O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 20 marca 2009
Kocham jabłko, jak mogę nie lubić jabłoni?

Sporo pisałam o tym, co mnie w mojej kolumbijskiej rodzinie drażniło, chyba pora napisać też o tym, co mi się w nich podoba.

Podoba mi się oczywiście ich spontaniczność, poczucie humoru, umiejętność bawienia się. Podoba mi się, że tyle nie narzekają. Że nawet w starszym wieku potrafią pielęgnować w sobie dziecięcą świeżość i życzliwość dla drugich.

Pozytywnym aspektem pobytu tam było też na pewno to, że poznaliśmy się lepiej. Ja ich, oni mnie. Nie mogę wiedzieć, jaki dokładnie mój obraz zrodził się im w głowach, ale tak się jakoś domyślam, że zobaczyli mnie jako osobę depresyjną, nietowarzyską indywidualistkę, wybuchową i niecierpliwą. Ok, ja jestem między innymi taka. Ale potrafię też być zupełnie inna, uśmiechnięta i wesoła. Niestety przy ich hiper-wesołości i hiper-pozytywności ta moja strona nie miała żadnej szansy się jakoś odznaczyć.

A jednak mimo wszystko chyba mnie lubią. Pewnie głównie za to, że jestem dziewczyną Chiquita, jestem dla niego dobra, a on mnie kocha. Należę do rodziny, a oni mają zakodowane, że do żadnego członka rodziny nie wolno żywić negatywnych uczuć.

Ja też ich lubię. Starałam się na nich otworzyć, lepiej ich poznać. Niestety było dość trudne zachować przy tym własną odrębność, co jest dla mnie życiowo ważne, bo wszystko działo się na ich warunkach, na ich terenie.

A lubię ich przede wszystkim za to, że to właśnie dzięki nim, dzięki tej zakręconej rodzince Chiquito jest, jaki jest. A to sprawia, że potrafię go kochać i z nim żyć, a co więcej jest to wspaniała przygoda. Wiele cech i zachowań, które mnie w jego rodzicach czy krewnych niepomiernie drażniły, w małym, chiquitowskim wydaniu uwielbiam. Irytowało mnie np. jak wszyscy tam sobie sto razy dziękują za każdą pierdołkę, ale to właśnie ten zwyczaj sprawia, że tak strasznie fajnie jest zrobić coś dla Chiquita. Dzięki niemu w naszym domu nic nie jest oczywiste, bo chwalimy się i dziękujemy sobie nawzajem nawet za wykonanie najzwyklejszych prac domowych. Drażniła mnie też np. infantylność Luquity, a przecież ta sama, choć w mniejszym natężeniu, dziecięcość w Chiquicie mnie tak urzekła... Jest o wiele więcej takich przykładów. On jest właśnie taki, ponieważ tak właśnie został wychowany. Jego rodzice byli dość surowi jeśli chodzi o dyscyplinę, ale przy tym dawali mu ogromne morze bezwarunkowej miłości. Dlatego sądzę, że Chiquito będzie wspaniałym ojcem. To w swojej rodzinie nauczył się nie wstydzić się swoich uczuć, wyrażać je z całą spontanicznością. Co więcej, nauczył tego mnie.

Przedwczoraj na kursie przedporodowym, kilka z dziewczyn mówiło o tym, że ich faceci niespecjalnie się interesują przebiegiem ciąży, nudzi ich kładzenie ręki na brzuchu, niektórzy nawet nie chcą być przy porodzie. I to z pewnością nie dlatego, żeby nie kochali. Po prostu nie wiedzą, jak to wyrazić. A kiedy dziewczyny brną w serię wyrzutów, oni jeszcze bardziej się blokują, zacinają się w sobie.

Prowadząca Akuszerka powiedziała mądrze, że czego człowiek sam nie dostał w dzieciństwie, tego nie będzie mógł dać innym w dorosłości. To wcale nie znaczy, że tego nie czuje. Ale nie potrafi przekazać, a może nawet sobie porządnie uświadomić.

Znamienne jest też to, że Chiquito był jedynym chłopem na tym spotkaniu. Słysząc jak przykro musi być tamtym dziewczynom, że ich faceci zachowują się tak, a nie inaczej, przytuliłam się do niego mocniej, żeby mu pokazać, jak bardzo cenię sobie to, że on jest inny.

Zawsze więc będę wdzięczna jego rodzicom, że go ukształtowali takim, jaki jest. Nie jest bynajmniej idealny, czasem ciężko z nim wytrzymać i to pewnie też ma po nich;). Ale jest ze mną, gada do brzucha więcej niż ja i ogromnie cieszy się na noszenie Fricholinki w chuście, kąpanie się razem z nią, przytulanie do gołej piersi. Czyli to samo, co robili z nim ojciec i matka, kiedy był maleńki.

19:00, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (20) »
czwartek, 19 marca 2009
Bardzo osobiste przeżycie

Było tak: temat zszedł niespodziewanie na anioły, ascendenty i całą tę astrologię. Każdy z nas zajął jakiś front.

Anielica, coraz bardziej zacietrzewiona, zażarcie broniła swej wiary i najważniejszej życiowej pasji. Czuła się atakowana (pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz) i była zdenerwowana. Mówiła coraz szybciej i coraz mniej ją rozumiałam.

Ja też byłam zdenerwowana, tym bardziej, że nie umiałam się, k...a, porządnie wysłowić.  Zajmowałam, rzecz jasna, stanowisko wręcz przeciwne. Wychodziła ze mnie totalna ateistka i sceptyczka, wręcz materialistka zestrachana z wszystkiego co ciemne i ponadnaturalne. Co ciekawe, normalnie wcale taki radykał nie jestem i sama jestem przekonana, że istnieje jakaś transcendentna strona świata.

Chiquito był w moim teamie (choć raz), ale zachowywał się dość niepoważnie. Zadawał pytania w typie: "czy aniołów jest skończona liczba?" i "jak się rozmnażają?". Usiłował żartować i rozładowywać coraz bardziej napiętą atmosferę.

Frugor spokojnie, naukowo i rzeczowo tłumaczył mi punkt widzenia swej dziewczyny. Przedstawiał się tym samym jako osoba, która tak całkiem w to nie wierzy, ale widzi w tym wiele sensu.

Luquita jak zwykle sprzątała.

Papa wtrącił parę anegdotek w stylu "zdrowego chłopskiego rozumu", ale ogólnie mało się odzywał.

Potem musieliśmy już jechać na zakupy i spotkanie z Droopym. 

Całą drogę w taksówce byłam jeszcze podenerwowana i przejmowałam się, że uraziłam Anielicę. Dziewczyna jest chyba bardzo przeczulona na punkcie swych wierzeń. Wygląda na to, że jest to dla niej sprawa najwyższej, życiowej wagi. Jak zwykle w takiej sytuacji chciałam bić głową o szybę samochodu - uraziłam, byłam zbyt ostra, niepotrzebnie atakowałam, a nawet bezczelnie powiedziałam, że skoro jako psycholog robi swym klientom horoskopy, dla mnie jest to niepoważne i nieprofesjonalne. 

Staliśmy na światłach, kiedy nagle jakbym znalazła się w Londynie, w skromnym gabinecie Czarownika z oknem wychodzącym na dziwną rzeźbę skwerową, w kształcie niebieskiego koła. Usłyszałam nagle w głowie głos (a był to mój głos):

  • przestań brać odpowiedzialność za uczucia innych!
  • ich uczucia wcale nie muszą wypływać z tego co zrobiłaś lub powiedziałaś i mogą być zupełnie inne, niż ty myślisz, że są
  • to, co ona czuje, to nie jest twój problem!
  • między tobą a nią jest granica, wystarczy otworzyć oczy i ją zobaczysz
  • to, co powiedziałaś, to jesteś ty, stój za swoją opinią i nie wstydź się za siebie
  • twoje zdanie jest ważne, bo jest twoje, kiedy je wypowiadasz, wyrażasz siebie
  • pokazałaś im wreszcie ciebie prawdziwą, ich sprawa, czy to zaakceptują, czy nie.
  • nie każdy musi cię lubić!

I jeszcze raz: jej uczucia to nie jest twój problem!

To było jak rażenie piorunem. Oświecenie. Epifania. Zaczęłam płakać i śmiać się ze szczęścia. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Chiquito myślał, że przeżywam załamanie nerwowe i długo mi trwało, niż przez łzy mu wyjaśniłam, że wręcz odwrotnie. Maszerowaliśmy po ulicach Bogoty, a ja nie wiedziałam nawet gdzie jestem i co tam robię. Jakby mnie nie trzymał za rękę spokojnie mogłabym wpaść pod samochód albo rąbnąć głową w latarnię. Uczucie kompletnej wolności było oszałamiające. Jakbym nagle przełamała mur, o którym sądziłam, że jest absolutną granicą mojego świata. Wyszłam z zaklętego lochu wiecznego poczucia winy i nabrałam wreszcie w płuca czystego, górskiego powietrza. 

Pokazałam im kim jestem. Zerwałam maskę. Co oni z tym zrobią, to ich sprawa, która wypływa z ich własnej, obcej mi psychiki, ich własnych doświadczeń i zależności. Moje słowa są moje, ważne, prawdziwe. I dopóki są wypowiadane z dobrą intencją (wyrażenia siebie, a nie np. celowego zranienia kogoś), nie będę ich żałować. Nie będę!

Chciało mi się tańczyć i czułam się jak ptak, albo alpinista stojący nad przepaścią, kiedy łapie go zawrót głowy. Chiquito niewiele z tego rozumiał, ale przytulał mnie i cieszył się wraz ze mną.

Potem dość szybko wróciłam niestety za ten mój mur starego sposobu myślenia. Ale wybity otwór pozostał i mam nadzieję, że będę przez niego przechodzić na drugą stronę coraz częściej.

Są osoby (łącznie z Chiquitem), które mi zarzucają (albo ja myślę, że oni myślą... hmm...), iż pewne teorie psychologiczne zastąpiły mi religię, którą dawno temu straciłam. Lubię mówić, że nie wierzę w Boga, ale wierzę w człowieka, w jego moc bycia dobrym, zintegrowanym, otwartym i szczęśliwym. Te teorie są dla mnie kluczem do tego szczęścia, użytecznym wzorem, który nakładam na świat i dzięki temu lepiej go rozumiem.  Mam nadzieję, że nigdy nie staną się dla mnie dogmatem w sensie religijnym, który przysłoni mi inne możliwości, powiązania, wyjaśnienia. Choć czasem mogę robić takie wrażenie.

Mam za sobą półroczne doświadczenie terapii Gestalt. Lubię sobie wyobrażać, że przychodziłam do Czarownika, tak jak pierwotni ludzie, którzy chcieli rady wyroczni lub mędrca. On zadawał im/mi zagadkę. Odpowiadając na nią, oni, tak jak ja, rozbijali mur.

To, co za murem, może oszołomić i wystraszyć swym ogromem i przerażającą wolnością, i człowiek wraca wtedy do bezpiecznego, bo znanego, zaczarowanego kręgu starych schematów myślowych. Ale ja wierzę głęboko, że raz zakosztowawszy wolności, zawsze będzie chciał wrócić na drugą, nieznaną stronę. Ja chcę.

15:28, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 marca 2009
W oczekiwaniu na Fricholinkę

Wiele się ostatnio nasłuchałam od innych młodych mam, w podobnej do mojej sytuacji (czyli emigracja, daleko od rodziny, bez żadnej większej pomocy ze strony babć), jakim szalenie trudnym okresem były dla nich pierwsze miesiące, a nawet cały pierwszy rok życia dziecka. Powtarzają się określenia: totalne zmęczenie, niewyspanie, różne schizy, paranoje i depresje, osamotnienie, izolacja. Po krótkim urlopie facet wraca do pracy i dziewczyna zostaje sama, zamknięta w "złotej klatce" domu z maleństwem, które jest takie kruche i całkowicie od niej zależne. Pogoda wredna (wszystkie te trzy koleżanki rodziły zimą), na drogach czekają na wózek przeszkody nie do przebycia, ludzie niechętnie pomagają dostać się do tramwaju i trzeba się prosić (czego np. ja osobiście bardzo nie lubię robić). Pokarm niewartościowy, dziecko płacze z głodu, przeżywasz męki i w końcu przechodzisz na butelkę. Kiedy dziecko śpi, zamiast wykorzystać ten czas, żeby się trochę ogarnąć, przerażona nasłuchujesz, czy oddycha. Ledwo żyjesz ze zmęczenia, a nie ma w domu nikogo, kto by ci choćby zrobił herbaty. Mieszkanie w rozsypce, nie ma czasu ani siły na sprzątanie, a przecież higiena i czystość nigdy nie były ważniejsze, niż właśnie teraz. Do tego pielęgniarki w szpitalu, wśród których trafiają się niezłe krowy, traktujące źle mówiące po czesku Polki z góry. Ich obcesowe zachowanie potrafi zepsuć poród i pobyt w szpitalu dużo bardziej niż bóle i zmęczenie.

Takie mają dziewczyny doświadczenia, ale ja chyba jestem naiwna, bo pomimo tych opowieści jestem niemal pewna, że u nas będzie inaczej. Że będzie super. No przecież musi być, skoro na świecie pojawi się nasza Fricholinka! Mały człowieczek, złożony z nas dwojga, ale zupełnie osobny. Jeśli tylko będzie zdrowa, z całą resztą na pewno damy sobie radę, jak mówią Czesi, levou zadni (lewą tylną łapą:)). 

W tym wewnętrznym, przyznaję irracjonalnym (jak każdy optymizm?) przekonaniu utwierdza mnie zwłaszcza przebieg ciąży. Bez najmniejszych komplikacji, z minimalnymi dolegliwościami.  Mam w sobie jakieś takie, być może naiwne przeświadczenie, że jak do tej pory nam nasza mała nie sprawiała większych kołopotów, to i po urodzeniu nie sprawi. Oczywiście, jeśli się dobrze na wszystko przygotujemy i sami sobie problemów w głowach nie nastwarzamy.

Wiem, że życie może nam dać jeszcze niezłego kopniaka, oraz szybko i boleśnie zweryfikować nasze szumne zamierzenia.  A jednak zamierzam zrobić, co w mojej mocy, żeby dominującym uczuciem po urodzeniu małej była czysta radość, a nie przesadne zmartwienia. Mam wielką nadzieję, że wszystko pójdzie naturalnie i gładko, zaczynając od porodu. W końcu nie jesteśmy pierwsi ani ostatni! Ale oczywiście ważne jest, by wszystko sobie jak najlepiej zorganizować. Poczynając od wyboru szpitala. Na pewno zawsze można się naciąć, ale ten, który mamy na oku, zrobił na nas bardzo dobre wrażenie.  Chciałabym rodzić na specjalnym krzesełku, które mi tam pokazano, ale to zależy, czy będzie akurat do dyspozycji położna, która tę technikę zna. Nie chcę też znieczulenia. Pewnie niektóre z Was stukną się teraz w głowę, ale ja naprawdę się wcale tego bólu nie boję! Wychodzę z założenia, że skoro tyle kobiet przede mną dało radę, to co, ja nie dam? Chcę to wydarzenie przeżyć w całości, do głębi, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie chcę bujać nieprzytomna w obłokach, ale zbliżyć się do Ziemi, zanurzyć w niej paznokcie do krwi. Może to idealizm, ale chciałabym w ten sposób poczuć się bliżej tych milionów, miliardów kobiet, naszych mam, praprababć, przodkiń, dzięki którym ja jestem tu i teraz na świecie i mogę dać życie nowej osobie - mojej własnej córce. 

W ogóle mam więcej planów dotyczących powrotu do natury. Przede wszystkim - chusta. Chiquito był na początku do tego mojego pomysłu nastawiony sceptycznie, ale na szczęście poparli mnie przez skype teściowie (kochałam ich w tym momencie!:). Stwierdzili, że tak właśnie noszą swe dzieci ekwadorskie i peruańskie indianki, i że tak bliski kontakt cielesny z dzieckiem jest dla jego psychofizycznego rozwoju bardzo ważny. Pozycja z rozstawionymi nóżkami zaś świetnie wpływa na rozwój stawów biodrowych. A opinia Papy, pediatry z ponad 30-letnim doświadczeniem w opiece właśnie nad najmniejszymi, jest dla Chiquita święta! No więc chusta dostała zielone światło. Mam nadzieję, że dzięki niej będę bardziej mobilna, mniej zdana na pomoc innych i że nie będzie mi grozić owo poczucie odizolowania od świata, o którym mówiły dziewczyny.

Druga rzeczą, dzięki której chcę być przyjaźniejsza dla środowiska, są pieluchy wielorazowego użytku. Jedno dziecko przez cały okres swego siusiania do pampersów wyprodukuje podobno ponad tonę odpadu! Którego nie da się recyklować, bo pampersy to nie tylko papier, ale też wiele żeli i klejów na bazie ropy. Już w Anglii dawano mi broszury propagujące używanie nowoczesnych pieluszek materiałowych,  z wyliczeniem ile dane gospodarstwo domowe może na nich zaoszczędzić. Wtedy się tym właśnie zainteresowałam i po powrocie do Czech znalazłam mnóstwo materiałów na ten temat w internecie. Byliśmy nawet z Chiquitem na prezentacji, która nas ostatecznie przekonała (a zwłaszcza jego, mojego sceptycznie nastawionego "naukowca";)). Nowoczesne pieluszki materiałowe różnią się bardzo od tych tetrowych, które gotowały i prasowały w pocie czoła nasze mamy. Wystarczy je wrzucić na wyższą temperaturę do pralki i nie trzeba prasować. Mają kształt majteczek, podobno nie zdarza się, by przeciekły i są wykonane z tkanin o bardzo wysokiej absorpcji płynów, np. bawełny czy bambusa. Kto by chciał zresztą więcej na ten temat, a zna czeski, odsyłam tu.

Nie wiem, być może jest w tej chęci zostania eko-mamą trochę przekory, chęci pójścia pod prąd. Im jestem starsza, tym bardziej jakoś oczuwam potrzebę odróżniania się od innych, zboczenia z drogi "owczego pędu", szukania alternatyw dla pozornych oczywistości. Zdaję sobie sprawę, że będzie mnie to kosztowało więcej pracy, ale myślę, że satysfakcja z dobrze wykonanego eko-planu mi to w pełni wynagrodzi. A przede wszystkim satysfakcja ze zdrowo rosnącej, zadowolonej i pełnej życia Fricholinki. Bo ja chcę się cieszyć każdą chwilką z nią spędzoną i przeżywać euforię zamiast poporodowej depresji. Nie chcę niepotrzebnie się o nią bać, chcę wychodzić z założenia, że wszystko będzie dobrze. Ograniczać się - ale tylko na tyle, na ile jest to naprawdę konieczne. Właśnie po to, żeby zachować tylko pozytywne uczucia względem  faktu jej przyjścia na świat. Chcę korzystać z mądrych wynalazków naszych przodków, ale oczywiście unowocześnionych, by ułatwić sobie życie. Chcę mieć wszystko dobrze przygotowane i zorganizowane, ale jednocześnie poddać się rytmowi natury. 

Mam w sobie teraz taką radość, jakiej dawno już nie pamiętam. Jeśli ta radość ze mną zostanie, wszelkie trudności i ograniczenia staną się małe i nieważne, bo zagłuszone dominującym uczuciem szczęścia. Tego mi życzcie:)

11:58, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (21) »
czwartek, 12 marca 2009
Różnice kulturowe cz. III

Kolejna porcja wspomnień z "placu boju":)

9. Dotrzymywanie sobie towarzystwa.

Chiquito na początku związku obrażał się na mnie, kiedy chciał, żebym szła z nim do sklepu czy gdzieś tam, a ja z ciekawą książką w ręce odmawiałam wyjścia z ciepłego domku. Potem się naturalnie przyzwyczaił, że nie ze mną te numery. Ale teraz już wiem dlaczego kiedyś tak dziwnie reagował... Przykład:

Frugor i Anielica idą do banku. Pytają, czy nie chcemy iść z nimi. Akurat leje. Odpowiadam, że ja nie mam nic do załatwienia w banku, więc nie rozumiem, po co bym tam szła? Bank to nic ciekawego dla mnie. Frugor i Anielica poszli sami i wrócili cali mokrzy, więc tym bardziej byłam zadowolona, że się wykręciłam. Wieczorem Chiquito mi łagodnie tłumaczy, że dobrym zwyczajem jest, iż jak nie masz akurat nic do roboty, towarzyszysz w załatwianiu sprawunków innym członkom rodziny lub przyjaciołom.  Podobno brat i jego dziewczyna bardzo się dziwili, dlaczego nie chciałam z nimi iść.

Przykład z drugiej strony. Idziemy z Chiquitem coś załatwić, ja się strasznie cieszę, że wreszcie pobędę z nim chwilę sam na sam. Ale nie... Papa idzie z nami... Dzwoni Droopy (przyjaciel), pyta co robimy i oświadcza, że ma akurat wolne, to wybierze się z nami... Chcę iść do księgarni sama, żeby w spokoju powybierać książki, dupa, Luquita idzie ze mną, a jak nie ma czasu, wysyła Anielicę, i ja znowu muszę się męczyć podtrzymując rozmowę, i oczywiście w rezultacie nic nie kupuję. Kiedy wreszcie udaje mi się wymknąć z domu samej (bez komórki, hehe), wybierając moment kiedy wszyscy są zajęci, i tłumacząc na odchodnym, że naprawdę, naprawdę nie muszą sobie robić kłopotu!, po powrocie zastaję Luquitę przed budynkiem wyglądającą mnie z nieukrywanym niepokojem. Jakby mnie tam mogło coś zeżrać w tym centrum handlowym za rogiem.

10. Syndrom pełnej i pustej szklanki.

Scena przedstawia się następująco: Wybieramy się na ślub przyjaciół, ja mam jeszcze nieodprasowane spodnie, nie zrobiony makijaż i włosy w rozsypce, a tu nam nagle wyłączają prąd. Nie działa ciepła woda, przy świeczce g... widać, a do tego spodnie jak krowie z czterech liter wyciągnięte! Jestem wkurzona i widać to po mnie. Kto przy zdrowych zmysłach byłby spokojny w takiej sytuacji? Ślub praktycznie już się zaczyna, a my nadal w domu. Chiquito mnie uspokaja i zabiera spodnie do centrum handlowego, gdzie podobno w pralni też prasują. Ja klnąc na czym świat stoi próbuję się malować przy świecy. Rodzice tymczasem robią sobie kawkę, i luz blues, opowiadają sobie jakiś głupotki i śmieją się ile wlezie. Dobry humor zakłóca im tylko moja reakcja. Po cichu pytają Chiquita, czy ja zawsze jestem taka? Przecież życie ze mną musi być okropne! Komu przychodzi do głowy denerwować się sytuacjami objektywnymi, na które przecież i tak nie można nic poradzić? Im tak często wyłączają prąd, że nie ma siły, by się tym przejmowali. Grunt to optymizm i dobry humor w każdej sytuacji!

I niby git, można pozazdrościć, ale jak optymizm i dobry humor jest w pewnym sensie kulturowo "obowiązkowy", to mi się on od tej świadomości na pewno nie poprawi, raczej wręcz odwrotnie.

Aha. Na ślub przyszliśmy dwie godziny później i nie widzieliśmy ceremonii. Ale w sumie dobrze, że byliśmy tam krócej, bo obsługa na weselu była fatalna (chyba z 10 kelnerów, a godzina czekania na szklaneczkę coli. Bo jak już wspominałam, to nie tak jak w Polsce, ze butelki stoją na stole i każdy się częstuje. Byłoby "nieestetycznie". Na stole to tylko kwiaty stały, duuużo.). I co? I wszyscy zachwyceni, nikt tam sobie nie pozwala nawet w wąskim gronie na jakąkolwiek krytykę znajomych. Najwyżej coś się w żarcikach wspomniało. A to wszyscy (prócz mnie i Chiquita, ciekawe dlaczego?) nabawili się ciężkiej biegunki po tym weselisku! W Polsce by nikt nie zostawił nawet suchej nitki na takich organizatorach. I ja wiem, że to jest brzydka nasza cecha narodowa, ale kurcze, nie zaprę, jestem Polaquitą i tak jak rodacy lubię sobie od czasu do czasu porządnie ponarzekać.

11. Ja mam osobistą "bańkę" (wspaniałe określenie Sztywniary:)) całkiem przeciętną, jak sądzę. Ale na ich warunki - gigantyczną.

Fakt, że sama sobie chodzę do kuchni i robię sobie herbatę w mikrofalówce (nie istnieje tam taka użyteczna rzecz, jak czajnik bezprzewodowy), został, że tak powiem, zauważony. Ja nienawidzę być obsługiwana. Kiedy Luquita woła do stołu i pyta, co kto chce do picia, ja przeważnie nie chcę nic, bo już mam. Przesiadywanie całego rana przed komputerem i nie gadanie z nikim, oraz straszliwy fakt zamykania się w naszym pokoju (wieczna walka, Chiquito drzwi otwiera, ja zamykam - nie cierpię być przez przechodzących obserwowana), też został "zauważony". To znaczy oczywiście nikt nie powiedział nic krytycznego (Broń Boże! w twarz się takich rzeczy nie mówi!), ale było widać, że to wychwycili, jako coś dziwnego. Chiquito sam już mi kiedyś tłumaczył (obserwując zwyczaje w mojej rodzinie), że zwyczaj zamykania się przed rodzicami w pokoju uważa za bardzo paskudny.

Tak. Nie lubię być obsługiwana, obserwowana, pytana, dokąd idę, pytana, co robiłam w czasie dnia, nie cierpię, kiedy się do mnie bez powodu dzwoni. Czuję się wtedy prześladowana, i nic na to nie poradzi nawet przekonywanie samej siebie, że oni to robią tylko z czystej życzliwości.

Od przedszkola byłam "zosia samosia", a oni to "zoś samoś" czysta odwrotność. Pilnowanie swoich granic w takich warunkach bywa straszliwie męczące, że się wyrażę eufemistycznie. A i tak były one cały czas naruszane. Z czystej życzliwości, rzecz jasna.

11:08, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 09 marca 2009
Różnice kulturowe cz. II

8. Snobizm i "klasizm"

To chyba żadna różnica kulturowa... Snoby są wszędzie rozsiani po świecie, niestety. Znajdziemy ich sporo we własnym środowisku. A jednak ja osobiście nigdy dotąd jeszcze nie spotkałam się z taką dawką snobizmu, jak właśnie w Bogocie.

Bogate (ale nie super-bogate, za to aspirujące) kręgi bogotańskie, do których część krewnych Chiquita należy, mają głęboko zakorzenione uprzedzenia w stosunku do ludzi pochodzących z, że tak powiem, "niższych" warstw społecznych. Nie, wcale nie chodzi o żebraków czy sprzedawców na ulicy! Chodzi o ludzi, którzy np. wychowali się w dzielnicy nie uznawanej za "dobrą", których rodzice nie są wysoko postawieni, którzy nie skończyli prestiżowych prywatnych szkół. Przyznam, że zszokowało mnie to ogromnie. Nie mogłam pojąć, dlaczego przez długi czas część członków rodziny miała bardzo nieprzyjemne uwagi o dziewczynie Frugora, Anielicy. Nie zaakceptowano jej i dawano to im obojgu w różny sposób odczuć. Dziewczyna jest psychologiem, jest ambitna i niesamowicie pracowita. To wszystko nie ma dla tych ludzi najmniejszego znaczenia. Znaczenie ma to, że wychowała się na południu Bogoty, a jej tata jest zwykłym policjantem. I czort wie, co jeszcze wydaje im się w niej nie dość odpowiednie na narzeczoną Frugora. Dla mnie sposób myślenia tych ludzi pozostaje zagadką.

Były uwagi w typie: "A co, jeszcze z nią nie zerwałeś, masz małą rotację dziewczyn" (jeden z wujków), albo: "Ależ Frugorze, powinieneś znaleźć sobie kobietę równą sobie pozycją!" (Isabelita, żona Abuela). Oraz wiele innych drobnych gestów, które miały zawsze na celu leciutko poniżyć, dać odczuć, że dziewczyna nie jest jedną z nich. Jest to subtelna gra, opanowana do perfekcji - gdyby nie opowiadał nam o całej przykrej sprawie Frugor, ja sama (a pewnie i Chiquito) bym w życiu niczego nie zauważyła. 

Społeczeństwo kolumbijskie jest silnie rozwarstwione. Nie chodzi wcale o "biednych" i "bogatych", owa drabina ma wiele szczebli. Z zewnątrz tego wcale nie widać, trzeba pobyć dłużej, żeby zauważyć ten skomplikowany system szczegółów, które decydują o twojej przynależności do danej warstwy społecznej. Osobną klasę stanowią cudzoziemcy - i w przeciwieństwie do takich Czech, gdzie my, emigranci, jesteśmy przyjmowani raczej z nieufnością - cieszą się w Kolumbii wielką sympatią. Nie mogę do dziś pojąć, dlaczego Isabelita, która najwyraźniej mnie bardzo lubi (zawsze hojnie obdarowuje, zaprasza, zorganizowała mi "baby shower"), potrafi być jednocześnie tak wredna dla Anielicy. Przecież kto jak kto, ale ja pochodzę z "niskich" warstw społecznych, jesteśmy z Siostrą pierwszym pokoleniem, które nie poprzestało na zawodówce! O to nikt nie pyta, to nikogo nie obchodzi. Sam fakt, że pochodzę z Europy, jest mi przepustką na ich salony i daje wielki prestiż. Kult zagranicy  i osób, które wyjechały, jest w Kolumbii ogromny. Poczynania Frugora, który został  i próbuje sobie ułożyć życie w trudnej kolumbijskiej rzeczywistości, wzbudzają często mieszane reakcje rodziny, łącznie z oskarżaniem o maminsynkowstwo. To, co robi Chiquito, zawsze jest absolutnie wspaniałe. Bycie emigrantem, to jest coś. 

Snobizm przejawia się też w życiu codziennym. Obiad u dziadków dla mnie swą obrzędowością przypomina przyjęcie na ambasadzie. Złote podnosy i dwie służące podające do stołu, i natychmiast wszystko sprzątające. Ja jestem przyzwyczajona, że jak jest szwecki stół, to sama sobie nakładam. Tam stoi specjalnie wynajęty kelner i pyta, ile chcę kawałków mięsa. Czuję się w takiej sytuacji bardzo niezręcznie. Antyki, dzieła sztuki, łokcie precz ze stołu. Ręcznie zdobione kółka na wyszywane serwetki i reszta krewnych usiłująca naśladować przepych domu Isabelity. Nic dziwnego, że jak się nie ma do dyspozycji służacych, to baby same latają jak muchy w latarce, żeby wszystkich obsłużyć, a następnie do ostatniego okruszka posprzątać. Z zewnątrz wyglądają na wyluzowane i dobrze się bawiące, ale mi się tam wydaje, że w środku są nieźle spięte. Luquita nie umie wytrzymać spokojnie na krześle pięciu minut. Już w chwilę po tym, jak dojedliśmy, ma wszystko sprzątnięte i przychodzi z psikaczem na szkło, żeby wyczyścić stół. A jak już wszystko zrobi, to wierci się niespokojnie (jednocześnie niby prowadząc wesołą konwersację) i tylko czeka, aż znowu jaka robota się znajdzie (ktoś dopije sok np.)...

Nie zrozumcie mnie źle - ja też lubię mieć w domu obrazy i ładne nakrycia. Czemu nie. Ale w głębi serca uważam, że te zewnętrzne pozory blichtru nie mają najmniejszego znaczenia. I wolę, żeby "nieestetyczne" butle z colą stały na stole, niż żebym musiała prosić służącą, aby mi przyniosła kolejne pół szklaneczki. Nie dla mnie taki styl życia. Ja lubię pić piwo prosto z puszki i zmywać naczynia na drugi dzień. Lubię chodzić ubrana kolorowo jak hipiska i kupować stare szmaty w lumpexach. Z obcasami skończyłam parę lat temu, i to raz na zawsze! Za to najbardziej jestem zadowolona, kiedy goście czują się u mnie jak u siebie, kiedy wyluzowani biorą z lodówki co chcą (i wkładają co chcą;)), sami się obsługują i dobrze bawią. Lubię jak jedzenia jest dużo i dobre, a jak zostanie, chętnie dojadam na drugi dzień.

Lubię wszystko olewać i nie mieć żadnych ambicji. Lubię jak książki walają się po kątach razem z kurzem. Lubię puszczać stare dobre Tiamaty na cały regulator przy gotowaniu. Lubię robić sobie kucyki i nie zamierzam z nich zrezygnować, nawet jak będę miała 60 lat.

No, ale ja żyję sobie w luzackich Czechach, na swoim, z dala od teściów, krewniaków i całej tej gry pozorów. A Chiquito chyba nie przypadkiem jest tutaj ze mną, a nie tam z nimi. Pewnie nigdy by się do tego nie przyznał, ale ja tam sobie myślę, że on też woli nasz swojski luzik od tej ichniej "elegancji".

Anielica chodzi jak w gorsecie, zawsze ubrana w skórzane marynarki, czarne spodnie i dziesięciocentymetrowe obcasy. Widać, że co rano prostuje sobie włosy. Podobno bierze prysznic wyłącznie w zimnej wodzie (brrr!!).  Jak wszystkie znane mi Kolumbijki również sprząta maniakalnie, nawet będąc chora. Bardzo lubi etniczną biżuterię, ale rzadko ją nosi, bo jak mi wyjaśniała, w pewnych kręgach bogotańskiej śmietanki jest to źle widziane, kojarzysz się zbyt "ludowo" (na to już nawet Chiquito robił wielkie oczy). Jest niesamowicie zdyscyplinowana i pracuje zarobkowo od 15 roku życia.  Przez całe studia dorabiała do czesnego w różnych firmach. Teraz razem z Frugorem mają własny biznes i idzie im świetnie. Pracują nawet w święta, zawsze przynajmniej 8 godzin dziennie. Chyba nawet mając surowego szefa nad sobą nie mogliby być bardziej pilni. 

W całej rozciągłości osoba godna podziwu. Jakim cudem rodzina jej chłopaka tego wszystkiego nie widzi? Jakim cudem uważają ją za "nie dość dobrą" dla Frugora? Podczas gdy ja, leser jakich mało:), zostałam od początku niezwykle życzliwie w rodzinie przyjęta. 

Anielica ma wobec rodziny kompleksy i bardzo to widać. Nie jest jej łatwo. Ale musi tam mieszkać, i choć Frugor zawsze stoi po jej stronie, jednocześnie nie popuszcza, jeśli chodzi o obowiązkowe rodzinne spotkania. Zerwanie kontaktów z kimś z bliższych krewniaków jest tam po prostu niedopuszczalne. I Anielica też ma to przekonanie we krwi. I pod tym względem totalnie podporządkowuje się jego woli.

Nie zazdroszczę dziewczynie. Oj nie.

15:17, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (14) »
środa, 04 marca 2009
Butelki zwrotne

Przypomniałam sobie o tym filmie czytając Wasze komentarze dotyczące międzypokoleniowych zabaw w Kolumbii. Bo Butelki zwrotne są właśnie o tym, o starzeniu się, o niezgodzie na to starzenie, o stosunkach między generacjami. Choć akcja osadzona jest w czeskim środowisku kulturowym, to jednak te problemy są uniwersalne. 

Bohaterem, granym przez Zdenka Svěraka (również autora scenariusza oraz ojca oskarowego reżysera Jana), jest emerytowany nauczyciel czeskiego pan Tkaloun. Nie radzi sobie on już z bezczelnością dzieci w szkole, z ich brakiem szacunku, ale nie chce pozostać bezczynny. Nie potrafi ot tak siedzieć zamknięty w domu, jak tego wszyscy oczekują od emeryta. Podejmuje najpierw pracę kuriera rowerowego (co kończy się dość niefortunnie, bo złamaną nogą:)), a potem odnajduje się jako pracownik punktu butelek zwrotnych. Tam jest w swoim żywiole, zaprzyjaźnia się ze stałymi klientami i współpracownikami, i choć sam wzdycha do różnych pięknych kobiet, które pojawiają się czasem w okienku, żaden podryw mu nie wychodzi, za to kojarzenie par wyśmienicie. 

Czytam jeszcze raz powyższy opis i w sumie myślę, że ma się on nijak do filmu. Bo jak oddać słowami delikatny, słodko-gorzki humor tej komedii, niekonwencjonalne przedstawienie problemu starzenia się, oraz życiową mądrość? Pocieszam się, że angielski komentarz do poniższego trailera też niezbyt oddaje głębię Butelek zwrotnych:

Nasze społeczeństwo ma problem ze starością. Starsze pokolenie nie nadąża za technologicznymi nowinkami, ba, nawet za zmieniającym się językiem. W konsekwencji zamyka się w swoim świecie i rezygnuje z wszelkich prób otwarcia się, uczenia się nowych rzeczy. Ich zainteresowania i horyzonty stają się bardzo wąziutkie. Znika ich pasja życia, a świat kuczy się do rozmiarów mieszkania i paru telenowel. Reszty nie rozumieją i nie chcą rozumieć. Nie chcą nawet spróbować.

Niedawno była na temat starości seria artykułów w Gazecie Wyborczej, pt. "Polska to nie jest kraj dla starych ludzi". Wstrząsające przypadki staruszków, którzy od lat nie opuszczają swoich mieszkań, żyją za śmieszne pieniądze, wydawane przede wszystkim na leki, którzy nie rozumieją swoich dzieci i nie są przez nich rozumiani. Żyją tylko telewizją i swoimi drobnymi sprawami, obrażeni na świat, tak jak świat obraził się na nich. Ogranicza ich coraz mniej sprawne ciało, to oczywiste, ale niestety do niego dołącza się też umysł, choć wcale by nie musiał. Zamyka ich w przeszłości, w strachu przed wszystkim co nowe, obce, inne - a więc niezrozumiałe, zagrażające.

A młodzi wcale nie ułatwiają im sprawy. Sami wpędzają ich w taką rolę. Starość jest nieestetyczna, nie chcemy jej oglądać. Świat idzie do przodu, a starsi nie nadążają, ich życiowa mądrość i wspomnienia nikomu już nie są potrzebne. Jest to, jak sądzę, ogromna zmiana w społeczeństwie, bo jeszcze sto lat temu nosicielami wiedzy płynącej z doświadczenia byli tylko starsi. To do nich chodziło się po radę. Dziś rady się googluje.

Josef Tkaloun właśnie tej starczej pasywności nie chce się poddać. Czuje się nadal młody, choć w starej skorupie. Pięknie są przedstawione w tym filmie jego fantazje erotyczne - motyw rzadko spotykany w filmach o starszych ludziach. Jest marzycielem, często z głową w chmurach, miewa pomysły świeże, niemal dziecięce.  I wszyscy, łącznie z żoną, mu rzucają kłody pod nogi (w sensie "w twoim wieku powinieneś w domu siedzieć, a nie takie durne pomysły mieć!"). Jego córka mu mówi, że jego poczynania to "odpał". W słowach rodziny widać dokładnie, czego nasze społeczeństwo oczekuje od starych - żeby się nie wychylali, żeby ich za bardzo nie było widać, żeby nie zachowywali się jak młodzi, bo to jest śmieszne, nie przystoi. I większość się do tych wymagań przystosowuje, nawet nie wie, jak i kiedy.

Ale nie pan Tkaloun. Jego nie obchodzi, czy się "ośmiesza", po prostu nie potrafi usiedzieć na miejscu, a jego pasja życia wcale go nie opuszcza.

 
W Kolumbii w starszych ludziach zauważyłam tą samą tendencję. Może dlatego młodzi się nie buntują, jeśli chodzi o międzypokoleniowe zabawy, bo wiedzą, że starsi wcale im tej zabawy nie zepsują? Kluczem jest chyba to pozytywne nastawienie, mi na tyle obce, że aż mi się wydaje przesadzone. W kraju nie dzieje się najlepiej, ale nikt nie narzeka, wszyscy są szczęśliwi i nie idealizują przeszłości (bo też zresztą była trudna i krwawa). Żyją teraźniejszością i potrafią cieszyć się każdą chwilą. A to zbliża pokolenia.
 
Bardzo im tej umiejętności zazdroszczę. 
 
Starzenie ciała to jedna rzecz, inną jest starzenie ducha. Do tego nie wolno dopuścić. W naszym społeczeństwie, tak negatywnie nastawionym do starszych, będzie nam trudniej, ale mam nadzieję, że się uda. Musimy pielęgnować naszą otwartość i nie dać się zgorzknieniu. Bo w środku i tak jesteśmy tą samą osobą, którą byliśmy jako dziecko.
 
Naprawdę mam nadzieję, że zestarzeję się tak jak Josef Tkaloun, a nie jak moi rodzice i dziadkowie.
 
poniedziałek, 02 marca 2009
Różnice kulturowe cz. I

Kiedy Frugor i jego Anielica zaczęli wrzucać do gorącej czekolady tony sera (queso campesino) i potarganych naleśników, a ja zrobiłam okrągłe oczy i zdecydowanie odmówiłam spróbowania tej brei, rodzinka zaczęła się śmiać, że oto pojawiła się pierwsza "barrera cultural". Było to jeszcze na początku naszego pobytu w Kolumbii. Myślę, że od tamtego czasu i oni, i ja, zdaliśmy sobie sprawę, że tych różnic jest dużo więcej, i dużo poważniejszych. Poważnych zwłaszcza dla mnie, bo to ja byłam tam jednoosobową mniejszością i to ja musiałam się dostosować.

Oto długa lista różnic, których nie mogłam nie zauważyć. I które mnie irytowały...!  Ojoj, lepiej nie mówić:).

1. Kolumbijczycy to zwierzęta stadne. Ich ulubiona forma rozrywki to zbierać się w większe grupy i, jak nazywa tę czynność papa Chiquita, "echar lora". Czyli po naszemu świergotać jak papugi. W moim wolnym tłumaczeniu natomiast "gadać o dupie Maryni". 

2. Praktycznie nie ma podziałów wiekowych w rodzinach, co myślę, jest akurat dość pozytywne, choć dla mnie... dziwne. Młodzi robią imprezę, jasne, że rodzice i dziadkowie są zaproszeni.  I dobrze, wcale nie nudzą o chorobach czy polityce, ale bawią się i wygłupiają jak inni... Mimo to jednak, jak nam Fricholina wyrośnie, myślę, że nie będę miała najmniejszej ochoty mieszać się z jej znajomymi. Światy młodych i starszych są jednak bardzo różne i nie ma co ich na siłę unifikować. Rozmowy z Frugorem i Anielicą dla mnie wyglądały zupełnie inaczej kiedy byliśmy w towarzystwie rodziców, i inaczej (dużo dużo szczerzej), kiedy byliśmy sami.

3. Obsesja brudnych szklanek. W Kolumbii nie ma tak, że jak dopijesz swoją colę, to szklanka stoi przed tobą choćby i parę godzin, dopóki nie zdecydujesz się znowu ją czymś napełnić, ewentualnie gospodarz przyniesie butlę. Nawet się nie obejrzysz, a wszystko już sprzątnięte, a baby w kuchni już zmywają! Na każdym proszonym obiedzie niemal połowę czasu gospodyni + inne nadgorliwe pomagierki spędzają w kuchni (oczywiście, o ile nie ma służących). Myślę, że by je chyba skręciło gdyby się naczynia po prostu odstawiły do zlewu i poczekały na odejście gości, a wszyscy na luzie spędzili razem czas. Szybkość sprzątania jedzenia ze stołu jest imponująca. Chcesz dokładkę? Uprzejmie, jak na Polkę przystało, co nie chce na żarłoka wyjść, mówisz, że nie. To już znika sałatka, twój talerz, twoja szklanka i resztę wieczora spędzasz o suchym pysku.

4. Talerze są niemal ze złota, ale jedzenia wyliczają na ilość gości. Ja tam jestem przyzwyczajona, że jak kogoś zapraszam, robię dwa razy tyle, ile trzeba i stawiam wszystko w michach na stole. Bo wiadomo, że ludzie będą mówić, że nie, nie rób sobie kłopotu, ale jak stoi im przed nosem, to chętnie się częstują. Na imprezie u Frugora (sami młodzi + jedna mama...) gospodarz pyta: kto chce sandwich. Podnosimy ręce, a on robi dokładnie tyle kanapek ile rąk. Podają na serwetkach, bez talerzy, bo jakby były talerze, trzeba by je od razu zmyć i nie móc się bawić, tak są tam wszyscy, a zwłaszcza kobiety, przez swoje matki wytresowane. To wcale nie jest zarzut o skąpstwo, bo oni pytają, czy chcesz drugiego sandwicha, nawet trzeciego ci zrobią... A jednak, ja bym się czuła dużo lepiej, gdyby stanęła przede mną góra kanapek i ja bym sobie brała ile zechcę. Po prostu trudno mi z góry określić, ile jedzenia będę chciała...

5. Wszyscy mają duuuużo czasu. Żegnają się i witają w nieskończoność, każdy z każdym, łącznie z obowiązkowym błogosławieństwem i znakiem krzyża ze strony Luquity (a my idziemy tylko do sklepu za rogiem! grr...).W rezultacie czego wyjście z domu w większym gronie zwykle opóźnia się o dwie godziny. Czekając na maruderów już ubrane w kurtki towarzystwo się rozsiada i dalejże gadać. Przychodzą maruderzy, dosiadają się, gada się dalej. Ja już niecierpliwa, pytam Chiquita: to idziemy, czy nie?! A on, lekko urażonym tonem, że niby nie wiadomo dlaczego popędzam: "Przecież my się tu dobrze bawimy!". Aha. Ok...

6. Wieczne telefonowanie. Ale o tym pisałam już tu.

7.  Przesadne okazywanie entuzjazmu i radości (miałam wrażenie, że inne uczucia raczej nie są dozwolone...). Taki podejrzliwy osobnik, jak ja, tym przesłodzonym wyrazom sympatii po prostu nie wierzy. I w rezultacie nie wie, na czym z tymi Kolumbasami stoi. Lubią go szczerze, czy wcale nie? 

ciąg dalszy nastąpi i będzie długi...

13:51, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (26) »
niedziela, 01 marca 2009
Juanito

Polka zobaczyła Juanita na rogu ulic, naprzeciwko migoczącego światłami centrum handlowego. W jej własnym brzuchu kręciło się wtedy maleńkie dziecko. Juanito siedział na wydeptanej trawie, bez jakiejkolwiek izolacji, a dawno już rozpoczął się zimny, bogotański wieczór. Na głowie miał czapeczkę. Był smutny i przygasły, niczym się nie bawił. Obok jego matka i siostra sprzedawały świąteczne papiery do pakowania, kartki z życzeniami i nalepki na prezenty.

Polka chciała coś od niej kupić, ale teściowie mieli już w domu cały zapas. Też zresztą nabyty od sprzedawców z ulicy.

Chodząc po supermarkecie i oglądając kolorowe, radosne świąteczne wystawy, Polka nagle zaczęła płakać. Łzy przyszły jak burza i nie dały się powstrzymać. Ukrywała je jak mogła, ciągle patrząc w inną stronę, niż jej towarzysze. Pewnie by się tylko wystraszyli i myśleli, że stało się jakieś nieszczęście. Kiedy ojciec jej dziecka zauważył i zmartwiony zapytał, powiedziała, że to hormony. Jak dobrze, że teraz wszystko można zwalić na hormony.

Wyobraziła sobie własne dziecko, czysto i ciepło ubrane, GAP i Next, roześmiana buzia, lody z arequipe i żadnych trosk, kroczące z dzadkami i rodzicami po tej samej ulicy za kilka lat. Jemu nie będzie zimno, a na święta dostanie mnóstwo niepotrzebnych zabawek. Gdzie wtedy będzie Juanito, to brudne dziecko siedzące na zimnej trawie? Czy wypracuje się na samodzielnego „sprzedawcę“, który proponuje znudzonym kierowcom na czerwonym świetle czarne worki na śmieci, papierosy i kostki rubika? Czy będzie żebrał, kiedy jego starsi koledy żonglując ogniem ustawią się w potrójnej piramidzie? Czy stanie się cżłonkiem gangu, w którym po raz pierwszy poczuje się silny, który da mu tożsamość? A może zachoruje na serce i umrze, bo nie jest zdrowotnie ubezpieczony? A może poleci do USA z siedemdziesięcioma pigułami pełnymi koki w żołądku?

Chociaż wszystko przecież może potoczyć się inaczej. Może pójdzie do szkoły, która choć marna i pełna przemocy, uchyli mu okno do innego świata. Może przyjadą mili Mikołajowie z USA i dostanie zielony laptop z tej oto akcji... Dzięki któremu przygotuje wspaniałą prezentację o Gabo Marquezie / systemie nerwowym żaby / Baracku Obamie / Krzysztofie Kolumbie / locie na księżyc, i po raz pierwszy w życiu dostanie piątkę. I dzięki tej piątce uwierzy w siebie. Może ktoś odkryje jego talent muzyczny lub sportowy i da mu stypendium. Może sam nauczy się programować i kiedyś skończy informatykę. Może wyruszy stopem w podróż. Może zacznie uczyć własną mamę czytać i pisać. Może stanie się aktywistą i zacznie pracować dla ludzi ze swojej dzielnicy. Może spotkacie go kiedyś na ulicy, ładnie ubranego, czarnowłosego, z iskrą w oku.

Może...

 

20:03, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (6) »
piątek, 27 lutego 2009
Wszyscy jesteśmy kreatywni

Od pewnego czasu odwiedzam stronę TED. Ideas worth spreading i puszczam sobie rozmaite"pogadanki" wygłaszane dla internautów przez różnych mniej lub bardziej sławnych ludzi: naukowców, aktywistów, artystów, a nawet bloggerów. Wykłady towarzyszą mi podczas sprzątania, gotowania oraz produkcji kolorowych pudełek (którąż to kreatywną czynnością ostatnio się namiętnie zajmuję:)). Jeden z wykładów, traktujący nomen omen właśnie o kreatywności, zainspirował mnie i od razu skojarzył z krążącą ostatnio po necie nagrodą Kreativ Blogger Award.

W swoim monologu Sir Ken Robinson mówi o tym, że system edukacyjny na całym świecie jest tak nastawiony, by zabijał w nas kreatywność. I ja się z nim muszę zgodzić. Każde małe dziecko jest artystą. Zamiast iść utartą ścieżką (nie może, bo jej nie zna) wymyśla najbardziej oryginalne rozwiązania najprostszych problemów. Kiedy się bawi, robi to całym ciałem, i całym ciałem przenosi się w świat Indian i kowbojów, złodziei i policjantów, własnej wersji domu lub sklepu. A kiedy nie starcza mu ciała, bierze do ręki rekwizyty, które ożywają jego wyobraźnią. Najbrzydsza lalka może grać królewnę, stara szopa może być stacją kosmiczną, a patyk mieczem Jedi. 

Dlaczego dziecko jest tak kreatywne, a potem, w większości, te umiejętności traci? Autor wykładu odpowiada w ciekawy sposób: dziecko nie boi się popełniać błędów. Kreatywność, rozumiana jako umiejętność wymyślania oryginalnych i wartościowych idei, nie obejdzie się bez gotowości do popełnienia błędu. A szkoła najbardziej piętnuje właśnie błędy. Błąd? Jedynka. Dużo bezpieczniej jest na polskim wykuć się na pamięć interpretacji danego wiersza (XY wielkim poetą był...) niż zacząć wymyślać własne skojarzenia, choćby nie wiem jak absurdalne były (to jest nadinterpretacja!!!). Dzieciak, który sam zbuduje sobie prymitywną baterię galwaniczną, nigdy tego eksperymentu nie zapomni. Ja, która wkuwałam na pamięć i rysowałam schematy, dziś nawet na potrzeby tego wpisu nie umiem sobie odtworzyć jakich metali i cieczy do tego trzeba... Oczywiście są nauczyciele, którzy właśnie tę kreatywność pragną w dzieciach rozwinąć, którzy pozwalają im na własne opinie i cieszą się nimi.  Ale sądzę, że jest ich raczej mało, no i nawet oni muszą "realizować program". A poza tym występują najczęściej w szkołach średnich, a wtedy dla większości uczniów jest już za późno. 

I w ten sposób uczymy się, że "poważne", dorosłe życie, to powtarzanie schematów. Że lepiej siedzieć cicho i robić swoje, niż się "wychylać" z nowymi pomysłami - bo a nuż popełnimy błąd? Wstyd, wstyd, wstyd. Wielkie korporacje podobno najbardziej sobie cenią innowatywnych ludzi, lecz i tam wg mnie występuje podwójny przekaz: dawaj nowe pomysły, ale nie za dużo, bo współpracownicy uznają cię za karierowicza, a szef poczuje się zagrożony.

Ja sama zaczynając pisać blog, najbardziej właśnie bałam się "błędu" - tego, że napiszę coś głupiego, niewyważoną opinię, że się ośmieszę. Dlatego przez pierwszy rok pisanie mi szło jak krew z nosa. Długo mi trwało, zanim zrozumiałam, że to ryzyko jest w wpisane w każdą twórczą czynność, a taką jest prowadzenie bloga. Zawsze może znaleźć się ktoś, kto moje lub twoje pisanie uzna za "głupie, niedojrzałe, grające na uczuciach", niepotrzebne skreślić. Wiedzą chyba o tym dobrze zwycięzcy tegorocznego konkursu Blog Roku, którzy podobno spotkali się z furą nieprzyjemnych komentarzy.

Robinson w wykładzie twierdzi także, że program szkół na całym świecie wygląda tak, jakby celem było wychowanie całej rzeszy profesorów uniwersyteckich. Uczą nas myśleć tylko głową, a przecież mamy także ciało, które ma swoją własną mądrość. Nie ma chyba takiego kraju, gdzie teatr, taniec, muzyka, dostałyby tę samą ilość godzin i prestiż co matematyka czy języki (oczywiście prócz szkół specjalistycznych, artystycznych). Może byłoby mniej depresji, a więcej szczerości na tym świecie, gdybyśmy się w szkole nauczyli "czytać" własne ciało, gdybyśmy poznali, jak bezbłędnie wyraża ono emocje, których sobie nawet sami nie uświadamiamy.

Tyle o wykładzie, kto chce i zna angielski, niech sam posłucha. Ja chciałabym zakończyć następującą refleksją. Otóż kiedy błądzę sobie po blogosferze nie mogę nie zauważyć, jak wielu z nas, choć wydorośleliśmy, pozostało kreatywnymi! Wykonujemy najróżniejsze zawody, niektóre totalnie otępiające i nielubiane, inne dające satysfakcję, różnie to bywa. A "po godzinach" siadamy przed komputerem i na naszym własnym kawałku wirtualnej przestrzeni stajemy się twórczy. Tak jak kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi. 

Blogów, które o tym świadczą, jest całe zatrzęsienie. Bloggerzy piszą rewelacyjne recenzje książek, robią własną przepiękną biżuterię, gotują smakołyki, wspaniale fotografują, piszą ostre polityczne felietony, dają świadectwo własnym podróżom  i przybliżają nam kultury najodleglejszych krajów. Otwierają też swoje serca i zwierzają się ze swego nieraz niełatwego życia.

Wydaje mi się to naprawdę niezwykłe. Internet dał nam, tym twórczym prywatnie, możliwość wyjścia z ukrycia.  Dał przestrzeń, gdzie możemy być kreatywni tak jak kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi. 

Krąży po necie, krąży, ta oto honorowa nagroda:

kreativ blogger

 

Mnie samej zrobiło się bardzo miło, kiedy dostałam ją od be.el. [UPDATE: dostałam ją również od Nonko, Alexii, oraz Magi-Mary, ogromnie dziękuję!]. Sama jednak nie będę nikogo wyrożniać, bo moim zdaniem należy się ona wszystkim oryginalnym bloggerom, tzn. tym, którzy piszą własne, ciekawe teksty. Czyli Wam. Wszystkim, których lubię, czytam i podziwiam właśnie za... kreatywność. Oraz tym wszystkim, których jeszcze nie odkryłam i być może nigdy nie odkryję, a wielka szkoda, bo na pewno warto!

Nie bójcie się błędów i bądźcie twórczy! Które to motto też sobie sama do serca biorę:)

 

 

poniedziałek, 23 lutego 2009
El Desaparecido i Szalona Słowenka

Szalona Słowenka jest raczej niższa, ma buzię lalki, wielkie oczy i ciemne włosy, a chodząc wypina piersi i kręci pupą. Kończy medycynę w Pradze. Lubi się mądrzyć, pokazywać, że ona wie wszystko najlepiej. Es una bruja, czarownica, mówi Pedro. Wiązała mu na szczęście węzełki na chusteczkach i Pedro do dziś je posiada.

Tamtej czerwcowej soboty hiszpański augustianin z kościoła św. Tomasza na Malej Stranie akurat porządkował coś w zakrystii, kiedy nieśmiało zapukali. Zaczęli prosić o ślub. Teraz, natychmiast.

Padre Juan przyjrzał się im uważnie, swoim zwyczajem przyciskając swą siwo-czarną brodę do piersi. Wyglądali desperacko. Jakby jutro miał nastąpić koniec świata, a może nawet koniec miłości. Okrągłe orzechowe oczy dziewczyny były spuchnięte od płaczu. Chłopak był spokojny, ale Padre Juan znał już ten typ, który sam nawet nie wie, że dygocze w środku.

Kazał im usiąść na ławie i przysunął sobie do nich krzesło.

- Według prawa kanonicznego nie mogę wam udzielić ślubu w taki sposób. - zaczął im tłumaczyć. Patrzyli na niego jak dzieci na ojca mówiącego niezrozumiałym językiem. - Potrzebne są zapowiedzi, absolwowanie nauk przedślubnych, spowiedź, i wiele, wiele papierów. Ale jeśli tak bardzo wam zależy, możecie się przed Bogiem zaręczyć. Takie zręczyny będą miały moc przysięgi.

Oboje zaczęli gorączkowo kiwać głowami, nawet na siebie nie spoglądając:

- Tak, chcemy!

Kapłan ubrał więc komżę, a młodzi podreptali za nim niepewnie przed ołtarz. Nie mieli pierścionków, więc tylko trzymali się z ręce. Padre Juan odmówił modlitwę:

- Boże, pobłogosław tę miłość i spraw, by rozwijała się ona w Twej łasce i została już wkrótce ukoronowana sakramentem małżeństwa.

- Przysięgam przed Bogiem, że cię kocham i pragnę cię mieć za żonę, i że zrobię wszystko, byś najpóźniej za miesiąc od tej daty się nią stała. - Pedro powtórzył za kapłanem. W ciszy kościoła jego głos zabrzmiał dziwnie, jakby nie należał do niego. Kto to za mnie mówi? - pomyślał zdziwiony.

- Przysięgam przed Bogiem, że cię kocham, i pragnę cię mieć za męża, i że zrobię wszystko, byś najpóźniej za miesiąc od tej daty się nim stał. - drżący głosik Szalonej Słowenki zabrzmiał w chłodnej świątyni jak srebrny dzwoneczek.

Spojrzeli na siebie. Było coś świętego i bardzo ulotnego w tej chwili. Chyba przede wszystkim ulotnego.

Padre Juan odmówił jeszcze kilka modlitw i błogosławieństw, i oplótł stułą ich dłonie. Potem dał im ulotkę informującą o wszelkich dokumentach jakie muszą przynieść, by zawrzeć związek małżeński. Słowenka dokładnie ją poskładała, a Pedro schował do kieszeni. Ale oboje gdzieś w głębi serca przeczuwali, że nie będzie im potrzebna.

Jeszcze tego samego popołudnia Szalona Słowenka poszła do mieszkania Honzy, z którym po wyjeździe Pedra się związała, aby mu powiedzieć o zaręczynach ze swoją dawną miłością i zerwać z nim. Nie była dostępna na telefonie przez cały wieczór. Pedro błąkał się po ulicach upalnej Pragi samotnie, przeczuwając najgorsze, bo nieznane.

Kiedy wreszcie odebrała, powiedziała, że jest w ciąży. Z tym drugim.

Nikt nie wie, co czuł i robił Pedro tej nocy. On sam, kiedy opowiada nam o tym przy stole taniej hamburgerowni w Socorro, jak zwykle żartuje, robi ze swoich przeżyć anegotki. O mało nie osiwiałem z tą dziewczyną, mówi. Najpierw jest w ciąży, potem z niej wycisnąłem, że to twierdzenie opiera na jednej zapomnianej pigułce antykoncepcyjnej. I ściemnia, że zrobienie testu trwa aż dwa tygodnie. A właśnie tyle jej brakowało do wyjazdu na staż do Hiszpanii!

Ale następnego dnia już znowu mamy z jej strony histeryczny płacz i wyznania miłości. Potem nieodpowiadanie na telefony i wreszcie zimne „nie mam czasu, wychodzę“. Absurdalna propozycja, by waletujący u znajomych w Kladnie Pedro wprowadził się do niej i Honzy. I nowy cykl: płacz, wyznania, przysięgi, zniknięcie, raniąca oschłość.

Szalona Słowenka siedzi na huśtawce. Zaprasza Pedra, by do niej dołączył. On popełnia ten błąd. I teraz się razem huśtają, dopóki przynajmniej jednemu z nich nie zrobi się niedobrze.

Słuchamy tej opowieści z niedowierzaniem. Pedrowi przecież w końcu niedobrze się zrobilo i wrócił do Kolumbii. Ciągle leczy złamane serce i blokuje sobie przed jej natarczywymi mailami skrzynkę. Nie ma pracy ani komputera, bo wszystko rzucił i sprzedał, by polecieć na tę szaloną czerwcową praską eskapadę. Nie ma jej niczego za złe, wie, że to też jego wina: przecież jest Desaparecido, ten, który pojawia się i znika. A to nie jest materiał na męża. To już prędzej taki Honza, co pozwala się nie szanować i ma mieszkanie.

Są szalone historie wokół nas. Takie, których nigdy nie zrozumiemy, nie pojmiemy motywów działania ich bohaterów. Możemy tylko za nimi patrzeć w ciszy, jak znikają za zakrętem krzywej malostranskej uliczki. Tak, jak Padre Juan patrzył tamtej upalnej soboty, stojąc na progu swego kościoła.

 

11:57, la_polaquita , ich historie
Link Komentarze (10) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers