O podróżach dalekich i bliskich
środa, 17 września 2008
Indiańskie legendy

W indiańskich legendach spisanych przez Eduardo Galeano (Memoria del fuego. I. Los nacimientos) mężczyźni zamieniają się w ptaki, a jaguary uczą ludzi rozpalania ognia. Mięsisty owoc może by zapładniającym nasieniem boga. Komary rodzą się z popiołów mordercy. Miód jest mężczyzną uciekającym przed dwiema kobietami, i jest tak słodki, że czasem zabija. Nietoperz miał kiedyś wielobarwne pióra wszystkich ptaków, ale stracił je przez własną pychę. Żabki kwilące na karaibskich wyspach to w rzeczywistości dzieci, którym zabrano matki. Skóra kajmana jest popękana, bo to bóg słońca pociął ją za karę maczetą. Koliber nosi dusze zmarłych niemowląt w kielichu kwiatu do Ziemi Bez Zła. Ryby walczą z wiatrami na polecenie ludzi. Pierwszy mężczyzna myśli, że pierwsza kobieta ma ranę między nogami i leczy ją ziołami. Ludzie odkrywają, że są żywi. Powstają z gliny lub z kukurydzy. Bóg ich śni. Oni śnią Boga.

wtorek, 16 września 2008
Kilka impresji z Londynu

londyn

Pojedynek na spojrzenia. Whitehall. 

londyn

Trafalgar Square. Coż to była za demonstracja? Pojęcia nie mam, ale flagami nieźle machali. 

londyn trafalgar square

I człowiek nie wie, do muzeum wchodzić, czy na ulicy pod nogi patrzeć... Sztuka dla pensa lub dwóch.

londyn

Czyżby zmęczenie muzealne?? Przed National Gallery. 

 londyn

Ona foci, ja focę... 

londyn

Zbliżamy się do Tower Bridge. 

londyn ja

Autoportret na zakręcie. 

londyn

Most zwodzony w dół, ludzie w ruch. 

londyn

Za 2 funty leżak wynajmę! Różne wzory i kolory! 

17:59, la_polaquita , england
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 08 września 2008
Piwna ciekawostka

Dla pewnej polskiej szkoły językowej piszę właśnie ciekawostki o czeskiej kulturze i skoro już tak się męczę, to nie mogę się oprzeć, żeby tu jednej takiej nie opublikować.:) Nareszcie bowiem udało mi się w miarę rozszyfrować, co oznaczaja dziwna numeracja na etykietach czeskich piw. Co to dokładnie jest, nie wie nawet sporo Czechów! Wiem, bo pytałam:)

Ktokolwiek z Was zawitał kiedyś do czeskiej lub morawskiej hospody i chciał zamówić sobie piwo, z pewnością pamięta pytanie kelnerki: „desítku nebo dvanáctku?” Również na etykietach często podawane są tajemnicze numerki: 10°, 12°, czasami nawet 14°, 16°, albo znowu mała ilość: 8°. Ktoś może pomyśleć, że to zawartość alkoholu, inni znowu mówią, że to czas, kiedy piwo dojrzewało. Nic bardziej błędnego!

Owe tajemnicze „procenty” to tzw. stupňovitost piva czyli pieczołowicie zmierzona przez mistrza "sladka" zawartość  ekstraktu słodowego (czyli cukru oraz innych składników) w tzw. sladinie – pierwotnej cieczy uzyskanej ze słodu, jeszcze przed dodaniem chmielu i fermentacją.

Niby stopień piwa ma wpływ na zawartość alkoholu – im wyższy, tym przecież więcej cukru do fermentacji, a tym samym piwo jest mocniejsze. Tak naprawdę jednak zawartość alkoholu zależy od długości fermentacji, a ta może być różna. Im więcej w piwie zostanie niesfermentowanego słodowego ekstraktu, tym będzie miało ono „pełniejszy” smak.

Tracyjnie 8-10 stopniowe piwo zwane jest w Czechach výčepní (2 - 4,5 % zawartości alkoholu), „jedenastki” i „dwunastki” to ležák (około 5% alkoholu). Wyższe numery (nad 12,5° ekstraktu słodowego) oznaczane są jako piwa specjalne, są droższe i sprzedaje się je tylko w butelkach.

Oprócz tego piwo czeskie dzielimy też na jasne, półciemne, ciemne i tzw. řezané – czyli ciemne i jasne zmieszane w kuflu.

Och, tęskni mi się za lekkim czeskim piwem, które w hospodach jest tańsze niż woda! Angielskie lagery nie są złe (ale'ów nie lubię), ale cena wysoka, bez piany leją, ech... no nie ma jak w czeskiej hospudce:)

13:31, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (25) »
niedziela, 07 września 2008
Nasza kolumbijska sobota

Całe rano się wczoraj zastanawialiśmy: co tu zrobić z tą sobotą? Jak dobrze wykorzystać, żeby się nie zmarnowała? Gdzie tu pojechać, co mądrego zobaczyć? Za oknem padał deszcz, a my tak ciężko myśleliśmy i kombinowali, aż się druga godzina zrobiła i dopiero wtedy wyjechaliśmy do Londynu. Na zakupy. Bo co innego można zrobić z takim chłodnym popołudniem, jak nie oddać się konsumpcyjnej gorączce?

Najpierw odwiedziliśmy nasz ulubiony sklepik z grami w Finchley. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Chiquito jest maniakiem gier stołowych w tzw. "niemieckim stylu" (tak się jakoś składa, że większość autorów to Niemcy). Są to gry trochę strategiczne, ale kostka też ma sporo do powiedzenia i wyrównuje szanse. Takie dla starszych dzieci:). Świetna zabawa w prawie każdym towarzystwie. W ostatnich miesiącach mało graliśmy, ja chyba potrzebowałam trochę od gier odpoczynku, ale w zeszłym tygodniu Chiquitowi wreszcie udało się namówić mnie na wieczorny wypad do klubu gier, który organizuje niejaki Phill w Upminster, w miejscowym domu kultury (comunity centre). No i spędziliśmy miło czas grając w rewelacyjnego Shoguna. I tak ponownie dałam się wciągnąć w świat gier...:) Z Finchley odjechaliśmy aż z trzema nowymi nabytkami! Naturalnie zastanawiania się i walki z pokusami były ponad dwie godziny. Chiquito kupił wyglądający dość skomplikowanie Stone Age oraz Thurn and Taxis, grę o początkach poczty w cesarstwie niemieckim. A ja nie wytrzymałam i w spontanicznym odruchu szaleństwa nabyłam Freda... Ale zdaje się, że w tę grę odważymy się grać tylko z bardzo bliskimi osobami (Dziubdziuby, przybywajcie!), no i trzeba będzie przed grą polać... obficie;).

A po zakupach dla duszy (hmm....), pojechaliśmy do centrum handlowego Elephant and Castle na zakupy dla ciała. A dokładnie do kolumbijskiego sklepiku, który w rzeczonym centrum się znajduje, jak wcześniej wyczytaliśmy w internecie. Elephant and Castle było pełne naróżniejszej maści emigrantów oraz ich sklepików, dość odrapane i zaniedbane ogólnie, aż nam się nasunęły skojarzenia z Bronxem:). Ale za to zakupy się udały: nabyliśmy wielki słoik figopodobnych owoców brevas w kompocie (z arequipe, którego pełną puszkę mam jeszcze w lodówce, to pychotka:)), oraz aż trzy kilo specjalnej mąki kukurydzianej na arepas. A Chiquito cały wpadł w zachwyt, bo mógł przypomnieć sobie dzieciństwo dzięki smakowi herbatników Ducales (bardzo dobre) i napoju kolopodobnego Colombiana la nuestra (ble, chemiczny smak gumy do żucia). A wieczorem, kiedy już udało nam się wyjechać z labiryntu ulic Londyna (podobno nawigowałam tym razem na piątkę z plusem:D), zaczęło się arepowe szaleństwo, po którym jeszcze teraz nasza kuchnia wygląda jak po wybuchu ciastowej bomby.

arepas Na takim właśnie zaimprowizowanym "grillu" Chiquito piekł (jak trochę widać, dymiło się nieźle, mieliśmy zadymione całe mieszkanie po tej operacji) tradycyjne kolumbijskie placki kukurydziane, czyli arepas. Przepis nie jest niczym skomplikowanym, należy tylko posiadać tę właściwą mąkę z białej kukurydzy, czyli harina de maiz blanco, zmieszać z odpowiednią ilością wody, kawałeczkiem masła (niekoniecznie) i szczyptą soli, aż postanie odpowiednia konsystencja, na tyle gęsta, by dały się uformować małe kulki, które rozpłaszczone piecze się na specjalnej metalowej kratce, czyli la parilla. Z braku powyższej my użyliśmy półkę z piekarnika, podpartą na odpowiednią wysokość talerzami:). Półka tańczyła po całym piecu, ale Chiquitolin dał radę i przynajmniej niektóre arepy udało mu się nie spalić;).

 

platanos

 

Kiedy Chiquito walczył z arepami, ja tymczasem przygotowałam do smażenia w piekarniku platanosy, słodkie ziemniaki i jukę. Normalnie powinno się je smażyć na sporej ilości oleju na patelni, ale już wcześniej odkryłam, że z piekarnika wychodzą równie pyszne. Wystarczy pokroić w plastry, rozłożyć na blasze i pokapać lekko olejem. Pycha! Słodkie ziemniaki to co prawda nie jest tradycyjne danie z Kolumbii, ale co tam, ja je uwielbiam.

 

 

 

juka

 

A oto i juka! Wreszcie udało nam się ją zdobyć. Też powinno się ją smażyć, ale ja upiekłam w piekarniku i wyszła świetnie. Juka, nazywana też maniokowym korzeniem, to tradycyjny dodatek do potraw nie tylko w Kolumbii. Jest też pyszna tylko posolona, ot, tak do chrupania.

 

 

 

 

 

juka i platanos

 

A oto zdjęcie powyższych pychotek w stanie naturalnym - dla tych, co by chcieli poszukać w kącikach z egzotyczną żywnością i sami spróbować:). Platanos jest po prostu większy niż zwykły banan, no i na surowo smakowałby jak drewno o smaku bananowym. Trzeba go porządnie usmażyć i wtedy to niamka!

Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej o platanosach, polecam smakowity wpis Tres Pimientos tu. ;)

 

 

 

arepa Ale wróćmy do naszych arepitas! Usmażonego placuszka trzeba po prostu nasmarować masłem i posolić. Jadło to proste, ale dobre i syte. Nie od parady arepy są nazywane w Kolumbii "jedzeniem biedoty". Mąka kukurydziana jest tańsza od tej na prawdziwy chleb. Wyobrażam sobie, jak kiedyś, a pewnie i dzisiaj w wielu regionach Kolumbii, kobiety pieką je nad ogniskiem...

Arepy można też nadziać serem, wtedy są to arepas con queso. Między dwa placuszki wkłada się plaster łagodnego żółtego sera. My użyliśmy mozzarelli na pizzę, ale słabo było ją czuć. Dlatego miałam wielką ochotę poeksperymentować z tutejszym, czyli angielskim, wyraźnym cheddarem. Chiquito jednak nie chciał o takim zakłócaniu tradycji nawet słyszeć, ale ja i tak spróbuję, i jeszcze zobaczy chłopak, że dobre będzie!

No a dzisiaj nas czeka leniwa niedziela... Na dworze nadal paskudnie, aż człowiek chce się tylko pod ciepłą pierzynę zagrzebać. Będziemy grali w nowe gry i wymyślali naszą własną, na której pomysł wpadliśmy całkiem spontanicznie podczas wczorajszej rozmowy w samochodzie. Olejemy wszelkie zabytki, będziemy leniuchowali bez wyrzutów sumienia i zakutani w koce oglądali filmy. I cieszyli się naszym wzajemnym ciepłem.

A Chiquito właśnie zaczyna mieszać nową porcję arepas na późne śniadanie:). W końcu mamy 3 kilo tej mąki!

12:08, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (28) »
piątek, 05 września 2008
Kenny

Jak się dzisiaj dowiedziałam, Ken był dość niegrzecznym chłopakiem.

Za jakąś głupią bójkę dostał się do więzienia, a jego żona opuściła go i zabrała dzieci. Dziś żadne z nich go nie odwiedza.

Był zagorzałym kibicem i lubił się poprać na, lub po meczu.

Pracował w szpitalu jako pielęgniarz. Był pełny życia, niespokojny, ciekawy.

W 1975r. Ken zmierzał właśnie do stacji Liverpool Street w londyńskim City, kiedy zauważył zamieszanie na ulicach. Ludzie biegli, przepychali się, ktoś krzyknął. Ken, nie bardzo świadomy, co właściwie robi, razem z tłumem zaczął biec w kierunku Moorgate. Gapiowie jednak zatrzymywali się przy wejściu do metra, z którego ciągle wysypywali się przerażeni niedoszli pasażerowie, i tylko Ken wraz z kilkoma innymi odważnymi ruszył pod prąd. Przepychając i potracając spanikowanych uciekinierów dostał się na dół, na perony, gdzie w twarz uderzył go gęsty, gryzący dym. Kiedy przymrużył oczy, mógł z peronu dostrzec końcówkę rozbitego pociągu. Strażacy byli jeszcze daleko od miejsca katastrofy, kiedy Kenowi i paru innym udało się sforsować drzwi i wyciągnąć pierwsze ciała. Wynosił je na rękach. Strzępami własnej koszuli osłaniał usta przed trującym dymem. Próbował reanimować. W chaosie organizował ludzi, żeby pomogli.

Pięć lat później, kiedy był już po pierwszym lekkim udarze, ale ciągle umiał mówić, jeść i chodzić, oglądał razem ze starszą siostrą telewizję. Pokazywali program o katastrofie kolejowej w Moorgate. Ken nagle się ożywił i wykrzyknął, że tam był. Dopiero po tak długim czasie opowiedział o tym siostrze, a ona dziś opowiedziała to samo mnie.

Zawsze wszystko trzymał głęboko w środku. Nie zwierzał się, nie płakał. Zamknięty w sobie, jak się to mówi. Dziś jest dosłownie zamknięty, na siedem spustów, w pułapce swego ciała.

Nie może przyjmować pożywienia i jest karmiony rurką zabudowaną na stałe do pępka. Nie mówi, potrafi tylko nieznacznie się uśmiechnąć i ruszyć lewą dłonią. To wszystko. Kiedy pierwszy raz asystowałam przy jego myciu, żołądek odmawiał mi posłuszeństwa. Byłam przekonana, że jest jak warzywo, ale koordynatorka "activities" zapewniła mnie, że bynajmniej. Wszystko rozumie i słyszy. Lubi obserwować ludzi. Cały dzień przebywa w salonie, bo jest ciekawy wszystkiego, co się dzieje. Jego umysł jest sprawny, ale ciało stało się więzieniem.

Przebywa w tym więzieniu już 14 lat. Ma dopiero 61. Pierwsze udary zaczęły się, kiedy był tylko dwa lata starszy ode mnie.

20:16, la_polaquita , ich historie
Link Komentarze (4) »
środa, 03 września 2008
PRZECZUCIA

Przeczucie to jest wtedy, kiedy cię tak w dołku ściśnie, i ty już wiesz. – mawiała moja Oma Lena. Przeczucia przychodzą pod rozmaitymi postaciami. Biegasz cała niespokojna, ręce ci się trzęsą, gdzieś w tobie ta pewność zbiera i dojrzewa jak owoc. A potem prask. Przychodzą wieści, złe.

Kiedy Lena była w pierwszej ciąży, ściskanie w dołku dręczyło ją cały czas.

Starała się bardzo. Robiła wszystko, co starki gadały, że robić trzeba. Nie przechodziła pod sznurami, kiedy wieszała bieliznę. Choć było jej ciężko, brała waszkorb i obchodziła rozwieszone płachty dookoła. Kiedy ulicą przechodził wioskowy kaleka, durny Edek, odwracała szybko wzrok. Unikała koleżanki Hildy o wyłupiastych oczach, która miała nieświadomą moc rzucania przyroku. A jak ją już spotkała, wycierała twarz własną koszulą. Nie patrzyła w ogień, a kiedy musiała przyłożyć do pieca, jedną ręką trzymała się fartucha. Nie cerowała i nie sztrykowała, żeby nie zaszyć dziecku drogi.

Wszystko na próżno. Przeczucie brało ją w swe szpony, zaćmiewało wzrok, w nocy siedziało na piersi jak zmora. Lena budziła się obok chrapiącego Alfonsa i z trudem opanowywała drżenie całego ciała.

W jej brzuchu dziecko tańczyło. Odwracało się, zmieniało pozycje. Lena niemal słyszała chlupot wody gdzieś głęboko w środku. Nieśmiało podciągała koszulę i wyczuwała maleńką stópkę wypychającą skórę od wewnątrz. W duszy, cichutko, by nikt nie usłyszał, może tylko sam Anioł Stróż, śpiewała swemu dziecku. Uspokajała je. Nie bój się, wszystko będzie dobrze. To wszystko zabobony, jak mówi ksiądz. Ale na wszelki wypadek nie przejdę pod sznurem, aby twoja pępowina była mostem, nie pętlą. Na wszelki wypadek.

Dziecko niespokojnie zmieniało pozycję.

Alfons darł koty ze starym Bytomskim od rana do wieczora. Krzyczeli na siebie w szopie, na podwórzu, w chlewie i w domu. Żaden nie chciał ustąpić. Stary zwykle pierwszy machał ręką, ale w swych poglądach nie popuszczał. Siadał na progu, nabijał wściekle fajkę i patrzył spode łba na Alfonsa, który ruszał w swój zwyczajowy „obchód” gospodarstwa mrucząc pod nosem pieron za pieronem. Zaszywał się gdzieś w ogrodzie albo drewutni i zaczynał porządkować jakieś stare graty, chcąc być wreszcie sam, ale hej, długo nie musiał czekać, i już zjawiał się teść, i hura na Alfonsa, żeby nie tykał tego, żeby tu się nie rozkładał, tylko szedł gnój przerzucać, bo dziś tak ma być.

Alfons wściekle rzucał zaczętą robotą o podłogę. Musiał się słuchać teścia i nie był u siebie. Doprowadzało go to do szału.

A stary Bytomski wspominał z nutką goryczy, jak mówił córce przed ślubem: nie śpiesz się. 30 lat co to jest? Nie pali się przecież, przyjdą inni.

Miał rację, przyszli. Próbował swych sił pewien wdowiec, też górnik, z małym synkiem. Podobał się Lenie, ale już była po słowie i musiała odmówić. Tradycja. Pancerz, który chroni. Łańcuch, który wiąże.

Wychodziła za mąż w białej sukni i z welonem, który ciągnął się do ziemi. Na starych sepiowych zdjęciach leciutko się uśmiecha. Ma gęste ciemne włosy, krótkie na przedwojenną modłę, zaczesane do tyłu. Wygląda szczupło, choć naprawdę jest mała i lekko przysadzista. Ma długi nos, ale można nazwać ją ładną. Przed wojną miała spore powodzenie, kawalerowie ją rozchwytywali, ale potem wszystkich wciągnęło i zmieliło w odmętach historii.

Fater Bytomski na ślubie się upił, a teraz ze smutkiem patrzył na swą ostatnią córkę, jak smutnieje i chudnie w oczach. Jej brzuch się powiększał, a ona sama gasła. Przed snem płakała z głodu, bo Sofie gdzieś wyczytała, że zdrowo jest, by ciężarna nie jadła kolacji. A rady siostry były dla Alfonsa święte.

I to przeczucie, przeszywający strach o dziecko. Kiedy brzuch był już duży, Lena zaczęła się wreszcie trochę oszczędzać przy pracy w gospodarstwie. Siadywała na progu domu i obserwowała jesienne liście, kłębiące się na podwórzu w powiewach ciepłego wiatru. Fater Bytomski siadywał cichutko przy niej i nabijał swoją fajkę. Tyle razem przeszli! Odejście chłopców do wojska. Śmierć Johanna. Śmierć Muter, taka niespodziewana, taka wczesna, taka bolesna. Wejście Rusów, ich rabunki i gwałty. Chronili się nawzajem. Ojciec ukrywał Lenę  na strychu, kiedy przyszli Rosjanie szukając diewuszek, a sam pił z nimi wódkę do upadłego, siny ze strachu, żeby ich udobruchać. 

W tamtych twardych czasach niewiele było miejsca na uczucia. Ale stary Bytomski nie mógł się czasami powstrzymać i brał swoją córkę za rękę. Głaskał ją delikatnie. Miał łzy w oczach. Ukochana, najmłodsza.

Wszystko mogło potoczyć się inaczej.

Poród był ciężki i przeczucia się spełniły. Posłali po lekarza do Toszka, ale nic to nie pomogło. Córeczka Marta, która mogła być moją ciotką, żyła tylko kilka chwil.

Ochrzczono ją szybciutko, z wody.

Wyobrażam sobie ten pokój, oswietlony żółtą żarówką, Lena we krwi na łóżku  zanosząca się cichym, strasznym płaczem. Alfons na dworze mruczący pod nosem niezrozumiałe, pełne złości słowa. Przedsmak niekończących się monologów jego starości. Fater Bytomski w kuchni, z twarzą opartą na rękach, łzy kapiące na wąsy. Walenie pięścią w stół, aż popękają kostki. Ukochana, najmłodsza.

Maleńkiego trupka sąsiadki zawinęły w prześcieradła i zapaliły mu świeczkę. To aniołek, próbowała tłumaczyć jedna Lenie, zdążyliśmy ją ochrzcić, poszła prosto do nieba. No weźże się już uspokój dzioucha, jeszcze zdążysz mieć dziesięcioro!

Lena spojrzała na sąsiadkę nieprzytomnym wzrokiem. No weźże się już uspokój! Uspokój! Tak, to brzmi rozumnie. Pomodlić się i uspokoić.

Tak zrobiła. Zacisnęła wargi. Uspokoiła się. Przez resztę swego życia była już tylko spokojna.

O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers