O podróżach dalekich i bliskich
środa, 26 września 2007
O bezsenności

Podobno Milan Kundera zaproponował kiedyś nocleg u siebie w Paryżu jakiemuś koledze po piórze, który cierpiąc na bezsenność tułał się po ulicach. Wkrótce jednak czeski pisarz gorzko pożałował swojego dobrego serca. Gość całą noc niemiłosiernie chrapał. Rano Kundera, totalnie niewyspany i wściekły, ledwo ukrywając ironię zapytał gościa, jak mu się spało.

- Fatalnie - odpowiedział ten człowiek - całą noc nie zmróżyłem oka!

- To dlaczego w takim razie tak straszliwie pan chrapał!?

- Zalecił mi to terapeuta. Imitowanie odgłosów snu powinno sprowadzić sen...

 

Dobranoc:)

23:47, la_polaquita , anegdotki
Link Komentarze (2) »
Miasto

Glasgow oczywiście nie powala na kolana, ale jest wcale ładnym miastem. Posiada wspaniałą średniowieczną katedrę, secesyjne kamienice i herbaciarnie, swojego "Alfonsa Muchę" czyli słynnego architekta Charlesa Rennie Mackintosha, post-industrialne brzegi rzeki Clyde. Ma też metro, jedną jedyną linię, która jeździ w kółko (w dwóch kierunkach: inner circle i outer circle). No i uniwersytet, wspaniały neogotycki kampus sprawia niesamowite wrażenie. Po prostu jest ta właściwa uniwersytecka atmosefera:).

No i pogoda też mnie dość zaskoczyła... spodziewałam się, że będzie dużo zimniej i mokrzej. Tymczasem mamy tu nawet taką małą złotą szkocką jesień, od polskiej różniącą się przede wszystkim szybkością zmian. Nigdy nie wychodź bez parasola, nawet kiedy na niebie nie ma ani jednej chmurki!

Poniżej kilka widoczków, niestety brak kombinacji lustrzanka+oko Chiquita spowodował, że zdjęcia są raczej niespecjalnej jakości:(

uniwerek

Nie, to nie katedra!To uniwerek!

wieża uniwersytetu

W oddali wieża University of Glasgow raz jeszcze, w pierwszym planie jakiś sir, który ma tu pomnik m.in. za tłumienie buntów w Indiach...

kelvingrove

Muzeum i galeria Kelvingrove - ogromne i bardzo interaktywne, wszystkie eksponaty mają ciekawe opisy zrobione przede wszystkim z myślą o dzieciach i młodzieży. Ale trochę to taki miszmasz - w jednej salli wypchane zwierzęta, w drugiej obrazy impresjonistów.

herbaciarnia

Słynna secesyjna herbaciarnia The Willow Tearoom, zaprojektowana aż do ostatniej łyżeczki przez Charlesa Rennie Mackintosha. 

18:34, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 września 2007
Kobieta za ladą czyli dylematy pracowe

Pieniążki się topią w zastraszającym tempie więc zaczęłam się rozglądać za jakimś part-timem. W końcu jestem na "wyspach" i wypadało by poznać na własnej skórze los ciężko pracującego przybysza ze Wschodu:). No i już dziś poznałam... zupełnie z zaskoczenia, przyszłam na interview, a od razu wręczono mi fartuch i czepeczek i przez 4 godziny nalewałam zupę do kubków, napełniałam bagietki, myłam i wycierałam naczynia (strasznie mnie pieką ręce, żadnych delikatnych balsamów to tam nie używają), kroiłam cebulę, sałatę, marchewkę i sery. Nie było czasu nawet na napicie się wody, a podobno dziś to nie był wcale żaden busy day! Ale babki były miłe, trzy razy powtarzały jak nie rozumiałam (co zdarzało sie nonstop, przeklęty szkocki bełkot), 5,5 funta na godz., cash in hand, no i jestem umówiona na czwartek. Ale czy ja wiem, czy tam jeszcze pójdę... bo w międzyczasie dostałam inną pracę.

Powyższa "bagietkownia" ma tę zaletę, że pracuje się trzy dni w tygodniu od 10.00 do 16.00, więc byłoby dużo czasu na uczenie. Ale ta druga propozycja jest powiedzmy bardziej "prestizowa", no i się czlowiek (chyba) tak nieuharuje. Przyjęto mnie do hotelu*** jako recepcjonistkę i "housekeeper" w jednym, czyli prócz check-inów i outów, telefonów i maili jeszcze przygotowanie śniadania, sprzątanie i pilnowanie pokojówki. Kłopot w tym że szychty są niebagatelnie długie - 48 godzin pod rząd (śpi się w hotelu), a potem 48 godz. wolnych. 50 cash in hand za 24 godzinną szychtę. No i mam to wziąć czy nie? Jestem w dość dużej finansowej kropce, bo do stypendium nie mogę się dobrać (karta bankomatowa pewnie gdzieś sobie płynie przez kanał La Manche i dopłynąć nie może), więc po prostu MUSZĘ pracować:(.

Problem w tym, czy spędzając w hotelu kilka całych dni w tygodniu dam radę cokolwiek się nauczyć. Przyjechałam tu w końcu studiować czy nie? Z drugiej strony gdzie się nauczę lepiej "życiowego" angielskiego niż w pracy? 

Pracować czy studiować, oto jest pytanie.... 

20:17, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 września 2007
Pierwsze wrażenia

Właśnie otworzyłam sobie winko dla nabrania weny (promocja w sklepie Sommerfield), przy czym udało mi się przekłuć metalowy zakręcany korek otwieraczem:) i zaczynam układać w głowie, a tudzież na blogu, takie małe podsumowanie zeszłego tygodnia.

  1. Moim ulubionym sklepem stał się lokal Armii Zbawienia – zakupiłam w nim trzy koce (po 99 pensów każdy!) oraz coś, co wygląda jak obrus, ale w rzeczywistości jest chyba takim przykryciem na łóżko (u mnie w domu się na to mówiło „kapa”). Te zakupy + prześcieradło pozwoliły na razie rozwiązać mój problem kołdrowy. Przy okazji przyszło mi do głowy, dlaczego w takiej Kolumbii wszyscy śpią pod warstwą koców zamiast pod porządną, „ubraną” kołdrą, do jakich my jesteśmy przyzwyczajeni. Tak po prostu wychodzi dużo taniej! Dobra kołdra to jednak inwestycja, a koce różnej proweniencji można warstwić do woli... Poza tym Armia Zbawienia to idealne miejsce dla takiego książkowego mola jak ja. Codziennie mają nowe książki nawrzucane na jedną kupę, w której można grzebać do woli, a ich cena nie przekracza 59 pensów:). No raj po prostu. Dziś wygrzebałam Jane Austin, kompletnego Władcę Pierścieni, Terry Pratchetta, The Hours, Paula Austera, a od piątku zaczytuję się Stevenem Kingiem za £0,39...
  2. Studenckie życie jest tu doskonale zorganizowane. Zostaliśmy przyjęci we wspaniały sposób: codziennie imprezy zapoznawcze albo wycieczki, mnóstwo użytecznych materiałów, uśmiechnięci i pomocni wolontariusze. W ramach tygodnia przygotowawczego tylko za £10 zwiedziłam zamek Stirling i destylernię Glengoyne, o której napiszę jutro.
  3. Po dość towarzyskim zeszłym tygodniu postanowiłam przestać na razie chodzić na drinki i piwka. Są trzy powody: po pierwsze przyjechałam tu pisać, a nie krążyć po barach. Po drugie, niestety tak jakby nie mam wspólnego języka z tymi ludźmi:(. Przynajmniej z Polakami, których poznałam najbliżej. Nie wiem, czy chodzi o to, że są tak po 10 lat młodsi ode mnie, czy o to, że po prostu ja mam inne problemy. No i po trzecie, najważniejsze niestety – „going out” to kwestia pieniędzy. Taki wieczorny knajpiany wypad to minimum 10 funtów razem z autobusem, a mi głupio tak ruszać oszczędności w sytuacji bezrobocia i bardzo marnego stypendium...
  4. Obserwacje na temat Szkotów: są bardzo mili. Zawsze chętnie pomogą, poradzą, i dużo się uśmiechają. To ostatnie jest bardzo ważne w sytuacji, kiedy NIC NIE ROZUMIESZ!!! Sądziłam, że to, co się mówi o ich akcencie to mity, ale nie – to najprawdziwsza prawda. Mam nadzieję, że szybko się przyzwyczaję, podobno jest to możliwe:). I nie chodzi tu tylko o akcent, bo na uniwersytecie kadra zaciąga wprawdzie ile wlezie, ale mówi w miarę zrozumiale. Myślę (a Lonely Planet to potwierdza), że Glasgowianie mają tu jakiś swój dialekt, taki „śląski” angielskiego. Dlatego na razie nie szukam pracy – bo kurcze jak bym mogła obsługiwać w knajpie np. kiedy nie zrozumiem czego sobie klient życzy?
  5. Odkryłam, że lubię samotnie spacerować. Coś, czego prawie nigdy nie robię w Pradze. W życiu nie widziałam potrzeby włóczenia się piechotą po okolicy bez celu, a do tego w deszczu. Ale kiedy człowiek ma czapkę i nieprzemakalną kurtkę, żadna pogoda nie jest mu straszna! Zwłaszcza czapka to podstawa:) Oraz empetrójkowiec naturalnie. Podczas takiego spaceru przychodzi do głowy mnóstwo inspirujących myśli... No i człowiek czuje się jak odkrywca. Wczoraj np. udało mi się zgubić, a potem samodzielnie, bez pytania ani mapy odnaleźć drogę do domu, kierując się tylko instynktem, albo raczej widokiem pewnych wieżowców na horyzoncie (aż taka dobra nie jestem:)). Przy okazji w paru najbardziej nieoczekiwanych miejscach (hałdy, tyły jakichś magazynów) odkryłam mnóstwo absolutnie zapomnianych i słudziutkich jeżyn! Wygląda na to, że nikt ich nigdy nie zbiera. Najadłam się do woli i muszę powiedzieć, że w życiu nie jadłam słodszych. To chyba jakiś syndrom „rozwiniętych” krajów: wszyscy olewają to, co rośnie, a potem za to samo wydają duże pieniądze w supermarkecie.
  6. Pogoda – mity są prawdą. Jest absolutnie nieprzewidywalna. Ubierasz się ciepło i nieprzemakalnie, to za chwilę zaczyna świecić słońce. W przekonaniu, że zapowiada się słoneczny dzień wywieszasz pranie na tyłach domu, to nadciągają chmury i w mgnieniu oka zaczyna mżyć. Jednym słowem trzeba być tu „siempre listo”, czyli ubranym na cebulkę:)
  7. Tęsknię za jego ciepłem w łóżku. Ale poza tym chyba za niczym. Taki ze mnie kot:(.

00:31, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 września 2007
Kotka w pustym mieszkaniu

Kotka, bo moja Siostra, kiedy wpadłam do niej w przejeździe/przelocie parę dni temu powiedziała, że ludzie dzielą się na psy i na koty, i że cały ten mój wyjazd jest bardzo koci.

W pustym mieszkaniu, bo łóżko do drugiej sypialni dojedzie za parę dni, więc mój przyszły współlokator Hiszpan (vel Profesorek, jak go nazywam w myślach) poświęcił się i został jeszcze w hostelu. I nie wiem, czy czasami nieświadomie nie wygrał na loterii, bo ja jestem w niezłej kropce.

Niektóre problemy na szczęście, po paru godzinach dzikiego krążenia po mieszkaniu udało mi się już rozwiązać. Np. cykanie. Jezu, jak cykało! W równych odstępach gdzieś co pół minuty. Najpierw myślałam, że to na dworze, ale stanie w otwartych drzwiach wykazało, że to jednak w środku. Pierwsze godziny w mieszkaniu spędziłam więc na rozpaczliwym krążeniu i nasłuchiwaniu, niczym komandos usiłujący wykryć bombę podłożoną przez psychopatę. Nie jestem szczególnie wrażliwa na dźwięki, mogę spać przy autostradzie albo party technofili, ale taki rytmiczny i głośny (bardzo!) dźwięk każdego by doprowadził do szału. No i przed chwilą, doprowadzona do lekszego szału, postanowiłam, że rozwalę to coś, ale umilknąć musi! Zlokalizowany w końcu winowajca (jakiś dziwny szary krążek na suficie, prawdopodobnie czujnik przeciwpożarowy) został oderwany, rozbebeszony i wydobyta została z niego bateria. Niby nic nadzwyczajnego, ale ja jestem z siebie zwyczajnie dumna:)

Poza tym udało mi się odkryć sterty brudnych i stęchłych ubrań w kącie, ogromnego słonia pluszowego na łóżku, brak kołdry i ciepłej wody, resztki instalacji choinkowej w szafie, śmierdzące ręczniki w pralce oraz mnóstwo zasuszonej i pogniecionej ligniny w łóżku (wolę nie wiedzieć, kto i co nią wycierał). Nawet nie wspomnę, że nie ma czystych prześcieradeł i leżę sobie przykryta znalezionym kocykiem i własnym szlafrokiem na niemile pachnących papierosami poduszkach. Z zimnym nosem, bo na dworze leje i jak się po staropolsku mówi, piździ nieziemsko.

Ale mimo wszystko, fajnie jest. No przecież udało mi się zlikwidować to diabelskie cykanie! To jest pozytywna wiadomość dnia. Świat niecykający to bowiem niebo w porównaniu ze światem cykającym. Jutro mnie czeka grzanie wody w czajniku do podmycia się po przemarzniętej nocy, ale wspomnienie triumfalnie wygranej walki z cykaniem na pewno mnie podbuduje i nastroi do pokonywania kolejnych przeszkód. Takich jak ten odkryty w szafce kocioł gazowy, który na pewno ma coś wspólnego z ciepłą wodą... Tylko co?

No a druga pozytywna wiadomość to ten właśnie wireless net, unoszący się tu w powietrzu i NIEZABEZPIECZONY!! Czyż życie nie jest piękne? 

23:47, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (8) »
czwartek, 06 września 2007
Szkocka pogoda w Pradze

Słucham sobie właśnie Nightwhish, pakuję plecak i grzebię się w papierach, no i złapały mnie lęki. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie? Bez Chiquita... Co mi z tym wyjazdem najlepszego strzeliło do głowy???

Chyba muszę sobie do empetrójkowicza nagrać na drogę jakieś optymistyczniejsze tony...

13:02, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (3) »
środa, 05 września 2007
Nowy początek

Od trzech dni jestem bez pracy. Nie jestem też jeszcze w Glasgow, ani w Zabrzu, które zamierzałam odwiedzić po drodze. Tkwię w zawieszeniu oczekując na dokumenty wyjazdowe, które zacięły się u dziekana, i usiłując sklecić jakiś pożegnalny elaborat dla mego promotora. Z tej całej nerwowej frustracji zaczęłam się zastanawiać poważnie nad tym blogiem. Czy aby nie rozmieniam się tu za bardzo tematycznie, czy nie jest to takie "mydło szydło i powidło", jak pisał Witkowski?

No i rezultatem tych przemyśleń stał się nowy blog, a nawet świeżutka notka na nim. Oto on: http://libros.blox.pl/html. Zapraszam!

W założeniu powinien to być blog o bardzo szeroko pojętej literaturze, o tym, co czytam, o moich przemyśleniach i guścikach. Nie miałyby to być klasyczne recenzje, które usiłowałam wrzucać tutaj, raczej sprawozdania z całej mojej różnorodnej literackiej pasji. W końcu będąc tak bezprizorna, powinnam mieć więcej czasu na pisanie i czytanie (przynajmniej teoretycznie), więc miejmy nadzieję notki pojawiać się będą systematycznie:). Na razie zapraszam na pierwszy wpis o Arthurze Rimbaudzie.

Na "la polaquita daleko stąd" za to chciałabym się skupić na podróżach, obyczajach różnych nacji, Ameryce Łacińskiej, no i trochę bardziej osobistym dzienniku ze Szkocji i innych wojaży.  A w przyszłości może się jeszcze bardziej "podzielę", kto wie:0

 

PS.  Ale takie bezrobocie to jednak dziwne uczucie! Jeśli na poważnie będę chciała zająć się pisaniem, to będzie to wymagało ogromnej siły i dyscypliny wewnętrznej. Ja na razie zajmuję się głównie buszowaniem po blogach i robieniem sobie grzańca (zimno się kurnia zrobiło), a nie pisaniem wiekopomnych dzieł. Ciężko tak bez szefa trującego nad głową coś zrobić;). Ale bądźmy dobrej myśli!

Do napisania i przeczytania, dzięki, że jesteście:)

 

17:27, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (2) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers