O podróżach dalekich i bliskich
czwartek, 24 września 2009
Nasza rocznica

22 września obchodziliśmy z Chiquitem siódmą rocznicę bycia razem. Nie do wiary, to już tyle lat! Już prawie nie pamiętam mojego życia przed Nim. Ale wiem, że było dużo bardziej smutne i szare. W jego ramionach, czując się kochana, odżyłam, stałam się inną osobą.

Tak sobie myślę, że z tego, co piszę na tym blogu, pewnie wynika, że stanowimy idealną parę. Prawda jest taka, że o naszych problemach tu nie piszę. To zbyt prywatna sprawa, a poza tym dotyczy nie tylko mnie. Jednym z założeń tego bloga jest, że o mnie samej mogę być szczera do bólu, ale o innych ludziach piszę ostrożnie. Nie chcę nikogo zranić.

Dziś chciałabym Wam powiedzieć, że nie jesteśmy idealni. Kłócimy się, wylewamy na sobie wzajemnie swoje frustracje. Jest wiele drobnych i większych rzeczy, które nam wzajemnie w sobie przeszkadzają. Jesteśmy oboje przewrażliwieni, łatwo czujemy się zranieni z pozoru niewinnymi słowami tego drugiego. Wiele nas dzieli, także kulturowo. Zostaliśmy inaczej wychowani, wyznajemy inne wartości. A jednak pomimo tego udało nam się stworzyć zadziwiająco spójną rodzinę. Deklaracje słowne często nas dzielą, ale czyny przekonują, że idziemy w jednej linii. Kiedy jedno z nas trochę się oddali, drugie natychmiast wyciąga rękę, szuka w ciemności, przytula, ustępuje i przeprasza.

Tak sobie myślę, że chyba nigdy się nie rozstaniemy. Kochamy się, spędzamy ze sobą wspaniale czas. Mamy dziecko.

Zbyt wiele nas łączy.

Ale też nigdy pierścionek zaręczynowy nie zostanie zamieniony na obrączki. Nie zdobędziemy się na ten symboliczny gest.

Zbyt wiele nas dzieli.

---------------------------------

Tym niemniej Chiquito pamiętał o naszej rocznicy i sprawił mi tym ogromną radość. Już rano, choć jeszcze nieprzytomny po wygrzebaniu się z łóżka, zrobił mi śniadanie: jajko smażone i czekoladę na gorąco. Potem wymyślił, że zamiast iść do drogiej restauracji (co z Fri jest mocno ograniczone) kupimy sobie grill raclette i spędzimy wieczór w domu zapiekając przy stole warzywa i mięsko. Chiquito kupił urządzenie, a ja przygotowałam cukinie, steaki, ziemniaki, cebulki i sery. Po raz pierwszy od miesięcy otworzyliśmy sobie butelkę dobrego wina. Niestety Fri poczuła się chyba cokolwiek zaniedbana, bo urządziła nam potężny koncert przedspaniowy. Usypialiśmy ją ponad 2 godziny, to znaczy jeden usypiał, a drugi tymczasem jadł. Wieczór udał się więc średnio, ale liczy się co innego. Jesteśmy ze sobą w szczęściu, ale i w problemach. Wspieramy się i pomagamy sobie. Jesteśmy drużyną.

Kocham cię Chiquito, mój Chłopcze z Gwiazd.

14:54, la_polaquita
Link Komentarze (19) »
piątek, 18 września 2009
Kiedy przychodzi depresja...

...trzeba skupić się na małych rzeczach. Na małych zadaniach.

Nie myśleć o tych wszystkich książkach, które chciałabym napisać i przeczytać, kontaktach, które powinnam nawiązać, o satysfakcjonującej pracy, na którą nie mam pomysłu, o mieszkaniach, na które nas nie stać. Nie stawiać w głowie wielkich projektów, które nie wiadomo nawet jak zacząć. Skupić się na tu i teraz. Zaparzyć herbaty. Wyhaftować jednego małego kotka 2x2cm. Położyć się koło bawiącej się Fri i po prostu wdychać jej zapach. Wyjść na spacer. Napisać ten mały wpis.

09:10, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (14) »
środa, 16 września 2009
Szybka refleksja

Czytam wasze komentarze pod poprzednim wpisem i tak sobie myślę, i muszę to zapisać. Myślę, że macierzyństwo to taki okres w życiu, kiedy z człowieka wyłażą te najgorsze, ale i najlepsze cechy. Jeśli ktoś ma skłonności do depresji, to ją zapewne dostanie. Jeśli ktoś ma zdolności organizacyjne, ale zawsze się lenił i ich nie wykorzystywał (jak ja:)), to teraz bardzo mu przyjdą w sukurs. Jak ktoś lubi idealizować swoje życie i robić z siebie bohatera lub męczennika, w to mu graj. A jak kto lubi narzekać i jęczeć nad sobą, albo wściekać się i kłócić, też ma ogromne pole do popisu.

A jeśli ma w sobie duszę dziecka, będzie wymyślał zabawy i cieszył się razem ze swoim potomkiem każdą chwilą. Będzie dawał z radością, tyle ile chce, nie oczekując niczego w zamian. Będzie twórczy i szczęśliwy, by móc dać szczęście.

A także jeśli w związku rodziców już były problemy, to teraz w pełni rozkwitną. A jeśli była i jest miłość i zrozumienie, oboje będą dla siebie wielkim wsparciem.

fri y yo

Czarownik kiedyś powiedział, że ciąża i macierzyństwo w Geschtalcie zwane są momentami kryzysowymi, dlatego w tym okresie nie powinno się odbywać terapii zbytnio grzebiących w trudnych chwilach z przeszłości. Jest tak jak najbardziej. Urodzenie i wychowywanie dziecka to przełom, życie na krawędzi, próba charakteru. Każdy dzień przynosi niespodzianki, nagłe problemy, cudowne radości.

W takich chwilach najbardziej można poznać siebie. I już choćby dlatego warto dać takiej nowej osóbce życie i kochać ją całym sercem. Warto jak cholera.

czwartek, 10 września 2009
Beznadziejny dzień...

...zdarzył się we wtorek. Zgubiłam moje ukochane (i drogie) okulary przeciwsłoneczne ze specjalnymi szkłami dioptrycznymi, Fri znowu cierpiała (cierpiałyśmy obie) na bezsenność, rozbiło się wieczko od mojego ulubionego kubka, a na dokładkę popsuł się komputer. I wszystko to dałoby się jeszcze jakoś znieść, gdyby nie to, że Chiquito akurat wyjechał na szkolenie do Niemiec. Nie było komu pomarudzić. A ja tak czasem tego marudzenia potrzebuję.

Zastanawiam się, czy nie za dużo marudzę tu, na tym blogu, oraz ludziom w realu. Myślę, że pewne osoby, na których mi bardzo zależy, miały mnie już pod tym względem dość... Ja wiem, że Fri jest zdrowa, prześliczna, bezproblemowa i powinnam się tylko cieszyć. Ale na mnie to "powinnam" nie działa. Kiedy mam takie dni, chce mi się tylko płakać.

Miałam kiedyś, jeszcze przed porodem, iluzję o sobie, jaką to "mamą luzarą" nie będę. Ja tak mam, że wyśnię sobie taki obraz siebie, a potem widzę jak rzeczywistość jest inna, jak ja jestem inna, i frustracja się tylko nakręca. Ja wiem, że to jest pułapka psychologiczna i ciągle na nowo daję się w nią złapać.

Teraz mi przykro, że tyle się skarżę. Trudno, nie jestem luzacka. Problemy mnie przerastają. Ale zaciskam zęby i próbuję od nowa, bo macierzyństwo to niestety takie coś, w którym nikt mnie nie zastąpi. To jest ta siła, o której pisałam w poprzednim wpisie. Przychodzi nie wiadomo skąd, i człowiek bierze się w garść, i wstaje z tego łóżka o 12.00, 3.00, i 5.00 rano... Bo potrzebuje tego maleńka śliczna istotka, która niczego nie robi specjalnie, nie manipuluje, jak niektórzy lubią to nazywać, po prostu ogromnie pragnie spać, nie może, i bardzo potrzebuje pomocy. Mojej pomocy.

Przepraszam Was, że znowu marudzę.

 

PS. Na szczęście już wrócił  Chiquito. Wysłuchał moich skarg jednym uchem, bo śpieszył się do pracy, przytulił mocno, naprawił kompa i jako bonus rozbił miseczkę na olejek do masaży Fri.

Dobrze, że już jest. Wszystko wraca do normy:).

12:52, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 07 września 2009
Co mi daje macierzyństwo
  1. Siła

    Nigdy nie sądziłam, że byłabym w stanie tyle nocy z rzędu budzić się co 2 godziny, a potem w czasie dnia funkcjonować zupełnie normalnie, a co więcej całkiem energicznie. Mam oczywiście swoje chwile słabości, kiedy czuję się tak wyczerpana fizycznie i psychicznie, że nic innego nie umiem robić tylko płakać. I dzięki Bogu za te łzy, bo Chiquito wtedy załapuje, że ja w tym momencie mam naprawdę dość, i choć sam zmęczony, dostaje przypływu sił i przejmuje Fri pod swoją pieczę. A ja się regeneruję. Niesamowite, bo czasem wystarczy godzinka snu albo wyjścia samej z domu, żeby znowu nabrać mnóstwa nowych sił.

    Poza tym zauważyłam, że jestem silniejsza też fizycznie. Słyszałam już, że podobno zawodowe sportsmanki, kiedy wracają na treningi po urlopie macierzyńskim, często biją rekordy swego życia (jak np. Katerina Neumannova, czeska narciarka). Mi oczywiście daleko do sportowców, ale wczoraj byłam na basenie i muszę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu pływałam prawie bez odpoczynku tam i z powrotem całą godzinę. Być może porównuję to z ciążą, kiedy po przepłynięciu jednej długości musiałam się zatrzymywać zadyszana, ale i przedtem też nie przepłynęłam więcej niż 6 basenów naraz. A wczoraj super. Myślę, że to zasługa silniejszych ramion, wyrobionych od dźwigania Fri oczywiście:).

  2. Lubię moje nowe ciało

    Pewnie to brzmi dziwnie, bo ci, co mnie znają, wiedzą, jaki rozflaczały i gruby brzuch mi został po ciąży. Nad tym muszę absolutnie popracować, bo nie tylko paskudnie to wygląda, ale i nie mieszczę się praktycznie w nic z moich starych ciuchów! Nadal muszę nosić spodnie ciążowe plus parę rozciągliwych szmat. Ale kiedy patrzę w lustro i omijam wzrokiem to brzuszysko, to reszta mi się podoba. Zawsze byłam bardzo chuda i miałam malutkie piersiątka, co było moim wielkim kompleksem. Może dlatego cieszę się z moich „mlecznych” piersi, pełniejszych i większych. Mam też pełniejsze ramiona i czuję się tak bardziej kobieco. Moje nowe ciało to teraz ciało dojrzałej kobiety, nie dziewczynki, którą dotąd byłam i muszę powiedzieć, że dobrze się w nim czuję. Może dlatego, że i psychicznie coraz bardziej oddalam się od tamtej dziewczynki...

  3. Kreatywność

    Kiedy byłam mała, wymyślałam dla mojej młodszej siostry mnóstwo zabaw, opowieści, tworzyłam całe światy równoległe, w których część postaci odgrywały lalki i inne rekwizyty, a reszta znajdowała się w wyobraźni. Potem to wygasło, ale zawsze miałam nadzieję, że wróci, kiedy będę miała swoje dzieci. Nie wiem, czy tak będzie z Fri, na razie jest za malutka, ale czuję, że już przejawia się moja kreatywność. Na razie w śpiewaniu i wymyślaniu piosenek. Myślę, że mam przyjemny głos, niestety słoń nadepnął mi na ucho i całe życie ze wstydu wystrzegam się śpiewania jak ognia. Dopiero teraz, z małą Fri jakoś naturalnie zaczęłam śpiewać. Bo przecież wiem, że ona nie będzie oceniać czystości frazy, tylko po prostu cieszyć się moim głosem. A piosenki, które wymyślam, niemal od razu stają się domowymi hitami! Chiquito aż marudzi, bo ma je w głowie nieraz przez cały dzień:).

  4. Zorganizowanie

    Time management” nigdy nie był moją mocną stroną, ba, nawet chlubiłam się moim „artystycznym” niezorganizowaniem i spontanicznym chaosem. A przy tym dni przeciekały mi przez palce pozostawiając tylko niesmak i poczucie zmarnowanego czasu. Teraz, ponieważ czasu dla siebie mam tak mało, staram się go wykorzystywać bardziej intensywnie. A przede wszystkim zawsze wiem dokładnie, co robiłam, choćby to było tylko włożenie zmywarki czy prasowanie. Ta wiedza sprawia, że znika poczucie przeciekających przez palce godzin. Rutyna Fri sprawiła też, że i ja mam mniej więcej stały rozkład zajęć. Nie ma już łażenia w piżamie do późnych godzin popołudniowych – prysznic jest zawsze rano przy pierwszym dziennym spaniu Fri, bo jakbym to zaniedbała, może się okazać, że nie wezmę go wcale. A wtedy rozwali się dalszy porządek dnia: spacer, zakupy, i zostanie tylko frustracja.

    Ale uważam też, żeby z rutyny nie stała się obsesja. Wieczory wciąż są totalnie pokićkane, bo cały czas gdzieś całą trójką wybywamy (ostatnio oglądamy mieszkania do kupienia...) i Fri bywa zdezorientowana, trudno ją uspać itp... Ale nie zamierzam z tego zrezygnować, choć czasem pokusa bierze, by wszystko jeszcze bardziej rozplanować. Coś jednak z tej naszej starej spontaniczności musi zostać. W końcu rutyna jest dla nas, a nie my dla niej.

I co jeszcze mi daje macierzyństwo? No przecież uśmiechy Fri, jej guguganie, jej cudny zapach. Co rano uśmiechem rozświetla nam dzień, jak małe słoneczko (ale dopiero po jedzonku, wcześniej nie ma mowy o uśmiechu!). Daje mi dumę z jej rozwoju, z jej śliczności, z usilnych prób dźwigania główki i sięgania po przedmioty. Daje radosne chwile obserwowania zakochanego w córce Chiquita.

Daje piękne momenty, kiedy jesteśmy w trójkę i już się nie kłócimy, i już się tylko kochamy.


13:07, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (16) »
niedziela, 06 września 2009
Jacek Dehnel: Rynek w Smyrnie

Rynek w Smyrnie to moje pierwsze spotkanie z prozą Dehnela, choć już od paru lat jego nazwisko ciągle obija mi się o uszy: że fenomen, taki młody, a już gruba powieść-sukces, że ekscentrycznie staroświecki, że nosi się jak dandys itp. Na pewno kiedyś czytałam jakieś jego wiersze w pismach literackich i pamiętam, że nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia. Był to dla mnie trochę przerost (klasycyzującej) formy nad treścią.

I podobne wrażenie miałam zaczynając czytać tom jego opowiadań, który pożyczyła mi AW (dzięki!). Dwa pierwsze opowiadania zupełnie mi się nie podobały. Ale czym dalej w las, tym milej byłam zaskoczona. Okropnie nierówna ta książka. Może dlatego, że opowiadania powstały przed bestsellerową Lalą, niektóre jeszcze za czasów licealnych. Zostały wyciągnięte z szuflady i raz dwa wydane, żeby iść za ciosem sukcesu powieści. Ja tam uważam, że pisarz powinien był bardziej krytyczny co do własnej twórczości, zwłaszcza tej wczesnej, i zwłaszcza, jak pisze dużo. Kto to powiedział, że sztuka pisania jest sztuką skreślania?

Pierwsze opowiadanie Patrząc na Stromboli to dla mnie trochę przydługie wypracowanie na temat "Jak spędziłem wakacje". Oczywiście język jest wyrafinowany i kunsztowny, aż za bardzo, ale treść na tym poziomie mniej więcej. Nużą dokładne opisy co i gdzie zakochana para bohaterów je, jakie kościoły zwiedza, jakimi uliczkami spaceruje. Może jakby to było pomyślane jako osobisty przewodnik po Włoszech, to bym zaklaskała. Ale jako opowiadanie dla mnie nie działa. Puenta i owszem, jest wdzięczna i zaskakująca, ale zamiast tego przydługiego wstępu starczyłyby 2-3 strony, za to bardziej zagęszczone.

Tytułowe opowiadanie, Rynek w Smyrnie jest wydumane. Taka literacka gra z papierowymi postaciami-typami. Mamy rodzinę (polskich?) nuworyszy przemieszczającą się po włoskich miastach, przy czym główna bohaterka, córka Konstancja, niedoszła artystka epatująca staroświeckością stroju, jest z pewnością żeńskim alter ego samego Dehnela. Ja rozumiem, że tam czyste nawiązanie do modernizmu jest (może akurat przerabiali to w liceum na polskim, kiedy chłopak pisał to opowiadanie?) - bohaterka ni z tego ni z owego zakochuje się w kamiennym aniele, który ją na koniec zabija. Ten motyw jest jakby zupełnie z innej bajki niż skądinąd ciekawy wątek potakującej i wcielającej się kolejnych przechodniów Śmierci. Ciekawa postać śmierci została jednak nie wykorzystana, zaniedbana na rzecz opisów elokwentnego myślenia nadętej Konstancji. Jej miłość do anioła jest niewiarygodna, zupełnie nie umotywowana psychologicznie. Ja dużo bardziej wolę książki pisane z życia niż takie sztywniackie żonglowanie motywami z literatury.

Ale na szczęście dalej jest już tylko lepiej. Już Olaf Farbiarczyk jest zręcznie napisany, z miłą choć lekko przewidywalną puentą. Robi wrażenie napisanego w XIX wieku, taki stary styl sentymentalnego idealizowania środowiska prostytutek i burdeli. Wiadomo, też jest to "wydumane z literatury", ale broni się, jest wdzięczne, a scena czubiących się o Olafa kokot mogłaby być częścią fajnej filmowej komedii.

Sanctus sanctus sanctus natomiast, wariacja na temat legendy o siedemdziesięciu sprawiedliwych, dzięki którym Bóg pozwala światu istnieć, już jednoznacznie mi się podobało. Może niepotrzebna jest postać współczesnego przewodnika, ale w sumie nie ma to takiego znaczenia. To opowiadanie ma swoją głębię - jest tak naprawdę opowieścią o przeznaczeniu, o niemożliwości uniknięcia swego losu. Kaspar Furt walczy o wolność wyboru z całych sił, nawet za cenę wiecznego potępienia, i nie może się wyrwać z kleszczy boskich zamiarów.

Die Shopfung to z kolei opowieść o holocauście - ciekawa, ale chyba trochę zbędna, nic nowego do tematu nie wnosząca. Jestem pewna, że napisano już setki podobnych i dużo bardziej wstrząsających. Ale jest ok, czyta się dobrze.

Najlepsze jednak przychodzi na koniec. Opowiadanie Filc jest po prostu ładne i wreszcie łączące literaturę z życiem. Postaci ekscentrycznych stopanienieńskich ciotek, ich zaściankowego komunizmu, ich słabostek, zapachów, powiedzonek, gadatliwości, małych obsesyjek - żaden pisarz nie wymyśliłby tego z nabitej przeczytanymi książkami głowy. Wierzę, że takie naprawdę były ciotki Dehnela i to opowiadanie jest przepięknym hołdem im złożonym. A przy tym jest tam i realizm magiczny, i atmosfera jak z Iwaszkiewicza... Idealizacja życia rodzinnego, ale jakże piękna!

Jeśli taka jest też Lala, to ja się na to piszę.

czwartek, 03 września 2009
Ach to karmienie...

Dziś byłam znowu na poradni laktacyjnej. Z inną osobą, która doradziła mi znowu coś innego, niż ta pierwsza. Dowiedziałam się, że pozwalam sobie dziecku wchodzić na głowę, że mała robi ze mną co chce, bo jak nie chce ssać to się poddaję i daję butelkę. I że najprawdopodobniej ją przekarmiam - ma typowe "fałdki" dziecka butelkowego. W dodatku Fri od kilku dni coraz mniej chce ode mnie ssać i coraz bardziej ze mną walczy. Wije się cała, odpycha, wypluwa pierś i rozdzierająco płacze. Dziś po poradni dała taki koncert, że hoho. Bo właśnie stosując się do rad próbowałam ją zmusić do ssania, przyciskałam do siebie ile wlezie, wpychałam cycek do buzi. Wściekła się tak, że 15 minut nie mogłam jej uspokoić, dopiero butelka pomogła. No i jak ja mam pani poradco pokazać temu dziecku "kto tu rządzi"?

No to jestem takim rodzicem, co sobie daje wchodzić na głowę, a pewnie dalej będzie jeszcze gorzej:(.

Karmienie piersią od początku jest dla mnie źródłem stresu (a stres to podobno największy nieprzyjaciel karmienia!). W szpitalu mleko nie chciało się zacząć i Fri cały czas traciła na wadze. Przez pierwsze 3 dni strata wagi jest ok, ale jak czwartego było to samo, zaczęło się dokarmianie sztucznym mlekiem. Pielęgniarki nauczyły nas podawać jej pokarm strzykawką. Robiłam to strasznie niechętnie, bo już wtedy było to dla mnie symbolem mojej porażki jako matki. Że nie mam mleka, a przecież wszędzie gadają, że każda kobieta może karmić, jeśli zechce. Do tego Fri podobno miała bardo dobry odruch ssania, została przyłożona do piersi zaraz po opuszczeniu sali porodowej. A ja mleka miałam jak na lekarstwo. Musiałam jeździć z nią na wagę przed i po karmieniu, żeby z tego było wiadomo, ile ode mnie wypije. I nie było żadnej różnicy! Byłam z tego totalnie zdepresjonowana, łzy lały mi się jak grochy.

Ze szpitala puścili nas dopiero na piąty dzień (ja już powoli zaczynałam tam świrować) pod warunkiem dokarmiania sztucznym mlekiem. Dokarmialiśmy, ale potem już miałam mleko i stopniowo przeszłam tylko na pierś, bo bardzo chciałam, żeby rozkręciła się laktacja. To karmienie piersią było (i chyba ciągle jest) dla mnie jakimś bezsensownym punktem honoru. Może chciałam być lepsza od mojej własnej mamy, która nie karmiła, bo właśnie miała "mało mleka"?

Kiedy u pediatry wyszło na jaw, że Fri z tego mojego mleka praktycznie nie przybiera na wadze, prawie się załamałam. Pamiętacie, jak pisałam, że mała nie cierpi spacerów, kąpieli i wszelkiego innego odrywania od cycka? Teraz już wiem dlaczego - po prostu była ciągle głodna. Dlatego też miałam ją przy piersi praktycznie nonstop, nie mogłam się od niej ruszyć. Z drugiej strony zaś pozwalałam jej zasypiać przy karmieniu (zadowolona, że w końcu śpi) oraz bawić się po prostu brodawką, memłać ją w buzi jak smoczek (przekonana, że ssie, a wcale nie ssała). No, jednym słowem pewnie już wtedy "wchodziła mi na głowę". Tylko że ja chciałam mieć spokój, czytałam sobie przy tych długachnych karmieniowych sesjach i próbowałam się nie stresować, bo przecież tylko wtedy mleko pocieknie strumieniami. No ale nie pociekło.

Od tamtej pory po każdym karmieniu piersią podajemy butelkę. Długo jeszcze męczyliśmy się ze strzykawkami, ostatnio dałam sobie już z tym spokój. Pogodziłam się już z tą niepełną laktacją. Od czasu do czasu nawiedza mnie nawet ochota odstawienia, ale nie pozwala mi na to to przeświadczenie, że skrzywdziłabym w ten sposób Fri dla własnej wygody.

Pani dziś na poradni dała mi te wszystkie rady, że mam jej ograniczyć nutrilon i zmuszać do picia z piersi, chociaż przez pierwsze dni mała będzie protestować i to głośno. Zaczęłam kręcić głową i wtedy padło pytanie, czego ja właściwie chcę. Odpowiedziałam, że spokoju.

Ja nie lubię nastawienia "zadaniowego", walczącego, źle to na mnie wpływa. Jest tylko źródłem stresu. No ale pewnie właśnie tacy nastawieni na spokój i wygodę rodzice "dają sobie wchodzić na głowę". To samo jest z usypianiem, podobno można nauczyć dziecko zasypiać samemu we własnym łóżeczku, ale mi się po prostu nie chce (a na dokładkę nie wierzę, że mogłoby się udać). Wolę ją mieć u siebie w łóżku i być dla niej "ludzkim smoczkiem", skoro to ją najłatwiej uspokaja.

Ach, to karmienie... Nie wiem, czy mam już odpuścić, i pozwolić jej pić co chce i ile chce, czy ciągle walczyć o tą pierś.  Na początek chyba zacznę chłeptać jeszcze więcej wody (podobno powinnam w tym upale dociągnąć do 8 litrów na dobę!). To nie jest takie trudne, więc czemu nie. A nuż pomoże?

 

12:27, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (12) »
wtorek, 01 września 2009
Nasze krajobrazy

W poprzedniej notce pisałam o geocachingu, dzięki któremu nowym okiem spojrzeliśmy na okolicę naszego osiedla. Przede wszystkim dowiedziałam się wreszcie, dlaczego nazywa się ono Czarny Most (Černý most)! Już dawno mnie to intrygowało, bo tu żadnego specjalnego mostu nie ma. Okazało się, że kiedyś, dawno temu, kiedy w pobliżu rozciągały się tylko pola i nikomu się jeszcze nie śniło o blokach z wielkiej płyty, nad torami kolejowymi (relacja Praga - Čelakovice) był przerzucony most. Miejscowi nazywali go "czarnym", bo zczerniał od dymu przejeżdżających pod nim parowych lokomotyw. Dziś został z niego tylko zrujnowany kawałek, widoczny na zdjęciu poniżej. Tuż obok znajduje się teraz nowy most z drogą szybkiego ruchu. Okolica jest więc głośna i zaśmiecona, niezbyt przyjemna. Ale i tak fajnie było go znaleźć, znajduje się kawałek od metra Rajska Zahrada.

stary czarny most

ruina mostu

(fot. źródło: www.geocaching.com)

Fajne w geocachingu jest to, że odkrywamy miejsca, które znajdują się bardzo blisko naszego domu, i o których jak dotąd nie mieliśmy pojęcia. Dzięki tej zabawie dotarliśmy też do Chvalskiego lomu, byłego kamieniołomu w kształcie skalistej niecki z piękną łąką na dnie. To urokliwe miejsce znajduje się kilkaset metrów od naszego bloku, ale jest tak totalnie odcięte od świata obwodnicą i zabudową, że normalnie nie sposób się tam dostać. My, z Fri w chuście, musieliśmy przejść się kawałek brzegiem zjazdu z autostrady, a następnie przedzierać się zarośniętym laskiem. Ale warto było, to miejsce jest jak zapomniane uroczysko. O ludzkiej obecności świadczą tylko śmieci i ślady obozowiska bezdomnych...

Wcześniej, szukając innej drogi do kamieniołomu, przegadaliśmy sobie chyba z pół godziny z miłą panią, która przed swym domem w Horních Počernicach (miejscowości tuż koło naszego osiedla) podlewała kwiatki. Kobieta opowiadała, jak była świadkiem totalnej przemiany okolicy - za czasów jej dzieciństwa była to po prostu wieś, same pola i lasy, do byłego kamieniołomu się chodziło na poziomki. Jak szosą przejechał wóz drabiniasty, to było wydarzenie. A teraz sama wielka płyta, olbrzymie hale, makra i hipermarkety, coraz to nowe i nowe pola wykupywane są pod zabudowę... A przede wszystkim zbudowano autostradę, która jak nożem rozcięła krajobraz na pół i której szum tak się wgryzł w nasze uszy, że już go praktycznie nie słyszymy. Na spacerach często trzeba robić potężne kółka, żeby dotrzeć do mostku lub tunelu prowadzących na drugą jej stronę.

Ja tam lubię nasze obrzeża Pragi. Uważam, że jest tu bardzo zielono i jest sporo obszarów chronionych, są i lasy i pola, jest mnóstwo terenów spacerowych. Rozmawiając z tą panią wyobraziłam sobie jednak, jak pięknie musiało wyglądać tu kiedyś. Kobieta wielokrotnie podkreślała, jaki tu był spokój, zieleń, raj dla dzieci, jedyny hałas pochodził od przejeżdżającego od czasu do czasu pociągu.

Już dawno, zwłaszcza podróżując samochodem, myślę o tym, jak bardzo zeszpecony jest ten nasz współczesny krajobraz. Porozcinany serpentynami dróg szybkiego ruchu, usiany aluminiowymi klockami hipermarketów, magazynów, hal produkcyjnych. Zieleń to takie wysepki między tym wszystkim. I ciągle budowane są nowe hale, apartamentowce, osiedla szeregowców... Pewnie, dzięki temu wszystkiemu mamy gdzie mieszkać, na zakupy blisko, samochodem zjeżdżamy na autostradę i raz dwa jesteśmy, gdzie chcemy. Nie ma co żałować dawnej nieskalanej przyrody, bo to przecież nasza wygoda zniszczyła krajobraz. Coś za coś.

Ale i tak nie mogę sobie nie wyobrażać, jak musiało być tutaj kiedyś pięknie, cicho. Tylko pola i lasy jak okiem sięgnąć, i od czasu do czasu czarny dym parowej ciuchci na horyzoncie.

16:02, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (8) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers