nadzieję za parę miesięcy ziści) oraz ultra-literackie Buenos Aires.

4.  Czy są miejsca / kraje, o których lubisz czytać, ale do których nie miałbyś/miałabyś ochoty się wybrać? Jakie?

Zdecydowanie zimne kraje. W przeciwieństwie do Chihiro nie miałabym nic przeciwko podróży po krajach Bliskiego Wschodu, nawet byłabym gotowa nosić zakrywające ubranie, a jeśli trzeba by było, i chustę. Ale chyba na to mi odwagi i pieniędzy nie starczy, no i odpowiednich współtowarzyszy takiej podróży ot tak nie znajdę... Ale nie tracę nadziei, że kiedyś kiedyś:). Natomiast wcale nie pociągają mnie krainy północy, jak Syberia (o której ostatnio czytałam w książce Gugara), Laponia, Alaska, albo wysokie góry jak Andy czy Himalaje. Po prostu jestem zwierzęciem ciepłolubnym, nie jeżdżę na nartach i w ogóle nie przepadam za śniegiem i zimnem, a do łażenia po górach w masce tlenowej po prostu się nie nadaję. Ale nie bronię się przed fascynującymi lekturami o tych miejscach i odważnych, twardych ludziach, którzy w takich surowych warunkach mieszkają lub podróżują.

5. W jaki sposób dobierasz książki do podróży?

Teraz staram się zawsze mieć kilka książek odłożonych specjalnie na planowane wojaże. Zbyt często bowiem w przeszłości zdarzało mi się zabierać w podróż książkę nieodpowiednią, nie chcę powiedzieć nudną, ale wymagającą skupienia, a tego mi często w podróży brakuje. Lektura na drogę musi więc być absolutnie wciągająca w swój świat, bo tylko wtedy udaje mi się zapomnieć o wszelkich rozpraszających szczegółach, o rozkrzyczanych dzieciakach na siedzeniu obok, niewygodzie, opóźnieniach, dłużącym się czasie... Z taką książką mogę z przyjemnością podróżować sama i nawet nie wiem, kiedy docieram na miejsce. Przez długi czas niemal w ciemno kupowałam na dworcu czy lotnisku książki Murakamiego, ostatnio świetną usługę oddał mi „Cień wiatru” Carlosa Ruiz Zafóna.

6. Czy książki w jakikolwiek sposób zmieniły twoje postrzeganie na temat danego kraju? 

Książki zawsze zmieniają moje postrzeganie na temat danego kraju. Bo najczęściej kiedy sięgam po coś „egzotycznego” moja wiedza na temat danego miesjca ogranicza się do kilku stereotypowych informacji. Dzięki lekturze otwierają się jakby nowe okna, często dla mnie pierwsze prawdziwe okna na daną kulturę.

7. W jaki sposób czytanie o innych krajach i kulturach zmieniło twoje postrzeganie świata?

Niestety muszę się przyznać, że jak większość ludzi nie jestem wolna od stereotypów. Wstydzę się tego i próbuję z tym walczyć właśnie za pomocą lektury. Jest wiele krajów, zwłaszcza tych należących do kultury arabskiej, które kojarzą mi się tylko z wykorzystywaniem i tłamszeniem kobiet. Dzięki książkom zauważam, że ta kultura jest o wiele bardziej kompleksowa i fascynująca niż tych parę straszliwości, które człowiek wyczyta w goniącej za sensacją prasie codziennej. Czasami wybieram książki z pewnych kultur specjalnie, aby się czegoś dowiedzieć więcej, żeby lepiej zrozumieć. Np. niedawno wyszukałam sobie w bibliotece dość już zapomniane opowieści Cyganki Papuszy, właśnie po to, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o romskiej kulturze, która (zwłaszcza w Czechach) kojarzy się bardzo pejoratywnie.

8. Czy są kraje, o których chciałbyś/chciałabyś dowiedzieć się więcej z książek?

Jest wiele takich! Czasem myślę, że mi życia nie starczy, by przeczytać wszystko, co bym chciała. Dlatego cieszę się, że brałam udział w wyzwaniu 6 kontynentów, bo np. po raz pierwszy czytałam książki autorów australijskich, chińskich czy współczesną prozę z USA. Mam nadzieję, że Miejskie czytanie będzie równie inspirujące, tylko że ja leniuch jeszcze sobie lektur nie wybrałam...

9. A podróżowanie w czasie? Czy jakaś epoka interesuje Cię bardziej niż inne?

Chyba historia najnowsza, a zaraz potem fascynujący wiek XIX, w którym tyle się podziało, że chyba nigdy nie przestanie być źródłem inspiracji dla pisarzy. Ogólnie jednak skupiam się ostatnio na współczesnej literaturze, może dlatego że w przeszłości tyle starych cegieł czytałam, że w pewnym momencie się obudziłam i stwierdziłam, że zupełnie się nie orientuję w tym, co się dzieje na rynku książkowym dziś. Dlatego teraz staram się to zmienić:).

 

Uff, więc i ja przeprowadziłam wywiad z samą sobą. Kto może, niech się przyłączy!

Na plaży w Aldeburgh

W ostatnią niedzielę poczułam się szczęśliwa. Już dawno tak się nie zrelaksowałam, bo ostatnio chodzę cały czas spięta i znerwicowana, choć żadnego realnego po temu powodu nie ma. Jednak ta niedziela była wyjątkowym dniem, dlatego pomyślałam, że wstawię foty inne niż zazwyczaj, bo z naszymi gąbkami w rolach głównych:).

Był piękny gorący dzień, a po drodze do Aldeburgh zatrzymaliśmy się na farmie, żeby na obiad zarobić. ;0 Co jest żartem oczywiście, bo po prostu można było samemu sobie narwać truskwek i malin, a potem dać je zważyć i zapłacić. Przed wejściem do tuneli był napis "Nie wykorzystujcie sytuacji, bo będziemy musieli was zważyć!" Ja oczywiście sytuację wykorzystałam ile wlezie (jak prawdziwa Polka - komentarz Chiquita) i dopiero myśl, że wcinam nieopłukane, a Bóg jeden wie jakim świństwem to spryskali, powstrzymała mnie przed narażeniem się na ważenie:).

na truskawkach

na truskawkach

Morze było zimne i pełne meduz, ale ja i tak pływałam, i tylko ten tchórz Chiquito tak bał się "jelly fish", że zanurzył tylko kolana. Na kamienistej plaży tak bolały stopy, że aż dostałam skurczy. Tak sobie myślę, że ja nigdy nie pływałam w ciepłym morzu. Nigdy nie byłam w Grecji ani Chorwacji, ani w żadnym resorcie-kurorcie, do których tak tłumnie ludzie jeżdżą w lecie... Ja nawet nigdy w życiu nie korzystałam z usług biur podróży! Chyba się starzeję, skoro zaczynam marzyć o takim pobycie i nicnierobieniu na plaży. Ale jak znam siebie to jeszcze długo będę wybierać plecak i lonely planet przed all inclusive. Choć czasami chciałoby się tak poleniuchować i moczyć pupę w ciepłym morzu cały dzień:). A w Aldeburgh dopiero wstrętna meduza, która oparzyła mi udo (a nie mówiłem, że są groźne, a nie mówiłem! - cieszył się Chiquito) wydostała mnie na brzeg.

Po kąpieli był długi spacer, udokumentowany poniżej:

Plaża w Aldeburgh

na plaży W Aldeburgh

na plaży

Aldeburgh

Aldeburgh to przeurocze miasteczko położone niemal na plaży. Zwiedziliśmy tam małe muzeum, gdzie dowiedzieliśmy się, że kiedyś odległość była dużo większa. Morze wżera się w ląd rok po roku i być może za kilkadziesiąt lub kilkaset lat całe to miejsce zniknie pod falami. Taki los spotkał już w początkach XXw. pobliską wioskę, Slaughden.

Wspaniałą rzeczą w Aldeburgh są stragany tuż przy plaży, gdzie można kupić świeże, dopiero co złowione ryby. My niestety nic nie kupiliśmy, bo zostawaliśmy do wieczora, a zamknąć taki zakup w rozpalonym samochodzie nie jest zbyt dobrym pomysłem. Po południu natomiast stragany były już zamknięte.

Przed wieżą w Aldeburgh

A tu my dwoje razem, przed tzw. wieżą Martello, które Anglicy budowali masowo na wybrzeżu dla obrony przed Napoleonem. Ta jest podobno jedyna, która ma kształt jakby czterech połączonych półokręgów (nie wiem, jak się taka figura geometryczna nazywa). Pozostałe są najczęściej okrągłe lub owalne.

mewa

Nie miałam pojęcia, że istnieje aż tyle gatunków mew! To jedna z nich, największa i najładniejsza, bo z kolorowym dziobem.

oblizywanie po homarze

I wreszcie ukoronowanie dnia - kolacja. Po długiej walce wewnętrznej, czy stać w straszliwej kolejce przed obleganymi smażalniami z fish and chips postanowiliśmy wybrać droższą, ale za to przyjemniejszą opcję jedzenia w miejscowej restauracji. Dopiero po zamówieniu zauważyliśmy, że knajpka ma aż dwie gwiazdki przewodnika Michelin, co podobno wielki kulinarny prestiż jest! Muszę przyznać, że warto było. Ja zamówiłam homara i okazał się przepyszny (tylko mało tego mięska w nim!), palce lizać. Chiquito też się oblizywał po jednej miejscowej rybie, której nazwy nie pomnę. Dawno sobie tak nie posmakowaliśmy!

Ale przede wszystkim wróciło to spokojne szczęście, ta chemia między nami, która jakoś ostatnimi czasy nam unika przez palce...roztapia się w codzienności, moich depresjach i jego pragmatyzmie. Było trzymanie się za ręce i wspólny śmiech. Słońce i chłodny wiatr od morza, i kamienie kłujące pod cienkimi podeszwami sandałków. Wszystko bardzo realne, bardzo nasze.

14:44, la_polaquita , england
Link Komentarze (11) »
czwartek, 24 lipca 2008
Amator
Jest to znany film (wiadomo, Kieślowski), ale i tak o nim napiszę, bo zrobił na mnie duże wrażenie. Jest to opowieść o całkiem zwyczajnym człowieku, takim jak ja i ty, w którego życiu nagle i zupełnie niespodziewanie pojawia się pasja. Tą pasją jest film amatorski.

Do tej pory życie Filipa Mosza (rewelacyjnie zagranego przez młodego Jerzego Stuhra), wypełniała tylko praca zaopatrzeniowca i rodzina, która jest jego dumą i szczęściem. Nie potrzebuje on niczego innego ponad swoją małą stabilizację, swoje ciepłe gniazdko, wypełniony miłością azyl. To, czego każdy z nas, jeśli ma to szczęście, ogromnie sobie ceni. Dla mnie jest to podstawa życia.

Pasja pojawia się w jego życiu zupełnie naturalnie, bo Filip kupuje kamerę z calkowicie niewinnym zamiarem filmowania swojej nowonarodzonej córeczki. A tu tymczasem życie tak się układa, że ni z tego ni z owego bohater staje się zaangażowanym społecznie twórcą amatorskim, pragnącym zmieniać świat, wyrażać samego siebie w sztuce. Choć on sam takich górnolotnych słów nie używa, nie pretenduje do miana żadnego artysty, nie ma ambicji. Robi filmy jakby przypadkiem. Dobre filmy.

I wszystko układałoby się pięknie ładnie, gdyby nie powolny rozpad jego życia rodzinnego. Jego żona Irena jest od samego początku zazdrosna o pasję męża. Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy obejrzałam ten film, byłam na nią zła. Widziałam wszystko z punktu widzenia Filipa i byłam wkurzona, jak głupia musi być osoba, która zamiast wspierać pasję ukochanego, cieszyć się jego sukcesami, chce go mieć po prostu na własność. Byłam zła, bo ja się identyfikuję z Filipem właśnie. Bo uważam, że twórcza pasja potrafi wyzwolić z człowieka jego lepsze ja, pozwala mu się spełnić. Człowiek przestaje być zwykłym „zjadaczem chleba” (dosłownie, bo w Filip lubi w nocy pogryzać chleb), jego życie nabiera głębszego sensu. W filmie bardzo wyraźnie widać, jak bohater się rozwija, jak nagle pojawia się w nim wrażliwość społeczna, uczciwość twórcza, wściekłość na niesprawiedliwości tego świata, autentyczne zaangażowanie.

Niedawno pokazałam ten film Chiquitowi, trochę przemocą (jakoś ostatnio mi chłopak unika „artystycznych” filmów czy książek :/) i przy drugim obejrzeniu uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to ambiwalencja tego „zmieniania świata”. Te wszystkie odcienie szarości, które przedstawia Filipowi dyrektor. Odwrócona strona przestawiania "prawdy" – komuś się pomaga, ale też kogoś się krzywdzi. I trzeba nauczyć się z tym żyć.

Druga to postać Ireny. Bardzo chciałabym ją zrozumieć. Zazdrość? Też, ale przecież inna kobieta, która polubiła Filipa (tylko polubiła!) pojawiła się później. Depresja poporodowa? Cięższa depresja? Wiara w przeczucia (Irena jest osobą przesądną)? A może chęć posiadania małżonka na własność?

Myślę, że Irena wyznaje po prostu pewne zasady, które nasza kultura lubi utożsamiać z kobiecością. Jest to zamknięcie się na świat zewnętrzny, skupienie uwagi tylko na rodzinie, intuicyjność i irracjonalność. Irena przeczuwa, że straci Filipa już na samym początku, kiedy jeszcze nic na to nie wskazuje. Podświadomie wie, że Sztuka jest najbardziej zachłanną z kochanek. I udowadnia to wszystko, sama odtrącając męża i tym sama wpychając go w ramiona „tej drugiej”. Bo w zachowaniu Filipa nie widziałam niczego, co mogłoby wskazywać na to, że przestał kochać swoją rodzinę. Po prostu przestała ona być dla niego CAŁYM ŚWIATEM.

Dla mnie ten film jest bardzo smutny, bo mówi, że nie można mieć wszystkiego. Że trzeba wybierać. Żeby być spełnionym w jednej sferze życia, trzeba poświęcić drugą.

A ja przecież wierzę, że możliwy jest kompromis. Musi być.

środa, 23 lipca 2008
PODKOWA

Podkowa był największym hulaką we wsi. Wysoki, przystojny, barczysty. Nie było wesela ani zabawy w P. lub okolicy, na której nie zrobiłby burdy. Bogobojne dziewczyny przed nim uciekały. Siedemnastoletniej Anie się nie udało.

Teraz miał już syna Ericha, a Ana była w kolejnej ciąży. Co dzień, kiedy wychodził do kopalni, Ana żegnała go znakiem krzyża. Tego dnia też nie zapomniała, ale ten gest nie miał już żadnej mocy. Nie uchronił od złego.

Kiedy Podkowa obudził się w ciemnościach wypełnionych duszącym pyłem i przerażony próbował poruszyć nogą lub ręką, i nie dało się, i jeszcze bardziej przerażony próbował otworzyć usta, i zawołać pomocy, i też się nie dało, i kiedy ból nagle ogarnął jego ciało jak chluśnięce w twarz – wtedy jego myśli powędrowały z powrotem do tej małej zgarbionej kobiety z wypukłym brzuchem i smutnymi oczami, trzymającej za rękę synka i żegnającej go nieśmiało, w milczeniu. Czuł, że tonie w węglowych ciemnościach, że ciągną go one w dół, głębiej, przepastniej, do samego brzucha matki-gruby, gdzie nigdy nie dociera światło, ani nadzieja, ani wiara. Jego myśli uczepiły się tych dwojga (trojga?) jak ostatniego promienia słońca w głębinach stawu. Każdy oddech był jak kamień wrzynający się w jego pierś, ale Podkowa walczył, oddychał. Z całej siły pragnął strząsnąć ten straszliwy ciężar, ale nie mógł, bo jego ręce już nie należały do niego. Tkwił w swoim unieruchomionym ciele jak w więzieniu. Pragnął wyć jak złapany w sidła wilk, ale tylko głuche rzężenie wydobyło się z jego popękanych ust.

Było teraz tak, jak w tych złych snach, które miewał jako dziecko. Nad łóżkiem otwierała się głęboka czarna dziura, czarna gwiazda albo kleks z atramentu, za które dawno temu nauczyciel bił witką po wierzchu dłoni. Śpiący z nim bracia niczego nie widzieli, bo czarny otwór przyszedł tylko dla niego. Wciągał go do swego przepastnego wnętrza, a on zapadał się w tą spiralną przestrzeń z niewyobrażalnym strachem, coraz głębiej, a potem bracia go kopali, a on budził się wydając z siebie niezrozumiałe dźwięki.

Ale z tego snu nie było ucieczki, nie było obudzenia. Czuł jak ciemność wędruje wzdłuż kości piszczelowych wyżej i wyżej, do serca i skroni. Daleko w mroku, niczym św. Barbara (patronko moja uratuj mnie jeszcze ten raz uratuj daj możliwość jo sie poprawia wszystko naprawia żywot dom na kościół pół wypłaty byda żył po bożymu) stała Ana z dziećmi. Syn Erich w koszulce i na podłamujących się nóżkach, za mały jeszcze by stać samodzielnie, córka Tina ukryta głęboko pod skórą, cicha, spokojna, jeszcze nie cierpiąca i nieświadoma istnienia świata. Ana ubrana na biało jak w dniu ślubu. Zmęczenie i rezygnacja w oczach. Już dawno przestała mu się podobać, stała się jedną z wielu nudnych starych bab w chustce, z podkrążonymi oczyma i zaciśniętymi wąskimi ustami.

Niewypowiedziane słowa kłębią się za zasłoną jej oskarżycielskich oczu (żałuja żałuja za grzychy pónbóczku ratuj mnie święta maryjo matko nasza ratuj mnie ojcze nasz któryś jest w niebie święta Barbaro i wszyscy święci żałuja żałuja ratujcie ratujcie!) i Podkowa niemal je usłyszał. Modlił się teraz do tej białej postaci, która kiedyś była jego żoną, mylił ją z innymi, ze świętymi i nieświętymi. Chodzili piechotą do wiejskiego kościółka, całą rodziną, starzycy, rodzice, rodzeństwo, Ana z Erichem; Podkowa i bracia myślami już w karczmie. Nudził się i czasem myślał, czy to wszystko co pon fararz godają jest prawdziwe? A co jak nie ma nic? Teraz to nic przyszło z siłą kilkunastu ton spadających stempli i brył węgla. Czarne nic jak fala, pył tak gęsty jakby powietrze stało się smarem.

Ale Podkowa jeszcze walczy. Słyszy głosy ratowników. Próbuje krzyczeć. Tymczasem w ciemności biała postać Any odwraca się i odchodzi. Choć ratownicy są coraz bliżej, Podkowa przestaje ich wzywać, powraca do swego snu i nie potrafi ogarnąć nawet części swego przerażenia i rozpaczy. Ana i dzieciak są już tylko maleńkim punktem światła w gęstej jak gnój, węglowej ciemności. Jego rachunek sumienia, żal za grzechy, grzechów odpuszczenie, mocne postanowienie poprawy. Już nic nie rozprasza mroku. Czarna dziura w ścianie nad łóżkiem czai się do skoku. Śliski, amorficzny stwór z dna kopani. Skarbnik, który zabiera ludzkie dusze.

Kiedy pojawiły się umazane ręce braci-górników odwalających kamienie i kłody, kiedy z nadzieją zamigotały ich latarki-karbidki, Podkowa był już nieprzytomny. Zmarł kilka dni później w szpitalu.

Zostawił młodziutką żonę Anę, która potem już nigdy nie wyszła za mąż. Mieszkała w wielkim domu z czerwonej klinkiery, który zbudował dla niej ojciec-murarz, i żyła z wynajmu pokojów sublokatorom. Znałam ją jako maleńką staruszkę, tanty Anę, która kilka razy dziennie przeprowadzała swoją upartą kozę na nowe miejsce na wietrznych łąkach P. Jej syn Erich był w SS. Jeszcze żyje, mieszka wraz z dziećmi i wnukami w Niemczech. Jej córka była tylko o 6 lat młodsza niż moja Oma Lena. Choć ciotka i siostrzenica, wychowywały się praktycznie razem. Jeśli się kochały, była to trudna miłość. Jest cała po Podkowach, mówiła Oma. Tina wyszła za mąż, lecz nigdy nie miała dzieci. Dziś jest złośliwą, zazdrosną i nieszczęśliwą nastolatką w ciele prawie osiemdziesięcioletniej staruszki. Małą dziewczynką, która nie pamięta ojca i ciągle tęskni za mamą.

czwartek, 17 lipca 2008
Policja

Dziś koło południa znalazłam na Praskim Zamku portfel z paszportem, prawem jazdy, kartami ubezpieczeń i kredytowymi, i Bóg wie, czym jeszcze. Bez pieniędzy. Zajrzałam oczywiście do środka i okazało się, że właścielką jest starsza pani, Amerykanka o przekręconym słowiańskim nazwisku. Postanowiłam zanieść rzecz na policję, co też zrobiłam. Posiedziałam z pół godziny kiedy bardzo miły pan policjant spisywał całą zawartość portfela, a na koniec dał mi zaświadczenie o przekazaniu im znaleziska. Powiedział, że przekażą te dokumenty ambasadzie USA. I tyle.

Ale przy okazja taka mnie refleksja ogarnęła, bo idąc na komisariat na Bartolomiejskiej tak jakoś dziwnie się czułam. Tak po kafkowsku winna. Zdałam sobie sprawę, że jest we mnie gdzieś głęboko dziwne przeświadczenie, że policja nie jest od pomagania, ale od oskarżania i bicia niewinnych. Zastanawiam się, skąd się to u licha wzięło? Przecież ja nie mogę pamiętać czasów ZOMO ani nikt u mnie w rodzinie nie miał żadnych nieprzyjemnych doświadczeń z policją. Ja ani przyjemnych ani nieprzyjemnych, bo żadnych. Ale gdzieś w powietrzu w Polsce taka paranoja, umacniana tylko przez filmy o korupcji i lektury o komunistycznych zbrodniach, musi się unosić... Bo inaczej gdzie bym tym nasiąkła?

Bo mi się wydaje, że w innych krajach obywatele ufają policjantom i wiedzą, że oni są po to, żeby chronić. A ja mam gdzieś zakodowane, że policja jest w najlepszym wypadku bezradna, w najgorszym zrobi kozła ofiarnego ze zwykłego człowieka. Rozum mi podpowiada, że to bzdura, żyjemy przecież w wolnej Europie. A jednak kiedy wchodziłam na komisariat na Bartolomiejskiej, przeszedł mnie jakiś dziwny dreszcz. Bo to tu właśnie przesłuchiwano czeskich dysydentów, świecono im lampą w oczy i bito gumowymi pałkami. W czasach stalinowskich i później, za tzw. normalizacji, czyli represyjnych stosunków po inwazji 1968r. W tym właśnie szarym, ponurym gmachu blisko Tesco i Narodni tridy.

No, mam przede wszystkim nadzieję, że ta okradziona pani (bo chyba nie zgubiła portela ot tak?) szybko odzyska swoje papiery, bo wyobrażam sobie, jaki stres musi teraz przeżywać. Mam też nadzieję, że się o tym dowiem, bo w portfelu znalazłam jej wizytówkę i napisałam email. Może wtedy wreszcie nauczę się ufać, że i nasze postkomunistyczne kraje to państwa prawa.

wtorek, 15 lipca 2008
Powrót

Ostatnio kiedy przyjeżdżam na Śląsk, czuję się jak turystka. Patrzę na wszystko innym okiem niż kiedyś. Bardziej świeżym, zdziwionym, czasem przerażonym, czasem zachwyconym. Dziś rano z okna pociągu dostrzegłam ogień na horyzoncie. Nad hałdą unosiła się chmara ptaków, jakby to było pachnące solą morze.

Denerwuje mnie tu wiele rzeczy. Irytują mnie ludzie na ulicach, którzy nie wahają się rzucać głośnych uwag na temat odmiennego stroju/ gorszego roweru/ wszelkiej inności. Tego nie ma w Anglii, ani nawet w Czechach, tam każdy pilnuje własnego nosa.

Śląsk jest brzydki, szary, odrapany, a ludzie wścibscy i nieokrzesani. Ale Śląsk jest też magiczny, jest piękno w tej pokaleczonej ziemi, w tych smutnych domach kolejowych z czerwonej cegły, w tym ogniu nad walcowniami. A każdy z tych ludzi spotykanych na ulicach nosi w sobie swoją własną niepowtarzalną historię. Swoje własne blizny, swoją radość i swój smutek. Nie tylko "literackie" miejsca jak Paryż, Praga czy Barcelona mają swoje legendy. Śląsk też je ma, niezapisane, zapomniane. 

Dziś przypomniała mi się jedna, którą opowiadał mi dziadek. O dziewczynie zamurowanej przez ojca za karę w jednym z domów w Zabrzu. W którym, w jakiej epoce, dlaczego? Nie wiem. Nikt już nie pamięta.

Chciałabym sobie przypomnieć. A jeśli się nie da - wymyśleć na nowo. 

poniedziałek, 14 lipca 2008
Życie jako opowieść

Podczas sesji często opowiadam o trudnych rzeczach, aż w pewnym momencie pojawia się na mej twarzy uśmiech. Czarownik za każdym razem pyta: Co ten uśmiech znaczy? Długo nie wiedziałam, ale teraz już wiem.

Ten uśmiech to dystans. Opowiadam o swoim życiu jakby to była śmieszno-tragiczna historyjka, anegdotka. Tak jest łatwiej. Stoisz trochę z boku i możesz mówić spokojnie nawet o najsmutniejszych rzeczach.

Bohater/bohaterka filmu "Śniadanie na Plutonie" nie bierze niczego na serio. Nawet kiedy chcą go/ją zastrzelić wściekli bojownicy IRA, kiedy go/ją tłuką podejrzliwi policjanci, Patrick nie przestaje się wygłupiać, odgrywać pewnej roli, aż w końcu napastnicy zawsze dają spokój, uznając go za szaleńca. Swoje pełne cierpienia życie przerabia nieustannie na opowieść o Patricii Kitten (po wymyślonej św. Kitten, czyli Kociątka), która szuka matki i przechodzi różne perypetie.

Kiedy ktoś go wprost pyta, dlaczego ciągle się śmieje i niczego nie bierze na serio, Patrick odpowiada, że robi to, aby nie płakać. Śmiech chroni przed bólem.

Bo kiedy się mówi na serio, to boli bardzo bardzo. Złe rzeczy przestają być historyjką, a stają się przeżyciem. Najtrudniejsze emocje wracają, jakby nigdy nie zostały zepchnięte, jakby nigdy nie zamieniły się w anegdotkę.

Będę musiała na jakiś czas odrzucić ochronny uśmiech-maskę. Na szczęście nie w życiu i nie na blogu. Tu będę nadal opowiadała tylko historie. Aż historie.

 

10:15, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers