O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 22 maja 2009
Claire Castillon: Insekt

Insekt to prezent-niespodzianka od Matyldy_ab, który znalazłam w mojej skrzynce pocztowej w zeszłym tygodniu. Przeczytałam w 2 dni. Matyldo, serdecznie dziękuję, to strasznie miłe z Twojej strony!

Na książkę składa się 19 krótkich opowiadań, a każde z nich to relacja w pierwszej osobie (prócz jednego, napisanego w trzeciej) o różnorodnych i bardzo skomplikowanych stosunkach między matkami i córkami. Wiele z tych relacji ociera się lub wkracza całkowicie w sferę, którą zwykliśmy nazywać patologią.

Niektóre opowiadania są mocne, czasami aż za bardzo: matka wyrzuca jedną z bliźniaczek na autostradę, inna wstrzykuje córce do żył własny mocz, aby mając chore dziecko czuć się ważną i doskonale pełniącą swą rolę opiekunką. Jeszcze inna uporczywie „przerabia” swą nieidealną córkę k swemu obrazu kobiecości; wiele matek zawstydza i przytłacza swe córki nadopiekuńczością, czasami czyniąc z nich nieradzące sobie i zależne cienie. Są też patologie odwrócone, kiedy to córka jest dręczycielką: np. na każdym kroku okazuje matce swą irytację, niechęć, nienawiść. W jednym opowiadaniu znęca się nawet nad matką fizycznie.

Mężczyźni w tym wszystkim znajdują się raczej w tle, ale po uważnym spojrzeniu można zauważyć, że ich rola w napędzaniu tych mechanizmów miłości-nienawiści jest niemniej ważna. W wielu opowiadaniach pojawia się motyw ucieczki – mąż i ojciec zdradza lub całkiem opuszcza chory dom, zostawiając dwie kobiety na pastwę samych siebie. Z miłości do mężczyzny kobiety decydują się mieć dzieci, choć ich nie chcą, albo na odwrót – zostawić dziecko w szpitalu. Żeby utrzymać rodzinę, są w stanie zamykać oczy na wykorzystywanie seksualne córki (tytułowe opowiadanie, które zaskakuje swą puentą). W innym opowiadaniu pt. Moja najlepsza przyjaciółka, to właśnie problemy między rodzicami doprowadzają do wręcz chorej „sztamy” między matką a córką, a sztama ta pogłębia naturalnie wspomniane problemy. W kolejnym tekście dorosła córka, zdominowana przez męża i nieszczęśliwa, odwiedza swą matkę w domu starców nie częściej niż raz na 9 miesięcy.

Jest w tych opowiadaniach mnóstwo toksycznych relacji, niektóre jak wzięte z podręcznika psychopatologii. Dlatego najbardziej podobały mi się te nieco łagodniejsze, w których bohaterowie muszą się zmierzyć z nieuchronnościami losu: śmiercią, chorobą najbliższych. A radzą sobie z tym różnie. Reakcją bywa złość, agresja wymierzona w chorą osobę, bywa nią też niezgoda, psychiczne wypieranie prawdy. Dlatego tak różne od pozostałych osiemnastu jest opowiadanie ostatnie, pt. Dziesięć operacji w dziesięć lat. Myślę, że jest jedyne w tej książce, które posiada jakiś pozytywny wydźwięk. Jest w nim piękna i prosta miłość matki, która po latach choroby umiera, i córki, która do niej pielgrzymuje, idzie piechotą na to ostatnie spotkanie. Robi to, aby oddalić śmierć.

[…] Nikt nie pojmuje, że przy matce operowanej dziesięć razy w dziesięć lat zapadłam na obłożną chorobę sierocą, której natury jeszcze nie rozumiem, ale która istnieje, nie mogą mi jej odebrać i przekazać mojej matce.

Tym razem umiera, ja wyjechałam, zmieniłam miejsce pobytu, a więc ona musi się przeprowadzić. Każdy mój ruch wywołuje uboczny skutek. Ja działam, moja matka ponosi konsekwencje. Kiedy byłam w środku, podobno gdy się poruszałam, miała zawroty głowy, chociaż to ja leżałam głową w dół. Idę ku niej, zaraz na drodze będzie jakiś wypadek, coś mi się przydarzy, albo przynajmniej coś mi przyjdzie do głowy, jakiś pomysł, długo już szukam, jak ją uratować a siebie zgubić. Ja maszeruję, a ona będzie miała pęcherze, tak to właśnie działa. Kiedy boli mnie brzuch, jej usuwają jelito grube, kiedy boli mnie głowa, wykrywają jej guzek z tyłu gałki ocznej. Kiedy gdzieś mnie boli, moja matka umiera. Kiedy się boję, dzwoni; kiedy chce mi się pić, ona się poci; nikt nigdy nie dał tyle, i to bezinteresownie. Kiedy biorę, ona daje. Kiedy idę, ona przybiega. Kiedy wyjeżdżam, ona powraca. I to jest pomysł. Trzeba spróbować.

Dla porównania, Matylda o tej samej książce napisała tu

 

niedziela, 10 maja 2009
Teoria Akuszerki

Istota nie ma jeszcze żadnych właściwości. Nie różni się niczym od innych istot, które wraz z nią unoszą się w tej dziwnej błękitnej krainie, gdzie prócz ich cichej obecności panuje tylko przeraźliwa pustka.

Istota obserwuje. Wie, że nadszedł jej czas. To zaczyna odróżniać ją od pozostałych. Wraz z nastaniem różnic staje się cięższa i powoli opada.

Widzi wielu mężczyzn i wiele kobiet. Być może na chybił trafił, a być może po starannym namyśle, wybiera jednego i jedną z nich. Mężczyzna lubi się śmiać i nie wstydzi się też łez, ale mimo to (a może właśnie dlatego), w środku jest bardzo silny. Kobieta ma wiele problemów, czasem ogarnia ją panika, a czasem radość. Jest samotna i zagubiona. Mężczyzna boi się przyszłości z kobietą, ale rozważa wszystko i postanawia zostać.

Istota spogląda na nich z wysokości i nawet nie wiedząc kiedy przywiązuje się do nich niewidzialnym sznurem. Już ich nie opuści. Wie, że to są to ci jedyni spośród milionów. Nie ma innych, właściwszych. Tylko ci należą do niej.

Mężczyzna zbliża się do kobiety. Nie czuje się jeszcze gotowy, ale wie, że jej bardzo na tym zależy. Jego cząstka łączy się w ciele kobiety z jej cząstką.

Istota bez właściwości nagle czuje, że wciąga ją wir wydarzeń i nie ma już odwrotu. Komórki łączą się i mnożą, a ona coraz bardziej wpada lepką masę materii i czasu. Jeszcze przed chwilą była przezroczysta i bezkształtna, a teraz nagle coś lub ktoś lepi ją boleśnie jakby była z miękkiej gliny. To ciało kobiety. Odwieczna, ślepa siła Życia.

Możliwości odpadają jedna po drugiej – już wiadomo jakie będą oczy, jakie serce, a jakie nerki. Wiąże się mózg i pojawiają się pierwsze jeszcze nieświadome myśli. Istota nabiera kształtu i cech, właściwych tylko jej. Gdyby przyłączyła się do innej kobiety i innego mężczyzny, formowałaby się inaczej. Ale wybrała właśnie tak i poza jej zdolnością jest tego żałować lub się z tego cieszyć

W podniebnym świecie była szczęśliwa, ale nieomal nie istniała. Miała towarzyszy, lecz nie różniła się niczym od nich. Była więc jednocześnie sobą i nimi. Być może już kiedyś żyła, ale jeśli tak, nie pamięta tego. Wypiła wodę z rzeki Lety i stała się na nowo.

Teraz, w ciele kobiety, każdy dzień, każda godzina wzrostu coraz bardziej określa istotę. Czyni ją jedyną w swoim rodzaju. I dodaje jej sił.

Istota czuje swą moc. Obraca się głową w dół, przygotowuje się. Wie, że czeka ją ciężka próba. Inicjacja. Pod nią rysuje się czerwony kanał, ciasne i straszne przejście. Ale ona wie dokładnie, jak do niego wejść; ta wiedza jest odwieczna, żyje w każdej komórce jej ciała. Na zewnątrz czekają mężczyzna i kobieta, by dalej, tak jak potrafią, lepić ją i kształtować. Czeka imię.

Istota zbiera się w sobie. Dojrzewa. Czuje, że to niedługo. Nie tęskni już za podniebnym światem, dalekim od bólu strat i radości zyskania. Nie pamięta go już. Całe jej małe ciałko przygotowuje się do niezwykłej przygody. Do życia.

 

13:11, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (10) »
czwartek, 07 maja 2009
Czekanie

Ostatnio ciągle na coś czekam.

Na papiery z pewnego urzędu. Na Chiquita, który po Świętach ponownie wybył do Shanghaju i dziś wieczorem (w nocy?) ma wrócić. Na słońce. Na humor do pisania.  Na resztki wyprawki pozamawiane przez internet. Na Fricholinkę wreszcie.

Te ostatnie tygodnie dziwne takie. Jakby nic się nie opłacało zacząć robić, bo to przecież tuż tuż, ta wielka nieznana. Przeżywam teraz taką ciszę przed burzą. Kręcę się po domu leniwie - słynny "syndrom wicia gniazda" jeszcze mnie nie dopadł, nie zobaczycie mnie myjącą podłogę szczoteczką do zębów, jak się to podobno co poniektórym zdarza, hehe. Chodzę na spacery, czasem na basen i na masaż (prezent urodzinowy od Chiquita). Jeżdżę do poradni wybranego przez nas szpitala (kawał drogi z mnóstwem przesiadek, czemu ja nie mam prawa jazdy, grrr?). Dużo czytam. Nie chce mi się gotować, jak zawsze kiedy jestem bez Chiquita, więc piekę muffiny z czekoladą i jem je na śniadanie, obiad, kolację.

Żyję sobie powoli, a mimo to się stresuję. Sprawami urzędowymi, przypadkowo czytanymi artykułami o niepełnosprawnych dzieciach, urazach okołoporodowych itp., nieobecnością Chiquita, bo co by było, jakby się to zaczęło wcześniej, bez niego?!. Masażystka prawie nie mogła rozmasować napiętych mięśni na mojej szyi i ramionach. 

Chodzę na szkołę rodzenia gdzie ćwiczymy (to też wspaniałe lekarstwo na stres) i Akuszerka opowiada nam anegdotki o porodach. Daje dużo dobrych rad. Dzięki niej wcale się nie boję bólu (boję się tylko komplikacji), jestem przekonana, że damy sobie na pewno radę z Fricholiną i Chiquitem. Bo poród to podobo teamowa praca. To nie tak, że ja odwalę całą robotę (choć gros na pewno:)). Dziecko też pracuje i to jak! Musi się wwiercić w wąski kanał, dobrze obrócić, przedostać się na drugą stronę. Przejść przez swą pierwszą wielką życiową próbę. Nauczy się w ten sposób, że wszystko ma swój początek i koniec, i że życie składa się z przekraczania granic, i zostawiania za sobą dawnego ja, jak pustej wężowej skórki.

We mnie też umrze dziewczynka, a narodzi się matka.

O matko, jak to brzmi!

A rola Chiquita w tym teamie będzie pomocnicza, ale nie mniej ważna. Ciekawe, jak sobie poradzi. BTW, że wrócę jeszcze raz do Czarnego Ogrodu Szejnert, ze wspomnień śląskich rodzin z Giszowca wynika, że dawniej górnicy nieraz uczestniczyli w domowych porodach swych żon. Pomagali akuszerkom, masowali żonie brzuch, albo trzymali za nogi, aby miała się o co oprzeć. Podobno było to całkiem normalne i pewnie skończyło się z nadejściem epoki szpitali.

Czekam i jestem  ciekawa. Kiedy pojawi się ten pierwszy skurcz i jaki będzie ostatni? Czy uda mi się skupić tylko na rodzeniu i zapaść w ten porodowy endorfinowy trans, tak jak to powinno wyglądać? Czy będę ryczeć jak bóbr kiedy pierwszy raz zobaczę Fricholinkę i położą mi ją na brzuch? 

Tyle pytań. Czekam na ciebie, Córeczko.

21:10, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (12) »
wtorek, 05 maja 2009
"Czarny Ogród" Małgorzaty Szejnert

Dziś skończyłam pasjonującą lekturę. Czytam już od kilku tygodni, bo książka opasła aż miło, prawdziwy skarbiec wiedzy o Górnym Śląsku, jego twardych, specyficznych mieszkańcach, o skomplikowanej historii tego niejednoznacznego narodowościowo regionu. Po lekturze mogę się uznać za prawdziwą fankę autorki. Szejnert odwaliła niesamowity kawał roboty, zgromadziła ogromną ilość materiału o katowickich osiedlach robotniczych (pół-wiejskim Giszowcu oraz familokowym Nikiszowcu) i fascynująco to opisała. Powstała kronika sięgająca XVIIw., kiedy to na tereny Śląska przybył założyciel rodu Giesche. Jego potomkowie stworzyli potężną spółkę, obejmującej wiele śląskich klopalń, hut i innych zakładów przemysłowych. Ta właśnie firma wybudowała dla swoich górników dwa osiedla pod Katowicami, które dziś wciągnięte są na listę zabytków i są kolektywnymi bohaterami Czarnego Ogrodu.

Wstyd przyznać, ale nigdy nie byłam ani w Giszowcu, ani w Nikiszowcu czy Janowie. Do głowy by mi nie przyszło, żeby tam jechać. Wiele razy już pisałam, że przez całe życie starałam się raczej uciec ze Śląska, znaleźć się jak najdalej od "ordynarnej" gwary i korzeni, których się wstydziłam. Moje zainteresowanie rodzinnymi stronami i historią rodziny to świeża sprawa, trwa w porywach rok.

A familokowa zabudowa (której zresztą nie brakuje i w Zabrzu) zawsze kojarzyła mi się z biedą i patologią społeczną, bynajmniej nie z zabytkami. Pamiętam, jak przy wielkim spisie ludności w roku 2002, dostała mi się do obejścia właśnie taka ulica w rodzinnych Mikulczycach. Mieszkania zdewastowane, bez łazienek i ubikacji, na podwórkach bawiące się brudne dzieci, przesiąknięci alkoholem faceci pod spożywczakiem, oraz bardzo wielu staruszków, żyjących za głodowe renty. Byli też ludzie, którzy swe mieszkania wyremontowali i dbali, ale mało. Ale na tylnych podwórkach ciągle jeszcze stały ławki i czasem sąsiadki siedziały tam, i gadały, grzejąc nogi w słońcu. Tak jak tu pewnie bywało przed laty.

Ponieważ musiałam odwiedzić każde mieszkanie dwa razy, raz się zapowiadając i drugi raz przychodząc z właściwą ankietą, ludzie zaczęli mnie rozpoznawać na ulicy. Dzieci wołały mi już z daleka "dzień dobry", uśmiechały się. To było miłe. Ale dojmującym uczuciem, które mnie wtedy ogarniało, był żal, że tylu ludzi w naszym pięknym kraju żyje w tak podłych warunkach, w takiej dziedzicznej biedzie. 

Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jeszcze, że przyjdzie taki moment w moim życiu, kiedy zafascynuje mnie to, przed czym uciekałam. Szkoda, bo dostałam się wtedy do domów wielu starszych ludzi, którzy mogliby mi mnóstwo rzeczy opowiedzieć z historii robotniczego Zabrza, z ich własnych dziejów, ze wspomnień o rodzicach i dziadkach.

Wyobrażam sobie, że Małgorzata Szejnert właśnie tak zrobiła - odwiedziła wiele podobnych mieszkań i wyciągnęła z ich mieszkańców morze starych rodzinnych opowiastek, by potem uczynić z tego fascynujący historyczny reportaż, całkowicie bezstronny, bardzo niewiele dodając z własnej fantazji. Gorąco polecam tę książkę. Być może nie jest ona dla każdego - ale na pewno dla miłośników literatury faktu, a przede wszystkim dla zainteresowanych Śląskiem i pragnących go zrozumieć. Widać, że autorka to zawodowa dziennikarka - potrafi i zbierać materiały, i genialnie je opracować literacko.

Następnym razem, kiedy będę na Śląsku (i o ile mi Fricholinka pozwoli:)), muszę koniecznie odwiedzić Nikisz i Giszowiec, przyjrzeć się obrazom Ewalda Gawlika, zgromadzonych w miejscowym muzeum, pospacerować, pofotografować. Nie wiem, czy kiedyś uda się z tych miejsc uczynić centrum ruchu turystycznego (podobno są takie plany). Ale nawet jeśli, to i tak nie będzie już wtedy starych babć plotkujących na schodkach czy ławeczkach przed domami, piekących kołocze i szorujących okna co dwa tygodnie. A to one stanowią o autentyczności tych miejsc. Wymierają, a wraz z nimi pamięć o starych wierzeniach, obyczajach, wydarzeniach.

Na szczęście jednak powstają takie książki jak Czarny Ogród, które przechowają okruchy tej pamięci dla przyszłych pokoleń. Szczerze polecam!

wtorek, 28 kwietnia 2009
31 lat

Ciekawe co mi się będzie dziś w nocy śniło?

Ostatniej nocy śnił mi się Chiquito, że jakoś wcześniej wrócił z Shanghaju i po prostu wlazł mi do łóżka. Wyraźnie słyszałam jego senne posapywanie tuż obok mnie i nawet trzymałam go za ciepłą rękę. Byłam bardzo rozczarowana, kiedy zdałam sobie sprawę, że to tylko sen, a miejsce obok mnie jest zimne i puste.

Dwa dni temu zaś miałam szkatułkowy koszmar. Czy miewacie czasem takie sny? W pierwszej części komiksu o Sandmanie Neila Gaimana, właśnie taki niekończący się koszmar jest karą zadaną przez tytułowego bohatera synowi okultysty Rodericka Burgessa, który kontynuował dzieło ojca i więził Wiecznego przez ponad 70 lat.

Po tamtej nocy już wiem, jaka to okropna kara. Budziłam się ze snu do snu, za każdym razem przekonana, że teraz to już na pewno jest jawa. I biegałam po mieszkaniu, znajdując tam dziwne osoby, albo nie mogąc włączyć światła, co przekonywało mnie, że to ciągle ten sam ciężki sen. Szczypałam się po nogach, żeby się przekonać, że teraz to już na pewno nie śpię. Kiedy się wreszcie naprawdę obudziłam, trzymałam się tej upragnionej jawy tak kurczowo, że bałam się znowu zasnąć.

Jutro kończę 31 lat. Czuję się w sumie tak samo jak wtedy, kiedy miałam 20. Chociaż mam nadzieję, że jestem choć trochę mądrzejsza:).  Ale wszystko inne jest takie samo, nawet moje odbicie w lustrze. Nie czuję jakoś, że się starzeję. Myślę, że kiedy naprawdę się zmieni mój wygląd, zaskoczy mnie to pewnie jak obuchem w łeb. 

Nigdy nie obchodziłam hucznie urodzin, ale w tym roku po raz pierwszy będę sama. Ale nie przeszkadza mi to.  Bo przecież nie będę całkiem sama, jak słusznie mi przypomina w każdym mailu Chiquito - jest ze mną Fricholinka. Mam tendencję czasem o niej zapominać, bo przecież jeszcze jej wcale nie widać i jest tylko "falującym" brzuchem. Mam nadzieję, że moja córeczka odegna ode mnie tej nocy wszelkie złe sny. Tak jak zawsze odgania je Chiquito.

Mam 31 lat i będę mamą. Nie do pomyślenia. Nie do wiary.

 

22:46, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (24) »
Opowieści Zgryźliwej Cioteczki

Zgryźliwa Cioteczka miała kiedyś męża, ale nie miała dzieci. Całe życie mieszkała ze swoją mamą, dla mnie Tante Aną, i nigdy nie stała się dorosła. Kiedy bliscy odeszli i po raz pierwszy w życiu została sama, zrodziła się w niej nieustająca gorycz i złość na cały świat.

Piękna dziewczyna ze starych zdjęć stała się bardzo brzydką staruszką.

Z roku na rok Zgryźliwa Cioteczka kurczy się coraz bardziej. Sieć zmarszczek na jej twarzy układa się w wyraz wiecznego niezadowolenia. Nosi berecik, kilkanaście warstw ubrań, i często drepcze do kościoła, żeby potem wraz z sąsiadkami obgadać księdza. Czuje się najbardziej chora i skrzywdzona na świecie, ale z osiemdziesiątką na karku jest w stanie sama zaśmigać pekaesem do rodzinnej wsi na groby najbliższych czy zamówione msze. Zawsze jest skłócona z tymi krewnymi, którzy mieszkają blisko niej i jej pomagają (od paru lat obrywa się mojej mamie), a ci, którzy ją z daleka olewają, są idealni. Słucha w radiu audycji „Zalewskiego” i co „Zalewski” powie, jest święte (who's Zalewski??). Mieszka w małym przytulnym mieszkanku, ale dla niej to „komora”. Stary, zimny, rozlatujący się dom w P., który za namową mojej mamy sprzedała, by przeprowadzić się do miasta, był natomiast „pałacem”.

Zgryźliwa Cioteczka uwielbia tylko jedno – być w centrum zainteresowania. Zapraszana do mojej mamy lub siostry na święta odmawia, bo wie, że tam ludzie mają wiele innych tematów i nie są zbyt zainteresowani słuchaniem jej wyrzekań na ceny, rachunki, sąsiadów i choróbska. Woli siedzieć sama jako niemy wyrzut sumienia dla wszystkich, którzy ją „olewają”. Woli sama umyć okna i powiesić firanki, zamiast poprosić o pomoc, żeby potem móc prowadzić dyskretny szantaż emocjonalny pt. „tak się namęczyłam, że trzy dni byłam chora!”

Zgryźliwa Cioteczka to stara hitlerystka. Jej obraz świata jest wąziutki i istnienia jakichś tam obozów koncetracyjnych wcale nie rejestruje. Niemcy w jej opowieściach, to zawsze postaci pozytywne. Za Hitera było dobrze i już, bo była praca. I był też kraj lat dziecinnych, który zawsze tylko dobrze będzie się kojarzyć.

Ale Zgryźliwa Cioteczka to też skarbnica opowieści. Ma fenomenalną pamięć i lubi opowiadać o przeszłości, nie szczędząc szczegółów, w których nigdy się nie gubi. Poszłam do niej podczas ostatniego pobytu w Polsce raczej zrezygnowana i przygotowana na fiasko. Mama bowiem zdążyła mnie już zapewnić (strasznie zdziwiona, co mnie to ugryzło, że chcę Zgryźliwą Cioteczkę bez przymusu nawiedzić!), że mam się przygotować na długi potok narzekań oraz roztaczanie absurdalnych planów ponownego zmieniania ogrzewania z gazowego na węglowe.

A tymczasem niespodzianka. Zgryźliwej Cioteczce nie trzeba było wielu pytań pomocniczych, by tama pękła i wylała się prawdziwa rzeka wspominek. Żałowałam tylko, że nie starczyło mi odwagi, by wziąć ze sobą i dyskretnie włączyć dyktafon. Trudno mi się było zorientować w tej rzeszy imion, nazwisk, wydarzeń i dat, a przecież po to tam poszłam, by to potem wszystko opisać.

Świat widziany oczyma Zgryźliwej Cioteczki jest specyficzny i oczywiście trzeba brać na niego trochę poprawkę. Jak każdy opowiadacz, ma ona ulubione motywy i własne interpretacje, które lubi powtarzać. Zresztą ci, co opowiadali te historie Cioteczce, też pewnie przekazali w nich swoje własne widzenie świata. A teraz opowiadam ja – ta, która wyrwała się z korzeniami z tamtego świata z mocnym postanowieniem, by nigdy nie wrócić. Ale wróciłam. A w tych historiach, które wam tu czasem na blog daję, są kawałki nas wszystkich. Jestem ja (dużo mnie), Zgryźliwa Cioteczka, Tante Ana, a może nawet jej i Omy Leny Starzyki. Każdy dodał coś od siebie i nie ma już na świecie innej prawdy.

Tak jak w starym żydowskim przysłowiu, które usłyszałam z ust Isabel Allende:

„Co jest prawdziwsze od prawdy? Opowieść.”

 

sobota, 25 kwietnia 2009
Miasta i słowa

Wczoraj wieczorem w książce Elizabeth Gilbert Eat Pray Love wyczytałam ciekawą teorię, którą bohaterce i autorce podpowiedział jej włoski znajomy. Otóż według niego każde miasto ma swoje jedno charakterystyczne słowo, które je określa, definiuje, determinuje. Jedno jedyne pojęcie, które jest najpotężniejszym składnikiem tożsamości niemal wszystkich mieszkańców. Gdyby można było odczytać ich myśli, to właśnie to słowo pojawiałoby się w nich najczęściej.

Z teorii tej wynika, że jeśli osobiste słowo przybysza nie pasuje do słowa danego miasta, nigdy nie poczuje się on w nim jak u siebie. Zawsze będzie wiedział, że tak naprawdę nie należy do tego miejsca. Jest Obcym.

Bohaterowie książki dochodzą do wniosku, że takim słowem-kluczem Rzymu (gdzie akurat przebywają) jest SEKS. Później mówią jeszcze o innych włoskich i amerykańskich miastach – dla Watykanu takim słowem ma być WŁADZA (a nie, jak mogłoby się wydawać, WIARA), dla Neapolu, i w ogóle południa Włoch, WALKA (nie bardzo się na tym regionie znam, ale po obejrzeniu filmu Gomorrah sądzę, że to słowo pasuje jak ulał). Słowem Nowego Jorku ma być czasownik ACHIEVE (osiągnąć) a Los Angeles SUCCEED (osiągnąć sukces) i w tej drobnej różnicy między obu wyrazami wyraża się też zasadnicza różnica między miastami. Słowem Sztokholmu jest według bohaterów CONFORM (podporządkować się).

Nie znam żadnego z wyżej wymienionych miast, ale cała teoria dała mi sporo do myślenia. Nic jednak sensownego nie przyszło mi do głowy ani o Londynie, ani o Glasgow, gdzie za mało poznałam rdzennych mieszkańców, by dostrzec, co ich najtrafniej charakteryzuje. Tak samo nie mam pojęcia, co mogłoby być takim słowem dla Paryża, Berlina czy Warszawy, które znam tylko jako turystka. Może Wy mi coś podpowiecie?:)

Słowem Bogoty jest moim zdaniem PREZENCJA. Pierwszym wyrazem, który przyszedł mi do głowy, był co prawda WYGLĄD, ale PREZENCJA zawiera go w sobie, plus jeszcze inne aspekty. Dla Bogotan jesteś tym, jakim się prezentujesz, jaki szyld przed sobą obnosisz. Tym szyldem jest naturalnie eleganckie ubranie, czystość (już pisałam, że nie do pomyślenia jest użycie dwa razy tej samej koszulki, bez prania i prasowania), a więc WYGLĄD. To samo dotyczy domów: pedantyczne sprzątanie, drogie bibeloty, nakrycia stołu jak na królewskim dworze. Pasuje też do tego kontekstu znana obsesja latynoskich kobiet na punkcie operacji plastycznych, z którą jednak osobiście się nie spotkałam. Ale to tylko czubek góry lodowej. Najważniejsze miejsce na szyldzie zajmują twoje dyplomy (ważne, z jakich szkół), wyjazdy zagraniczne, rodzina, z której pochodzisz, dzielnica, w której mieszkasz, firma, w której pracujesz. Ważne jest też twoje wygadanie, towarzyskość, obycie. Wszystko to składa się na osobę, którą jesteś na zewnątrz, twoją maskę, twoją PREZENCJĘ. To właśnie doskonała kontrola swojej osobistej PREZENCJI jest obsesją Bogotan. Bo na jej podstawie są oni oceniani przez innych i sami oceniają.

To oczywiście moja subjektywna wizja, ale myślę, że zgadza się z tym, co mówili sami poznani przeze mnie mieszkańcy tego miasta. Oczywiście jest to wizja upraszczająca, ale szukanie jednego słowa-klucza z konieczności będzie takie. Sami Bogotanie może powiedzieliby jeszcze RODZINA (ja sama to przez chwilę rozważałam), ale myślę, że to słowo bardziej charakteryzuje Latynosów w ogóle. Słowem tego konkretnego miasta jest dla mnie właśnie PREZENCJA, ew. czasownik PREZENTOWAĆ SIĘ.

O wiele dłużej myślałam nad słowem dla Pragi. Znam ją o wiele lepiej (prawie siedem lat tutaj!), a ciężko mi znaleźć jedno słowo, które by określało to miasto. Angelo Maria Ripellino, autor słynnej Pragi Magicznej, powiedziałby być może MELANCHOLIA. Ale według mnie to słowo należy do przeszłości. Być może określało Pragę kiedyś, ale nie teraz. Praska melancholia odeszła wraz z niemieckimi i żydowskimi mieszkańcami tego miasta. Nasuwa mi się jeszcze kafkowskie słowo WINA, ale to też nie to (tutaj może zgodziłby się Mariusz Szczygieł, autor świetnego Gottlandu...). Moim zdaniem jednak młodzi Prażanie raczej nie poświęcają zbyt wielu myśli poczuciu winy ich dziadków (za kolaborację w czasie okupacji, a potem rozdwojenie jaźni publicznej i prywatnej w komunistycznym państwie). Tę WINĘ wyraził i odkupił Jan Palach i jego następcy w aktach samospalenia, ale to też już przeszłość.

Moja wizja Pragi współczesnej, tego wielkiego małego miasteczka, jest inna. Nie przychodzi mi do głowy inne słowo-klucz niż czeski wyraz POHODA, czyli luzik, nie przejmowanie się niczym. Pracuje się tu po to, żeby potem odpoczywać, uprawiać ulubiony sport albo hobby, spotykać ze znajomymi. Kasa czy osiągnięcia nie zaślepiają ludzi, są środkiem, a nie celem. Nie mówiąc już o PREZENCJI; Czesi garnitur założą naprawdę z konieczności, a w domach nie raz trzymają rzeczy, które ktoś by mógł nazwać mieszczańskim bezguściem. Naprawdę mi się wydaje, że jest to jedyny znany mi naród, który naprawdę ocenia innych według tego, co człowiek ma głowie, a nie na sobie (oczywiście jest wiele wyjątków, ksenofobia wobec "śniadych" czy "wschodnich" np. ale przecież upraszczamy). Jest w Prażanach też dystans do tego wszystkiego, poczucie humoru, ironia. Ale także obojętność, pilnowanie własnego nosa, w pewnym sensie wycofanie. Jednym słowem „prywata”, jak by to określił jakiś barokowy Polak.

Długo myślałam też nad słowem dla Zabrza i w końcu nic nie wymyśliłam. Może tylko naprawdę wielkie miasta mają swoje słowa? Może należałoby wymyślić słowo dla całego Śląska? Chyba mogłoby nim być WYCOFANIE. Wycofanie w głąb swoich prywatnych, małych spraw, olanie wielkiej Historii, ale też podporządkowanie, brak ambicji, zdroworozsądkowe, małe życie. Te cechy to z jednej strony zalety, bo pozwalają przetrwać i „robić swoje” w każdych warunkach historycznych. Ale zarazem to też wady – Kazimierz Kutz podobno mówi, że Ślązacy są „dupowaci”, boją się walczyć o swoje, pozwalają sobie wchodzić na głowę, nie chcą nic osiągnąć. Pilnują tylko swojej małej zagródki i to im wystarcza.

A jakie jest moje osobiste słowo? Kiedyś na pewno była nim UCIECZKA. Teraz staram się i powoli (oraz opornie, niestety) dążę, by zamienić moje życiowe słowo na inne. Trudno mi ten nowy wyraz jakoś jednoznacznie uchwycić, myślę, że najbliższe by było WYJŚCIE Z UKRYCIA (ok, to aż trzy słowa, ale naprawdę nie umiem znaleźć lepszego sformułowania). WYJŚCIE Z UKRYCIA, odwrotność UCIECZKI, pokazanie i wyrażenie swej prawdziwej osobowości, odrzucenie bezpiecznych masek, jest na pewno niekompatybilne z bogotańską PREZENCJĄ, nic więc dziwnego, że czułam, że to tego miasta absolutnie nie należę. Już prędzej odpowiada temu praska POHODA, bo żeby odważyć się WYJŚĆ Z UKRYCIA trzeba być właśnie v pohodě, na luzie, nie przejmować się opiniami innych i przestać się kontrolować.

Chyba dlatego tylko Pragę mogę nazwać „moim” miastem.

Pomyślcie i Wy nad swymi osobistymi słowami i czy pasują do słów-kluczy miast, w których żyjecie, lub które dobrze znacie. Myślę, że można w ten sposób odkryć coś nowego o sobie i innych. Jestem bardzo ciekawa!

 

czwartek, 16 kwietnia 2009
Wielorybem jestem...

brzucho

i dobrze mi z tym! :)

12:37, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (16) »
środa, 15 kwietnia 2009
Nasza Wielkanoc

Takie święta to mi się podobają – powiedziałam w wielkanocny poniedziałek do Chiquita, kiedy wcinaliśmy sałatkę na pikniku w maleńkim rezerwacie przyrody niedaleko naszego osiedla. - Bez rodzin, nerwów, wielkich porządków, proszonych nudnych obiadów, nerwowych wielkanocnych śniadań, przymusowego chodzenia do kościoła...

Chiquito jak zwykle zareagował na swój sposób. Z jakiegoś powodu on się bardzo obawia, że mój, powiedzmy, dość ambiwalentny stosunek do wszelkiego rodzaju „rodzinnych zobowiązań” oraz ogólnie rodziny i krewniaków wszelkiej maści (jak i moich, tak i jego) zaowocuje tym, że Fricholina w przyszłości nas „znienawidzi” i nie będzie chciała z nami, „nudnymi wapniakami” spędzać czasu. I będzie to katastrofa straszliwa. Uważa to zły wpływ mój i mojej kultury, bo jak już pisałam, w Kolumbii wszelkie generacje się uwielbiają i potrafią razem bawić wcale się nie nudząc.

(Obawiam się, że z takim nastawieniem zwykły, naturalny bunt naszych dzieci w okresie dojrzewania el Papa Chiquito zniesie bardzo ciężko... Wygląda na to, że sam wcale się nie buntował, co jest według mnie dość dziwne.)

A przecież nasze święta były super. W sobotę zrobiliśmy sobie wycieczkę do znajomych na Szumavę, a w niedzielę i poniedziałek już tylko leniuchowaliśmy, robiliśmy sobie pyszne jedzonko (wszystko zjedzone w łóżku, bynamniej nie przy stole), obejrzeliśmy sporo świeżo ściągniętych Lostów, How I Met Your Mother, oraz piękny musical Once, chodziliśmy na spacery i wylegiwaliśmy się na słoneczku, albo z kolei Chiquito szalał na rowerze podczas gdy ja się wylegiwałam. Co więcej dotrzymaliśmy aż dwóch wielkanocnych tradycji! Jak dla mnie to sukces, bo tradycje niestety zawsze kojarzą mi się z przymusem i nerwami, i z tego powodu całe moje dorosłe życie leję na nie z góry na dół, kiedy tylko mogę.

Pierwsza dotrzymana tradycja to był Śmigus Dyngus – po raz pierwszy od lat zostałam oblana i to z całkowitego zaskoczenia! Tym większe było to zaskoczenie, bo stało się to w sobotę:). Na spacerze szumawskim zagadałam się na śmierć z naszą znajomą Cudlikovą, a tu nagle zimny deszcz! Woda pociekła mi aż na okulary i zmoczyła włosy. Pochodziła z rzeki, do której Chiquito niepostrzeżenie zszedł. Podobno nikt się nie spodziewał, że z moim brzuchem ruszę z takim impetem za draniem, żeby go w odwecie sprać. Ja natomiast się wcale nie spodziewałam, że go dogonię! Tak był zaskoczony tym moim biegiem, że z wrażenia aż dał się złapać. Po tym doświadczeniu przezornie (bym nie zrobiła sobie krzywdy) postanowił mi oszczędzić czeskiej tradycji poniedziałkowej, a mianowicie gonienia z rózgą (tzw. pomlazką). Brzuch nie brzuch, ja bym mu dała!

Druga tradycja, której dziw się świecie dotrzymałam, było ozdabianie pisanek. Od jakiegoś już czasu (w sumie to odkąd jestem w domu) lubię się bawić z różnymi technikami rękodzielniczymi. Bawiłam się więc w ozdabianie wydmuszek tzw. techniką decoupage, i muszę przyznać, że efekt jest wcale niezły.

Tradycje, tradycje... Trudno mi do nich zmienić stosunek, a chciałabym ze względu na Fricholinę. Chyba jedyna droga to ponowne wykorzystanie zasady, którą odkryłam na pogaduchach z Czarownikiem. Zasada brzmi: unikać, na ile się da, zmuszania się do czegokolwiek, bo „ tak trzeba”, albo "bo ktoś się obrazi". Olać wszystko i poczekać, co się stanie. Jest bowiem rzeczą całkiem prawdopodobną, że kiedy wyzwolimy się od absurdalnych wewnętrznych przymusów, z zupełnie nieoczekiwanej strony przyjdzie prawdziwa, niekłamana ochota. Czasem trzeba na to długo czekać, ale opłaca się.

U mnie ta zasada na razie sprawdza się stuprocentowo. Bo jeszcze rok temu w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś sama, z własnej i nieprzymuszonej woli, odwiedzę Zgryźliwą Cioteczkę. Że zacznę interesować się Śląskiem i historią mojej rodziny, od której przecież swego czasu uciekłam gdzie pieprz rośnie. Albo że zacznę ozdabiać jajka.

Co więcej, powoli nawet dojrzewam do myśli, żeby umyć okna. Ale oczywiście nie przed, lecz po świętach. A co. Przekora musi być:).

 

08:24, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Ostatnie jagody

Jest takie zdjęcie w albumie Omy Leny, który kilka dni temu na moją prośbę wygrzebała i pokazała mi mama. To scena po świniobiciu. W kuchni rodzinnego domu Bytomskich bracia Johann i Paul śmieją się całą gębą do aparatu. Jest też Lena, młodziutka i zawadiacka, a w kąciku siedzi Muter i ani jej w głowie przerywać pracę dla jakiegoś zdjęciowania. Stół suto zastawiony świeżutkimi krupniokami i żymlokami, ale robota nadal wre. Paul ma na sobie spódnicę, fartuch i chustkę. Wygląda na strasznie zadowolonego ze swojego śmiesznego przebrania za babę.

Widać, że rodzinie nie brakowało poczucia humoru.

Paul jest młodszy od swego brata Johanna, bardziej nieśmiały i wrażliwy. Bardzo kocha matkę, uwielbia wygłupiać się z rodziną. Zamierza się żenić z Wiktorą, dziewczyną z opolskiej wsi G.

Johann poszedł do wojska na ochotnika, jeszcze zanim komukolwiek z miejscowych przyszło do głowy, że Hitler naprawdę wywoła wojnę. Po dwóch latach służby zasadniczej Johann zamierza zostać zawodowcem, przełożeni obiecują mu naukę w szkole oficerskiej. Na razie stacjonuje w Brzegu i ma już żonę, maleńką, uśmiechniętą Ernę, z domu Sauer, z którą mówi tylko po niemiecku.

Paulowi, w odróżnieniu od brata, wcale nie marzy się kariera wojskowa. Muter dała mu imię po swym ukochanym teściu, a na dodatek jest do dziadka podobny z wyglądu, gestów i charakteru. Naturalne jest więc, że to on zostanie na gospodarstwie; tak mówią rodzice i Paul wcale się nie sprzeciwia. W niedzielę jeździ sobie do Wiktory i siedząc na drewnianych ławkach w niemal pustym pociągu – marzy. Przyszłość stoi przed nim otworem. Nie dla niego dalekie podróże i przygody, których zawsze chciał Johann. Paul chce sobie gospodarzyć i murować domy jak Fater. Chce się ożenić i żyć sobie z Wiktorą spokojnie i po bożemu, dokładnie jak rodzice. Na wiosnę siać, w lecie kosić i cieszyć się na narodziny synów i córek.

W G. Paul zabiera Wiktorę na popołudniowe nieszpory, ale zdarza się, że wcale do kościoła nie docierają. Gubią się gdzieś pod lasem, kryją w krzakach, tak, by żaden wścibski sąsiad nie mógł ich widzieć, i całują się ile wlezie. Oboje czują, jakby odkrywali jakiś nieznany, nowy ląd. Paul czasem próbuje dostać się troszeczkę dalej w głąb tej fascynującej wyspy, głębiej w dziki Wiktorzyny las, ale jest wstydliwy i kiedy dziewczyna chichocząc odpycha jego ręce, nie śmie nalegać. Za to próbuje wygłupów. Napada ją i łaskocze, ale Wiktora, krzepka od ciężkiej pracy jak większość Ślązaczek, wcale nie pozostaje mu dłużna i w końcu to ona powala go na łopatki. Paula kłuje w plecy jakaś ostra gałązka, ale nie chce psuć tej chwili i stara się nie zwracać na to uwagi. Wiktora też się uspokaja. Kładzie mu się na piersi i wyciąga rękę po rosnące tuż koło jego głowy jagody. Zrywa kilka i łagodnie wpycha mu do ust. 

Ta przedwojenna sielanka wkrótce jednak się kończy.

Johann rezygnuje ze szkoły oficerskiej, bo słusznie sądzi, że w czasie wojny daliby mu stopień raz dwa i szybko posłali do pierwszej linii. Ale na niewiele mu się ta ostrożność zda. I tak musi pożegnać się ze swoją „Kuleczką” Erną i jechać jako jeden z pierwszych na wschodni front. A tam wcale nie uniknie awansów, jest za zdolny, za dobry w rysowaniu map i w prowadzeniu ludzi.

Wezwanie dostaje też starszy Alois, choć jest żonaty i dzieciaty. Paul również, jako obywatel niemiecki, nie może uniknąć Wehrmachtu.

Kiedy na dworcu w Toszku żegna się z matką, rodzeństwem i narzeczoną, ma łzy pod powiekami. Stara się to pokrywać żartami. Zobaczycie Muter, że już na Boże Narodzenie będę w domu! - mówi wesoło. Potem siada na drewnianej ławce ruszającego pociągu i długo jeszcze macha swym bliskim przez okno. Wiktora biegnie za pociagiem, by nie stracić go z oczu za wcześnie. Jest dziouchą, może pozwolić sobie na płacz. Widzi za szybą uśmiechniętą twarz Paula, która coraz bardziej rozmywa się, znika. Wiktora traci dech, rezygnuje. Dobiegła prawie do końca peronu.

W ustach czuje jeszcze gorzki smak ostatnich jagód tego lata.

[będzie ciąg dalszy]

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers