O podróżach dalekich i bliskich
sobota, 24 października 2009
Cygański zajeb*

Pisałam już kiedyś o uprzedzeniach, które, nie czarujmy się, każdy z nas ma. Ja lubię siebie uważać za osobę tolerancyjną, otwartą, nie myślącą stereotypami. Niestety sprowadza się to czasem do tego, że pewne tematy ignoruję, staram się o nich nie mówić i nie myśleć, ewentualnie wygłaszam tylko powierzchowne truizmy, by przypadkiem nie zachwiać tego obrazu samej siebie.

Jednym z tych unikanych przeze mnie tematów są Romowie. W Czechach jest ich sporo i większość Czechów nie ma podobnych dylematów jak ja. Chwalą się wręcz swoją ksenofobią i niewiedzą, wygłaszając ciągle te same ograne hasła o tym, że Cyganie utrzymują się z naszych podatków, że są leniwi, że śmiecą i dewastują mieszkania z przydziału itp., zamiast spojrzeć trochę głębiej pod podszewkę problemu. A ten problem to przede wszystkim ogromne różnice między naszymi kulturami i wielkie niezrozumienie.

W kulturze romskiej podobno nie istnieje tzw. etos pracy, który stoi u podstaw naszego większościowego społeczeństwa. Żeby przeżyć, trzeba oczywiście zdobyć środki utrzymania, ale wszystko jedno jaką drogą - czy będzie to praca dorywcza, tradycyjne rzemiosło, żebranie, kradzież, oszustwo, wróżenie, zapomoga społeczna. A jeśli uda się właśnie pracę ominąć, tym większy będzie prestiż takiej "sprytnej" osoby. Dla nas to oczywiście świat wartości postawionych do góry nogami. Jest to ogromna różnica, która zawsze stała kością niezgody między białą większością i romską mniejszością.

Największą wartością Romów jest szeroko pojęta rodzina (obejmująca wszelkich krewnych i pociotków), która chroni swoich członków, jednocześnie izolując ich od świata "gadziów". Rodzina wspiera swych członków ekonomicznie, a także psychologicznie, daje poczucie tożsamości, przynależności, sensu. Bez rodziny Cygan jest niczym, dlatego największą karą jest wygnanie, wyrzucenie z klanu. Indywidualizm, tak gloryfikowany w naszej kulturze Zachodu, nie istnieje. Bycie samym to najgorsza kara.

Romska tradycja przekazywana jest ustnie, z pokolenia na pokolenie, tak uczone są dzieci wszystkiego, czego potrzebują do przeżycia. Edukacja szkolna wydaje się tym ludziom nawet dziś, z nielicznymi wyjątkami, niepotrzebna i bezsensowna. Nie mówiąc już o tym, że "biała" szkoła niczego nie ułatwia dzieciom, których język macierzysty jest kompletnie inny, które idąc do pierwszej klasy znają czeski czy polski w znikomym stopniu. A potem, przy szukaniu pracy jest jeszcze gorzej - bezrobocie wśród Romów jest zastraszające, mało kto da im szansę.

To tyle, wyczytane przeze mnie w różnych artykułach. Dużo się ostatnio pisze o imigrantach, zwłaszcza muzułmańskich, i ich problemach z integracją w Europie (m.in. bardzo ciekawy wpis Chihiro), ale i my mamy, tu w Polsce, Czechach, Słowacji, czasem na sąsiedniej ulicy, takich imigrantów sprzed wieków, którzy, co ciekawe, do dziś zachowali swój język, wartości, wierzenia, tak różne od naszych. Nie spłynęli z większością, zachowali swoją dumę i własny sposób na życie.

Stało się tak nawet pomimo tego, że po II wojnie światowej (i tragedii Holocaustu, która tak strasznie doświadczyła Romów), została im odebrana podstawa ich kultury - koczowniczy tryb życia. Komuniści, wydając zakaz wędrowania, wpychając tych ludzi na siłę do gett z wielkiej płyty, wyrządzili im największą krzywdę. Odebrano im dumę nomadów i skazano na wegetację na marginesie, wiszenie na zasiłkach, degenerację tradycyjnych wartości i zawieszenie w próżni.

Przyznam się, że widząc grupy Romów na ławkach np. w centrum Pragi na Arbesovym namesti, obserwując ich krzykliwość i wspólnotowość, odczuwam swego rodzaju strach i respekt. Ich sposób życia jest tak różny od naszego, że człowiek taki jak ja, źle czujący się na wszelkich masówkach, lubiący zamykać się w swoich czterech ścianach, w swojej małej rodzince, po prostu odsuwa się i nie wie, jak tu w praktyce pokazać swoją słynną "tolerancję".

Rozczarowałam się tak sama sobą, ale muszę się tu do tego przyznać, może tak oswoję demona. Pojechaliśmy niedawno oglądać mieszkanie w jednym podpraskim mieście, i kiedy dojeżdżaliśmy samochodem, ujrzeliśmy grupę romskich dzieci bawiących się przed sąsiednim budynkiem, a jedno z nich nawet do nas podbiegło. Były to sympatyczne, wcale nie zaniedbane dzieci, ale ja nie wiedziałam, jak się zachować. Mieszkanie nie podobało nam się z innych powodów, ale to doświadczenie uświadomiło nam, że mimo całej naszej szumnej otwartości na inne kultury, nie chcielibyśmy kupić mieszkania w okolicy zamieszkałej przez Romów. Chociaż, z wiadomych powodów, bywa tam bardzo tanio.

I tak się wzajemnie izolujemy. Oni nie rozumieją nas, my ich. Ale ja bym bardzo chciała zrozumieć, poznać, dowiedzieć się więcej. Wyzwolić się z więzów własnych uprzedzeń.

Polecam artykuły (ten i ten) w Dużym Fromacie, które ciekawie podnoszą temat. A może istnieją jakieś dobre książki, powieści, napisane przez samych członków tego narodu, przybliżające nam romską kulturę i problemy z białą większością? Nie słyszałam o żadnej, a szkoda. Czegoś takiego nam trzeba, by uprzedzenia zastąpił dialog.

* Tytuł piosenki grupy Grabaż i Strachy na Lachy, która, notabene, wcale o Cyganach nie jest:).

czwartek, 22 października 2009
Zapraszam!

Kto ma ochotę, zapraszam do przeczytania mojego artykułu o starym centrum Pragi na portalu Perlei. :)

19:11, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (12) »
środa, 21 października 2009
Sylwia Chutnik: Kieszonkowy atlas kobiet

"Połknęłam" Kieszonkowy atlas kobiet jednym tchem (dzięki, AW!). Jest to powieść niepozbawiona wad, ale za to prawdziwa aż do bólu. Taką literaturę bardzo sobie cenię.

Książka składa się z czterech opowiadań. Łączy je miejsce zamieszkania wszystkich bohaterek - stara kamienica na warszawskiej Ochocie. Łączy je także ich imię, najbardziej symboliczne z polskich imion kobiecych, Maria. W powieści pojawia się ono w mnóstwie wariacji, jest imieniem kobiety polskiej par excellance, Maryi, niebiańskiego wcielenia wszystkich uznawanych społecznie kobiecych ról.  "Atlas" to powiedziałabym książka gendrowa - czasami aż nazbyt kłują w oczy gendrowe teorie socjologiczne, przekute w fikcję literacką. Ale trzeba to autorce wybaczyć, bo ta fikcja jest bardzo przekonywująca.

Mamy więc cztery bohaterki: menelicę Czarną Mańkę, wariatkę z opuchniętą od taniego alkoholu twarzą, panią Marię, samotną staruszkę, której życie zatrzymało się w czasie wojny, "paniopana" Mariana, kobietę w ciele faceta, i małą Marysię, dziewczynkę ogarniętą bardzo niedziewczyńskim szałem niszczenia.  Zdecydowanie najbardziej udaną postacią jest dla mnie pan Marian. Opowiadanie mu poświęcone jest po prostu genialne, nie ma w nim jednego zbędnego słowa. Stylizowane jest na miejską gawędę - tak by mogła opowiadać plotki o dziwnym "homo niewiadomo" sąsiadka sąsiadce. A przy tym lekkim tonie gawędy nieszczęśliwe życie pana Mariana, delikatnego faceta z przewagą cech kobiecych nad męskimi, po prostu wstrząsa i długo nie zostawia czytelnika w spokoju. Czegoś takiego jeszcze w literaturze nie było, ja przynajmniej nie czytałam.

W postaciach pani Marii i Czarnej Mańki natomiast czułam podczas lektury pewne nieprzyjemne zgrzyty. Tak jakby autorka za dużo tych kobiecych ról (wyróżnianych w tekście tłustym drukiem) chciała zmieścić w jednej osobie. I tak Mańka jest i pijaczką z marginesu, i handlarą, "królową bazaru", i obsesyjnie sprzątającą gospodynią domową, i "świętą wiariatką", matką wyimaginowanego dziecka, i kobietą samookaleczającą się, nienawidzącą swego ciała. Starczyło by tego na dwie postaci, a może nawet trzy. W ten sposób postać Mańki niestety odrealnia się, staje się bardziej zlepkiem tych wyróżnianych tłustym drukiem ról (Kura, Matka Gastronomiczna, Matka Klozetowa, Kobieta Bez Sensu itp.) niż postacią z krwi i kości. Podobnie pani Maria też jest trochę zbyt "wypchana" rolami (Żydówka, kobieta walcząca, starucha z przychodni plotkująca o chorobach, Madonna) ale u niej to aż tak nie razi, lepiej się to poskładało i postać jest wiarygodna.

Najbardziej niepokojące jest ostatnie opowiadanie o Marysi Niszczycielce. Trudno sobie co prawda wyobrazić, żeby jedenastoletnia dziewczynka miała tak sprecyzowane poglądy w kwestii "walki z systemem", ale w sumie postać i tak jest lekko odrealniona (potrafi zabijać "bazyliszkowym" spojrzeniem), więc czemu nie. Czytając to opowiadanie cały czas słyszałam gdzieś w uszach echo piosenki Cool Kids of Death:

Niech wszystko spłonie
Niech będzie koniec
Dokumenty, bilety
wszystkie gesty i słowa
Spalę wszystko doszczętnie
Potem zacznę od nowa

"Atlas" to książka trafna jak mało która. Takie jesteśmy, my, polskie kobiety. Alkoholiczki, sprzątaczki, wariatki, wojowniczki, matki, kurwy, dziewice, Madonny. Takimi nas zrobiono.

niedziela, 18 października 2009
Cmentarze...

Lubię cmentarze. Nastrajają mnie melancholijnie, bynajmniej nie straszą. Lubię myśleć o przemijaniu, o ludziach, którzy niegdyś żyli, kochali, rodzili dzieci, pracowali i kłócili się tak jak my, a teraz pozostał z nich w najlepszym przypadku zatarty napis na starym pomniku. Myśl, że także ze mnie niewiele więcej zostanie czasem mnie przeraża, ale na szczęście nie wtedy, kiedy spaceruję po cmentarzu. Tam dopada mnie tylko spokojna melancholia.

Lubię cmentarze nie tylko te ciekawe, stare i pełne zabytkowych pominików, ale także te swojskie, te w pobliżu, te, na których leżą moi zmarli, albo w których odbija się historia okolicy. Na cmentarzach nie szukam wrażeń estetycznych. Wystarczy wiatr szumiący w koronach drzew i krzyży.

Parę tygodni temu na spacerze wjechałam z wózkiem na cmentarz w Dolních Počernicach, miasteczku koło naszego osiedla. I tak sobie pomyślałam, że jednak wrażenie z czeskiego cmentarza jest inne niż z naszych polskich. Też są krzyże, też są symbole religijne oczywiście, a jednak nie tyle. Większość grobów to grobowce rodzinne, gdzie napisane jest tylko nazwisko rodziny. Jest też sporo zdjęć pochowanych ludzi, są inskrypcje pochodzące ze świeckich wierszy, zawody czy funkcje publiczne, które wykonywali zmarli. Największa różnica jednak to obecność tzw. kolumbarium - muru z wbudowanymi wnękami, każde opatrzone okienkiem. Za tymi szybkami znajdują się jakby małe ołtarzyki poświęcone zmarłym: urna z prochami, zdjęcie, kwiaty, czasem figurki, ulubione maskotki, pod tym wszystkim serwetka. Na polskich cmentarzach jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam (ale muszę przyznać, że nie byłam na zbyt wielu), podobnie jak nie uświadczyłam tzw. łąki do rozsypywania prochów, na którą nie wolno wchodzić. Świadczy to na pewno o tradycji kremacji, która w Polsce jest rzadkością, a w Czechach jest bardzo popularna. Ale też jakby bardziej zindywidualizowane wydały mi się te nagrobki, czy kolumbaryjne okienka. Na polskich cmentarzach chrześcijańskie symbole zrównują wszystkich w obliczu śmierci, i już nikt nie pamięta jak wyglądali ani kim byli, może tylko według jakości nagrobka można wywnioskować, ile pieniędzy ma rodzina.

Ale i tu, te pożółkłe zdjęcia, te rozpadające się maskotki, zakurzone serwetki... to tylko okruchy. Młody człowiek oparty o motocykl. Pani we fryzurze urzędniczki z lat osiemdziesiątych. Pokryta siecią zmarszczek i ogorzała od słońca twarz starego profesora.

nagrobek

"Artystyczny", oryginalny nagrobek

kolumbiarium

Kolumbarium

grobowiec

Grobowiec rodziny baronów Dercsenyi, ostatnich właścicieli zameczku w Dolnich Počernicach

napis

Napis na murze cmentarnym, w przekładzie: "Nigdy nie bierz życia tak serio, i tak z niego nie wyjdziesz żywy."

10:50, la_polaquita
Link Komentarze (7) »
środa, 07 października 2009
Fri jest super!

Ktoś nazwał pierwsze 3 miesiące życia dziecka czwartym trymestrem ciąży i miał rację. To trudny okres i trzeba go po prostu przetrwać. Dopiero koło 3 miesiąca można naprawdę zacząć cieszyć się macierzyństwem.

Kiedy patrzę na stare zdjęcia Fri jako noworodka, wprost nie mogę uwierzyć, jak długą drogę zrobiła już nasza mała. To pokurczone małe stworzonko, potrafiące tylko płakać za mleczkiem, raptem zmieniło się w ośmiokilowego uśmiechniętego człowieczka. Fri zachwyca się dźwiękami, które sama wydaje, wypróbowuje różne samogłoski, powiedziała już nawet raz czy dwa coś na kształt "mama":). Wszystko, do czego dosięgnie, łapie w swoje chwytne paluszki - najgorzej, kiedy to są długie włosy mamy (lub taty, bo zapuszcza:)). Na brzuszku unosi się na łokciach, chwyta w rączki zabawki i próbuje wkładać do buzi. Odkryła kciuk i już nawet raz się nim sama ululała do snu (ale to raczej wyjątkowe zdarzenie). Przy zabawie w "akuku" śmieje się na głos!

Pochwalę się też, że próbuję metody wczesnego nocnikowania i kilka razy już udało mi się "złapać" kupę na nocnik. Chwytanie siusiu to jednak wyższa szkoła jazdy, choć są mamy, które i to potrafią, tak dobrze mają rozwiniętą komunikację ze swoim dzieckiem.

Muszę też powiedzieć, że bardzo mi się podoba, jak dziadkowie z Kolumbii są zachwyceni małą. W niedzielę mieliśmy prawie 3-godzinną sesję na skype, przez kamerę pokazaliśmy im wszelkie nasze wieczorne rytuały, a Fri, która zazwyczaj pod koniec nieźle marudzi, tym razem była zachwycona tymi wszystkimi głosami i zainteresowaniem, jakie wszyscy jej okazywali. No rośnie nam mała towarzyska Latynoska:).

Czasem jak zrobi coś nieoczekiwanego, albo po prostu obdarzy nas swoim wielkim uśmiechem, patrzymy tak na siebie z Chiquitem i zgodnie stwierdzamy, że Fri jest super. Wspaniała. Strasznie udana:).

el Chavo del ocho

13:13, la_polaquita
Link Komentarze (15) »
niedziela, 04 października 2009
Pułapka Matki Polki

Dziś zamiast pójść na basen albo na rower, jak pierwotnie zamierzałam, wysłałam Chiquita i Fri na spacer, a sama sprzątałam, myłam podłogi, łazienkę, kolacja mi właśnie bulgocze na kuchence... Pisałam już o tym, że macierzyństwo zmienia. Że człowiek staje się bardziej zorganizowany, pracowity, bo nie może już sobie pozwolić na odkładanie na jutro. Właśnie zdałam sobie sprawę, że w tych pozytywnych zmianach czai się też ogromna pułapka, w którą jak sądzę, wpada bardzo wiele kobiet. Pułapka Matki Polki, która siebie stawia na ostatnim miejscu, wiecznie coś robiąc dla innych. Strasznie łatwo w nią wpaść.

Bo na przykład rano - kiedy nakarmię Fri, od razu zabieram się do mycia kuchni, sterylizowania butelek i laktatora, wkładania pralki czy zmywarki, i ani się obejrzę, a mała zaczyna marudzić, a ja nie zjadłam śniadania. Albo wieczorem - nie umiem się zrelaksować oglądając z Chiquitem film. Albo wyciągam prasowanie do tego, albo przynajmniej mam wyrzuty sumienia, bo przecież cała góra ubrań czeka. Oglądając Czechosłowackiego Idola muszę przynajmniej haftować. Przestałam czytać książki, bo w ciągu dnia, kiedy tylko Fri sama się bawi albo śpi, ja ciągle coś robię. Wychodzimy też codziennie na ponad dwugodzinny spacer, robimy zakupy, chodzimy na ćwiczenia... A jak już naprawdę nic nie ma do roboty, to przynajmniej ciasto muszę upiec.

Ach, gdzie się podziało moje "artystyczne" bałaganiarstwo? Ja tak lubiłam snuć się po domu w szlafroku pół dnia, zamiast gotować kupować pizzę i odkurzać raz na 2 miesiące. Teraz muszę dbać o czystość, bo Fri bawi się na podłodze. A będzie jeszcze gorzej - starsze dziecko musi mieć codziennie wartościowy obiad, musi być wyprawiane do szkoły z pełnym lunchboxem, musi mieć wyprane, wyprasowane. Ani się obejrzę, a będę jak mama Chiquita, o której już pisałam, że minuty nie umie usiedzieć na miejscu, tylko ciągle coś przeciera, odnosi i myje szklanki, obsługuje wszystkich.

To znaczy - nie będę taka! Bo ja sobie z tej pułapki zdaję sprawę. Ten wpis to też jest klepnięcie się w czoło. Posurfuję sobie teraz w necie ile wlezie. A wieczorem pójdę pobiegać. I obejrzę dziś Idola w pełni odprężona.

A wy, Mamy obecne i przyszłe, strzeżcie się i nie zapominajcie o sobie. To jak z tą maską tlenową w samolocie - najpierw sobie, potem dziecku. Żeby móc dawać, trzeba najpierw mieć.

 

O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers