O podróżach dalekich i bliskich
wtorek, 28 kwietnia 2009
Opowieści Zgryźliwej Cioteczki

Zgryźliwa Cioteczka miała kiedyś męża, ale nie miała dzieci. Całe życie mieszkała ze swoją mamą, dla mnie Tante Aną, i nigdy nie stała się dorosła. Kiedy bliscy odeszli i po raz pierwszy w życiu została sama, zrodziła się w niej nieustająca gorycz i złość na cały świat.

Piękna dziewczyna ze starych zdjęć stała się bardzo brzydką staruszką.

Z roku na rok Zgryźliwa Cioteczka kurczy się coraz bardziej. Sieć zmarszczek na jej twarzy układa się w wyraz wiecznego niezadowolenia. Nosi berecik, kilkanaście warstw ubrań, i często drepcze do kościoła, żeby potem wraz z sąsiadkami obgadać księdza. Czuje się najbardziej chora i skrzywdzona na świecie, ale z osiemdziesiątką na karku jest w stanie sama zaśmigać pekaesem do rodzinnej wsi na groby najbliższych czy zamówione msze. Zawsze jest skłócona z tymi krewnymi, którzy mieszkają blisko niej i jej pomagają (od paru lat obrywa się mojej mamie), a ci, którzy ją z daleka olewają, są idealni. Słucha w radiu audycji „Zalewskiego” i co „Zalewski” powie, jest święte (who's Zalewski??). Mieszka w małym przytulnym mieszkanku, ale dla niej to „komora”. Stary, zimny, rozlatujący się dom w P., który za namową mojej mamy sprzedała, by przeprowadzić się do miasta, był natomiast „pałacem”.

Zgryźliwa Cioteczka uwielbia tylko jedno – być w centrum zainteresowania. Zapraszana do mojej mamy lub siostry na święta odmawia, bo wie, że tam ludzie mają wiele innych tematów i nie są zbyt zainteresowani słuchaniem jej wyrzekań na ceny, rachunki, sąsiadów i choróbska. Woli siedzieć sama jako niemy wyrzut sumienia dla wszystkich, którzy ją „olewają”. Woli sama umyć okna i powiesić firanki, zamiast poprosić o pomoc, żeby potem móc prowadzić dyskretny szantaż emocjonalny pt. „tak się namęczyłam, że trzy dni byłam chora!”

Zgryźliwa Cioteczka to stara hitlerystka. Jej obraz świata jest wąziutki i istnienia jakichś tam obozów koncetracyjnych wcale nie rejestruje. Niemcy w jej opowieściach, to zawsze postaci pozytywne. Za Hitera było dobrze i już, bo była praca. I był też kraj lat dziecinnych, który zawsze tylko dobrze będzie się kojarzyć.

Ale Zgryźliwa Cioteczka to też skarbnica opowieści. Ma fenomenalną pamięć i lubi opowiadać o przeszłości, nie szczędząc szczegółów, w których nigdy się nie gubi. Poszłam do niej podczas ostatniego pobytu w Polsce raczej zrezygnowana i przygotowana na fiasko. Mama bowiem zdążyła mnie już zapewnić (strasznie zdziwiona, co mnie to ugryzło, że chcę Zgryźliwą Cioteczkę bez przymusu nawiedzić!), że mam się przygotować na długi potok narzekań oraz roztaczanie absurdalnych planów ponownego zmieniania ogrzewania z gazowego na węglowe.

A tymczasem niespodzianka. Zgryźliwej Cioteczce nie trzeba było wielu pytań pomocniczych, by tama pękła i wylała się prawdziwa rzeka wspominek. Żałowałam tylko, że nie starczyło mi odwagi, by wziąć ze sobą i dyskretnie włączyć dyktafon. Trudno mi się było zorientować w tej rzeszy imion, nazwisk, wydarzeń i dat, a przecież po to tam poszłam, by to potem wszystko opisać.

Świat widziany oczyma Zgryźliwej Cioteczki jest specyficzny i oczywiście trzeba brać na niego trochę poprawkę. Jak każdy opowiadacz, ma ona ulubione motywy i własne interpretacje, które lubi powtarzać. Zresztą ci, co opowiadali te historie Cioteczce, też pewnie przekazali w nich swoje własne widzenie świata. A teraz opowiadam ja – ta, która wyrwała się z korzeniami z tamtego świata z mocnym postanowieniem, by nigdy nie wrócić. Ale wróciłam. A w tych historiach, które wam tu czasem na blog daję, są kawałki nas wszystkich. Jestem ja (dużo mnie), Zgryźliwa Cioteczka, Tante Ana, a może nawet jej i Omy Leny Starzyki. Każdy dodał coś od siebie i nie ma już na świecie innej prawdy.

Tak jak w starym żydowskim przysłowiu, które usłyszałam z ust Isabel Allende:

„Co jest prawdziwsze od prawdy? Opowieść.”

 

piątek, 10 kwietnia 2009
Ostatnie jagody

Jest takie zdjęcie w albumie Omy Leny, który kilka dni temu na moją prośbę wygrzebała i pokazała mi mama. To scena po świniobiciu. W kuchni rodzinnego domu Bytomskich bracia Johann i Paul śmieją się całą gębą do aparatu. Jest też Lena, młodziutka i zawadiacka, a w kąciku siedzi Muter i ani jej w głowie przerywać pracę dla jakiegoś zdjęciowania. Stół suto zastawiony świeżutkimi krupniokami i żymlokami, ale robota nadal wre. Paul ma na sobie spódnicę, fartuch i chustkę. Wygląda na strasznie zadowolonego ze swojego śmiesznego przebrania za babę.

Widać, że rodzinie nie brakowało poczucia humoru.

Paul jest młodszy od swego brata Johanna, bardziej nieśmiały i wrażliwy. Bardzo kocha matkę, uwielbia wygłupiać się z rodziną. Zamierza się żenić z Wiktorą, dziewczyną z opolskiej wsi G.

Johann poszedł do wojska na ochotnika, jeszcze zanim komukolwiek z miejscowych przyszło do głowy, że Hitler naprawdę wywoła wojnę. Po dwóch latach służby zasadniczej Johann zamierza zostać zawodowcem, przełożeni obiecują mu naukę w szkole oficerskiej. Na razie stacjonuje w Brzegu i ma już żonę, maleńką, uśmiechniętą Ernę, z domu Sauer, z którą mówi tylko po niemiecku.

Paulowi, w odróżnieniu od brata, wcale nie marzy się kariera wojskowa. Muter dała mu imię po swym ukochanym teściu, a na dodatek jest do dziadka podobny z wyglądu, gestów i charakteru. Naturalne jest więc, że to on zostanie na gospodarstwie; tak mówią rodzice i Paul wcale się nie sprzeciwia. W niedzielę jeździ sobie do Wiktory i siedząc na drewnianych ławkach w niemal pustym pociągu – marzy. Przyszłość stoi przed nim otworem. Nie dla niego dalekie podróże i przygody, których zawsze chciał Johann. Paul chce sobie gospodarzyć i murować domy jak Fater. Chce się ożenić i żyć sobie z Wiktorą spokojnie i po bożemu, dokładnie jak rodzice. Na wiosnę siać, w lecie kosić i cieszyć się na narodziny synów i córek.

W G. Paul zabiera Wiktorę na popołudniowe nieszpory, ale zdarza się, że wcale do kościoła nie docierają. Gubią się gdzieś pod lasem, kryją w krzakach, tak, by żaden wścibski sąsiad nie mógł ich widzieć, i całują się ile wlezie. Oboje czują, jakby odkrywali jakiś nieznany, nowy ląd. Paul czasem próbuje dostać się troszeczkę dalej w głąb tej fascynującej wyspy, głębiej w dziki Wiktorzyny las, ale jest wstydliwy i kiedy dziewczyna chichocząc odpycha jego ręce, nie śmie nalegać. Za to próbuje wygłupów. Napada ją i łaskocze, ale Wiktora, krzepka od ciężkiej pracy jak większość Ślązaczek, wcale nie pozostaje mu dłużna i w końcu to ona powala go na łopatki. Paula kłuje w plecy jakaś ostra gałązka, ale nie chce psuć tej chwili i stara się nie zwracać na to uwagi. Wiktora też się uspokaja. Kładzie mu się na piersi i wyciąga rękę po rosnące tuż koło jego głowy jagody. Zrywa kilka i łagodnie wpycha mu do ust. 

Ta przedwojenna sielanka wkrótce jednak się kończy.

Johann rezygnuje ze szkoły oficerskiej, bo słusznie sądzi, że w czasie wojny daliby mu stopień raz dwa i szybko posłali do pierwszej linii. Ale na niewiele mu się ta ostrożność zda. I tak musi pożegnać się ze swoją „Kuleczką” Erną i jechać jako jeden z pierwszych na wschodni front. A tam wcale nie uniknie awansów, jest za zdolny, za dobry w rysowaniu map i w prowadzeniu ludzi.

Wezwanie dostaje też starszy Alois, choć jest żonaty i dzieciaty. Paul również, jako obywatel niemiecki, nie może uniknąć Wehrmachtu.

Kiedy na dworcu w Toszku żegna się z matką, rodzeństwem i narzeczoną, ma łzy pod powiekami. Stara się to pokrywać żartami. Zobaczycie Muter, że już na Boże Narodzenie będę w domu! - mówi wesoło. Potem siada na drewnianej ławce ruszającego pociągu i długo jeszcze macha swym bliskim przez okno. Wiktora biegnie za pociagiem, by nie stracić go z oczu za wcześnie. Jest dziouchą, może pozwolić sobie na płacz. Widzi za szybą uśmiechniętą twarz Paula, która coraz bardziej rozmywa się, znika. Wiktora traci dech, rezygnuje. Dobiegła prawie do końca peronu.

W ustach czuje jeszcze gorzki smak ostatnich jagód tego lata.

[będzie ciąg dalszy]

poniedziałek, 03 listopada 2008
Epitafium dla Dwóch Głupich

W naszej starej zabrzańskiej dzielnicy mieszkały sobie kiedyś Dwie Głupie. Nikt nie znał ich imienia ani nazwiska, na tłustych czarnych włosach zawiązywały brudne chustki i człapały pod rękę w za dużych pantoflach. Zajmowały jedno z mieszkań komunalnych na „gorszym” końcu ulicy.

Wiadomo było o Dwóch Głupich, że to matka i córka. Ich życie było proste i skupiało się koło kościoła. Ubierały na siebie kilka zatłuszczonych płaszczy na raz i wysiadywały na kilku mszach dziennie. Kradły ludziom kwiaty z ogródków i zanosiły te zwiędłe wiechcie pod sam ołtarz. Ksiądz miał ochotę je przegonić, ale coś się to nie zgadzało z chrześcijańską nauką o „maluczkich”, więc je cicho tolerował.

Uwielbiały przychodzić do kościoła na sumę i sadowić się w najbardziej zapchanych pierwszych ławkach, tuż koło szacownych obywateli i ich grubych małżonek. A następnie pierdziały na sto dwa!

Dlatego nigdy nie miały problemu ze znalezieniem wolnego miejsca. Ludzie uciekali jak przed zarazą. Inni, trochę bardziej nieśmiali, wytrzymywali smrodek przez całą mszę, dyskretnie zakrywając nosy chusteczkami.

Moja rodzina należała zawsze do tych drugich.

A Dwie Głupie wyobrażały sobie, że ludzie je lubią, bo zawsze robią im miejsce. Uśmiechały się do siebie i sąsiadów. Uśmiechały się do księdza. Skrzekliwie próbowały śpiewać, kiedy wszyscy milczeli. Klękały i wstawały w sobie tylko znanym porządku. Żegnały się w najmniej spodziewanych momentach i mamrotały pod nosem swoje własne, prywatne modlitwy.

A Pan Bóg im odpowiadał. Odpowiadał tak, jak nikomu innemu z tego pełnego dobrych śląskich katolików kościoła.

Czy Dwie Głupie miały swoje marzenia? Czy były opóźnione w rozwoju, a może chore psychicznie? Nigdy się już tego nie dowiem. Zniknęły, umarły dawno temu. Nie zakłócają już mikulczyckich mszy swą smrodliwą, niewygodną obecnością.

Wierzę, że do ich małego świata nie docierały pogardliwe spojrzenia. Docierały za to kwiaty i Pan Bóg. Taki ten litościwy, dobry pónbóczek, do którego ja nigdy, nawet w najwcześniejszym dzieciństwie nie miałam dostępu. Który w moim świecie jest tylko antropologiczną ciekawostką.

środa, 03 września 2008
PRZECZUCIA

Przeczucie to jest wtedy, kiedy cię tak w dołku ściśnie, i ty już wiesz. – mawiała moja Oma Lena. Przeczucia przychodzą pod rozmaitymi postaciami. Biegasz cała niespokojna, ręce ci się trzęsą, gdzieś w tobie ta pewność zbiera i dojrzewa jak owoc. A potem prask. Przychodzą wieści, złe.

Kiedy Lena była w pierwszej ciąży, ściskanie w dołku dręczyło ją cały czas.

Starała się bardzo. Robiła wszystko, co starki gadały, że robić trzeba. Nie przechodziła pod sznurami, kiedy wieszała bieliznę. Choć było jej ciężko, brała waszkorb i obchodziła rozwieszone płachty dookoła. Kiedy ulicą przechodził wioskowy kaleka, durny Edek, odwracała szybko wzrok. Unikała koleżanki Hildy o wyłupiastych oczach, która miała nieświadomą moc rzucania przyroku. A jak ją już spotkała, wycierała twarz własną koszulą. Nie patrzyła w ogień, a kiedy musiała przyłożyć do pieca, jedną ręką trzymała się fartucha. Nie cerowała i nie sztrykowała, żeby nie zaszyć dziecku drogi.

Wszystko na próżno. Przeczucie brało ją w swe szpony, zaćmiewało wzrok, w nocy siedziało na piersi jak zmora. Lena budziła się obok chrapiącego Alfonsa i z trudem opanowywała drżenie całego ciała.

W jej brzuchu dziecko tańczyło. Odwracało się, zmieniało pozycje. Lena niemal słyszała chlupot wody gdzieś głęboko w środku. Nieśmiało podciągała koszulę i wyczuwała maleńką stópkę wypychającą skórę od wewnątrz. W duszy, cichutko, by nikt nie usłyszał, może tylko sam Anioł Stróż, śpiewała swemu dziecku. Uspokajała je. Nie bój się, wszystko będzie dobrze. To wszystko zabobony, jak mówi ksiądz. Ale na wszelki wypadek nie przejdę pod sznurem, aby twoja pępowina była mostem, nie pętlą. Na wszelki wypadek.

Dziecko niespokojnie zmieniało pozycję.

Alfons darł koty ze starym Bytomskim od rana do wieczora. Krzyczeli na siebie w szopie, na podwórzu, w chlewie i w domu. Żaden nie chciał ustąpić. Stary zwykle pierwszy machał ręką, ale w swych poglądach nie popuszczał. Siadał na progu, nabijał wściekle fajkę i patrzył spode łba na Alfonsa, który ruszał w swój zwyczajowy „obchód” gospodarstwa mrucząc pod nosem pieron za pieronem. Zaszywał się gdzieś w ogrodzie albo drewutni i zaczynał porządkować jakieś stare graty, chcąc być wreszcie sam, ale hej, długo nie musiał czekać, i już zjawiał się teść, i hura na Alfonsa, żeby nie tykał tego, żeby tu się nie rozkładał, tylko szedł gnój przerzucać, bo dziś tak ma być.

Alfons wściekle rzucał zaczętą robotą o podłogę. Musiał się słuchać teścia i nie był u siebie. Doprowadzało go to do szału.

A stary Bytomski wspominał z nutką goryczy, jak mówił córce przed ślubem: nie śpiesz się. 30 lat co to jest? Nie pali się przecież, przyjdą inni.

Miał rację, przyszli. Próbował swych sił pewien wdowiec, też górnik, z małym synkiem. Podobał się Lenie, ale już była po słowie i musiała odmówić. Tradycja. Pancerz, który chroni. Łańcuch, który wiąże.

Wychodziła za mąż w białej sukni i z welonem, który ciągnął się do ziemi. Na starych sepiowych zdjęciach leciutko się uśmiecha. Ma gęste ciemne włosy, krótkie na przedwojenną modłę, zaczesane do tyłu. Wygląda szczupło, choć naprawdę jest mała i lekko przysadzista. Ma długi nos, ale można nazwać ją ładną. Przed wojną miała spore powodzenie, kawalerowie ją rozchwytywali, ale potem wszystkich wciągnęło i zmieliło w odmętach historii.

Fater Bytomski na ślubie się upił, a teraz ze smutkiem patrzył na swą ostatnią córkę, jak smutnieje i chudnie w oczach. Jej brzuch się powiększał, a ona sama gasła. Przed snem płakała z głodu, bo Sofie gdzieś wyczytała, że zdrowo jest, by ciężarna nie jadła kolacji. A rady siostry były dla Alfonsa święte.

I to przeczucie, przeszywający strach o dziecko. Kiedy brzuch był już duży, Lena zaczęła się wreszcie trochę oszczędzać przy pracy w gospodarstwie. Siadywała na progu domu i obserwowała jesienne liście, kłębiące się na podwórzu w powiewach ciepłego wiatru. Fater Bytomski siadywał cichutko przy niej i nabijał swoją fajkę. Tyle razem przeszli! Odejście chłopców do wojska. Śmierć Johanna. Śmierć Muter, taka niespodziewana, taka wczesna, taka bolesna. Wejście Rusów, ich rabunki i gwałty. Chronili się nawzajem. Ojciec ukrywał Lenę  na strychu, kiedy przyszli Rosjanie szukając diewuszek, a sam pił z nimi wódkę do upadłego, siny ze strachu, żeby ich udobruchać. 

W tamtych twardych czasach niewiele było miejsca na uczucia. Ale stary Bytomski nie mógł się czasami powstrzymać i brał swoją córkę za rękę. Głaskał ją delikatnie. Miał łzy w oczach. Ukochana, najmłodsza.

Wszystko mogło potoczyć się inaczej.

Poród był ciężki i przeczucia się spełniły. Posłali po lekarza do Toszka, ale nic to nie pomogło. Córeczka Marta, która mogła być moją ciotką, żyła tylko kilka chwil.

Ochrzczono ją szybciutko, z wody.

Wyobrażam sobie ten pokój, oswietlony żółtą żarówką, Lena we krwi na łóżku  zanosząca się cichym, strasznym płaczem. Alfons na dworze mruczący pod nosem niezrozumiałe, pełne złości słowa. Przedsmak niekończących się monologów jego starości. Fater Bytomski w kuchni, z twarzą opartą na rękach, łzy kapiące na wąsy. Walenie pięścią w stół, aż popękają kostki. Ukochana, najmłodsza.

Maleńkiego trupka sąsiadki zawinęły w prześcieradła i zapaliły mu świeczkę. To aniołek, próbowała tłumaczyć jedna Lenie, zdążyliśmy ją ochrzcić, poszła prosto do nieba. No weźże się już uspokój dzioucha, jeszcze zdążysz mieć dziesięcioro!

Lena spojrzała na sąsiadkę nieprzytomnym wzrokiem. No weźże się już uspokój! Uspokój! Tak, to brzmi rozumnie. Pomodlić się i uspokoić.

Tak zrobiła. Zacisnęła wargi. Uspokoiła się. Przez resztę swego życia była już tylko spokojna.

wtorek, 19 sierpnia 2008
MOSKWA

Dowództwo zatrzymało się u Bytomskich. Kapitan Dymitrij Pawlenko zajął ze swymi ludźmi izbę. Lena patrzyła ze strachem, jak opierają broń o ścianę, zrzucają z ramion plecaki. Radziecka dywizja czołgowa postanowiła spędzić noc w P.

Kpt. Pawlenko poprawnym niemieckim kazał dziewczynie podejść. Co miała robić, przełknęła ślinę i zrobiła dwa kroki w jego kierunku. Dobrze wiedziała, co wyprawiają Rusy w innych wsiach. Fater kazali jej iść na strych, kiedy do wsi wjeżdżały czołgi, ale ciekawość zwyciężyła i Lena nie zdążyła się zamknąć. Kiedy rozległo się mocne walenie w drzwi, było już za późno.

Ale tak naprawdę Lena chyba tak nie do końca wierzyła, że coś złego może ją spotkać. A teraz żołądek podszedł jej do gardła.

- Zdejmij te prześcieradła, panienko – powiedział tymczasem Rosjanin całkiem poprawnym niemieckim – patrz na nas, lepimy się od brudu. Wszystko byśmy umazali.

Lena nie mogła się nie uśmiechnąć. Coś takiego! Rus i dba o porządek! I mówi po niemiecku! I jaki gryfny kawaler!

Oficer, wysoki i z blond grzywą pokazał w uśmiechu cały rząd zdrowych białych zębów, i jeden złoty. Wieczorem Lena zrobiła kartofli z kapustą i kawałkami kury, i poczęstowała żołnierzy. Fater Bytomski wyciągnął domowy bimber, który destylował z buraków. Mężczyźni wychylili kieliszki, Lena tylko umoczyła usta.

- Pij pij! – zachęcał ją Mitia, który zmusił ją do przejścia na ty. Po latach nie będzie pamiętać ani jego nazwiska, ani imienia. Ale jego uśmiechu – nie zapomni.

Ojciec nie wytrzymywał tempa Rosjan i kiwał się już na krześle, kiedy Lena wyszła na podwórko. Kiedy wracała z ustępu, Rus złapał ją w pasie i wciągnął za węgieł. Mało nie krzyknęła, tak się wystraszyła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Wcale się nie bała.

- Chciałbym ci ukraść całusa – powiedział oficer i znowu roztoczył przed nią swój zniewalający, chłopięcy uśmiech. – Idziemy na Berlin, ale jak wrócę, zabiorę cię do Moskwy. Jechałabyś ze mną?

Lena, sama nie wiedząc co robi, skinęła głową. Była chłodna noc, ale niezwykłość tej chwili sprawiła, że było jej strasznie gorąco. Rus ukradł swojego całusa.

Potem siedli razem na progu, Lena przyniosła sobie jaklę i okryła plecy. Fater chrapał na stole, pozostali na siennikach i na ławie. W garnku po bimbrze świeciło dno. Mitia palił papierosa i patrzył w niebo. Opowiadał o Moskwie, o swej mamie i siostrach. Trochę mylił przypadki i czasem nie dało się go zrozumieć, ale Lena mu to wybaczała. W zimie lubił jeździć na łyżwach. W lecie rwać dzikie czereśnie. Grał na akordeonie, ale podczas walk akordeon przepadł. Opowiadał o Moskwie, o pełnym życia mieście.

- Pojedziesz? – upewniał się.

- Pojadę. – odpowiedziała.

- W takim razie mam powód, żeby wrócić. Porwę cię. – roześmiał się, i nie wiedziała, czy to z jego strony taki gorzki żart, czy mówił poważnie.

Żołnierze wyruszyli wczesnym rankiem. Już żadnych całusów na pożegnanie. Jeszcze tylko przeprosili za brud w izbie i załadowali się do czołgu. Kiedy ruszali, Lena stała u płotu i czekała, i tak, zawadiacki oficer wychynął głowę z włazu. Pomachał. Ostatni raz.

- Gdyby wrócił, pojechałabyś? – pytałam parę lat temu, kiedy znowu nastał wieczór wspominek i opowiadania starych historyjek.

- Chyba nie... – Kręciła głową Oma – boła bych sie ty Moskwy...

Ale uśmiechała się przy tym, a w jej szarych oczach pojawiała się młodzieńcza iskra. Taka sama, jaka musiała błyszczeć w jej źrenicach wtedy, dawno temu, kiedy młody Rosjanin uśmiechał się do niej swym chłopięcym uśmiechem. Stare marzenia, jak motyle.

sobota, 02 sierpnia 2008
GRZECHY

Alfons miał niewiele lat mniej niż ja, kiedy kolega Franciszek namówił go na wyjazd do Lipska. Kiedy się pakował, Sofie stała w drzwiach, a z jej ust wylewał się potok gorzkich słów. Jesteś Polok, wykopią cię z tych Niemiec, zoboczysz! Wrócisz z podkulonym ogonem! Za nią, jak jej wierny cień, stała lekko przygarbiona Liska i potakiwała. Słowa siostry wierciły jej dziurę w mózgu, zarażały strachem i gdyby Liska miała większą świadomość samej siebie, poczułaby, jak powoli i niezauważalnie znika.

Ach, moja droga praciotko Sofie, nie martw się, po wojnie będziesz już mogła policzyć na palcach jednej ręki te razy, kiedy Alfons znowu postawi na swoim. Raz, gdy po powrocie z sowieckiej niewoli będzie chciał się ożenić (Jo potrzebuja baba!), ale przecież i tak weźmie sobie tę pokorną Lenę, którą mu sama wybrałaś. Drugi raz, kiedy po weselu będziesz chciała, by wrócił z tobą do domu, a on postanowi jednak zostać i na przekór twej woli odbyć swoją noc poślubną. Wrócicie wtedy same z Liską, złe jak osy, ona nasiąknięta twoim gniewem jak gąbka. I to by było chyba na tyle Sofie, potem znów będziesz go trzymać mocno w garści, będzie rąbał drwa i zrzucał węgiel tym członkom rodziny, których wskażesz i oddawał ci ćwierć wypłaty, i wściekał się na każdego, kto ci się sprzeciwi, więc na pewno wytrzymasz te dwa lata ucieczki, prawda?

Kiedy wysiedli w Lipsku z pociągu, Alfons poczuł, jak nowe powietrze, powietrze wolności, wypełnia mu płuca. Pełen energii wyskoczył na peron, podczas gdy powolniejszy Franciszek gramolił się za nim ze swoimi bagażami, do których zapobiegliwa matka, ocierając fartuchem łzy, napakowała mu domowych kiełbas, smalcu i żuru w butelkach.

Robotę mieli załatwioną w miejscowej zbrojeniówce, po to tu przyjechali (Alfons był ślusarzem). Mieli robić kule i części do maszyn wojskowych Hitlera, zarobić pieniądze i odkryć wielki świat. Wreszcie trochę nagrzeszyć! Wtedy, w tym jeszcze spokojnym 1937 roku, w tej ciszy przed burzą, żaden z nich nawet nie pomyślał, na kogo są szykowane te wypolerowane kule, w czyich rękach znajdą się te lśniące automaty.

Choć gazecierze na rogach ulic krzyczą o zajęciu Czechosłowacji, Alfons i Francik, jak szczeniaki urwane z łańcucha biegną przez miasto uśmiechając się do przechodzących frelek. Choć mija ich faszystowska demonstracja ze sztandarami i pochodniami, zbliżająca się wojna jest ostatnią rzeczą, jaka przychodzi do ich młodych, pełnych nadziei i szczęścia głów.

Zachłysnęli się miastem. Nawet Gliwice nie mogło się równać z Lipskiem, ani Katowice, ani Bytom, nic, co do tej pory widzieli! Po szychcie wieczorem szykowali się jak na wesele, czyste koszule, nowe ubrania, które sobie kupili z pierwszych wypłat, filcowe kapelusze i eleganckie płaszcze. Alfons stroił miny przed lustrem jak amant filmowy, a Francik wcierał w swoją łysiejącą czuprynę coraz to nowe świństwa na porost włosów. I za plecami kolegi wymieniał swoje brudne poduszki na jego czyste. Potem czepiali się trmawajów jak sztubacy i jechali do kina lub do kabaretu. W takim właśnie miejscu, totalnie nieodpowiednim dla młodych panien, miejscu, które matka Alfonsa, a tym bardziej Sofie nazwałyby gniazdami rozpusty, chłopak poznał Charlottę.

Była śliczną małą blondynką i Alfons totalnie zdębiał na jej widok. W domu dość się nalatał „po zolytach”, ale jeszcze takiego uderzenia krwi do swych odstających uszu i policzków nie przeżył. Kiedy zostali sobie przedstawieni i chwilę pogadali o pogodzie, Charlotta zmierzyła go od stóp do głów lekko ironicznym spojrzeniem i powiedziała:

- Mówisz ze strasznym akcentem i błędami (Alfons, który chodził do polskiej szkoły nigdy nie nauczył się porządnie mówić po niemiecku). – Jesteś Polak, co?

Alfons zezłościł się na te słowa. Znowu go biorą za gorszego!

- Ich bin Schlesien – odparł urażony. Ale po chwili znowu oblał się rumieńcem. Niemal poczuł na twarzy i w tyle głowy uderzenie ciężkiej ręki Sofie, która zawsze podkreślała polskość rodziny. Przecież nosiła ulotki w powstaniu śląskim, a starszy brat Hubert nawet przechowywał broń w domu! Alfons nie mógł kłamać. Był Polakiem ze Śląska. Charlotcie to nie przeszkadzało.

Pracowała jako robotnica w tej samej olbrzymiej zbrojeniówce, co Alfons, a pochodziła z małej wioski koło Drezna. Nie mieszkała z rodzicami, ale w pensjonacie dla panien. Używała sobie wolności. Randki z nią były zupełnie czymś innym niż „zolyty” na Śląsku, kiedy ledwo ledwo udawało się ukraść dziewczynie całusa, a większą część czasu spędzało pijąc wódkę z jej ojcem.

Razem czepiali się tramwajów i chodzili do kina na premiery z pięknymi aktorkami i obowiązkową propagandę. Wstępowali do kawiarni na galaretkę, a potem znowu jechali starym otwartym tramwajem na przedmieścia, gdzie Alfons z Franciszkiem wynajmowali pokój. Chłopak wyjmował drabinę z pobliskiej szopy i Charlotta właziła po niej na pierwsze piętro, gdzie Alfons łapał ją i wciągał przez okno. Dusili się ze śmiechu, bo musieli być bardzo cicho, żeby Frau Schmit, właścicielka mieszkania, nic nie usłyszała.

Potem Alfons włączał radio na cały regulator i kochali się w milczeniu na wąskim łóżku, na umazanej Franciszkowymi smarowidłami poduszce, gdy tymczasem Führer wściekle zachęcał naród niemiecki do boju o nową przestrzeń życiową. Charlotta syczała kochankowi do ucha „uważaj!” i Alfons stosował się do tego polecenia, na ile się dało.

Wiele wiele lat później, kiedy dobiegał osiemdziesiątki i coraz trudniej mu było się poruszać, i coraz ciemniejszy był jego umysł, i coraz bardziej nas nie poznawał, myśl o powrocie do Lipska nie dawała mu spokoju. Chciał się zbierać i pakować walizki, dreptał niecierpliwie po pokoju i kazał sprawdzać ile kosztują bilety kolejowe. „Boi się, czy tam aby kogo nie zostawił” – mówiła cierpko babcia Lena. Oganiał się od niej i wyzywał ją, coraz bardziej pogrążony w mętnej wodzie swych pokruszonych wspomnień.

Mogli nie zwracać uwagi na wykrzyki Führera, kiedy się kochali, ale jego macki były długie i dosięgały wszędzie, nawet do pokoików na poddaszu na przedmieściach Lipska. Franciszek i Alfons dostali powołania do wojska bezpośrednio w zakładzie. Po trzymiesięcznym przećwiczeniu pojechali prosto na front wschodni. Potem pod Stalingrad. Potem do obozu jenieckiego na dalekiej Syberii.

Czy Charlotta odprowadziła swego chłopca na dworzec i dała kwiatek, i całusa na pożegnianie? Czy uroniła łzę? Czy rzeczywiście pod jej sercem biło już inne serduszko? Czy w ogóle istniała?

Istniały różańce, przesiadywanie w zimnym kościele, cotygodniowe spowiedzi (z własnych i cudzych grzechów), dawanie na msze. Dokładnie jak jego ojca, tego starego szaleńca, i Alfonsa na starość ogarnęła gorączka odpokutowania za grzechy młodości. Powtarzał swej córce, do znudzenia, do opętania: Ja grzeszyłem, ty musisz być święta!

Grzechy młodości. Łóżko w małym pokoiku. Zapach seksu i brylantyny. Ciężkie nabrzmiałe piersi dziewczyny-blondynki, pasek do pończoch, okrągła różowa pupa, koszulka zmięta na podłodze, słodki czarny las między nogami. Wolność.

czwartek, 31 lipca 2008
Strachy na lachy

Jest coś takiego jak dziecięca psychoza. Podobno to naturalny okres w życiu każdego dziecka. W kątach pokoji zamieszkują potwory, krwawe ręce Kopernika stukają w szybę, złośliwe esy floresy tapet krzywią się w grymasach, niewinne plamy na ścianach patrzą na ciebie z niemą groźbą. Skrzypienie podłogi, gałęzie uderzające w okno, diabeł który łapie za nogę wystającą spod pierzyny. Demony mieszkające w lustrze, stojący za tobą umarli, kiedy zamykasz oczy. Cienie widoczne tylko kątem oka. Tajemnicza obecność kłębiąca się po kątach.

Kiedy byłam bardzo mała spałam w wielkim małżeńskim łożu z moją mamą. Kiedy zostawałam w nim wieczorem sama, z parteru naszego domu dobiegało światło i słychać było odgłosy awantur. Skrzeczące wysokie tony pełne złości i niezrozumiałych słów. Nawet jako dorosłej zdawało mi się czasem, że je słyszę. Z bijącym sercem wychodziłam na schody nasłuchiwać kłótni. Witała mnie cisza.

Naprzeciwko łóżka wisiał obraz Matki Boskiej, do której kazano mi się modlić, ale ja się jej straszliwie bałam. Nie dało się uniknąć jej smutnego wzroku. A kiedy wpatrywałam się bardzo intensywnie, Matka Boska zaczynała ruszać ręką. I nie można było oderwać oczu, bo trzeba było sprawdzać, ciągle sprawdać, czy ten ruch się zdarzył naprawdę! A ona tymczasem, ukryta za zakurzoną szybą, niezmordowanie machała do mnie. Czy próbowała coś mi powiedzieć? Mantry dzieciństwa: to tylko obraz, to tylko obraz, to tylko obraz.

Matce Boskiej wtórowały podłużne lisie twarze, ułożone przez jakiegoś nieznanego mi stolarza z sęków na drzwiach szafy i poręczach łóżka. Nigdy nie zapomnę tych lisów, żywych martwym życiem, lekko syczących, gapiących się z jakimś smutkiem prosto z przepaści na spocone, nie potrafiące zasnąć dziecko.

Czytam teraz stary dobry horror Kinga The Shining. W książce nawiedzony hotel Overlook jest naprawdę niebezpieczny, bo zamieszkujące go echa przeszłości mają wielką moc. Przenikają do umysłów nowych mieszkańców, pragnąc uczynić ich podobnymi sobie. Tak samo jest u Guillermo del Toro – najgorsze strachy i smutki nie czają się na zewnątrz, ale tkwią głęboko wewnątrz nas. W Labiryncie Fauna to realny świat zagraża Ofelii dużo bardziej niż ten fantastyczny.

Myślę, że w ścianach każdego starego domu spaceruje wiele duchów. Ale słyszeć i widzieć je będą tylko ich dziedzicowie. Łóżko, w którym zmarła Oma Lena. Nie byliśmy w stanie wejść do tego pokoju bez dreszczu i ściskania w gardle. Jakby otwarła się w nim ogromna, ziejąca zimnem pustka, gotowa w każdej chwili wciągnąć w swe czeluście.

A nowi właściciele być może urządzili w tym miejscu pokoik dziecięcy i zamiast starymi straszącymi meblami wypełnili go kolorowymi gadżetami z Ikei. Wierzę, że nic ich nie straszy, bo tak naprawdę duchy żyją tylko w naszej pamięci. Są tym, kim my jesteśmy.

A Wy? Czego baliście się w dzieciństwie?

środa, 23 lipca 2008
PODKOWA

Podkowa był największym hulaką we wsi. Wysoki, przystojny, barczysty. Nie było wesela ani zabawy w P. lub okolicy, na której nie zrobiłby burdy. Bogobojne dziewczyny przed nim uciekały. Siedemnastoletniej Anie się nie udało.

Teraz miał już syna Ericha, a Ana była w kolejnej ciąży. Co dzień, kiedy wychodził do kopalni, Ana żegnała go znakiem krzyża. Tego dnia też nie zapomniała, ale ten gest nie miał już żadnej mocy. Nie uchronił od złego.

Kiedy Podkowa obudził się w ciemnościach wypełnionych duszącym pyłem i przerażony próbował poruszyć nogą lub ręką, i nie dało się, i jeszcze bardziej przerażony próbował otworzyć usta, i zawołać pomocy, i też się nie dało, i kiedy ból nagle ogarnął jego ciało jak chluśnięce w twarz – wtedy jego myśli powędrowały z powrotem do tej małej zgarbionej kobiety z wypukłym brzuchem i smutnymi oczami, trzymającej za rękę synka i żegnającej go nieśmiało, w milczeniu. Czuł, że tonie w węglowych ciemnościach, że ciągną go one w dół, głębiej, przepastniej, do samego brzucha matki-gruby, gdzie nigdy nie dociera światło, ani nadzieja, ani wiara. Jego myśli uczepiły się tych dwojga (trojga?) jak ostatniego promienia słońca w głębinach stawu. Każdy oddech był jak kamień wrzynający się w jego pierś, ale Podkowa walczył, oddychał. Z całej siły pragnął strząsnąć ten straszliwy ciężar, ale nie mógł, bo jego ręce już nie należały do niego. Tkwił w swoim unieruchomionym ciele jak w więzieniu. Pragnął wyć jak złapany w sidła wilk, ale tylko głuche rzężenie wydobyło się z jego popękanych ust.

Było teraz tak, jak w tych złych snach, które miewał jako dziecko. Nad łóżkiem otwierała się głęboka czarna dziura, czarna gwiazda albo kleks z atramentu, za które dawno temu nauczyciel bił witką po wierzchu dłoni. Śpiący z nim bracia niczego nie widzieli, bo czarny otwór przyszedł tylko dla niego. Wciągał go do swego przepastnego wnętrza, a on zapadał się w tą spiralną przestrzeń z niewyobrażalnym strachem, coraz głębiej, a potem bracia go kopali, a on budził się wydając z siebie niezrozumiałe dźwięki.

Ale z tego snu nie było ucieczki, nie było obudzenia. Czuł jak ciemność wędruje wzdłuż kości piszczelowych wyżej i wyżej, do serca i skroni. Daleko w mroku, niczym św. Barbara (patronko moja uratuj mnie jeszcze ten raz uratuj daj możliwość jo sie poprawia wszystko naprawia żywot dom na kościół pół wypłaty byda żył po bożymu) stała Ana z dziećmi. Syn Erich w koszulce i na podłamujących się nóżkach, za mały jeszcze by stać samodzielnie, córka Tina ukryta głęboko pod skórą, cicha, spokojna, jeszcze nie cierpiąca i nieświadoma istnienia świata. Ana ubrana na biało jak w dniu ślubu. Zmęczenie i rezygnacja w oczach. Już dawno przestała mu się podobać, stała się jedną z wielu nudnych starych bab w chustce, z podkrążonymi oczyma i zaciśniętymi wąskimi ustami.

Niewypowiedziane słowa kłębią się za zasłoną jej oskarżycielskich oczu (żałuja żałuja za grzychy pónbóczku ratuj mnie święta maryjo matko nasza ratuj mnie ojcze nasz któryś jest w niebie święta Barbaro i wszyscy święci żałuja żałuja ratujcie ratujcie!) i Podkowa niemal je usłyszał. Modlił się teraz do tej białej postaci, która kiedyś była jego żoną, mylił ją z innymi, ze świętymi i nieświętymi. Chodzili piechotą do wiejskiego kościółka, całą rodziną, starzycy, rodzice, rodzeństwo, Ana z Erichem; Podkowa i bracia myślami już w karczmie. Nudził się i czasem myślał, czy to wszystko co pon fararz godają jest prawdziwe? A co jak nie ma nic? Teraz to nic przyszło z siłą kilkunastu ton spadających stempli i brył węgla. Czarne nic jak fala, pył tak gęsty jakby powietrze stało się smarem.

Ale Podkowa jeszcze walczy. Słyszy głosy ratowników. Próbuje krzyczeć. Tymczasem w ciemności biała postać Any odwraca się i odchodzi. Choć ratownicy są coraz bliżej, Podkowa przestaje ich wzywać, powraca do swego snu i nie potrafi ogarnąć nawet części swego przerażenia i rozpaczy. Ana i dzieciak są już tylko maleńkim punktem światła w gęstej jak gnój, węglowej ciemności. Jego rachunek sumienia, żal za grzechy, grzechów odpuszczenie, mocne postanowienie poprawy. Już nic nie rozprasza mroku. Czarna dziura w ścianie nad łóżkiem czai się do skoku. Śliski, amorficzny stwór z dna kopani. Skarbnik, który zabiera ludzkie dusze.

Kiedy pojawiły się umazane ręce braci-górników odwalających kamienie i kłody, kiedy z nadzieją zamigotały ich latarki-karbidki, Podkowa był już nieprzytomny. Zmarł kilka dni później w szpitalu.

Zostawił młodziutką żonę Anę, która potem już nigdy nie wyszła za mąż. Mieszkała w wielkim domu z czerwonej klinkiery, który zbudował dla niej ojciec-murarz, i żyła z wynajmu pokojów sublokatorom. Znałam ją jako maleńką staruszkę, tanty Anę, która kilka razy dziennie przeprowadzała swoją upartą kozę na nowe miejsce na wietrznych łąkach P. Jej syn Erich był w SS. Jeszcze żyje, mieszka wraz z dziećmi i wnukami w Niemczech. Jej córka była tylko o 6 lat młodsza niż moja Oma Lena. Choć ciotka i siostrzenica, wychowywały się praktycznie razem. Jeśli się kochały, była to trudna miłość. Jest cała po Podkowach, mówiła Oma. Tina wyszła za mąż, lecz nigdy nie miała dzieci. Dziś jest złośliwą, zazdrosną i nieszczęśliwą nastolatką w ciele prawie osiemdziesięcioletniej staruszki. Małą dziewczynką, która nie pamięta ojca i ciągle tęskni za mamą.

wtorek, 15 lipca 2008
Powrót

Ostatnio kiedy przyjeżdżam na Śląsk, czuję się jak turystka. Patrzę na wszystko innym okiem niż kiedyś. Bardziej świeżym, zdziwionym, czasem przerażonym, czasem zachwyconym. Dziś rano z okna pociągu dostrzegłam ogień na horyzoncie. Nad hałdą unosiła się chmara ptaków, jakby to było pachnące solą morze.

Denerwuje mnie tu wiele rzeczy. Irytują mnie ludzie na ulicach, którzy nie wahają się rzucać głośnych uwag na temat odmiennego stroju/ gorszego roweru/ wszelkiej inności. Tego nie ma w Anglii, ani nawet w Czechach, tam każdy pilnuje własnego nosa.

Śląsk jest brzydki, szary, odrapany, a ludzie wścibscy i nieokrzesani. Ale Śląsk jest też magiczny, jest piękno w tej pokaleczonej ziemi, w tych smutnych domach kolejowych z czerwonej cegły, w tym ogniu nad walcowniami. A każdy z tych ludzi spotykanych na ulicach nosi w sobie swoją własną niepowtarzalną historię. Swoje własne blizny, swoją radość i swój smutek. Nie tylko "literackie" miejsca jak Paryż, Praga czy Barcelona mają swoje legendy. Śląsk też je ma, niezapisane, zapomniane. 

Dziś przypomniała mi się jedna, którą opowiadał mi dziadek. O dziewczynie zamurowanej przez ojca za karę w jednym z domów w Zabrzu. W którym, w jakiej epoce, dlaczego? Nie wiem. Nikt już nie pamięta.

Chciałabym sobie przypomnieć. A jeśli się nie da - wymyśleć na nowo. 

niedziela, 06 lipca 2008
SPOTKANIE O ZMROKU

W sobotę wieczór piętnastoletni Johann wracał do domu na piechotę ze stolarskiego zakładu, w którym w ciągu tygodnia uczył się fachu. Po drodze zawsze wygrywał na harmonijce ustnej różne znane melodie.

Pewnego dnia przy wędrującym chłopcu zatrzymał się wspaniały samochód, czarny i luksusowy. Za kółkiem siedziała sama hrabina von Guradze, w szarym kostiumie i toczku z koronkowym welonikiem na ufryzowanych czarnych włosach. Usta miała pomalowane karminową szminką i uśmiechała się miło.

- Ładnie grasz, chłopcze – powiedziała – jeśli mi zagrasz po drodze, podwiozę cię do twojej wsi.

Johann widział hrabinę z tak bliska po raz pierwszy. Wyglądała młodziej niż jego starsze siostry, a przecież wiedział, że ma synów w jego wieku! Przypominała piękne niemieckie aktorki, których zdjęcia były bardzo cennym i deficytowym towarem wśród rówieśników Johanna.

Johann nie był zbyt nieśmiałym chłopcem. Choć wciąż oszołomiony bliskością hrabiny, szybko przyszedł do siebie, uśmiechnął się i chcąc się pochwalić, jak ładnie mówi po niemiecku, wylewnie jej podziękował. Hrabina skinieniem głowy zaprosiła go do środka. Jechała powoli, a Johann całą drogę wygrywał na organkach wszystkie ludowe piosenki, które znał. Po raz pierwszy siedział w samochodzie i aż drżał z przejęcia i radości.

Hrabina wysadziła go przy krzyżu, za którym zaczynały się pierwsze ceglane budynki wsi Płużniczka. Kiedy zniknęła za zakrętem, chłopak pobiegł do domu ile sił w nogach, nie mogąc się doczekać, aż opowie siostrom i braciom co mu się dziś przydarzyło!

Jeszcze kilka razy Johann spotykał hrabinę von Guradze na swej drodze. Zawsze go podwoziła, a czasem nawet przystawała na chwilę na poboczu, by dłużej słuchać jego grania. Kiedy Johannowi skończył się repertuar, zaczął wymyślać piosenki. Patrzył przy tym jak urzeczony w pełny dekolt hrabiny, na jej karminowe usta i ciemne oczy, podkreślone kredką, a melodia szła sama. Ta kobieta, która mogłaby być jego matką, wydawała mu się najpiękniejsza na świecie. Słuchając prostego grania na harmonijce, hrabina opierała dłonie w atłasowych rękawiczkach na kierownicy i zapatrywała się w dal. Johann nie miał pojęcia, o czym myślała, lecz wiele by dał, by się dowiedzieć.

Kiedyś zobaczył ją na koniu. Jej wyprostowana sylwetka w spodniach i angielskiej marynarce sprawiła, że nie był w stanie dalej kosić trawy. Hrabina pozdrowiła go z daleka, półnagiego, uniesieniem ręki i uśmiechem. Odpowiedział tym samym, znów spłonąwszy po uszy, a potem długo patrzył, jak znika mu z oczu.

Kiedy kilka lat później Johann otrzymał powołanie do Wermachtu, jaśnie państwo von Guradze pakowali się właśnie nerwowo i na zawsze opuszczali rodzinny Toszek. W żyłach hrabiny i jej dzieci płynęła żydowska krew.

Wątpię, czy Johann poszedł wtedy do pałacu. Ale chcę sobie wyobrażać, że tak.

Na podwórzu wrzało pospieszne pakowanie, najstarszy syn hrabiny próbował odpalić naładowanego do granic możliwości Mercedesa, służba zderzała się ze sobą ładując pakunki i meble na oczekującą ciężarówkę, a sam hrabia kłócił się rozpaczliwie z handlarzem, który kupował za bezcen jego wspaniałe konie. Nikt nie zauważył, kiedy Johann niepostrzeżenie wszedł do pałacyku. Zmieszał się z tłumem tragarzy i służących i niezauważony przeszedł przez salon, jadalnię i korytarz, aż na sam koniec domu, gdzie w drzwiach sypialni ujrzał hrabinę. Siedziała wśród walizek w swym stroju do konnej jazdy. Włosy, zawsze ufryzowane w piękne fale, miała teraz proste i niedbale spięte w kok, dokładnie taki, jakie nosiły kobiety ze wsi. Na głowie zawiązała chustkę, jej ust nie zdobiła szminka, a niepodkreślone oczy wydawały się mniejsze. Johann dostrzegł zmarszczki na jej twarzy, takie same jak miała jego matka. Hrabina ukryła twarz w dłoniach i zgarbiła się. Nie było w niej już nic z gwiazdy filmowej. Była tylko starą, załamaną kobietą.

Uniosła oczy i dojrzała go. Chciał coś powiedzieć, ale zawstydził się. Niczego nie rozumiał, nic nie pojmował. Odwrócił się i szybko wybiegł.

Uciekli do Niemiec. Tak się mówiło w okolicy i w to uwierzył Johann. Zniknęli, jakby nigdy ich tu nie było.

Johann poszedł do wojska i ono otworzyło przed nim inny świat. Wysłano go do szkoły oficerskiej. Jako porucznik zobaczył na własne oczy na deskach berlińskich teatrów te słynne aktorki, których zdjęć tak bardzo pragnął w dzieciństwie i których nigdy nie miał. Jako kapitan wysłał piękny porcelanowy talerz z Francji swej ukochanej młodszej siostrze Lenie (mamy go do dziś).

Niedługo potem trafiła go sowiecka kula. Nikt nie wie, gdzie jest pochowany.

 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers