O podróżach dalekich i bliskich
środa, 29 sierpnia 2007
Czeski film w Kolumbii z Polką w roli głównej:)

Dzięki dobrym radom Zwierza udało mi się dziś zadebiutować z wklejaniem filmów na tej stronie! Niech Was nie zmyli tytuł (Cali sex:)), nie jest to żadne porno, ale fragment popularnego programu satyrycznego "El siguiente programa", w którym dwaj bliżej mi nieznani rysunkowi goście głośno komentują i wyśmiewają się z co większych żenad, jakie nadają kolumbijskie telewizje. I tu niespodzianka: w poniższym odcinku pojawił się polski akcent! Zobaczcie sami - interesujący nas fragment zaczyna się dopiero gdzieś w 3 minucie, a miejscem akcji jest jakiś lokalny konkurs na Miss Kawy:

 


Co tam robiła Miss Polonia, pozostanie na zawsze zagadką... Ale miło, że polska kultura zdobywa Amerykę Łacińską! I że ambasadorzy reprezentują co się da i gdzie się da....:)
16:58, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Trzymam kciuki za Cháveza

Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek napiszę takie słowa. A jednak. Najnowsza Semana w artukule "El libertador" przynosi wieści, że prezydent Wenezueli Hugo Chávez postanowił wykazać się tam, gdzie tylu przed nim połamało sobie zęby (łącznie z rządem Francji, Hiszpanii, a nawet Szwajcarii) - na polu negocjacji między władzami Kolumbii i partyzantami FARC w sprawie tzw. wymiany humanitarnej.

Jest to pod wieloma względami wręcz genialne posunięcie, a Chávez nadaje się do roli mediatora idealnie. Jakkolwiek by człowiek śledzący sytuację w Wenezueli nie uważał go za populistę i nadętego bufona o złych manierach (słyszałam, że podobno przy jakimś oficjalnym spotkaniu z królową angielską cmokał ją w policzki jak starą kumpelę:)), to jednak musi przyznać, że trudno o większy autorytet w regionie. To demokratycznie wybrany prezydent, ma w ręku ogromną ekonomiczną potęgę (ropa), więc Uribe musi z nim rozmawiać. A z drugiej strony Chávez ma też bardzo dużo kontaktów w lewicowym świecie, od Kuby poczynając, na FARC kończąc, więc dobry kontakt z partyzantami nie powinien być problemem. Jego międzynarodowy autorytet mógłby zmusić obie strony konfliktu do rozmów i ustępstw. Zwłaszcza, że Chávez to jeden z niewielu polityków, których nawet władze Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii darzą szacunkiem.

Jeśli by mu się udało doprowadzić do kompromisu, który zadowoli obie strony, wszyscy na tym skorzystają. O bliskich ofiar, (jak np. profesor Moncayo, o którym niedawno pisałam) oraz samych secuestrados nie trzeba nawet wspominać. Sam Chávez, który uwielbia się kreować na nowego Simóna Bolívara, wygrałby prestiż i wdzięczność tysięcy ludzi, odwróciłby uwagę od różnych skandali swego rządu, oraz obróciłby oskarżenia o ciche popieranie guerrilleros na swoją korzyść. Że FARC skorzysta, to niestety nie jest nic dobrego, ale i oni, i rząd pokażą, że są zdolni do dialogu. To może być jakieś przełamanie lodów i może jakiś cień nadziei na pokój.

Chávez spotka się z Alvaro Uribe w przyszły piątek w Bogocie. Jak pisze dziennikarz Semany, "nie" dla umowy humanitarnej ze strony kolumbijskiego rządu jeszcze nigdy nie było tak nieugięte. Z drugiej strony jest prawdą, że żądania partyzantów dotyczące stworzenia strefy zdemilitaryzowanej są zbyt wielkie, i w żaden sposób nie powinny zostać spełnione (już kiedyś taka strefa została utworzona i w praktyce oznaczała pole do niczym niezakłóconych ćwiczeń wojskowych FARC). Ale z trzeciej strony wydarzenia takie, jak śmierć (nieważne czy przypadkowa czy nie) jedenastu przetrzymywanych od lat posłów pokazują, że nie można już dłużej bezczynnie przyglądać się cierpieniom ofiar i ich rodzin. To, że Cháveza czeka niezwykle trudne zadanie, to mało powiedziane. Musi wymyśleć coś nowego, nową formę kompromisu, która zbliżyłaby strony konfliktu.

Dlatego jeśli udałaby mu się ta kaskaderska sztuka rozwiązania jednego z najbardziej zasuplonych węzłów gordyjskich kontynentu (przynajmniej na jakiś czas), to serio: ściągam kapelusz przed pułkownikiem. Ale oczywiście pożyjemy, zobaczymy. Z tym, że jeśli Chávez tego nie dokona, to już chyba nikt.

wtorek, 21 sierpnia 2007
Polacy wstydzą się swego pochodzenia?

Artykuły na o2 są czasami bardzo różnorodnej jakości, ale ten mnie zainteresował. Bo traktuje o czymś, od czego ja jestem jakoś bardzo daleko (nie tylko geograficznie). W artykule chodzi mianowicie o to, że w Polsce ostatnimi czasy istnieje podział na jakieś pseudointelektualne nowe elity oraz całą masę "aspirantów" z przysłowiowego Podlasia, którzy wstydzą się swojego pochodzenia i za wszelką cenę chcą jakieś szczeble "drabiny społecznej" pokonywać. Więc dwoją się i troją, by było widać, że oni już nie z żadnej dziury, tylko elita: modne knajpy, weekendy w Zakopcu, przedrożone mieszkania na strzeżonych osiedlach ze strażnikiem...

Ludzie! Czy tak właśnie jest w Warszawie czy innych wielkich polskich miastach? Ja tej mody na strzeżone osiedla nie mogę zrozumieć i w żadnym wypadku bym nie chciała takiego odizolowanego domu czy mieszkania. Ok, zgadzam się, w takiej Bogocie zamykanie się za wysokimi murami oraz anektowanie przestrzeni publicznej na własne egoistyczne potrzeby ma swoje uzasadnienie. Ale w Polsce tym uzasadnieniem mogą być chyba tylko chore obsesje, no i snobizm. No chyba, że ja w czasie tej mojej czeskiej emigracji coś przeoczyłam, i w Warszawie wyrosły slumsy, a na skrzyżowaniach się strzela...

Bo tu w Czechach takich tendencji mimo wszystko nie zauważyłam. Nie w takim stopniu. Nikt się nie wstydzi swojego pochodzenia, przynajmniej nie w kręgu ludzi, których znam. Co prawda istnieje taka żartobliwa (mniej lub bardziej) rywalizacja między "prażakami" i "moravakami", ale żadnemu z tych ostatnich by nie przyszło do głowy skrywać czy wstydzić się, że na weekend jeździ do tej swojej dziury, czyli do rodzinnego domu. Moravacy są dumni z tej swojej Ostravy albo Otrokovic, ze swego języka, który jest bardziej poprawny i "czysty" niż praski dialekt. Większość menedżerów z mojej firmy, choć pracują w Pradze, nadal uparcie dojeżdżają ze swych zadupi, gdzie mają rodziny, i nie mają najmiejszej ochoty się przeprowadzać do stolicy. A ci, którzy się przeprowadzili, jak jeden mąż deklarują, że wrócą.

To samo dotyczy strzeżonych osiedli. Jasne, że od czasu do czasu nowiutkie bloki są otaczane płotem, a między nimi mieszkańcy mają wspólny ogród i piaskownice dla dzieci. "Intruza" od tego dzieli tylko zamykana na noc furtka. Wszystko w granicach rozsądku. Czy w Polsce jest większa przestępczość niż w Czechach? Nie sądzę.

Oczywiście, że na wakacje Czesi, podobnie jak Polacy, wybierają modne kurorty w Turcji, Grecji czy ostatnio Dominikanie. Ale jakoś tak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeżdżą tam naprawdę żeby odpocząć od pracy i się opalić, a nie żeby się "pokazać". A wielu wybiera rowery na Szumawie, choć stać by ich było na Kanary, i nie jest to żaden powód do wstydu.

Jest w tym też oczywiście ten czeski słynny pragmatyzm, brak manii wielkości, to zadowolenie z przynależności do klasy średniej i pragnienie w niej pozostania. Typowy Czech to wcielenie anty-arystokraty, a jego marzenia są wyłącznie materialne i w sumie bardzo przeciętne. Jakieś zewnętrzne znaki "elitarności", jak pochodzenie, go nie obchodzą. Najważniejsze to przecież nazbierać na domek i telewizję plazmową.

Małość? Ograniczenie? Zły gust? Być może. Ale ja jednak wolę tę śmieszną małość od polskiej megalomanii. Bo choć ten artykuł wydał mi się przesadzony (mam wielką nadzieję, że tak jest), to coś jednak z zasady "zastaw się, a postaw się" w mych rodakach ciągle widzę.

16:33, la_polaquita , polonia
Link Komentarze (2) »
środa, 15 sierpnia 2007
Neil Gaiman - I like this guy!

Do Gaimana dotarłam poprzez rewelacyjnego Sandmana, który wpadł w me ręce w jedynej w swoim rodzaju torontskiej komiksowo-giernej dziurze o wdzięcznej nazwie Hairy Tarantula. (To po sufit zapchane gadżetami miejsce, w którym nas obsługiwał najprawdziwszy androgyn gadający z prędkością karabinu maszynowego, jak również nasza mała gierna pasja zasługują na osobny wpis. Może kiedyś się uda:)) Sandman to w sumie jedyny "poważny" komiks, który przeczytałam za ostatnich 10 lat, ale za to jaki! Ciągle mi jeszcze kilku odcinków brakuje, ale mam wielką nadzieję uzupełnić zapasy w Glasgow. Ale wracając do Neila, nie wiedziałam, że pisze tez powieści, ale kiedy to odkryłam, od razu połknęłam trzy: mroczną bajkę dla dzieci Coraline (Koralina), pełne humoru urban fantasy Neverwhere (Nigdziebądź), oraz napisaną wraz z Terrym Prachettem Good Omens: The Nice and Accurate Prophecies of Agnes Nutter, Witch (Dobry Omen).

Wszystkie książki: rewelacja! Wielka szkoda, że tego gościa nie znałam w czasach już dość odległej epoki mego nastolactwa, kiedy to zaczytywałam się Diuną, Ursulą K. LeGuin, Tolkienem oraz inną, raz lepszą a raz gorszą fantasy. Zakochałabym się jak dwa a dwa... Choć na dobrą sprawę to on chyba wtedy dopiero jako pisarz raczkował, bo całkiem młody przecież chłopak jest:).

Ale do rzeczy: Nigdziebądź i Coraline to piękne i mroczne baśnie, które będą się podobać każdemu, nie tylko miłośnikom fantasy. Bohaterem pierwszej książki jest fajtłapowaty Richard, Szkot pracujący w jakimś londyńskim biurze, który z powodu swego dobrego serca dostaje się do niezłych kłopotów. Bo wyobraźcie sobie, że nagle stajecie się niewidzialni dla całego waszego świata: narzeczona ledwo pamięta wasze imię, w pracy właśnie wynoszą wasze biurko, karty kredytowe nie działają, taksówki się nie zatrzymują, a do mieszkania wprowadzają się nowi lokatorzy! Cały ten koszmar, który przeżywa Richard spowodowany jest tym, że pomagając nieszczęśliwej uciekinierce Door, musiał wejść do tajemniczego "Londynu Pod", i ten właśnie inny "wymiar" wchłonął jego jestestwo. Teraz Richard nie ma wyboru - musi się w tym dziwnym i dość niebezpiecznym świecie jakoś odnaleźć, a następnie przejść wielką inicjacyjną przemianę: zmierzyć się z samym sobą oraz ze swymi marzeniami o powrocie do swego małego spokojnego życia... A poza Richardem pałętają się po tej książce całe rzesze arcyciekawej gawiedzi: prawdziwe anioły pamiętające czasy Atlantydy, demoniczni płatni mordercy, szczuromówcy, Ludzie Kanałów, i mnóstwo innych. Akcja leci wartko, a język jest na tyle prosty, że nawet taka noga jak ja dała radę po angielsku przeczytać:).

Coraline z kolei to niby bajka dla dzieci, nowa Alicja w Krajinie Czarów, ale podobnie jak ta ostatnia chyba znajdzie więcej czytelników wśród dorosłych... Choć od początku czytelnik czuje, że Coraline swoją batalię ze wstrętną "Inną Matką" wygra, to jednak dreszczyk strachu jest i dzieciaki by mogły mieć złe sny. Całość jest w swej prostocie skomponowana i opowiedziana bez jednego fałszywego tonu. Coraline przechodzi przez zamurowane drzwi do tajemniczego świata, który jest lustrzanym (choć trochę krzywym) odbiciem jej domu i ogrodu wraz z mieszkańcami. Twórczynią tego świata-pułapki jest zachłanna i żarłoczna Inna Matka z guzikami zamiast oczu, która lubi wysysać ze złapanych dzieci dusze... Lubi też igrać ze swymi ofiarami, i dlatego przyjmuje wyzwanie Coraline, żeby zagrać grę o wysoką stawkę. Dla dziewczynki to jedyna szansa by ocalić swych uwięzionych rodziców. Prawdziwy horror dla dzieci, z silną i mądrą bohaterką. Polecam, choć pięciolatkom bym tego nie czytała:)

Wreszcie Dobry Omen - pełna humoru parodia filmów o na wskroś złym Damienie, oraz innych Egzorcystów. Chyba bardziej w stylu Terrygo Prachetta niż Gaimana, choć w sumie ma dobre strony obydwu: prachetowski cięty ironiczny język pełen pop-kulturowych odniesień, i trochę Gaimanowskiego mroku - w końcu chodzi o koniec świata... Bohaterów jest tradycyjnie cała prześwietna gama: bardzo przyziemne demony i anioły, całkiem sympatyczny Antychryst, piękne wiedźmy i tępi inkwizytorzy, satanistyczne zakonnice, Czterech Motocyklistów (sic!) Apokalipsy... i co tylko sobie człowiek wymarzy.

O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers