O podróżach dalekich i bliskich
sobota, 29 sierpnia 2009
Geocaching - nasza nowa zabawa

Jeśli ktoś z Was po tytule poznał, o co chodzi, to całkiem możliwe, że podziela nową pasję Chiquita, która uprzyjemnia nam ostatnio wspólne spacery. Chłopak kupił sobie bowiem nowy telefon komórkowy z GPS. Miał przy tym wielkie wyrzuty sumienia, i wielokrotnie pytał mnie o zgodę, żeby drogi zakup usprawiedliwić...  Ale otrzymał ją, bo cóż począć z takim gadżeciarzem i technofilem?:) I teraz prócz tego, że mamy nawigację w samochodzie (przedtem zawsze nawigowałam ja za pomocą mapy, ale odkąd siedzę na tylnym siedzeniu z Fri, zostało to cokolwiek utrudnione), możemy także bawić się w szukanie skarbów.

Albowiem geocaching właśnie na tym polega: pasjonaci tej zabawy, których jak się okazuje jest bardzo wielu, tu i ówdzie, ale zawsze w jakichś ciekawych miejscach, zakładają tzw. cache, czyli chowają małe lub większe pudełka. Można je znaleźć pod korzeniami drzew, przykryte kamieniami w dziurze w ziemi, przyklejone za pomocą magnesów do różnych metalowych konstrukcji, albo nawet ukryte w środku fałszywego kamienia. Pomysłów jest cała chmara! W każdej cache znajduje się papier, na którym wpisują swe nicki oraz datę i godzinę kolejni geocacherzy, którzy ją znaleźli. W większych pudełkach znajdują się też różne przedmioty, najczęściej zabawki, naklejki, breloki itp., i jeśli się chce, można sobie jeden z nich wziąść, wymieniając na inny o podobnej wartości. No i najważniejsze: każda cache jest opisana na specjalnej "cacherskiej" stronie: www.geocaching.com albo, w naszym przypadku, www.geocaching.cz. Tam znajdują się współrzędne skrzynki, instrukcje dotyczące znalezienia oraz opis danego miejsca. Idea geocachingu polega również na tym, żeby przedstawić użytkownikom różne ciekawe, mniej lub bardziej turystyczne zakątki. Często są to takie zakamarki, do których bez intencji szukania "keszki" człowiek by raczej nie trafił. Bardzo mi się to podoba w tej grze, że łączy ze sobą świat wirtualny i prawdziwy, bo skrzynki istnieją zarówno w realu, jak i na internetowych mapach. Coś dla technofilów i zapalonych wycieczkowiczów w jednym.

Tak więc nowy gadżet Chiquita służy całej rodzinie. My dwie używamy sobie świeżego powietrza, dopóki piękne lato trwa, a Chiquito chodzi z nami chętniej, bo zwykłe łażenie spacerkowe ma teraz całkiem inny sens. Okazało się, że i w pobliżu naszego domu znajdują się dziesiątki skrzynek do odkrycia! Szukanie takiej cache ma w sobie dreszcz i ducha przygody - czasem trzeba się przez niezłe chaszcze przedzierać, z GPS w ręce, dopóki dystans nie skróci się do dwóch metrów. A wtedy trzeba się uważnie porozglądać, pogrzebać w krzaczorach, pomacać pod metalowymi rurami, szukać dziur w murze itp.

Fri w tym czasie najczęściej śpi sobie smacznie w chuście lub wózku, ale wyobrażam sobie, jaką będzie miała za kilka lat frajdę. Ta zabawa jest wg mnie jak stworzona dla dzieci. Zwiedzanie jakiegoś zamku czy włażenie na wzgórze to najczęściej dla kilkulatków nuda, ale szukanie skarbów? To zupełnie co innego!

A tymczasem bawimy się my, dorośli, choć komuś może się to wydać głupie. Ale wewnętrzne dziecko warto w sobie pielęgnować, zawsze i wszędzie:).

19:54, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (14) »
niedziela, 23 sierpnia 2009
Roberto Bolaño: Chilijski nokturn

Chilijski nokturn to niewielka książeczka, wydana w serii "salsa" przez  wydawnictwo MUZA. Na początku trudno mi było się w nią wgryźć, bo proza Bolaño wymaga uwagi, skupienia, jest niezwykle poetycka i aż gęsta od znaczeń, a czytanie po jednej, dwóch stronach w trakcie karmienia temu skupieniu nie sprzyja. Ale potem urzekła mnie ona oryginalnością obrazowania i trafnością metafor, podsumowujących trudną chilijską historię najnowszą.

Bohaterem i narratorem tej powieści jest umierający ksiądz Sebastián Urrutia Lacroix, znany poeta, a przede wszystkim krytyk literacki. Snuje opowieść o swoim życiu, znanych mu artystach, o Chile, o przewrotach, ambicjach, sztuce, nudzie, banalności zła. Opowiada szybko, by zdążyć, wspomnienia mieszają mu się ze snami, widzeniami w malignie, bełkotem umierającego.

Uważam, że na podstawie tej książki powstałby wspaniały film animowany, pełny surrealistycznych obrazów. Bolaño potrafi podziałać na obrazową wyobraźnię jak nikt inny. Sutanna łopocząca na wietrze jak czarna flaga. Sokoły wzbijające się w niebo nad kościołami Europy. Sen o Chile jako Drzewie Judasza. Czarne chmury, naładowane elektrycznością, pędzące nad głową podstarzałego młodzieńca - alter ego narratora. I wiele innych gotowych scen dla ołówka utalentowanego rysownika.

Uderzają czytelnika przynajmniej dwie genialne metafory najnowszej historii. Pierwsza to dom początkującej pisarki Marii Canales, która za dyktatury kilka razy w tygodniu wydaje przyjęcia dla artystów. Ci chętnie się goszczą, pijąc na umór i rozprawiając godzinami o wzniosłościach i pierdołach, podczas gdy Jimmy Thompson, mąż gospodyni, torturuje w piwnicy przeciwników reżymu Pinocheta. Powierzchnia, na której życie toczy się jak gdyby nigdy nic, i piwnica, w której cierpią ludzie. Czasami na powierzchni siada prąd, ale strach nie pozwala pytać dlaczego.

Druga wspaniała metafora to sokoły, trzymane przez europejskich księży by zabijały gołębie i chroniły w ten sposób zabytkowe kościoły przed ich niszczącym łajnem. Okrucieństwo w imię zachowania status quo.

Narrator stara się trzymać się z boku wydarzeń, choć czasami zostaje wplątany wbrew swej woli w mimowolną pomoc złu. Jest człowiekiem takim jak inni Chilijczycy tych czasów: bywa tchórzem, uprawia wymówkarstwo, gra w grę "ale ja nic o tym nie wiedziałem". Jego życie to historia Chile, więc nie mógłby być inny.

Trudno pisać o prozie Bolaño. To trzeba przeczytać!

piątek, 21 sierpnia 2009
Pieczenie prosiaka i inne wypady

Zostaliśmy zaproszeni na piknik połączony z pieczeniem całego prosiaka. Oprócz pysznego jedzonka i dobrej zabawy wyniosłam z tej imprezy też kilka rad od innych mam, które niezbyt dobrze mi zrobiły, bo poddały w wątpliwość moje sposoby na Fricholinkę (np. usypianie na cycku). Ale o tym innym razem.

A prosiak był pychotowy! I pogoda piękna. Dobrze jest wyrwać się z domu, zwłaszcza, że w chwili obecnej mamy w mieszkaniu chyba z 35 stopni. Mieszkamy w wielkiej płycie i tam zawsze jest gorąco, ale od kilku dni zrobiło się nie do wytrzymania, bo nie można wietrzyć! Malują fasadę budynku i zalepili nam okna jakąś specjalną folią. Z Fri pot leje się kroplami, z nas też, po prostu szklarnia...

Przyszło mi do głowy, że tegoroczne lato naprawdę jest piękne. Stworzone na wypady pod namioty, góskie tury, kąpiele w rzekach. Szkoda, że nie możemy go w pełni wykorzystać, ale staramy się wychodzić z domu, jeździć na wycieczki, przyjmować zaproszenia na imprezy podobne do tej. Wszędzie bierzemy ze sobą Fri. Ale mam też z tego powodu wyrzuty sumienia. Bo małej przecież na wypadach nie zależy, wręcz przeciwnie, często marudzi, płacze, jest zmęczona, po późnym powrocie już nie mamy siły jej kąpać itp. itd. Ona by wolała swój przewidywalny domowy rytm, a rodziców nosi po świecie.

Podobno każdy sobie przed porodem tworzy taką iluzję o przyszłym dziecku, taki jego obraz, a potem jak noworodek nie przystaje do tego ideału (a z reguły nie przystaje, bo nie jest ideą tylko człowiekiem z krwi i kości), rodzice przeżywają rozczarowanie. Ja też nie jestem lepsza, moje marzenie to było "cygańskie dziecko", które zaśnie w każdych okolicznościach, które wszędzie można ze sobą zabrać. Przywykam powoli do prawdy, że to nie jest takie proste.

Ale na tym pikniku Fri była najpogodniejszym dzieckiem świata! Najpierw spała w foteliku po wyciągnięciu z auta, a potem leżała na kocyku i gaworzyła, i rozglądała się. Ona uwielbia patrzeć na liście drzew, na ich drobne poruszenia. Jest przesłodka i prześliczna, po prostu ma swój temperamencik i jak coś się jej nie podoba, lubi dać o tym znać, i to bardzo głośno. Niestety ja nie zawsze umiem odczytać, o co jej chodzi. I to jest najbardziej frustrujące. Problem z długimi spacerami i wypadami polega też na tym, że choć z kolei nawet wiem, o co chodzi (głodek, nadmiar wrażeń, "mam dość tego wstrętnego wózka", "chcę być przytulona i pocycać troszeczkę"), ale ponieważ jestem w głębi lasu, nie ma gdzie usiąść, albo w samochodzie itp., nie mogę tych potrzeb od razu zaspokoić. I potem ludzie się na mnie oglądają, co ja robię o 9.00 wieczorem z drącym się w wózku dzieckiem parę ładnych kilometrów od domu...

Pytanie po prostu brzmi, na ile my się mamy dostosować do dziecka, a na ile ono do nas. Musi istnieć jakiś kompromis. Mam nadzieję.

na pikniku

Fri uwielbia się rozglądać. Wyjęcie jej z wózka i potrzymanie tak, żeby mogła patrzeć na świat, uspokaja nawet najcięższe płacze! Jest to strasznie ciekawe dziecko.

na pikniku

Ładnie już podnosi główkę! Mam nadzieję, że niedługo już zacznie na brzuszku "paść owieczki":).

na pikniku

Mała Polaquita z tatą! Grubasek, co? Fri znaczy, nie tata :)

prosiak

Prosiak. Tłuszcz aż kapał, zdrowe to to nie było, ale palce lizać!

Fri i Mała Żabka

Fri i półtoraroczna Mała Żabka, córka naszych przyjaciół. Miejmy nadzieję, że jak obie podrosną to się zaprzyjaźnią. Na razie Żabka uwielbia patrzeć na "dzidzię", głaskać ją, i odkąd zna Fricholinkę, bawi się tylko w "mamę" ze swoją lalką Zuzią.

piwo

Napoje mamy i córki. Doszłam niestety do smutnego wniosku, że piwo 0% nie smakuje tak dobrze jak to zwykłe. Ale nie jest złe. Cóż, z cycka na razie nie zrezygnujemy, mimo dokarmiania, bo nie ma lepszego sposobu na uspokojenie małej. A poza tym przytulenie jej i podanie cycolka po prostu fajne jest. Taki nasz czas razem, nasza intymność. Brakowałoby mi tego.

mala żabka z tatą

Mała Żabka z tatą. Nie mogę się doczekać, kiedy nasza Fri już będzie taka duża:). Wtedy to dopiero zaczną się wycieczki! Tylko ciekawe jak będzie je znosić...?

11:32, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (14) »
środa, 19 sierpnia 2009
Moje strachy

Pytaliście mnie pod poprzednim wpisem, czego się boję, jeśli chodzi o moje dziecko.

Nie, bynajmniej nie tego, czy spełni, czy nie, moje oczekiwania, czy kim tam będzie w przyszłości! Staram się nie mieć żadnych konkretnych oczekiwań, oprócz tego, żeby była zdrową i zrównoważoną jednostką. Mój strach wynika z tego, co tu i teraz. Czyli czy dobrze się nią opiekuję, czy nie zawalam czegoś, czy może daję za mało mleka, a może przekarmiam, czy nie za mało się z nią bawię i noszę, a może na odwrót, za dużo, i Fri nie uczy się samodzielności? Nie wiem, jak pogodzić nasz nieuporządkowany tryb życia z tym, że Fri potrzebuje rutyny. Pomysłów i rad na wychowanie dzieci jest wiele. A ja miotam się między nimi, czytam artykuły i książki, gadam z ludźmi i każdy mi radzi co innego, i ja już nie wiem, co dobre, jak znaleźć naszą własną drogę. Wszystko to oczywiście wynika z mojego podstawowego problemu, czyli niewiary w siebie. Jaką strategię bym nie obrała, zawsze mam wątpliwości. Przede wszystkim co do siebie. Czy jestem dobrą matką.

W zakończeniu poprzedniego tekstu chodziło mi o to, czy właśnie ta moja lękowość, niewiara w siebie, depresyjność nie będzie miała czasem większego (i negatywnego) wpływu na moje dziecko niż te wszystkie moje (pozytywne) chuchanie i dmuchanie, które po części właśnie z tego lęku wypływa. Jak mam się stać autorytetem dla mojej córki, skoro cały czas w siebie wątpię?

13:16, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (5) »
wtorek, 11 sierpnia 2009
Co wyrośnie z naszych dzieci

Byłam dziś na kursie masaży dla niemowląt. Razem z innymi mamami uczyłyśmy się, jak za pomocą naturalnych olejków masować delikatnie takie malutkie ciałko. Trzeba przy tym do dziudziusia mówić, bo największym przynosem tych masaży jest właśnie kontakt między rodzicem a dzieckiem. 10-15 minut, które są poświęcane wyłącznie jemu. Pobudzanie zakończeń nerwowych i rozwój psychomototryczny też oczywiście na masażach zyskuje, ale pani powiedziała, że jej zdaniem to dotykowy kontakt jest największą korzyścią. Masaże można kontynuwać i kiedy dziecko jest większe, i może to być moment, kiedy syn lub córka zwierzą się rodzicowi z kłopotów, bo wiedzą, że wtedy mama lub tata są wyłącznie dla niej/niego.

Tak mi po tym wszystkim przyszło do głowy, że my, nasze pokolenie, strasznie chuchamy i dmuchamy na te nasze dzieci. Mogę mówić "my", bo tak się składa, że znam wiele innych młodych matek. Wszystkie jesteśmy koło 30, mamy bardzo zaagażowanych w sprawę mężów, karmimy piersią, a jak nie, to się zamartwiamy, nie zostawiamy niemowląt z żadnymi opiekunkami, o takiej straszliwości jak żłobek już ani nie wspomnę. Nosimy dzieciaki w chustach, babybjornach i innych nosidełkach, kupujemy najbardziej mądre i rozwijające zabawki, już od pieluch uczymy języków. Trzęsiemy się jak dziecka przez kilka godzin nie ma z nami. Chodzimy na kursy masaży, ćwiczeń i pływania dla niemowląt i bóg wie co jeszcze. Dbamy o kontakt skóra-skóra i kąpiemy się z maluchami. Kupujemy im tylko bio przecierki, a jak podrosną, poślemy je pewnie do przedszkola Montessori albo dwujęzycznego, albo jeszcze innego, z inną genialnie rozwijającą metodą.

Chcemy dać dzieciom (i dajemy) to, co uważamy za najlepsze. To, czego najprawdopodobniej same od naszych rodziców nie dostałyśmy.

Zastanawiam się, co wyrośnie z tak wychowywanych dzieci. Czy naprawdę, kiedy wszystko tak dopniemy na ostatni guzik, one staną się takie mądre, dobrze wychowane i życiowo zaradne, jak sobie wymarzyłyśmy? Takie bezproblemowe i szczęśliwe?

Zastanawiam się czasem jakie naprawdę będą te dzieci, jaka będzie moja własna córka. Bo pod tym wszystkim, my, młode matki w okolicach trzydziestki, jesteśmy pełne lęku.

Ja jestem pełna lęku.

18:48, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Postępy małej Fri

Wszyscy, którzy widzieli Fri w pierwszych tygodniach życia praktycznie jej nie poznają. Była taka drobiutka i chudziutka, skóra i kości, a teraz waży prawie 6 kilo i śmieje się do świata całą gębą. Nie lubi pozycji na brzuszku, więc żeby wzmacniała sobie mięśnie szyi oraz dlatego, że to po prostu lubi, nosimy ją często w pozycji "samolocika" i pięknie trzyma główkę. Wyrosła już ze swoich najmniejszych ubranek, a wielu z nich nigdy nawet nie założyła, bo były zbyt ciepłe, a upały nas nie opuszczają. Coraz dłużej potrafi leżeć sama na macie edukacyjnej i machać łapkami, próbując dosięgnąć wiszącego misia. Powoli zaczyna kumać, do czego służą rączki - ciągle jeszcze na oślep, ale z zapamiętaniem wali w zwierzątka zawieszone nad jej deską do przewijania. Coraz częściej ssie też paluchy, choć ciągle jeszcze próbuje też wpychać do buzi całą piąchę.

Wspaniale ustabilizowały się nam noce. Fri śpi koło sześciu godzin w łóżeczku i budzi mnie dopiero koło czwartej, piątej. Ciągle to jeszcze wcześnie, ale nie jest to druga ani trzecia, da się żyć! Zabieram ją wtedy do siebie, daję pić z przepełnionej piersi i dalej sobie śpimy już razem. Dopiero koło siódmej, ósmej przygotowuję pierwszą butelkę.

Dni ciągle jeszcze są niestety dość chaotyczne. Fri często jest bardzo zmierzła, płacze zupełnie bez powodu i wydaje mi się, że nauczyła się płakać z przemęczenia. Zdarzają się dni staraszliwe, kiedy nie zasnie na dłużej niż pół godziny i marudzi aż do wieczora! Za to następny dzień przesypia prawie cały, nadrabiając stracony sen. Zaczynam chyba łapać, o co w tym wszystkim chodzi - jest tak wykończona, tak przepełniona nowymi wrażeniami, że bardzo chciałaby spać, ale nie potrafi. Najgorzej, kiedy taka sytuacja zdarza się na spacerze, wózek jej niestety automatycznie nie usypia, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że ciągle średnio go lubi. Zdarzyło się ostatnio kilka naprawdę koszmarnych spacerów, kiedy przypomniały mi się nasze trudne spacerowe początki. Wtedy jednak Fri płakała niemal na pewno z głodu, bo moje mleko jej nie wystarczało. Teraz ma pełny brzuch, suchą pupę, jest przytulana i kojona na cycku, ale odłożona z powrotem od razu w ryk. Muszą to być emocje, nic innego.

Zaczynam też rozumieć, jak ważne jest wprowadzenie rutyny do życia niemowlaka. Kiedyś sądziłam, że to stare przesądy i lepiej robić wszystko "na żądanie", ale tu chodzi przede wszystkim o uprzedzanie potrzeb dziecka. Nie ma nic gorszego, kiedy dzidziuś wyje z głodu, a ty dopiero zagotowujesz wodę. No i rutyna bardzo ułatwia życie rodzica. W pierwszych tygodniach dziecko jest okropnie nieprzewidywalne i to strasznie męczy. Zaplanujesz sobie najprostszą rzecz, jak zrobienie prania czy obiadu, i okazuje się, że dupa blada, od dzidzi nie da się odejść ani na krok przez pół dnia. A kiedy indziej zupełnie niespodziewanie padnie jak podcięta, ale ty nie wiesz, czy obudzi się po 10 minutach czy 3 godzinach... U nas ciągle jeszcze tak po części jest, choć staram się powoli wychwycić jej pory spania czy posiłków, a nawet ostatnio zaczęłam je notować, by wychwycić jakąś prawidłowość. Niestety sam tryb życia rodziców bardzo broni się przed ustabilizowaniem, co na pewno dzidzi nie pomaga... Nieregularne spacery (raz pół dnia, kiedy indziej tylko do sklepu albo wcale), wieczorne wyjścia, podróż do Polski, wycieczki - wiem, że to wszystko bardzo Fri dezorientuje... Ale jednocześnie nie ma opcji, by z tego zrezygnować. Poziom mego humoru różny bardzo i spada wprost proporcjonalnie do ilości godzin spędzonych w domowym zamknięciu. A zadowolona mama to chyba to, czego biedactwo najbardziej potrzebuje i co niestety nie jest oczywistością...

Na koniec tego wywodu, który pewnie zainteresuje tylko inne mamy:), zdjęcie plażowej Fri. Oraz apel do Polek w Pradze - jeśli planujecie spotkania w jakimś restauracyjnym ogródku i nie jakoś strasznie późno, dajcie mi proszę znać! Chętnie zjawiłabym się na chwilę i przedstawiła Wam małą Fricholinkę:)

plazowa Fri

14:45, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (12) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers