O podróżach dalekich i bliskich
środa, 31 października 2007
Nasz najmłodszy student
najmłodszy student bohemistyki w GlasgowTen oto słodki i grzeczny (przeważnie;) chłopczyk chodzi z nami na zajęcia. Jedna ze studentek jest au pair i po prostu nie ma go jak zostawić... Dr jest równy gość i nie robi problemów, więc są spore szanse, że dwuletni Dominik ze Zimbabwe złapie trochę czeskiego, a moze nawet będzie miał kiedyś deja-vu kiedy usłyszy nazwiska Hrabal, Kundera czy Skvorecky:)

Dzisiaj miał swój dzień, bo w czasie dwugodzinnych zajęć zdążył "napełnić" cały zapas pieluch, a potem już tylko zadowolony rozsiewał zapachy, podczas gdy nad nim toczyły się wielce poważne dyskusje i wszyscy udawali, że nic nie czują...

Niektórzy krzywią nosy na jego obecność na uczelni (dosłownie czasami!) ale ja tam malucha bardzo lubię. Może instynkty macierzyńskie dają o sobie znać? ;-)

22:44, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 29 października 2007
Biała dama czyli satyra na nowomowę

“Biała dama” to czeski film z 1965r., który widziałam niedawno w ramach przedmiotu „Czech Cinema”. Jest to prześmieszna satyra na absurdy w komunistycznym kraju i jest wprost nie do wiary, że ówczesna cenzura pozwoliła ten film wyświetlać w kinach! W latach sześćdziesiątych w Czechosłowacji panowała bowiem dość duża swoboda twórcza, której kres przyniósł oczywiście rok 1968 i wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego. Był to totalny przełom w stosunkach społecznych; od tego roku datuje się tzw. normalizacja, o której nasz Dr (szef bohemistyki w Glasgow) mówi, że wychowała całe pokolenie ludzi bez kręgosłupa, zkorumpowanych karierowiczów i włazidupców partyjnych, albo w najlepszym razie biernych zjadaczy chleba, którzy dla wczasów nad Balatonem, szkodowki i m2 w bloku z wielkiej płyty, oraz świętego spokoju, w zaparte mogli twierdzić, że gruszki rosną na wierzbie, albo że jest most, chociaż go nie ma (patrz niżej:)).

Stało się tak, bo wszyscy starsi, mądrzy ludzie z jeszcze przedwojennym wykształceniem, którzy byli elitą lat 60., zostali odsunięci, pozwalniani i prześladowani po Praskiej Wiośnie (profesorowie myli okna albo pracowali jako nocni stróże). Za to każdy gołowąs, który był za młody by się narazić systemowi przed 1968r., mógł przy odrobinie „odbytniczego alpinizmu” (jak pięknie mówią Czesi) zrobić w latach 70. zawrotną karierę.

bila paniAle odbiegam od głównego tematu. „Biała dama” to komedia, której humor wynika z konfrontacji pseudo-naukowego ateistycznego dogmatyzmu partyjnych aparatczyków z... zjawiskiem nadprzyrodzonym, czyli duchem. Biała dama komonicka, alias Perchta z Borštejna, wychodzi z obrazu i czyni dobro. Konkretnie spełnia życzenia prostych mieszkańców Komonic: w domu staruszków pojawia się upragniony wodociąg, błoto przed szkołą zamienia się w chodnik, miejscowy sekretarz partii zostaje oblany cementem:).

No ale co miejscowy komitet ma z tym fantem zrobić? Przecież wodociągu nie było w planie, więc trzeba go zburzyć! Nawet jak się widziało Białą Damę w akcji (ew. zostało oblanym zaprawą), to ona i tak nie istnieje, bo według marksizmu istnieć nie może! Co więcej, skoro obowiązująca ideologia nie przewiduje tego typu zjawisk, nie istnieją też w obowiązującym żargonie określenia, których możnaby użyć, by to jakoś wyrazić. I tutaj właśnie pojawia się przesłanie tego pozornie lekkiego filmu – pokazuje on, że w totalitaryzmie "prawda" o rzeczywistości jest absolutnie nieważna. To co się dzieje, NIE DZIEJE SIĘ, ponieważ ideologia się z tym nie zgadza. Film idealnie pokazuje schizofrenię tamtych czasów, kiedy jedno się działo, a drugie się gadało. Istniała jakaś wirtualna rzeczywistość, stworzona przez język nowomowy, która przesłaniała i unieważniała tę prawdziwą.

Końcowa symboliczna scena niech wystarczy za wszystko. Mianowicie, miejscowi aparatczycy stwierdzili, że skoro już ta Biała Dama tak uparcie czyni cuda, to czemu by jej nie wykorzystać w dziele postępu? Gazety zwołują więc ludzi na wielkie święto otwarcia nowego mostu, przy rzece są śpiewy i tańce, trybuna stoi przygotowana, nieistniejący most na razie zasłonięty parawanem, a sekretarz i prezes skradają się do zamku, żeby wywołać Białą Damę. Ale prascy komunisci tymczasem zdążyli już obraz ukraść i cichcem zamknąć w jakimś stołecznym archiwum na 10 spustów – skoro duch istnieje, a istnieć przecież nie może, to trzeba tak zrobić, jakby nie istniał. Nie ma więc komu dokonać cudu, ale uroczystość jest już przygotowana, wstęga zostaje przecięta, a ludzie ze śpiewem na ustach (Niech żyje most!) wkraczają do wody. Brodzą, a potem pływają, ciągle wykrzykując na cześć mostu i partii. Tylko nieszczęśny kustosz zamkowy, prawdomówny z zasady (dlatego wylatujący z kolejnych stanowisk ku rozpaczy małżonki), mówi do niej „przecież tu nie ma żadnego mostu!”. A ona na to: „Ty i ta twoja prawda! Zamknij się i płyń!”

Ta ostatnia fraza weszła do czeskiego języka potocznego. Jest to doskonała metafora życia w komunistycznym kraju – ciało moczy się w wodzie, język chwali most. Tylko w ten sposób można przez życie przepłynąć, a czasem nawet wypłynąć.

Ciekawa była dyskusja po zakończeniu filmu. Bo ten obraz nie pokazuje tylko absurdu języka w systemie totalitarnym. Przecież jak się nad tym zastanowić, to w żadnej biurokratycznej organizacji, czy to szkoła, uniwerek, kościół, urząd czy wielka firma, nie można mówić „prawdy”. Też często widzi się jedno, ale mówi drugie. Zbytnia prawdomówność jest uważana za antyspołeczną. Każda organizacja ma swoje rytuały, reguły i specjalną „nowomowę”, w którą trzeba „opakować” to, co się chce powiedzieć. Kto tego nie zna lub nie przestrzega, prędzej czy później wylatuje. Nie jest już „one of us” jak podobno mawiała Margaret Thatcher. Wszystkie te wielkokorporacyjne gadki o dynamiczności i kreatywności naturalnie nie są chyba aż tak puste jak stare dobre socjalistyczne frazesy, ale coś w tym na pewno jest. Rytualny język, który nic nie komunikuje, a tylko ustala hierarchię i utrzymuje system przy życiu, w różnych formach i natężeniu istnieje w wszystkich zorganizowanych społecznych strukturach. Wystarczy wyobrazić sobie przeciętną rozmowę kwalifikacyjną... bez opanowania specjalnego języka, który nas "sprzeda", nie mamy przecież szans. A ile te frazy mają wspólnego z nami prawdziwymi?

Myślę, że i dziś „prawdę” możemy mówić tylko prywatnie, z przyjaciółmi, z rodziną, a i to nie zawsze. Na szczęście tyle się jednak zmieniło, że przynajmniej nie musimy się obawiać, że sąsiad jest agentem. Ale wystarczy, że pracuje w tej samej firmie... i już lepiej ze szczerością nie przesadzać.

Film „Biała Dama” wyraził to wszystko w idealnej lekkiej formie, okraszonej mnóstwem ciętego humoru. Był ciekawy też dla miejscowych studentów, którym Dr ciągle tłucze do głów podstawy funkcjonowania tamtego ustroju, dla nas będące (przynajmniej dla mojego pokolenia jeszcze tak) oczywistością. Dr dobrze to wyjaśnił: niech wezmą jakiś własny, np. uniwersytecki biurokratyczny żargon i pomnożą do n-tej potęgi + wyobrażą sobie, że inaczej mówić o rzeczywistości jest karalne – i wyjdzie im absurd, w którym żyli i funkcjonowali nasi rodzice i dziadkowie przez ponad 50 lat.

Bardzo polecam ten film. Jest to jedno z dzieł, które się nie starzeją. Po czesku można o nim poczytać jeszcze tu i tu.

21:14, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (6) »
niedziela, 28 października 2007
Co nowego

1. Mam nową pracę

2. Byłam na imprezie z czeskimi towarzyszami broni, spiłam się winem i do drugiej w nocy śpiewałam przy dźwiękach gitary piosenki, których nie umiem

3. starym obyczajem zdążyłam już ustukać sobie karę w bibliotece

4. zmapowałam Glasgow pod kątem sklepów z grami - i oczywiście nie obeszło się bez nowego nabytku! Co więcej, został już nawet wypróbowany:)

5. zaraziłam mojego współlokatora Profesorka Lostem - został wessany. Zostało mu jeszcze wiele odcinków (jakże mu zazdroszczę!), także pewnie nieprędko ujrzy światło dzienne...

4. w piątek przyjeżdża Chiquito!!!

22:49, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (6) »
środa, 24 października 2007
Kde se pivo pije, tam se dobře žije!

Dziś zamiast akcentu polskiego - meksykański i czeski:)

Poniższe knajpy uchwyciłam w Stirling. 

pancho villa

 

pivo

 

kde se pivo pije...

00:48, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 października 2007
PO-wyborcza gorączka

Cieszę się bardzo z wyników. Ale jeszcze bardziej z tak ogromnego zaangażowania ludzi w Polsce i na całym świecie. Obudziliśmy się wreszcie:) Widocznie musi się w Polsce dziać bardzo źle, aby ludzie się choć trochę ruszyli i zrobili coś, by to zmienić.

Ponieważ głosowałam o 7 rano, przed odjazdem na wycieczkę do Stirling, udało mi się uniknąć kolejek. Nie miałam nawet pojęcia, że będą... Ale za to, mając w pamięci, że czeka mnie jeszcze szalony bieg przez pół miasta na dworzec autobusowy ( w niedzielę rano autobusy jeżdżą jak na lekarstwo), tak się śpieszyłam, że chyba głupia oddałam nieważny głos. Walnęłam te krzyżyki jakby to był byle jaki formularz i dopiero u Pyzy sobie uświadomiłam, że to chyba się kwalifikuje na nieważny głos :(. Ach, głupota nie boli...:(

Ale i bez mojego głosu na szczęście wygrał w Polsce rozsądek. Teraz tylko pozostaje trzymać kciuki za PO żeby danej im szansy "nie zmarali". Czy w końcu przyjdzie wnaszym kraju taki egzotyczny czas, kiedy człowiek będzie zadowolony ze swego rządku (chciałam napisać "dumny", ale to by było zdecydowanie za dużo powiedziane:))? Pożyjemy, zobaczymy. Przede wszystkim możemy pić szampana, że wreszcie skończył się ten dwuletni cyrk! :):):)

21:40, la_polaquita , polonia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 października 2007
Mania książkowa

Ale mi głupio, że znów tak zaniedbałam bloga:(. Ale ja wszystko, dosłownie wszystko robię zrywami, ze słomianym zapałem przeżywam całe życie. Pewnie dlatego uwielbiam kupować książki, bo w momencie ich nabywania jestem całkowicie przeświadczona, że je przeczytam, i niech mi tu nikt nie truje, że mam ich w domu nieprzeczytanych pełne regały! Nawet jesli jest to gruba "filozofia renesansu" po angielsku, kompletnie mi do niczego nie przydatna, to ją przeczytam! Na przykład a nóż widelec zechcę na emeryturze napisać powieść, której akcja dzieje się w renesansie? Ha! I wtedy będzie jak znalazł...:)

I tym sposobem przez miesiąc mego pobytu w Galsgow stałam się posiadaczką może już z 30 tomiszczy. Nie wszystko na szczęście to filozofie, większość to lekkostrawne Kingi i Pratchetty, więc jest szansa, że coś jednak odłożę na półkę "przeczytane". Zebrało mi się tego tyle, no bo nie kup np. dzieł zebranych E.A. Poe za 0.59 w którymś z mych ulubionych charity shops! Albo oprawionego w skórę Conan Doyle'a... albo historii szkocji, albo tysiąca innych super okazji. I wszystko fajnie dobrze, tylko jak ja to zataszczę do Pragi?

A jest jeszcze Amazon... Wreszcie mogę zamawiać co tylko zechcę, bo używanych książek na takie zadupia jak Praga z UK nie przysyłają. A teraz jestem na miejscu! Więc zaszalałam i właśnie czekam na przesyłkę zawierającą tom Sandmana, American gods (nie muszę dodawać że Neila Gaimana) oraz małą niespodziankę en español dla Chiquita. Który tu prawdopodobnie nie zagląda, ale na wszelki wypadek zmilczę, co to:).

Więc czytam... Nie w takim tempie co kupuję lub wypożyczam (biblioteka uniwersytecka jest tu świetna), ale i tak od paru lat nie miałam tyle czasu na czytanie co teraz. I jest gites (jak pisał Hłasko, jak widać nawet takie zaległości odświeżam:)).

20:33, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (3) »
Miasto cz. II

Oto kolejna kopa fotek:). Poniższe dokumentują moją niedzielną wyprawę na pchli targ The Barras, który, choć anonsowany w przewodniku, dość mnie rozczarował. Też mi pchli targ.... skarpetki i staniki zupełnie jak w zabrzu u ruskich. Jedyne "pchle" rekwizyty to widoczna na zdjeciach kupa starego żelastwa. No dobra, mieli też jakieś babcine srebra i porcelanę, ale i tak The Barras nawet się nie umywa do londynskiego Portobello.

the barras

the barras

Potem włóczyłam się w okolicach katedry, na zdjęciach widać tęże, oraz ogromny cmentarz tuż obok. Nie jest jakiś bardzo stary (powstał koło roku 1830) ale i tak robi wrazenie. Jest tam pochowanych wielu ważnych osobistości Glasgow, bogatych kupców i przedsiębiorców. Wsród nagrobków nie brakuje tradycyjnych celtyckich krzyży.

katedra

 

necropolis

cmentarz

krzyz

Ta niepozorna kamienna budowla poniżej to the Provand's Lordship czyli najstarsza budowla w Glasgow. Pochodzi z XV stulecia i ma autentyczne wnętrza, choć meble są z wieku XVII. Była to pierwotnie nic innego tylko plebania jednego z kanoników katedralnych (jednego z 32 - pierwotnie cała katedra była otoczona ich domami). Mieszkaniec tego domu czerpał swoje dochody z posiadłości kościelnej Provand i stąd nazwa. Jego dokładnie odtworzony pokój (sypialnia i biuro zarazem) to ta ciemna komnata z woskową figurą na krześle.

the provands lordship

komnata kanonika

A na deser mały polski akcent:)

nostalgia

19:57, la_polaquita , scotland
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 października 2007
O samobójstwach

Powrócę dziś jeszcze raz do tego samego artykułu, ponieważ zainteresowała mnie jeszcze jedna zawarta w nim rzecz. Kolumbijski psycholog wypowiada się też o przyczynach samobójstw wśród młodych ludzi. Odnosi się to co prawda do jego kraju, ale w naszym zglobalizowanym świecie takie problemy są przecież bardzo uniwersalne. Otóż profesor twierdzi, że bardzo kochający i wyrozumiali rodzice mogą przyczynić się do depresji, załamań i samobójczych myśli swego dziecka. Dla mnie to paradoks, bo zawsze wierzyłam, że pełen ciepła dom i akceptujący cię bezwarunkowo rodzice, zdolni zawsze do szczerej rozmowy (co nie oznacza wcale rozpieszczający) są niezwykle ważni, żeby uchronić dziecko przed niebezpieczeństwami uzależnień i innych problemów dojrzewania. Tymczasem de Zubiría twierdzi, że wytwarzając takie czułe i kochające rodzinne środowisko, rodzice nie przygotowują dziecka na konfrontację z życiem, ze światem, który wcale nie jest czuły i kochający, wręcz odwrotnie.

Jest to ciekawe, bo wygląda na to, że ten pan jest zwolennikiem tradycyjnego wychowania, u nas regularnie i za pomocą prymitywnej retoryki głoszonego przez pewną partię. Oczywiście kolumbijski psycholog używa naukowego języka i w wielu kwestiach trudno nie przyznać mu racji. Wg niego mitem jest powiedzenie, że „przemoc rodzi przemoc”. Tradycyjnie, surowo wychowane dziecko jest lepiej przygotowane na świat niż jego trzymany pod kloszem rówieśnik. Raz odbyta kara stanowi bowiem coś w rodzaju zakodowanego psychicznego drogowskazu na całe życie. Młody człowiek zyskuje pewien kręgosłup zasad i lepiej się orientuje w chaotycznym świecie pełnym sprzecznych informacji. Według mnie trochę to smutne, że człowiek musi być tak „warunkowany”, ale coś w tym pewnie jest, w końcu tak niewiele różni nas przecież od zwierząt (nie obrażając tych ostatnich:)). Według de Zubiríi zakazy rodziców i groźba kary w świecie dziecka pełnią taką samą funkcję jak kodeksy prawne w dorosłym życiu – gdyby za prowadzenie po pijanemu nie groziło więzienie, zdecydowana większość społeczeństwa siadałaby za kierownicę po kielichu. Profesor twierdzi, że w kwestiach wychowania powinniśmy wzorować się na generacji naszych dziadków i pradziadków, którzy byli dużo lepiej przygotowani na codzienną walkę o byt niż nasza rozpieszczona generacja.

Jako przyczynę samobójstw profesor wymienia oczywiście też konsumpcjonizm, ale tłumaczy jego wpływ trochę inaczej. Nie chodzi bowiem o to, że ludzie chcą coraz więcej i więcej rzeczy materialnych, ale o fakt, iż mogąc mieć niemal wszystko najlepszej jakości i marki, nie mają potrzeby rozwijać swej motywacji i woli. Ich wszystkie potrzeby są zaspokojone, więc nie ma kierunku, w którym mogliby skierować swoje oczekiwania i nadzieje. Przesyceni i znudzeni, popadają w apatię i depresję.

Dla mnie rysuje się tu znowu przepaść między tradycyjnym a postmodernistycznym społeczeństwem i niebezpieczeństwami tego ostatniego (trzeba by poczytać znowu Zygmunta Baumana...). Utrata kierunku i równowagi – taka jest cena, którą płacimy za zyskaną otwartość i wolność. Wychodząc z bezpiecznego gorsetu tradycyjnych religii i zasad, ale także przesądów i ksenofobii, otworzyliśmy się na tysiące możliwości i nic dziwnego, że teraz nie wiemy, którą wybrać. Rodzice, zamiast nas warunkować i zmuszać do naśladowania ich życiowej drogi, mówią nam „cały świat stoi przed tobą otworem, wybierz co chcesz”. I co się okazuje? Wielu z nas nie chce z tej bogatej oferty niczego. Niektórych ten otwarty i chaotyczny świat przeraża. Wybierają ciszę śmierci:(.

niedziela, 07 października 2007
Mali geniusze

Przeczytałam w El Tiempo artykuł – wywiad z profesorem Miguelem de Zubiría, psychologiem, który większą część kariery zawodowej poświęcił pracy z tzw. młodocianymi geniuszami, czyli nadprzeciętnie inteligentnymi dziećmi. I interesująca rzecz: profesor na podstawie wieloletniej praktyki twierdzi, że większość z tych niezwykle uzdolnionych dzieciaków wyrasta na osoby bardzo przeciętne, i to zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym czy naukowym. Dodatkowo mają one też bardzo ciężkie problemy psychiczne. Kolumbijski psycholog za przyczynę oznacza fakt, że bardziej niż wrodzona inteligencja liczy się wola, pracowitość, pasja. Osoba przeciętnie utalentowana, która poświęci 200 godzin na pracę nad jakimś problemem, dojdzie do lepszych rezultatów, niż „geniusz”, który na to samo poświęci godzin 50. W sumie to dobra wiadomość dla nas wszystkich „przeciętnych”... Tylko co zrobić, jak się nie ma ani woli, ani inteligencji? Ha?

Przejebane jednym słowem:)

sobota, 06 października 2007
Glasgow, 4 rano.

Miałam dziś bardzo wyraźne, filmowe sny. Mieszkałam w pokoju, w którym ożywali dawno umarli mieszkańcy. Byli majordomusowie z wiszących na ścianie pośmiertnych zdjęć kręcili się tam pod postacią olbrzymich, krwiożerczych rotweillerów. Musiałam wynosić ich odchody:). Na szczęście potem pojawiła się bardzo przytulna gadająca kotka, o imieniu Biedronka Sybilla. A jeszcze potem martwy cygański chłopiec, też bardzo przytulny, który mówił, że jest głodny, ale potem wcale nie chciał jeść.

A potem płynęłam z prądem rzeki leżąc w szlafroku na tratwie, i gdzieś w dali rozpętała się straszliwa burza. Ale nie pamiętam niestety, czy w jej kierunku płynęłam, czy też się od niego oddalałam.

Jest mi dziś bardzo źle:(. Straciłam pracę w hotelu. Idiotka, myślałam, że ktoś się do mnie dostosuje, do moich pieprzonych studiów. Jak tylko znaleźli kogoś bardziej dyspozycyjnego, zrezygnowali ze mnie. A najgorsze, że ja na te pieniądze bardzo liczyłam.

:(:(:(:(:(:(:(

Na koniec snu facet wyglądający jak Brad Pitt tak długo odpalał z jakiegoś bunkru atrapy bomb atomowych, aż w końcu ku swemu przerażeniu wyrzucił prawdziwą. Ludzie spadali z nieba uwieszeni płonących spadochronów.

Mam nadzieję, że to nie jest proroczy sen... I że ten mój głupi wyjazd nie zakończy się finansową katastrofą:(.

06:29, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers