O podróżach dalekich i bliskich
środa, 22 października 2008
Praca w domu starców

W komentarzach do poprzedniego wpisu napisałyście, że podziwiacie mnie za wrażliwość, z którą podchodzę do tej pracy. Rzeczywiście, ja jestem osobą wrażliwą, aż nazbyt czasami. A w tego typu pracy niestety, jeśli człowiek chce zachować zdrowy dystans, wrażliwość jest raczej przeszkodą niż pomocą.

Tak naprawdę najlepszymi carerkami są doświadczone dziewczyny, które dały radę wyrobić w sobie pewną profesjonalną obojętność. Ludzi trzeba „robić” jednego po drugim, a czasu jest mało. Ważne jest doskonałe zorganizowanie się i nie przejmowanie, że ktoś tam chce do toalety albo jęczy z bólu, bo chce być przewrócony na drugi bok. Robisz kogoś innego, nie możesz sobie odejść i robić wszystkich naraz. Te dziewczyny od początku mi mówią: nie stresuj się tyle, nie przejmuj. Ja się stresuję i przejmuję, a potem psuje mi to moje wolne dni.

Ale ostatnio czuję, że już przejmuję się mniej. Staję się bardziej obojętna. Dla ludzi z zewnątrz może wydać się to okropne, ale to w sumie jedyna możliwość, jak tu przeżyć i nie dać się zwariować.

Wczoraj o 19.53 pani na wózku, która normalnie chodzi do łóżka z nocnym staffem, poprosiła nas, żebyśmy ją położyły. W siedem minut się nie wyrobię, a zostawać po 12 godzinowej zmianie nawet 10 minut nie mam zamiaru. Odmówiłam. Nie jest mi z tym dobrze, jest mi przykro. Następnym razem już pewnie nawet przykro nie będzie. Jeśli człowiek nie zadba tam o własne potrzeby, to się po prostu zajedzie. Ta praca uczy samolubstwa, nie wrażliwości. Zdrowego samolubstwa, bez tego się nie da.

Tak naprawdę mam serdecznie dość tej pracy i chcę odejść. Nie z powodu rezydentów, choć i oni potrafią nieźle dopiec, bo do nich się już przyzwyczaiłam, niektórych lubię, innych mi tylko żal. Ale z powodu managementu. Tak naprawdę codziennie chodzę permanentnie wkurzona. Ci ludzie nie mają pojęcia, jak bardzo praktyka różni się od pięknych gadek-szmatek z ich broszur i filmów szkoleniowych. Ostatnio kazali nam oszczędzać gumowe rękawice. I tak ich było za mało, a obcinają zamówienia. Szkoda gadać.

Oni właśnie od nas wymagają, za tę pensję minimalną co nam płacą, wrażliwości właśnie. Żebyśmy chodzili do rezydentów, rozmawiali, czytali im, brali ich na spacery. A potem jeszcze obcinają ilość personelu na piętrze, bo niby już się wdrożyliśmy i musimy być szybsi. Dają ci dokładnie tyle czasu, że żeby się wyrobić, musisz jechać z ludźmi jak na taśmie. Ledwo masz czas na własną przerwę. I w tym momencie na pewno jej nie poświęcisz na realizację swego planu „personal best”, tego „czegoś  więcej”, którego wymagają mądrzy ludzie z managementu.

Tak, rezydenci są strasznie samotni. Bardzo mi ich żal, i choć to jest prywatny, „dobry” nursing home, każdy ma osobny pokój i tak dalej, niech mnie ręka boska broni przed umieraniem w takim miejscu. Jest tu np. taka Lily, która cały czas chce iść do domu. Jak ET, ale jej dom już nie istnieje. Lily ma szczęście, bo rodzina ją odwiedza, wielu tego szczęścia nie ma. Ale do domu nikt jej nie zabierze. I po ich wyjściu Lily znowu naciska dzwonek, bo chce żebyśmy ją stąd wyprowadziły, puściły do domu.

Jest mi więc ich żal, i chętnie bym z taką Lily posiedziała, zabrała do ogrodu, poczytała gazetę. Ale nie ma na to czasu. A kiedy dochodzi fizyczne zmęczenie, to ani ochoty. I tak to wygląda w praktyce. 

poniedziałek, 20 października 2008
Okruchy

Są teraz kim innym. Ich umysły grzęzną w gęstej wodzie wypełnionej strzępkami wspomnień i starych marzeń. Ich ciała spoczywają na wózkach, na specjalnych przeciwodleżynowych materacach, wiszą w uprzęży na poręcznym dźwigu, są myte co rano namydloną szmatką, wkładane i wyciągane z wanny. Automatycznie wyrzucają z siebie nieczystości, a potem w nich leżą, dopóki nie pojawimy się my, by zmienić im "pada". Drżą w parkinsonowych spazmach, leżą bezwładni, albo skręceni udarem w groteskowy kształt. Pad (pielucha), wipes (jednorazowe ściereczki), pianka odkażająca, szybko, raz dwa trzy, gotowe, are you comfy dear? I biegniemy do następnego, nie czekając na odpowiedź.

Ich życie zatoczyło pełny okrąg. Są znowu dziećmi, ale już nikt nie wiąże z nimi żadnych nadziei. Ich przeszłość przybrała teraz kształt grubych segregatorów ukrytych w szafce przy biurku pielęgniarek.

Ludzie, którzy kochali swoją pracę i dzięki niej zwiedzili cały świat. Ci, którzy nigdy nie ruszyli się ze swego miasteczka. Szczęśliwe mężatki, których dzieci przychodzą co tydzień. Stare panny, które całe życie opiekowały się swoimi rodzicami, a nimi samymi nie ma się kto opiekować (tylko my, wynajęte Polki, Słowenki, Nigeryjki i Angielki). Ludzie, którzy byli ważni, nawykli rozkazywać. Ludzie, którzy nigdy nie mieli powodu do uśmiechu. Służąca i inżynier. Profesorka literatury i komornik sądowy. Sprzątaczka i fotograf wojenny.

W rzadkich chwilach późnym wieczorem, kiedy wszyscy już są w łóżkach z czystymi padami, kiedy można na moment usiąść, odsapnąć, przeglądam sobie te ich akta. Większość to historia choroby. Tzw. „mapa życia” to jedna strona, nie zawsze dopełniona do końca. Są tacy, o których nic nie wiadomo. Jak Isa, której jedyna żyjąca krewna to równie stara siostra mieszkająca w Szkocji. Isa, której sparaliżowany język jest zawsze na zewnątrz, która bije rękami na oślep, rzężąc jak zwierzę, kiedy próbujemy cokolwiek przy niej zrobić.

Ich ciała kurczą się i znikają. Ich historia też kurczy się i znika. Nikt jej już nie odtworzy. Demencja świata pochłania wszystko, miele wspomnienia w swym przepastnym wnętrzu, zamienia je w nicość.

Walczymy z tą niepamięcią, zapisujemy, nagrywamy, fotografujemy. A potem zostaje po nas skorupka z rozbitej wazy, kolczyk znaleziony na dnie morza, segregator w zakurzonym archiwum. Okruchy.

10:41, la_polaquita , ich historie
Link Komentarze (10) »
piątek, 17 października 2008
Canterbury

Dalej staramy się zwiedzać Anglię, w miarę czasu i możliwości. W końcu nie wiadomo, jak długo jeszcze tu zostaniemy...

W zeszły weekend zawitaliśmy wreszcie do słynnego Canterbury. Bardzo przyjemne miasteczko, którego głowna ulica to deptak tak pełny zachęcających sklepów i sklepików, że o mały włos byśmy nie dotarli do głównej atrakcji - czyli katedry:). Nie będę tu powtarzać informacji z przewodników, ale dla tych niewielu, co mogą nie wiedzieć, Canterbury było najważniejszym ośrodkiem pielgrzymkowym w całej średniowiecznej Brytanii. A to od kiedy został tam zamordowany (w 1170r.), a następnie w ekspresowym tempie kanonizowany arcybiskup Thomas Beckett. Za tym politycznym morderstwem, którego dokonano w samej katedrze (dziś to miejsce oznaczone jest wiecznie płonącą świecą) stał ponoć sam król Henryk II. Historia trochę jak z naszym Bolesławem Śmiałym i biskupem Stanisławem, kiedy polityczne rozgrywki kończą się rozlewem krwi, co następnie Kościół wykorzystuje, że tak się świecko wyrażę, w celach "marketingowych". Jak by to nie brać, przez Canterbury przewinęły się przez ostatnie 1000 lat miliony pielgrzymów (a ostatnio turystów). Tych średniowiecznych opisał jeden z pierwszych pisarzy języka angielskiego Geoffrey Chaucer w słynnych Canterbury Tales. Niestety nigdy ich nie czytałam, widziałam chyba tylko kiedys inscenizację teatru telewizji. Po tej wizycie w tym urokliwym miasteczku nabrałam na tę klasyczną pozycję wielkiej ochoty...

katedra

Potężna, sprawiające niemałe wrażenie katedra

sufit na skrzyżowaniu naw

Sufit na skrzyżowaniu naw

my przed katedrą

I my, łapiące chłodne promienie jesiennego słońca na trawniku przed katedrą :) 

Whitstable

Kiedy wyjeżdżaliśmy już z Canterbury, przypadkiem skręciliśmy źle na którymś rondzie i ani się obejrzeliśmy, jak zamiast na autostradzie do Londynu znaleźliśmy się nad morzem. A konkretnie w przemiłej miejscowości Whitstable, która słynie z wspaniałych ostryg. Niestety byliśmy już najedzeni, więc nie było sensu wybierać się do restauracji. Miasteczko znane jest też z widocznych na powyższym zdjęciu kolorowych domków plażowych. Są tak malutkie, że zastanawialiśmy się, czy w ogóle przeznaczone są do letniego mieszkania, czy może tylko do przebierania się? W przewodniku pisano też o tzw. The street - pasie piaszczystego lądu głęboko wrzynającego się w morze i znikającego w czasie przypływu. Oczywiście przespacerowaliśmy się po nim. Wierzycie, że nigdy nie byłam na Helu? Ale wyobrażam sobie, że to był chyba taki miniaturowy Hel. 

14:25, la_polaquita , england
Link Komentarze (5) »
czwartek, 16 października 2008
Notatka na gorąco

W noc po zrobieniu testu (jakieś 2 tyg. temu) nie mogłam zasnąć przez kilka godzin. Myślałam i myślałam i oto co zapisałam wtedy w notatniku:

Oj, życie się mi zawirowało, pokręciło. Tak bardzo pragnęłam zmiany i przyszła zmiana jak byk.

Wydaje mi się to jakieś nierealne. Ciągle nie wierzymy. Przecież ta druga kreska jakaś taka blada. Ciągle mówimy "jeśli". Nie potrafimy sobie tego tak naprawdę wyobrazić. Ja nie umiem sobie tego wyobrazić. Bo na razie niby nic się nie zmieniło, czuję się tak, jak zawsze. Do wczoraj sądziłam, że te opóźnienie to wynik zmiany trybu życia i zmęczenia z pracy.

Jak to możliwe? Tak szybko! Tak niespodziewanie!

Nie mamy już po 18 lat, w sumie najwyższa pora. Ale przecież to miało przyjść dopiero za kilka miesięcy. Potem, nie teraz. Nigdy żaden moment nie jest "tym odpowiednim". Więc po prostu trzeba rzucić się na głęboką wodę i już.

Cieszymy się też, oczywiście. Tak bardzo tego chciałam. Tak bardzo naciskałam. Tyle aluzji robiłam! A teraz czuję się jak nastolatka, która "wpadła".

Chiquito, jak to chłop, martwi się tylko o sprawy praktyczne. Rodzić w Anglii czy wracać do Czech. Ubezpieczenia zdrowotne, te sprawy. Czuje ciężar odpowiedzialności, który spada na jego ramiona, a przecież w głębi duszy ciągle czuje się małym chłopcem.

A ja dziewczynką.

No tak, czas wydorośleć. Ale teraz już wierzę, wierzę w fasolkę, i bardzo chcę, żeby została z nami.

22:55, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (26) »
środa, 15 października 2008
Jesień

W poniedziałek jechałam do Londynu i wdychałam zapachy jesieni. Świeciło słońce, wiatr rozrzucał liście. Lubię jesień.

A potem wróciły myśli o pracy, o nowym pracowniku, chyba nie całkiem normalnym gościu, z którym dałam się wciągnąć w konflikt. Puściły mi nerwy.

Moim problemem jest brak granicy. Dlatego przestałam pisać bloga. Praca zatruwa mi nawet wolne dni. Zatruła mi ten dzień w Londynie. Sny, myśli, paranoje. W koło macieju. Tak jakbym była odpowiedzialna za cały świat. Nawet za tego idiotę, który się obija, a potem obraża, bo to on by tu chciał rządzić. A jest nowy i nic nie umie! Pocieszam się tylko (a nawet mam bardzo złośliwą radość), bo widzę, że inni też zaczynają się na nim poznawać.

Granica. Muszę ją sobie wyznaczyć, bo strasznie mnie denerwuje, że nie mam dystansu do tej pracy. Pracuję 3 dni w tygodniu (po 12 godzin), a czuję się, jakbym pracowała 7. Dlatego przestałam w ogóle włączać komputer, czytać blogi i emaile. Jakbym nie miała do tego prawa ani czasu. Na szczęście powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że to ja sama pozwoliłam tej pracy zawładnąć moim życiem. A pozwalając na to, zaczęłam jej nie cierpieć. Stary schemat, ile razy już to przerabiałam?

A tymczasem złota jesień zmieniła się w pochmurną, a z zawirowań wynikło frijolito. Tak go/ją nazywamy. Nie bardzo jeszcze manifestuje swoją obecność, dlatego tak trudno mi w jego/jej istnienie uwierzyć. Trudno mi o nim/niej nawet pisać. Wydaje się czystą abstrakcją.

Mój mały frijolin. Czy ty tam naprawdę jesteś?

13:05, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (11) »
środa, 01 października 2008
Zyje, zyje...
...ale jestem zbyt zmeczona ostatnio z pracy, zeby pisac. Poza tym rozne zawirowania zyciowe sie pojawily, zobaczymy co z tego wyniknie. Dlatego ta cisza na blogu. Ale wracam wkrotce:)
22:24, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (10) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers