O podróżach dalekich i bliskich
niedziela, 31 sierpnia 2008
Białe klify w Dover

Kocham morze. Nawet to angielskie, zimne. White Cliffs of Dover zrobiły na naszych gościach z Czech i na nas samych ogromne wrażenie. Mokre białe skały, ukośne światło, wicher, czarno-bazaltowa plaża, szalone fale, opryskany wodą Chiquito. Zresztą co będę opisywać, zobaczcie sami.

dover

dover

dover

Dover

dover

dover

Pani fotografuje się na plaży. 

dover

Pocałunek nad przepaścią:). Ale nie martwcie się, miała dwa metry nie więcej;)

dover

nasi przyjaciele

Nasi przyjaciele :)

my Dover

Zasłużony odpoczynek po długiej wędrówce po skalnych schodach.

krolik

Króliczek. Pierwszy, jakiego udało mi się sfotografować. A jest ich w Anglii tyle! Są jednak strasznie płochliwe i trzeba pstrykać z dużej odległości. Ja chcę lepszy obiektyw, buu...

12:35, la_polaquita , england
Link Komentarze (12) »
Dziś w nocy znów mi się śnili.

Duży i ciężki staruszek Jack, który był kiedyś trenerem pływania i który nie umie wypowiedzieć mojego imienia, choć bardzo się stara. Teraz po udarze jest niemal całkiem unieruchomiony i trzeba go „hoistować”, czyli używając specjalnego dźwigu, przenosić z łóżka na wózek i odwrotnie.

Baronowa Jeannie, jedna z najbardziej sprawnych, ale za to najbardziej zakręconych, która ze swoich chodzikiem podąża sama nie wie gdzie i ciągle trzeba zawracać ją do jej pokoju.

Malutka Gertie, która mi z wyglądu strasznie przypomina Omę Lenę. Ciągle pyta jaki jest dzień i jest strasznie negatywna. Chce umrzeć. Na pytanie „Co chcesz do picia, Gertie?” – odpowiada z poważną miną: „Truciznę”.

I wreszcie Mary, która nie opuszcza łóżka, niewiele mówi, trzeba ją co dwie godziny przewracać na drugi bok, kremować, podpierać tysiącem poduszek w bardzo specjalny sposób (chyba jeszcze trochę czasu upłynie, zanim to opanuję). Mary to ulubiona staruszka pewnej przemiłej Polki, która też tu pracuje. Ulubiona, bo dziewczyna chodzi z jej wnuczkiem. Mary, która razem z resztą rodziny maczała głęboko palce w wyswataniu młodych, pyta często P.: „Kochasz go jeszcze?”. I dziewczyna zapewnia, że oczywiście i całuje babcię w czoło.

Zapełnili moje sny, bo i na jawie mam ich pełną głowę. Za dużo wrażeń było w zeszłym tygodniu, za dużo na raz. Zaczęłam pracę w pobliskim domu opieki jako care assisstant. Na razie się uczę, przechodzę niekończące szkolenia BHP i przeciwpożarowe, obserwuję, pomagam. Uczę się imion staruszków, ich indywidualnych potrzeb, kto co je, kogo trzeba karmić, kto na przenośną toaletę, kto na zwykłą, kto jeszcze parę kroczków robi, na kogo tylko z hoistem, kto ma zamotany umysł, kto jest miły, a kto bardzo trudny. Wszystko trzeba robić szybko, sprawnie. Sporo do nauczenia. Głowa kwadratowa.

Nie będzie to łatwa praca. Może mogłam próbować "szukać czegoś lepszego", jak to robią dziewczyny Czechów, którzy są tu na kontrakcie razem z Chiquitem. Jedna znalazła - w marketingu. Druga, personalistka, szuka już ponad pół roku. Może to źle, że ja nie mam ambicji. Ale nie chcę znowu dać się zamknąć się w biurze, a innego pomysłu na życie nie mam. Więc na razie niech będą staruszkowie.

10:52, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (10) »
środa, 20 sierpnia 2008
Telewizja

Przeczytałam dziś interesujący artykuł w Wyborczej o modzie na nieposiadanie telewizora.

Zebrało mi się na refleksję na ten temat także dlatego, że akurat dziś znalazłam w skrzynce rachunek z TV Licensing na opłatę telewizyjną w wysokości 139 funtów. A wszystko dlatego, że Chiquitowi zachciało się kupować kartę telewizyjną do kompa, która zresztą odbiera fatalnie i wypróbowaliśmy ją tylko raz! Aż mi się zgrzytać zębami chce, ale prawda jest taka, że stosunek Chiquita do telewizji jest dużo bardziej pozytywny niż mój. Ma też bardzo pozytywny stosunek do olimpiady i żadne argumenty o Tybecie nie są go w stanie przekonać... 

A ja nie posiadam i nie oglądam telewizji od ponad 6 lat, czyli odkąd wyprowadziłam się z domu. Nigdy mi jej nie brakowało, choć co ciekawe, w rodzinnym gnieździe byłam uważana za nałogowego telemaniaka. Teraz już wiem, że przerzucałam te cztery kanały całymi popołudniami żeby odgrodzić się od rodzinnych kłótni i niesnasek, żeby zapomnieć i otępić się. Telewizja nadaje się do tego idealnie.

Na pewno nie należę do opisanych w artykule wojujących przeciwników telewizji, albo do grupy snobów, którzy nie posiadają telewizora, bo to niby cechuje prawdziwych "intelektualistów". Po prostu najzwyczajniej w świecie oferta telewizyjna mnie nie interesuje. Uważam, że telewizja straszliwie zjada czas, który możnaby poświęcić na rozmowę, spacer albo książkę. Nie potrzebuję jej do szczęścia. A przy tym jakoś tak wychodzi, że tego opisywanego "poczucia wspólnoty"chyba nie tracę całkiem, bo dzięki internetowi dobrze wiem, jakie seriale są obecnie na topie, widziałam online przezabawny "39 i pół", dałam się po uszy wciągnąć w "Lost", obejrzałam wszytkie 6 sezonów "Sopranos" w dwa miesiące. Lubię aktywny wybór, na jaki pozwala internet, kino, dvd. Ale zdaję sobie sprawę, że telewizja to nie tylko sieczka dla mas. Bo przecież w ostatnim wynajętym mieszkaniu w Pradze mieliśmy przez tydzień tv dopóki nie wysiadła antena (nie naprawialiśmy), i na CT2 widziałam program o muzeum spirytyzmu w Novej Pace i w zeszłym tygodniu je odwiedziliśmy! W Szkocji udało mi się obejrzeć fascynujący film dokumnetalny o handlu dziećmi w Chinach. Nie mogę odżałować, że z powodu nie posiadania telewizji ominął mnie wspaniały cykl Małżeńskich Etiud Heleny Trestikovej, które opisała Agradabla tu. A jednak... nie chcę wracać do posiadania odbiornika.  Nie cierpię pokojów dziennych zorientowanych całkowicie na, jak to soczyście nazwano w artykule, "gadający kominek". Kiedy jem, chcę patrzeć w twarz drugiej osoby, a nie w latające obrazki. Denerwuje mnie, kiedy u znajomych ludzie jedynie ściszają telewizor rozmawiając z przybyłymi. Albo wyłączają głos. Wzrok nieświadomie i tak cały czas zmierza w kierunku ekranu. Dlaczego tego pudła nie można wyłączyć? Dlaczego nie można posłuchać ciszy albo muzyki? 

W komentarzach pod artykułem ktoś napisał: Czytam niektóre opinie i odnoszę dziwne wrażenie, że biorę udział w sesji terapeutycznej anonimowych telemaniaków, którzy z dumą i poczuciem satysfakcji wynikającej z przezwyciężenia nałogu.

Coś w tym jest. Dla mnie przynajmniej. Co ja się w moim nasto- i postnastoletnim życiu naoglądałam bigbrotherów i takiej sieczki, że się w głowie nie mieści. Dlatego mimo wszystko, mimo tego, że jest National Geografic i Discovery i Historical Channel, nie chcę mieć telewizji. W ten jeden wieczór, kiedy włączyliśmy wspomnianą na samym początku kartę telewizyjną, dałam się wciągnąć w jakiś reality show podobny do Apprentice. Zmarnowałam na tę nic mi nie dającą gadaninę całą godzinę mojego krótkiego życia. Nie, nie i jeszcze raz nie.

wtorek, 19 sierpnia 2008
Cukinia i wspominki

cukinia

Wróciłam, a tu na balkonie taka niespodzianka! Nie tylko angielskie deszcze nie zawiodły i moje ziółka nie zginęły marnie, ale rozrosły się jak się patrzy, a moja cukinia zakwitła i nawet maleńkie warzywo już rośnie!

W Czechach było fajnie, jak zawsze. Tę objazdówkę samochodem planowałam i czekałam na nią już chyba z pół roku. Nie dlatego, że miała być Słowenia czy Chorwacja, czy Węgry, z czego i tak nic nie wyszło. Najpiękniejsze zabytki czy zapierająca w persi dech przyroda niewiele jest dla mnie warta bez ludzi bliskich sercu obok mnie. Więc dlatego tak się cieszyłam, bo mieliśmy jechać razem, cała nasza czwórka, Dziubdziuby i Kochusie (czyli my, taką ksywę mamy:)), wygłupiać się, pić piwo, kąpać w jeziorkach, łazić po skałkach, a czasem się kłócić;). Wyszło wszystko prócz tych jeziorek, bo mi się pochorowało, a pogoda było średnia. Ale byliśmy razem, i tylko to się liczy.

A teraz trzeba wrócić do rzeczywistości. Wrócić tutaj. Chyba już wiem, dlaczego mi się w tej Anglii tak jakoś średnio podoba. Bo tak daleko do Polski. Do tych, których najbardziej kocham.

 

12:24, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (9) »
MOSKWA

Dowództwo zatrzymało się u Bytomskich. Kapitan Dymitrij Pawlenko zajął ze swymi ludźmi izbę. Lena patrzyła ze strachem, jak opierają broń o ścianę, zrzucają z ramion plecaki. Radziecka dywizja czołgowa postanowiła spędzić noc w P.

Kpt. Pawlenko poprawnym niemieckim kazał dziewczynie podejść. Co miała robić, przełknęła ślinę i zrobiła dwa kroki w jego kierunku. Dobrze wiedziała, co wyprawiają Rusy w innych wsiach. Fater kazali jej iść na strych, kiedy do wsi wjeżdżały czołgi, ale ciekawość zwyciężyła i Lena nie zdążyła się zamknąć. Kiedy rozległo się mocne walenie w drzwi, było już za późno.

Ale tak naprawdę Lena chyba tak nie do końca wierzyła, że coś złego może ją spotkać. A teraz żołądek podszedł jej do gardła.

- Zdejmij te prześcieradła, panienko – powiedział tymczasem Rosjanin całkiem poprawnym niemieckim – patrz na nas, lepimy się od brudu. Wszystko byśmy umazali.

Lena nie mogła się nie uśmiechnąć. Coś takiego! Rus i dba o porządek! I mówi po niemiecku! I jaki gryfny kawaler!

Oficer, wysoki i z blond grzywą pokazał w uśmiechu cały rząd zdrowych białych zębów, i jeden złoty. Wieczorem Lena zrobiła kartofli z kapustą i kawałkami kury, i poczęstowała żołnierzy. Fater Bytomski wyciągnął domowy bimber, który destylował z buraków. Mężczyźni wychylili kieliszki, Lena tylko umoczyła usta.

- Pij pij! – zachęcał ją Mitia, który zmusił ją do przejścia na ty. Po latach nie będzie pamiętać ani jego nazwiska, ani imienia. Ale jego uśmiechu – nie zapomni.

Ojciec nie wytrzymywał tempa Rosjan i kiwał się już na krześle, kiedy Lena wyszła na podwórko. Kiedy wracała z ustępu, Rus złapał ją w pasie i wciągnął za węgieł. Mało nie krzyknęła, tak się wystraszyła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Wcale się nie bała.

- Chciałbym ci ukraść całusa – powiedział oficer i znowu roztoczył przed nią swój zniewalający, chłopięcy uśmiech. – Idziemy na Berlin, ale jak wrócę, zabiorę cię do Moskwy. Jechałabyś ze mną?

Lena, sama nie wiedząc co robi, skinęła głową. Była chłodna noc, ale niezwykłość tej chwili sprawiła, że było jej strasznie gorąco. Rus ukradł swojego całusa.

Potem siedli razem na progu, Lena przyniosła sobie jaklę i okryła plecy. Fater chrapał na stole, pozostali na siennikach i na ławie. W garnku po bimbrze świeciło dno. Mitia palił papierosa i patrzył w niebo. Opowiadał o Moskwie, o swej mamie i siostrach. Trochę mylił przypadki i czasem nie dało się go zrozumieć, ale Lena mu to wybaczała. W zimie lubił jeździć na łyżwach. W lecie rwać dzikie czereśnie. Grał na akordeonie, ale podczas walk akordeon przepadł. Opowiadał o Moskwie, o pełnym życia mieście.

- Pojedziesz? – upewniał się.

- Pojadę. – odpowiedziała.

- W takim razie mam powód, żeby wrócić. Porwę cię. – roześmiał się, i nie wiedziała, czy to z jego strony taki gorzki żart, czy mówił poważnie.

Żołnierze wyruszyli wczesnym rankiem. Już żadnych całusów na pożegnanie. Jeszcze tylko przeprosili za brud w izbie i załadowali się do czołgu. Kiedy ruszali, Lena stała u płotu i czekała, i tak, zawadiacki oficer wychynął głowę z włazu. Pomachał. Ostatni raz.

- Gdyby wrócił, pojechałabyś? – pytałam parę lat temu, kiedy znowu nastał wieczór wspominek i opowiadania starych historyjek.

- Chyba nie... – Kręciła głową Oma – boła bych sie ty Moskwy...

Ale uśmiechała się przy tym, a w jej szarych oczach pojawiała się młodzieńcza iskra. Taka sama, jaka musiała błyszczeć w jej źrenicach wtedy, dawno temu, kiedy młody Rosjanin uśmiechał się do niej swym chłopięcym uśmiechem. Stare marzenia, jak motyle.

sobota, 09 sierpnia 2008
Dziennik szalonego starca

Czegoś takiego jeszcze nie czytałam! Zdaje się, że japoński autor Junichiro Tanizaki łamie jakieś spore tabu. A może opowieści o seksualnych tęsknotach starych ludzi są w japońskiej literaturze normalne?

Po opisie na tylnej stronie okładki szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Schematu w stylu "teść potajemnie i platonicznie wielbi synową o złotym sercu i broni przed mężem, który źle ją traktuje". Nic bardziej mylnego. Teść rzeczywiście wielbi swoją synową, ale bynajmniej nie platonicznie. Syn jest żonie całkiem podporządkowany, a poza tym interesuje go tylko praca. A synowa to nie żaden aniołek - to pewna siebie, nowoczesna Japonka, która dla kaprysu nie waha się wyłudzić od starca równowartość całego domu na pierścionek z kamieniem "tygrysie oko". Stary nie ukrywa bowiem przed nią, jak bardzo ma na nią ochotę - ochotę nie spełnialną z powodu impotencji - a kobieta, choć z lekkim obrzydzeniem, podejmuje grę. Podniecenie, które w nim wywołuje owa gra w całowanie kawałeczków jej ciała (starzec szczególnie uwielbia jej stopy) jest całkiem groźna dla jego wysokiego ciśnienia. Ale nasz bohater, który i tak stoi nad grobem, niczym się nie przejmuje, a nawet niczego nie ukrywa. Ma gdzieś oburzone spojrzenia żony i córek, których zresztą nie lubi i do oczu im to mówi. Jest jak złośliwy stary troll dla swojej rodziny, troll, który ma tylko jedną boginię. Co więcej, jej fochy i złośliwości sprawiają mu perwersyjną radość. Jak sam przyznaje, lubi "złe" kobiety, o ile są piękne. A po śmierci pragnie mieć odcisk stóp synowej na nagrobku, aby deptała po nim na wieczność!

Wszyscy bohaterzy "Dzienniku" mają wiele słabości, są bardzo ludzcy, a przy tej całej ich niedoskonałości rozbrajająco szczerzy i nawet sympatyczni. Tanizaki zaskakuje na każdym kroku i nie boi się niczego. Łamie jedno z tych tabu, które w naszej kulturze cały czas jeszcze pokutują - seksualność starych ludzi. W wersji nieuładzonej, bardzo prawdziwej.

A może Wy znacie jakąś książkę/film/dzieło sztuki które też podejmuje ten temat? Bo mi już nic do głowy nie przychodzi, poza pewną wystawą fotografii nagich starych ludzi, którą lata temu widziałam w Pradze, ale nazwiska autora już nie pamiętam. Zresztą w odróżnieniu od "Dziennika", który jest świetną, ironiczną i zabawną lekturą, ta wystawa była tylko "kontrowersyjna". A to trochę mało.

piątek, 08 sierpnia 2008
Węzeł gordyjski mojego życia

W ramach czyszczenia mojego życia ze starych nierozwiązanych spraw, które do dziś wiszą mi nad głową jak miecz obosieczny i przyprawiają o palpitacje serca na samo wspomnienie, powoli dojrzewam do myśli zabrania papierów z Uniwersytetu Karola.

Jest mi tak strasznie przykro z tego powodu. Nie-piszę już ten doktorat już od pięciu lat. Przez tych pięc lat zmusiłam siebie do wykrzesania tylko paru chaotycznych stronic, akurat tyle by mnie przy corocznej ocenie promotor nie wyrzucił. Właściwie to od początku była pomyłka. Kiedy postanowiłam zostać w Pradze nie wyobrażałam sobie innej drogi, niż tu studiować. Dostałam się na UK tak naprawdę tylko po to, żeby dostać stypendium, akademik i móc zostać. Nawet przez myśl mi nie przeszło wtedy, że może mogłam rozegrać to wtedy inaczej, szukać pracy np. Nie wyobrażałam sobie, że ktoś mógłby mnie zatrudnić. Umiałam tylko studiować, i tak się stałam "zawodowym studentem" na następnych kilka lat.

A w międzyczasie wszystko poukładało się inaczej, znalazłam pracę, wyprowadziliśmy się z akademika z Chiquitem do naszego pierwszego mieszkanka na Smichovie, a te studia schodziły coraz bardziej na drugi plan i coraz mniej mnie obchodziły. Ale walczyłam, bo jak to tak - zrezygnować? Porażka. Wstyd. Ostatni zryw tej walki to był wyjazd do Glasgow. Myślałam, że będąc wreszcie sama, nie musząc pracować, otoczona "naukową" atmosferą wreszcie napiszę tę pracę. Nie napisałam ani jednego słowa. 

Udowodniło mi to tylko jedno, że od początku to był chybiony pomysł. Nie mam do tego ani krztyny wewnętrznego przekonania, entuzjamu. Żle się czuję na akademickim gruncie, lubię dyskutować o literaturze z innymi czytelnikami (tak jak to robię teraz na moim i Waszych blogach:)), ale nie z tymi super-mądrymi doktorantami. Nie lubię tego akademickiego rozbierania tematu na czynniki pierwsze. Nie umiem tak. Czuję się gorsza, głupsza na takich dyskusjach. Nie umiem powiedzieć nic mądrego. Po prostu absolutnie nie widzę się robiącą jakąś akademicką karierę. Ja wolę pisać inaczej, operować metaforą, a nie metodologiczną precyzją. No nie nadaję się po prostu. Tak sądzę. Choć wiem, że przy wielkim wysiłku mogłabym. Tylko po co?

Nawet mój temat wewnętrznie tak naprawdę mnie nie obchodzi. Został mi wymyślony przez pewnego bardzo pomonego doktora, z którym miałam zajęcia (na moją prośbę, bo sama nie wiedziałam co chcę pisać). Dopiero teraz widzę, że przy najlepszych chęciach on to wymyślił pod siebie, pod swoje zainteresowania. Ja nie jestem w stanie tego pisać. Nie wiem nawet jak to ugryźć. Pomyłka od początku.

Zmienić temat po pięciu latach? Bez sensu. A nawet nie wiem, tak samo jak na początku, co by mnie bardziej interesowało. Nie mam serca do tego, ani motywacji, męczę się tylko na tych studiach. Nie mam też żadnej motywacji "zewnętrznej". Zawodowo doktorat z bohemistyki nic mi nie da, o ile nie planuję szukać etatu na uczelniach. A nie planuję.

Ale, choć jestem teraz w Pradze, nie potrafiłam się zdobyć, żeby iść do dziekanatu i radykalnie to przerwać, zabrać papiery. brzuch mnie boli na samą myśl. To jak oficjalnie przyznanie się do klęski. Chyba dlatego teraz się z tego wypisuję na blogu. 

Nie wiem co zrobić (albo raczej wiem, ale nie umiem się zdobyć). Ciągnę te studia jak przechodzoną grypę. Dało mi to sporo korzyści - stypendium, akademik, ostatnio wyjazd. Tym bardziej mi tak okropnie przykro, tak wstyd, że tyle we mnie zainwestowano, ale ja to wszystko zmarnowałam. Dlatego już od pięciu lat ciągnę to jak nieudane małżeństwo. Niezdolna pisać, ale i niezdolna zerwać. Ludzie o to pytają "jak ci idą studia?" Nienawidzę tych pytań. Nie wiem co odpowiadać, bo przypomina mi to tylko o tym nierozwiązanej kwestii, o tym węzle gordyjskim mojego życia. 

Przepraszam za taki terapeutyczno-chaotyczny wpis dzisiaj. Męczy mnie to strasznie. Jutro wyjeżdżamy w naszą objazdową trasę po południowych Morawach i Czechach. I znowu będzie wymówka - nie odwiedzę dziekanatu. Odłożę wyrok (a może bolesne wyrwanie się na wolność?) o kolejne dni, tygodnie. Znowu zapomnę i będę wesoła, tak jak zawsze zapominam, ale niestety problemy się przez to nie rozwiązują same, są i stają się jeszcze bardziej palące.  

12:00, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (19) »
wtorek, 05 sierpnia 2008
Camden Town

Londyn już chyba zawsze będzie kojarzyć mi się z zaglądaniem w głąb siebie samej.

A także z feerią barw i najbardziej odlotowymi klimatami, jakie można sobie wyobrazić! Po zwiedzaniu napuszonych budowli królewskiego Whitehall albo gorączkowego, rozbieganego City, okolice takie jak multikulturalne, a jednocześnie strasznie swojskie Bloomsbury (które pokazała mi Chihiro, a przedtem wspaniale opisała tu:)), albo luzacki, punkerski Camden Town, są jak łyk świeżego powietrza. Londyn jest właśnie w tym wspaniały - dla każdego znajdzie się coś miłego. Nie na darmo Samuel Johnson już dawno temu wypowiedział swoje słynne zdanie: "Who is tired of London, is tired of life".

Dziś, z braku natchnienia na bardziej "pisaną" notkę wklejam zdjęcia totalnie odlecianych i inspirujących fasad domów i sklepów w Camden Town.

Znam w Polsce kilka osób, którym by klimacik w Camden bardzo podszedł! I im dedykuję ten wpis;)

camedn town

camden town

camden town

camden town

camden town

camden town

camden town

camden town

camden town

pancury v Camden Town

Rasowe pancury wygrzewają się w słoneczku... Total luzik :) Taki właśnie jest Camden.

camden town

Nigdy nie zapomnę naszej pierwszej wizyty w Camden - trzy lata temu, pewnego bardzo wietrznego i zimnego marcowego dnia. Zabrała nas tam do pubu siostra naszej gospodyni (niesamowitej osoby zresztą, jeszcze o niej napiszę). Już po pierwszym piwie ludzie zaczęli nam mówić, że czują się jakby nas znali od lat! Szkoda, że musieliśmy uciekać, wykończeni po całodziennym intensywnym zwiedzaniu. Jednak Camden i tak zostanie dla mnie zawsze wyjątkowym miejscem. Takim bardzo innym Londynem, który nas zaskoczył i serdecznie przyjął, jak swoich. Dlatego teraz musiałam tam wrócić.

23:59, la_polaquita , england
Link Komentarze (11) »
sobota, 02 sierpnia 2008
GRZECHY

Alfons miał niewiele lat mniej niż ja, kiedy kolega Franciszek namówił go na wyjazd do Lipska. Kiedy się pakował, Sofie stała w drzwiach, a z jej ust wylewał się potok gorzkich słów. Jesteś Polok, wykopią cię z tych Niemiec, zoboczysz! Wrócisz z podkulonym ogonem! Za nią, jak jej wierny cień, stała lekko przygarbiona Liska i potakiwała. Słowa siostry wierciły jej dziurę w mózgu, zarażały strachem i gdyby Liska miała większą świadomość samej siebie, poczułaby, jak powoli i niezauważalnie znika.

Ach, moja droga praciotko Sofie, nie martw się, po wojnie będziesz już mogła policzyć na palcach jednej ręki te razy, kiedy Alfons znowu postawi na swoim. Raz, gdy po powrocie z sowieckiej niewoli będzie chciał się ożenić (Jo potrzebuja baba!), ale przecież i tak weźmie sobie tę pokorną Lenę, którą mu sama wybrałaś. Drugi raz, kiedy po weselu będziesz chciała, by wrócił z tobą do domu, a on postanowi jednak zostać i na przekór twej woli odbyć swoją noc poślubną. Wrócicie wtedy same z Liską, złe jak osy, ona nasiąknięta twoim gniewem jak gąbka. I to by było chyba na tyle Sofie, potem znów będziesz go trzymać mocno w garści, będzie rąbał drwa i zrzucał węgiel tym członkom rodziny, których wskażesz i oddawał ci ćwierć wypłaty, i wściekał się na każdego, kto ci się sprzeciwi, więc na pewno wytrzymasz te dwa lata ucieczki, prawda?

Kiedy wysiedli w Lipsku z pociągu, Alfons poczuł, jak nowe powietrze, powietrze wolności, wypełnia mu płuca. Pełen energii wyskoczył na peron, podczas gdy powolniejszy Franciszek gramolił się za nim ze swoimi bagażami, do których zapobiegliwa matka, ocierając fartuchem łzy, napakowała mu domowych kiełbas, smalcu i żuru w butelkach.

Robotę mieli załatwioną w miejscowej zbrojeniówce, po to tu przyjechali (Alfons był ślusarzem). Mieli robić kule i części do maszyn wojskowych Hitlera, zarobić pieniądze i odkryć wielki świat. Wreszcie trochę nagrzeszyć! Wtedy, w tym jeszcze spokojnym 1937 roku, w tej ciszy przed burzą, żaden z nich nawet nie pomyślał, na kogo są szykowane te wypolerowane kule, w czyich rękach znajdą się te lśniące automaty.

Choć gazecierze na rogach ulic krzyczą o zajęciu Czechosłowacji, Alfons i Francik, jak szczeniaki urwane z łańcucha biegną przez miasto uśmiechając się do przechodzących frelek. Choć mija ich faszystowska demonstracja ze sztandarami i pochodniami, zbliżająca się wojna jest ostatnią rzeczą, jaka przychodzi do ich młodych, pełnych nadziei i szczęścia głów.

Zachłysnęli się miastem. Nawet Gliwice nie mogło się równać z Lipskiem, ani Katowice, ani Bytom, nic, co do tej pory widzieli! Po szychcie wieczorem szykowali się jak na wesele, czyste koszule, nowe ubrania, które sobie kupili z pierwszych wypłat, filcowe kapelusze i eleganckie płaszcze. Alfons stroił miny przed lustrem jak amant filmowy, a Francik wcierał w swoją łysiejącą czuprynę coraz to nowe świństwa na porost włosów. I za plecami kolegi wymieniał swoje brudne poduszki na jego czyste. Potem czepiali się trmawajów jak sztubacy i jechali do kina lub do kabaretu. W takim właśnie miejscu, totalnie nieodpowiednim dla młodych panien, miejscu, które matka Alfonsa, a tym bardziej Sofie nazwałyby gniazdami rozpusty, chłopak poznał Charlottę.

Była śliczną małą blondynką i Alfons totalnie zdębiał na jej widok. W domu dość się nalatał „po zolytach”, ale jeszcze takiego uderzenia krwi do swych odstających uszu i policzków nie przeżył. Kiedy zostali sobie przedstawieni i chwilę pogadali o pogodzie, Charlotta zmierzyła go od stóp do głów lekko ironicznym spojrzeniem i powiedziała:

- Mówisz ze strasznym akcentem i błędami (Alfons, który chodził do polskiej szkoły nigdy nie nauczył się porządnie mówić po niemiecku). – Jesteś Polak, co?

Alfons zezłościł się na te słowa. Znowu go biorą za gorszego!

- Ich bin Schlesien – odparł urażony. Ale po chwili znowu oblał się rumieńcem. Niemal poczuł na twarzy i w tyle głowy uderzenie ciężkiej ręki Sofie, która zawsze podkreślała polskość rodziny. Przecież nosiła ulotki w powstaniu śląskim, a starszy brat Hubert nawet przechowywał broń w domu! Alfons nie mógł kłamać. Był Polakiem ze Śląska. Charlotcie to nie przeszkadzało.

Pracowała jako robotnica w tej samej olbrzymiej zbrojeniówce, co Alfons, a pochodziła z małej wioski koło Drezna. Nie mieszkała z rodzicami, ale w pensjonacie dla panien. Używała sobie wolności. Randki z nią były zupełnie czymś innym niż „zolyty” na Śląsku, kiedy ledwo ledwo udawało się ukraść dziewczynie całusa, a większą część czasu spędzało pijąc wódkę z jej ojcem.

Razem czepiali się tramwajów i chodzili do kina na premiery z pięknymi aktorkami i obowiązkową propagandę. Wstępowali do kawiarni na galaretkę, a potem znowu jechali starym otwartym tramwajem na przedmieścia, gdzie Alfons z Franciszkiem wynajmowali pokój. Chłopak wyjmował drabinę z pobliskiej szopy i Charlotta właziła po niej na pierwsze piętro, gdzie Alfons łapał ją i wciągał przez okno. Dusili się ze śmiechu, bo musieli być bardzo cicho, żeby Frau Schmit, właścicielka mieszkania, nic nie usłyszała.

Potem Alfons włączał radio na cały regulator i kochali się w milczeniu na wąskim łóżku, na umazanej Franciszkowymi smarowidłami poduszce, gdy tymczasem Führer wściekle zachęcał naród niemiecki do boju o nową przestrzeń życiową. Charlotta syczała kochankowi do ucha „uważaj!” i Alfons stosował się do tego polecenia, na ile się dało.

Wiele wiele lat później, kiedy dobiegał osiemdziesiątki i coraz trudniej mu było się poruszać, i coraz ciemniejszy był jego umysł, i coraz bardziej nas nie poznawał, myśl o powrocie do Lipska nie dawała mu spokoju. Chciał się zbierać i pakować walizki, dreptał niecierpliwie po pokoju i kazał sprawdzać ile kosztują bilety kolejowe. „Boi się, czy tam aby kogo nie zostawił” – mówiła cierpko babcia Lena. Oganiał się od niej i wyzywał ją, coraz bardziej pogrążony w mętnej wodzie swych pokruszonych wspomnień.

Mogli nie zwracać uwagi na wykrzyki Führera, kiedy się kochali, ale jego macki były długie i dosięgały wszędzie, nawet do pokoików na poddaszu na przedmieściach Lipska. Franciszek i Alfons dostali powołania do wojska bezpośrednio w zakładzie. Po trzymiesięcznym przećwiczeniu pojechali prosto na front wschodni. Potem pod Stalingrad. Potem do obozu jenieckiego na dalekiej Syberii.

Czy Charlotta odprowadziła swego chłopca na dworzec i dała kwiatek, i całusa na pożegnianie? Czy uroniła łzę? Czy rzeczywiście pod jej sercem biło już inne serduszko? Czy w ogóle istniała?

Istniały różańce, przesiadywanie w zimnym kościele, cotygodniowe spowiedzi (z własnych i cudzych grzechów), dawanie na msze. Dokładnie jak jego ojca, tego starego szaleńca, i Alfonsa na starość ogarnęła gorączka odpokutowania za grzechy młodości. Powtarzał swej córce, do znudzenia, do opętania: Ja grzeszyłem, ty musisz być święta!

Grzechy młodości. Łóżko w małym pokoiku. Zapach seksu i brylantyny. Ciężkie nabrzmiałe piersi dziewczyny-blondynki, pasek do pończoch, okrągła różowa pupa, koszulka zmięta na podłodze, słodki czarny las między nogami. Wolność.

piątek, 01 sierpnia 2008
Na płotach, murkach i... sfinksach Londynu

Odkryty niedawno przeze mnie świetny fotoblog Strzał z biodra (na którym udziela się, m.in. Pajęczaki:)) zainspirował mnie do tego foto-wpisu. Oto moje własne "strzały z biodra" z Londynu:

na płotku

nad Tamizą

na sfiksie

To na razie nędzne początki, ale może uda mi się kontynuwać cykl... i ustrzelić coś fajnego:)

21:43, la_polaquita , england
Link Komentarze (11) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers