O podróżach dalekich i bliskich
środa, 23 grudnia 2009
Definicje miłości

Podobno Boże Narodzenie do święta miłości. Niemal wszyscy spotykamy się w rodzinach i staramy się sprawić przyjemność tym, których kochamy.

Ale co to jest miłość? Podobno polski fiozof Henryk Elzenberg powiedział, że to zachwyt nad cudzą innością. A Rainer Maria Rilke, że to czuwanie nad samotnością ukochanej osoby.

To piękne filozoficzne definicje, ale chyba trochę aż nazbyt wyidealizowane. Powiedzmy szczerze, czy naprawdę jesteśmy w stanie zachwycać się innością naszych partnerów? Ta ich inność często nas drażni i jest powodem do konfliktów. Już bardziej podoba mi się druga definicja - bo w gruncie rzeczy choć przebywamy razem i tyle nas łączy z drugą osobą, pozostajemy samotni, osobni, nigdy do końca niezrozumiani.

A jakie są wasze definicje miłości?

sobota, 24 października 2009
Cygański zajeb*

Pisałam już kiedyś o uprzedzeniach, które, nie czarujmy się, każdy z nas ma. Ja lubię siebie uważać za osobę tolerancyjną, otwartą, nie myślącą stereotypami. Niestety sprowadza się to czasem do tego, że pewne tematy ignoruję, staram się o nich nie mówić i nie myśleć, ewentualnie wygłaszam tylko powierzchowne truizmy, by przypadkiem nie zachwiać tego obrazu samej siebie.

Jednym z tych unikanych przeze mnie tematów są Romowie. W Czechach jest ich sporo i większość Czechów nie ma podobnych dylematów jak ja. Chwalą się wręcz swoją ksenofobią i niewiedzą, wygłaszając ciągle te same ograne hasła o tym, że Cyganie utrzymują się z naszych podatków, że są leniwi, że śmiecą i dewastują mieszkania z przydziału itp., zamiast spojrzeć trochę głębiej pod podszewkę problemu. A ten problem to przede wszystkim ogromne różnice między naszymi kulturami i wielkie niezrozumienie.

W kulturze romskiej podobno nie istnieje tzw. etos pracy, który stoi u podstaw naszego większościowego społeczeństwa. Żeby przeżyć, trzeba oczywiście zdobyć środki utrzymania, ale wszystko jedno jaką drogą - czy będzie to praca dorywcza, tradycyjne rzemiosło, żebranie, kradzież, oszustwo, wróżenie, zapomoga społeczna. A jeśli uda się właśnie pracę ominąć, tym większy będzie prestiż takiej "sprytnej" osoby. Dla nas to oczywiście świat wartości postawionych do góry nogami. Jest to ogromna różnica, która zawsze stała kością niezgody między białą większością i romską mniejszością.

Największą wartością Romów jest szeroko pojęta rodzina (obejmująca wszelkich krewnych i pociotków), która chroni swoich członków, jednocześnie izolując ich od świata "gadziów". Rodzina wspiera swych członków ekonomicznie, a także psychologicznie, daje poczucie tożsamości, przynależności, sensu. Bez rodziny Cygan jest niczym, dlatego największą karą jest wygnanie, wyrzucenie z klanu. Indywidualizm, tak gloryfikowany w naszej kulturze Zachodu, nie istnieje. Bycie samym to najgorsza kara.

Romska tradycja przekazywana jest ustnie, z pokolenia na pokolenie, tak uczone są dzieci wszystkiego, czego potrzebują do przeżycia. Edukacja szkolna wydaje się tym ludziom nawet dziś, z nielicznymi wyjątkami, niepotrzebna i bezsensowna. Nie mówiąc już o tym, że "biała" szkoła niczego nie ułatwia dzieciom, których język macierzysty jest kompletnie inny, które idąc do pierwszej klasy znają czeski czy polski w znikomym stopniu. A potem, przy szukaniu pracy jest jeszcze gorzej - bezrobocie wśród Romów jest zastraszające, mało kto da im szansę.

To tyle, wyczytane przeze mnie w różnych artykułach. Dużo się ostatnio pisze o imigrantach, zwłaszcza muzułmańskich, i ich problemach z integracją w Europie (m.in. bardzo ciekawy wpis Chihiro), ale i my mamy, tu w Polsce, Czechach, Słowacji, czasem na sąsiedniej ulicy, takich imigrantów sprzed wieków, którzy, co ciekawe, do dziś zachowali swój język, wartości, wierzenia, tak różne od naszych. Nie spłynęli z większością, zachowali swoją dumę i własny sposób na życie.

Stało się tak nawet pomimo tego, że po II wojnie światowej (i tragedii Holocaustu, która tak strasznie doświadczyła Romów), została im odebrana podstawa ich kultury - koczowniczy tryb życia. Komuniści, wydając zakaz wędrowania, wpychając tych ludzi na siłę do gett z wielkiej płyty, wyrządzili im największą krzywdę. Odebrano im dumę nomadów i skazano na wegetację na marginesie, wiszenie na zasiłkach, degenerację tradycyjnych wartości i zawieszenie w próżni.

Przyznam się, że widząc grupy Romów na ławkach np. w centrum Pragi na Arbesovym namesti, obserwując ich krzykliwość i wspólnotowość, odczuwam swego rodzaju strach i respekt. Ich sposób życia jest tak różny od naszego, że człowiek taki jak ja, źle czujący się na wszelkich masówkach, lubiący zamykać się w swoich czterech ścianach, w swojej małej rodzince, po prostu odsuwa się i nie wie, jak tu w praktyce pokazać swoją słynną "tolerancję".

Rozczarowałam się tak sama sobą, ale muszę się tu do tego przyznać, może tak oswoję demona. Pojechaliśmy niedawno oglądać mieszkanie w jednym podpraskim mieście, i kiedy dojeżdżaliśmy samochodem, ujrzeliśmy grupę romskich dzieci bawiących się przed sąsiednim budynkiem, a jedno z nich nawet do nas podbiegło. Były to sympatyczne, wcale nie zaniedbane dzieci, ale ja nie wiedziałam, jak się zachować. Mieszkanie nie podobało nam się z innych powodów, ale to doświadczenie uświadomiło nam, że mimo całej naszej szumnej otwartości na inne kultury, nie chcielibyśmy kupić mieszkania w okolicy zamieszkałej przez Romów. Chociaż, z wiadomych powodów, bywa tam bardzo tanio.

I tak się wzajemnie izolujemy. Oni nie rozumieją nas, my ich. Ale ja bym bardzo chciała zrozumieć, poznać, dowiedzieć się więcej. Wyzwolić się z więzów własnych uprzedzeń.

Polecam artykuły (ten i ten) w Dużym Fromacie, które ciekawie podnoszą temat. A może istnieją jakieś dobre książki, powieści, napisane przez samych członków tego narodu, przybliżające nam romską kulturę i problemy z białą większością? Nie słyszałam o żadnej, a szkoda. Czegoś takiego nam trzeba, by uprzedzenia zastąpił dialog.

* Tytuł piosenki grupy Grabaż i Strachy na Lachy, która, notabene, wcale o Cyganach nie jest:).

niedziela, 04 października 2009
Pułapka Matki Polki

Dziś zamiast pójść na basen albo na rower, jak pierwotnie zamierzałam, wysłałam Chiquita i Fri na spacer, a sama sprzątałam, myłam podłogi, łazienkę, kolacja mi właśnie bulgocze na kuchence... Pisałam już o tym, że macierzyństwo zmienia. Że człowiek staje się bardziej zorganizowany, pracowity, bo nie może już sobie pozwolić na odkładanie na jutro. Właśnie zdałam sobie sprawę, że w tych pozytywnych zmianach czai się też ogromna pułapka, w którą jak sądzę, wpada bardzo wiele kobiet. Pułapka Matki Polki, która siebie stawia na ostatnim miejscu, wiecznie coś robiąc dla innych. Strasznie łatwo w nią wpaść.

Bo na przykład rano - kiedy nakarmię Fri, od razu zabieram się do mycia kuchni, sterylizowania butelek i laktatora, wkładania pralki czy zmywarki, i ani się obejrzę, a mała zaczyna marudzić, a ja nie zjadłam śniadania. Albo wieczorem - nie umiem się zrelaksować oglądając z Chiquitem film. Albo wyciągam prasowanie do tego, albo przynajmniej mam wyrzuty sumienia, bo przecież cała góra ubrań czeka. Oglądając Czechosłowackiego Idola muszę przynajmniej haftować. Przestałam czytać książki, bo w ciągu dnia, kiedy tylko Fri sama się bawi albo śpi, ja ciągle coś robię. Wychodzimy też codziennie na ponad dwugodzinny spacer, robimy zakupy, chodzimy na ćwiczenia... A jak już naprawdę nic nie ma do roboty, to przynajmniej ciasto muszę upiec.

Ach, gdzie się podziało moje "artystyczne" bałaganiarstwo? Ja tak lubiłam snuć się po domu w szlafroku pół dnia, zamiast gotować kupować pizzę i odkurzać raz na 2 miesiące. Teraz muszę dbać o czystość, bo Fri bawi się na podłodze. A będzie jeszcze gorzej - starsze dziecko musi mieć codziennie wartościowy obiad, musi być wyprawiane do szkoły z pełnym lunchboxem, musi mieć wyprane, wyprasowane. Ani się obejrzę, a będę jak mama Chiquita, o której już pisałam, że minuty nie umie usiedzieć na miejscu, tylko ciągle coś przeciera, odnosi i myje szklanki, obsługuje wszystkich.

To znaczy - nie będę taka! Bo ja sobie z tej pułapki zdaję sprawę. Ten wpis to też jest klepnięcie się w czoło. Posurfuję sobie teraz w necie ile wlezie. A wieczorem pójdę pobiegać. I obejrzę dziś Idola w pełni odprężona.

A wy, Mamy obecne i przyszłe, strzeżcie się i nie zapominajcie o sobie. To jak z tą maską tlenową w samolocie - najpierw sobie, potem dziecku. Żeby móc dawać, trzeba najpierw mieć.

 

środa, 16 września 2009
Szybka refleksja

Czytam wasze komentarze pod poprzednim wpisem i tak sobie myślę, i muszę to zapisać. Myślę, że macierzyństwo to taki okres w życiu, kiedy z człowieka wyłażą te najgorsze, ale i najlepsze cechy. Jeśli ktoś ma skłonności do depresji, to ją zapewne dostanie. Jeśli ktoś ma zdolności organizacyjne, ale zawsze się lenił i ich nie wykorzystywał (jak ja:)), to teraz bardzo mu przyjdą w sukurs. Jak ktoś lubi idealizować swoje życie i robić z siebie bohatera lub męczennika, w to mu graj. A jak kto lubi narzekać i jęczeć nad sobą, albo wściekać się i kłócić, też ma ogromne pole do popisu.

A jeśli ma w sobie duszę dziecka, będzie wymyślał zabawy i cieszył się razem ze swoim potomkiem każdą chwilą. Będzie dawał z radością, tyle ile chce, nie oczekując niczego w zamian. Będzie twórczy i szczęśliwy, by móc dać szczęście.

A także jeśli w związku rodziców już były problemy, to teraz w pełni rozkwitną. A jeśli była i jest miłość i zrozumienie, oboje będą dla siebie wielkim wsparciem.

fri y yo

Czarownik kiedyś powiedział, że ciąża i macierzyństwo w Geschtalcie zwane są momentami kryzysowymi, dlatego w tym okresie nie powinno się odbywać terapii zbytnio grzebiących w trudnych chwilach z przeszłości. Jest tak jak najbardziej. Urodzenie i wychowywanie dziecka to przełom, życie na krawędzi, próba charakteru. Każdy dzień przynosi niespodzianki, nagłe problemy, cudowne radości.

W takich chwilach najbardziej można poznać siebie. I już choćby dlatego warto dać takiej nowej osóbce życie i kochać ją całym sercem. Warto jak cholera.

sobota, 25 kwietnia 2009
Miasta i słowa

Wczoraj wieczorem w książce Elizabeth Gilbert Eat Pray Love wyczytałam ciekawą teorię, którą bohaterce i autorce podpowiedział jej włoski znajomy. Otóż według niego każde miasto ma swoje jedno charakterystyczne słowo, które je określa, definiuje, determinuje. Jedno jedyne pojęcie, które jest najpotężniejszym składnikiem tożsamości niemal wszystkich mieszkańców. Gdyby można było odczytać ich myśli, to właśnie to słowo pojawiałoby się w nich najczęściej.

Z teorii tej wynika, że jeśli osobiste słowo przybysza nie pasuje do słowa danego miasta, nigdy nie poczuje się on w nim jak u siebie. Zawsze będzie wiedział, że tak naprawdę nie należy do tego miejsca. Jest Obcym.

Bohaterowie książki dochodzą do wniosku, że takim słowem-kluczem Rzymu (gdzie akurat przebywają) jest SEKS. Później mówią jeszcze o innych włoskich i amerykańskich miastach – dla Watykanu takim słowem ma być WŁADZA (a nie, jak mogłoby się wydawać, WIARA), dla Neapolu, i w ogóle południa Włoch, WALKA (nie bardzo się na tym regionie znam, ale po obejrzeniu filmu Gomorrah sądzę, że to słowo pasuje jak ulał). Słowem Nowego Jorku ma być czasownik ACHIEVE (osiągnąć) a Los Angeles SUCCEED (osiągnąć sukces) i w tej drobnej różnicy między obu wyrazami wyraża się też zasadnicza różnica między miastami. Słowem Sztokholmu jest według bohaterów CONFORM (podporządkować się).

Nie znam żadnego z wyżej wymienionych miast, ale cała teoria dała mi sporo do myślenia. Nic jednak sensownego nie przyszło mi do głowy ani o Londynie, ani o Glasgow, gdzie za mało poznałam rdzennych mieszkańców, by dostrzec, co ich najtrafniej charakteryzuje. Tak samo nie mam pojęcia, co mogłoby być takim słowem dla Paryża, Berlina czy Warszawy, które znam tylko jako turystka. Może Wy mi coś podpowiecie?:)

Słowem Bogoty jest moim zdaniem PREZENCJA. Pierwszym wyrazem, który przyszedł mi do głowy, był co prawda WYGLĄD, ale PREZENCJA zawiera go w sobie, plus jeszcze inne aspekty. Dla Bogotan jesteś tym, jakim się prezentujesz, jaki szyld przed sobą obnosisz. Tym szyldem jest naturalnie eleganckie ubranie, czystość (już pisałam, że nie do pomyślenia jest użycie dwa razy tej samej koszulki, bez prania i prasowania), a więc WYGLĄD. To samo dotyczy domów: pedantyczne sprzątanie, drogie bibeloty, nakrycia stołu jak na królewskim dworze. Pasuje też do tego kontekstu znana obsesja latynoskich kobiet na punkcie operacji plastycznych, z którą jednak osobiście się nie spotkałam. Ale to tylko czubek góry lodowej. Najważniejsze miejsce na szyldzie zajmują twoje dyplomy (ważne, z jakich szkół), wyjazdy zagraniczne, rodzina, z której pochodzisz, dzielnica, w której mieszkasz, firma, w której pracujesz. Ważne jest też twoje wygadanie, towarzyskość, obycie. Wszystko to składa się na osobę, którą jesteś na zewnątrz, twoją maskę, twoją PREZENCJĘ. To właśnie doskonała kontrola swojej osobistej PREZENCJI jest obsesją Bogotan. Bo na jej podstawie są oni oceniani przez innych i sami oceniają.

To oczywiście moja subjektywna wizja, ale myślę, że zgadza się z tym, co mówili sami poznani przeze mnie mieszkańcy tego miasta. Oczywiście jest to wizja upraszczająca, ale szukanie jednego słowa-klucza z konieczności będzie takie. Sami Bogotanie może powiedzieliby jeszcze RODZINA (ja sama to przez chwilę rozważałam), ale myślę, że to słowo bardziej charakteryzuje Latynosów w ogóle. Słowem tego konkretnego miasta jest dla mnie właśnie PREZENCJA, ew. czasownik PREZENTOWAĆ SIĘ.

O wiele dłużej myślałam nad słowem dla Pragi. Znam ją o wiele lepiej (prawie siedem lat tutaj!), a ciężko mi znaleźć jedno słowo, które by określało to miasto. Angelo Maria Ripellino, autor słynnej Pragi Magicznej, powiedziałby być może MELANCHOLIA. Ale według mnie to słowo należy do przeszłości. Być może określało Pragę kiedyś, ale nie teraz. Praska melancholia odeszła wraz z niemieckimi i żydowskimi mieszkańcami tego miasta. Nasuwa mi się jeszcze kafkowskie słowo WINA, ale to też nie to (tutaj może zgodziłby się Mariusz Szczygieł, autor świetnego Gottlandu...). Moim zdaniem jednak młodzi Prażanie raczej nie poświęcają zbyt wielu myśli poczuciu winy ich dziadków (za kolaborację w czasie okupacji, a potem rozdwojenie jaźni publicznej i prywatnej w komunistycznym państwie). Tę WINĘ wyraził i odkupił Jan Palach i jego następcy w aktach samospalenia, ale to też już przeszłość.

Moja wizja Pragi współczesnej, tego wielkiego małego miasteczka, jest inna. Nie przychodzi mi do głowy inne słowo-klucz niż czeski wyraz POHODA, czyli luzik, nie przejmowanie się niczym. Pracuje się tu po to, żeby potem odpoczywać, uprawiać ulubiony sport albo hobby, spotykać ze znajomymi. Kasa czy osiągnięcia nie zaślepiają ludzi, są środkiem, a nie celem. Nie mówiąc już o PREZENCJI; Czesi garnitur założą naprawdę z konieczności, a w domach nie raz trzymają rzeczy, które ktoś by mógł nazwać mieszczańskim bezguściem. Naprawdę mi się wydaje, że jest to jedyny znany mi naród, który naprawdę ocenia innych według tego, co człowiek ma głowie, a nie na sobie (oczywiście jest wiele wyjątków, ksenofobia wobec "śniadych" czy "wschodnich" np. ale przecież upraszczamy). Jest w Prażanach też dystans do tego wszystkiego, poczucie humoru, ironia. Ale także obojętność, pilnowanie własnego nosa, w pewnym sensie wycofanie. Jednym słowem „prywata”, jak by to określił jakiś barokowy Polak.

Długo myślałam też nad słowem dla Zabrza i w końcu nic nie wymyśliłam. Może tylko naprawdę wielkie miasta mają swoje słowa? Może należałoby wymyślić słowo dla całego Śląska? Chyba mogłoby nim być WYCOFANIE. Wycofanie w głąb swoich prywatnych, małych spraw, olanie wielkiej Historii, ale też podporządkowanie, brak ambicji, zdroworozsądkowe, małe życie. Te cechy to z jednej strony zalety, bo pozwalają przetrwać i „robić swoje” w każdych warunkach historycznych. Ale zarazem to też wady – Kazimierz Kutz podobno mówi, że Ślązacy są „dupowaci”, boją się walczyć o swoje, pozwalają sobie wchodzić na głowę, nie chcą nic osiągnąć. Pilnują tylko swojej małej zagródki i to im wystarcza.

A jakie jest moje osobiste słowo? Kiedyś na pewno była nim UCIECZKA. Teraz staram się i powoli (oraz opornie, niestety) dążę, by zamienić moje życiowe słowo na inne. Trudno mi ten nowy wyraz jakoś jednoznacznie uchwycić, myślę, że najbliższe by było WYJŚCIE Z UKRYCIA (ok, to aż trzy słowa, ale naprawdę nie umiem znaleźć lepszego sformułowania). WYJŚCIE Z UKRYCIA, odwrotność UCIECZKI, pokazanie i wyrażenie swej prawdziwej osobowości, odrzucenie bezpiecznych masek, jest na pewno niekompatybilne z bogotańską PREZENCJĄ, nic więc dziwnego, że czułam, że to tego miasta absolutnie nie należę. Już prędzej odpowiada temu praska POHODA, bo żeby odważyć się WYJŚĆ Z UKRYCIA trzeba być właśnie v pohodě, na luzie, nie przejmować się opiniami innych i przestać się kontrolować.

Chyba dlatego tylko Pragę mogę nazwać „moim” miastem.

Pomyślcie i Wy nad swymi osobistymi słowami i czy pasują do słów-kluczy miast, w których żyjecie, lub które dobrze znacie. Myślę, że można w ten sposób odkryć coś nowego o sobie i innych. Jestem bardzo ciekawa!

 

piątek, 27 lutego 2009
Wszyscy jesteśmy kreatywni

Od pewnego czasu odwiedzam stronę TED. Ideas worth spreading i puszczam sobie rozmaite"pogadanki" wygłaszane dla internautów przez różnych mniej lub bardziej sławnych ludzi: naukowców, aktywistów, artystów, a nawet bloggerów. Wykłady towarzyszą mi podczas sprzątania, gotowania oraz produkcji kolorowych pudełek (którąż to kreatywną czynnością ostatnio się namiętnie zajmuję:)). Jeden z wykładów, traktujący nomen omen właśnie o kreatywności, zainspirował mnie i od razu skojarzył z krążącą ostatnio po necie nagrodą Kreativ Blogger Award.

W swoim monologu Sir Ken Robinson mówi o tym, że system edukacyjny na całym świecie jest tak nastawiony, by zabijał w nas kreatywność. I ja się z nim muszę zgodzić. Każde małe dziecko jest artystą. Zamiast iść utartą ścieżką (nie może, bo jej nie zna) wymyśla najbardziej oryginalne rozwiązania najprostszych problemów. Kiedy się bawi, robi to całym ciałem, i całym ciałem przenosi się w świat Indian i kowbojów, złodziei i policjantów, własnej wersji domu lub sklepu. A kiedy nie starcza mu ciała, bierze do ręki rekwizyty, które ożywają jego wyobraźnią. Najbrzydsza lalka może grać królewnę, stara szopa może być stacją kosmiczną, a patyk mieczem Jedi. 

Dlaczego dziecko jest tak kreatywne, a potem, w większości, te umiejętności traci? Autor wykładu odpowiada w ciekawy sposób: dziecko nie boi się popełniać błędów. Kreatywność, rozumiana jako umiejętność wymyślania oryginalnych i wartościowych idei, nie obejdzie się bez gotowości do popełnienia błędu. A szkoła najbardziej piętnuje właśnie błędy. Błąd? Jedynka. Dużo bezpieczniej jest na polskim wykuć się na pamięć interpretacji danego wiersza (XY wielkim poetą był...) niż zacząć wymyślać własne skojarzenia, choćby nie wiem jak absurdalne były (to jest nadinterpretacja!!!). Dzieciak, który sam zbuduje sobie prymitywną baterię galwaniczną, nigdy tego eksperymentu nie zapomni. Ja, która wkuwałam na pamięć i rysowałam schematy, dziś nawet na potrzeby tego wpisu nie umiem sobie odtworzyć jakich metali i cieczy do tego trzeba... Oczywiście są nauczyciele, którzy właśnie tę kreatywność pragną w dzieciach rozwinąć, którzy pozwalają im na własne opinie i cieszą się nimi.  Ale sądzę, że jest ich raczej mało, no i nawet oni muszą "realizować program". A poza tym występują najczęściej w szkołach średnich, a wtedy dla większości uczniów jest już za późno. 

I w ten sposób uczymy się, że "poważne", dorosłe życie, to powtarzanie schematów. Że lepiej siedzieć cicho i robić swoje, niż się "wychylać" z nowymi pomysłami - bo a nuż popełnimy błąd? Wstyd, wstyd, wstyd. Wielkie korporacje podobno najbardziej sobie cenią innowatywnych ludzi, lecz i tam wg mnie występuje podwójny przekaz: dawaj nowe pomysły, ale nie za dużo, bo współpracownicy uznają cię za karierowicza, a szef poczuje się zagrożony.

Ja sama zaczynając pisać blog, najbardziej właśnie bałam się "błędu" - tego, że napiszę coś głupiego, niewyważoną opinię, że się ośmieszę. Dlatego przez pierwszy rok pisanie mi szło jak krew z nosa. Długo mi trwało, zanim zrozumiałam, że to ryzyko jest w wpisane w każdą twórczą czynność, a taką jest prowadzenie bloga. Zawsze może znaleźć się ktoś, kto moje lub twoje pisanie uzna za "głupie, niedojrzałe, grające na uczuciach", niepotrzebne skreślić. Wiedzą chyba o tym dobrze zwycięzcy tegorocznego konkursu Blog Roku, którzy podobno spotkali się z furą nieprzyjemnych komentarzy.

Robinson w wykładzie twierdzi także, że program szkół na całym świecie wygląda tak, jakby celem było wychowanie całej rzeszy profesorów uniwersyteckich. Uczą nas myśleć tylko głową, a przecież mamy także ciało, które ma swoją własną mądrość. Nie ma chyba takiego kraju, gdzie teatr, taniec, muzyka, dostałyby tę samą ilość godzin i prestiż co matematyka czy języki (oczywiście prócz szkół specjalistycznych, artystycznych). Może byłoby mniej depresji, a więcej szczerości na tym świecie, gdybyśmy się w szkole nauczyli "czytać" własne ciało, gdybyśmy poznali, jak bezbłędnie wyraża ono emocje, których sobie nawet sami nie uświadamiamy.

Tyle o wykładzie, kto chce i zna angielski, niech sam posłucha. Ja chciałabym zakończyć następującą refleksją. Otóż kiedy błądzę sobie po blogosferze nie mogę nie zauważyć, jak wielu z nas, choć wydorośleliśmy, pozostało kreatywnymi! Wykonujemy najróżniejsze zawody, niektóre totalnie otępiające i nielubiane, inne dające satysfakcję, różnie to bywa. A "po godzinach" siadamy przed komputerem i na naszym własnym kawałku wirtualnej przestrzeni stajemy się twórczy. Tak jak kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi. 

Blogów, które o tym świadczą, jest całe zatrzęsienie. Bloggerzy piszą rewelacyjne recenzje książek, robią własną przepiękną biżuterię, gotują smakołyki, wspaniale fotografują, piszą ostre polityczne felietony, dają świadectwo własnym podróżom  i przybliżają nam kultury najodleglejszych krajów. Otwierają też swoje serca i zwierzają się ze swego nieraz niełatwego życia.

Wydaje mi się to naprawdę niezwykłe. Internet dał nam, tym twórczym prywatnie, możliwość wyjścia z ukrycia.  Dał przestrzeń, gdzie możemy być kreatywni tak jak kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi. 

Krąży po necie, krąży, ta oto honorowa nagroda:

kreativ blogger

 

Mnie samej zrobiło się bardzo miło, kiedy dostałam ją od be.el. [UPDATE: dostałam ją również od Nonko, Alexii, oraz Magi-Mary, ogromnie dziękuję!]. Sama jednak nie będę nikogo wyrożniać, bo moim zdaniem należy się ona wszystkim oryginalnym bloggerom, tzn. tym, którzy piszą własne, ciekawe teksty. Czyli Wam. Wszystkim, których lubię, czytam i podziwiam właśnie za... kreatywność. Oraz tym wszystkim, których jeszcze nie odkryłam i być może nigdy nie odkryję, a wielka szkoda, bo na pewno warto!

Nie bójcie się błędów i bądźcie twórczy! Które to motto też sobie sama do serca biorę:)

 

 

wtorek, 20 stycznia 2009
Towarzysze w obliczu życia i śmierci

W bogotskim planetarium całkiem przypadkiem (weszliśmy skorzystać z toalety) widziałam wystawę zdjęć. Jeden z cykli nosił nazwę Compañías - towarzysze.

Pierwsze zdjęcie przedstawiało stare rodzeństwo, które mieszka ze sobą od zawsze i żadne z nich, ani brat, ani siostra, nigdy nie stworzyli poważniejszych związków z innymi ludźmi. Na następnym ujrzałam dziewczynę, która powoli traci wzrok oraz jej szczeniaka, który rosnąc wyprawia różne psikusy i powoli uczy się zastępować jej gasnące oczy. Kolejne: osierocony ojciec, trzymający na ramieniu roczną córeczkę i wpatrzony w odległe, zamglone góry. Pani obwieszona biżuterią jak choinka - najróżniejsze kolorowe korale i bransoletki to właśnie towarzysze jej życia. Ma ich ponad 300, w wolnych chwilach je segreguje i układa, według wzorów i kolorów. Nigdy nie wyszła za mąż.

Chyba każdy z nas ma kogoś lub coś, osobę, zwierzę lub rzecz (a może ideę? może pracę?), która dotrzymuje nam towarzystwa w naszej samotnej egzystencji. Są to objekty naszych ogromnych emocji. Objekty miłości.

Ciotka Nuria ma Puffiego.

To ta sama pani, która pokazywała mi własnoręcznie przez siebie wykonane bożonarodzeniowe lalki. Jest w sumie miła i rozczulająca w swojej strasznej afektowaności. Największym afektem darzy zaś właśnie Puffiego.

Puffy to żadne z jej czworga dzieci, ani żadne z licznych wnuków. Tym niemniej za dziecko jest uważany i tak właśnie kochany. Jego olejny portret w galowym ubranku wisi na honorowym miejscu domu.

Puffy to biały pudelek, dość już stary i potwornie rozpieszczony. Jada wyłącznie gotowane piersi kurczaka i ma kilkanaście wełnianych i szytych ubranek. Nuria nazywa go "królem tego domu" i Puffy rzeczywiście nim jest. Wszystko kręci się wokół jego osóbki. Nuria i jej mąż, choć bardzo bogaci, nie mogą nigdzie podróżować, bo "Puffy dostałby zawału w samolocie". Nie mogą go również zostawić na dłużej samego - raz przekazali go na parę dni pod obiekę synowi i skończyło się psią bulimią oraz psią depresją, stwierdzoną przez lekarza!

Nuria niczym dama z epoki sentymentalizmu potrafi godzinami tulić "swoje najmłodsze dziecko" i opowiadać o jego delikatnym charakterze i wysublimowanych emocjach.

Ale z innych źródeł dosłyszało mi się, że Puffy nie zawsze był tak spokojnym staruszkiem. Bywało to podobno pięknie agresywne bydlę, które warcząc rzucało się nielubianym przez siebie ludziom do nogawek spodni. Kiedyś, kiedy rodzina mieszkała jeszcze na Haiti, jeden z "pracowników" (jak eufemistycznie określa się tu służących) kopnął natrętnie atakującego pieska. Puffy się pochorował, a empleado z miejsca wyleciał z pracy. Nuria do dziś opowiada o tym wydarzeniu ze świętym oburzeniem: jak mogą istnieć ludzie, którzy nie lubią zwierzątek?

Wyobrażam sobie, że pewnie dzieci tego pracownika mogły tylko pomarzyć o takim obiedzie, jaki codziennie dostawał (i wybrzydzał) Puffy.

Tajemnicą państwową, która mogłaby zaważyć na dobrych stosunkach obu rodzin, jest zresztą też fakt, że i Frugor kiedyś nie zdzierżył i odkopnął natrętniaka. Od tej pory Puffy ma traumę i panicznie boi się butów. Zwłaszcza czarnych najków nr 45 Frugora :).

Towarzysze. Obiekty prawdziwych, szczerych, nieukrywanych emocji. To najczęściej nasi bliscy, rodzice, rodzieństwo, dzieci, partnerzy. Ale nie zawsze. To ci, których los podsunie nam do kochania w czasie naszego krótkiego życia. Ci, których dłonie (łapki, powierzchnie przedmiotów) ściskamy mocno, by nie zgubić się w ciemności.

Sama mam koleżankę, która swoją kolekcję pluszowych misiów darzy wcale nie mniejszą estymą niż Nuria swego pieska, a np. ja Chiquita i Fasolkę. Traktuje je jak żywe istoty, obcałowuje i głaszcze. Kiedy się przeprowadzała musiała oddać mi je na przechowanie i ja je oczywiście wrzuciłam wszystkie jak leciało do jednej plastykowej torby. M. widząc to aż podskoczyła i musiała je wszystkie po kolei utulić, bo biedaki "prawie się podusiły!". 

Na koniec jeszcze jeden obrazek. Kolumbijscy "rangers" czyli jednostki specjalne do walki z terroryzmem i partyzantką są szkolone w następujący sposób. Każdy żołnierz (chłopiec ledwo po maturze) w czasie twardego treningu dostaje szczeniaka. Przez cały okres szkolenia wychowuje go i ćwiczy, a pies rośnie i dojrzewa wraz z chłopcem. Na koniec obaj zostają zrzuceni z samolotu gdzieś w głębiny dziewiczej selvy, wyposażeni zaledwie w mapę i kompas, cel dojścia do bazy oraz bardzo skromne zapasy żywności. Tak skromne, że przychodzi chwila, kiedy wycieńczony z głodu żołnierz, aby przetrwał, musić zabić i zjeść swego psa.

Swego jedynego przyjaciela, jedynego towarzysza w obliczu życia i śmierci.

środa, 03 grudnia 2008
Porozmawiajmy o uprzedzeniach

Niech rzuci kamieniem, ten, kto ich nie ma. Ja mam. Taka już chyba natura ludzka, a więc i moja, że często na podstawie paru faktów z trzeciej ręki wyrabiam sobie o kimś bardzo mocną opinię. Nie zwierzam się z niej nikomu oczywiście, prócz najbliższych (przecież to bardzo nie-cool mieć uprzedzenia w dzisiejszym świecie!), ale siedzi ona we mnie głęboko i ma wpływ. Czasami nawet sobie tego nie uświadamiam, a ma. Na moje zachowanie, humor, nastawienie.

Podczas ostatniej wizyty w Kolumbii np. wyszło szydło, że mam uprzedzenia w stosunku do ludzi bogatych. Nie takich zwyczajnie dobrze zarabiających, ale takich, u których nadmiar pieniędzy już bardzo rzuca się w oczy. Wtedy budzi mój niesmak.

A gdzie jak gdzie, ale w Kolumbii bogactwo, jak już jest, to bardzo rzuca się w oczy. Ludzi stać na takie rzeczy, o których naszej klasie średniej się nawet nie śniło.

Zostaliśmy mianowicie zaproszeni przez pewnego stryja Chiquitowego do jego 300-metrowego mieszkania. Przybyliśmy całą gromadą rodzinną i wszyscy nie mogli wyjść nad tym przybytkiem z zachwytu, choć wcale nie widzieli go po raz pierwszy. Tylko ja się zacięłam. Miałam zły humor i nie chciało mi się z nimi gadać. To mieszkanie jak galeria sztuki z bohomazami-abstrakcjami na scianach, labirynt, w którym można się gonić i zgubić, zdegustowało mnie. Zwłaszcza, że słyszałam już wcześniej historie o tym, jak owa para kupuje jedynemu synowi konia, perkusję i Bóg jeden wie co jeszcze. I że jeżdżą opancerzonym samochodem. A tymczasem obraz żebrzących na skrzyżowaniach kobiet z dziećmi było wciąż bardzo żywe.

Oczywiście po wizycie Chiquito jak zwykle indagował, dlaczego zły humor, jak wszyscy dla mnie tacy mili. To mu powiedziałam i strasznie go tym zmartwiłam. Nie mógł pojąć, dlaczego polubiłam resztę jego rodziny, a tych stryjowstwa akurat nie, chociaż byli dla mnie tak samo fajni i gościnni (wiem, byli). Przecież sytuacja w kraju to nie ich wina, do pieniędzy doszli uczciwie i dlatego, że mają olej w głowie, świetne wykształcenie (francuski uniwerek jakiś) i żyłkę do interesów. Według Chiquita takich ludzi należy podziwiać, a ta moja wschodnioeuropejska niezrozumiała zawiść jest po prostu okropna.

Inne moje uprzedzenia: kolumbijskie kobiety. Nie wiem skąd wzięło się we mnie przeświadczenie, że to pedantki i moralistki, nadużywające imienia bożego kiedy tylko się da. I - powiem to - że są głupie. Takie "kobiece", piszczące, manipulatorskie. Przy tym znam dobrze tak dwie. I są tylko po części takie. A uprzedzenie urodziło się i swędzi.

Kolejne: brat Chiquita Frugor (przezwisko z dzieciństwa;), ze swoją narzeczoną założyli firmę, która sprzedaje usługi angelologiczne. Myślałam, że z krzesła spadnę, jak się o tym z facebooka dowiedziałam. Angelologia stosowana, czyli kontaktowanie się z aniołami, specjalne karty do rozrzucenia po pokoju, zeby sprowadzić energię anielską, horoskopy i licho wie co jeszcze. Wygląda na to, że oni naprawdę w to wierzą. A co więcej zarabiają na tym. i znowu - ja, stara sceptyczka, zszokowana, a Chiquito zachwycony przedsiębiorczością brata. Uff.

Uprzedzenia są niefajne. Nie lubię ich mieć i zawsze się bardzo za nie wstydziłam. Więc nieuświadomione wyłaziły potem w innej postaci: niezrozumiałej niechęci, bólu głowy lub depresji. Ale ostatnio Czarownik powiedział mi tak. Uprzedzenia to też opinie, a jak się będę wstydzić za swoje opinie, nigdy nie nabiorę pewności siebie. Trzeba je więc przyjąć, zaakceptować, ale uwaga - bynajmniej się w nich nie zasklepić! Bo wtedy mogą się one stać całym światem danej osoby. Ograniczonym, małym światkiem pełnym strachu przed każdym nowym doświadczeniem, które być może uprzedzenia nie potwierdzi.

Ale zamiast tego można też potraktować uprzedzenia jak punkt wyjścia. Opinię wstępną, bramę do poznania siebie i innych. Trzeba jednak do tego odwagi. Raz, by je zaakceptować jako swoje, dwa, by je skonfrontować z rzeczywistością. Pogrzebać głębiej. Otworzyć się na zmianę.

Dzięki tamtej sytuacji podczas pierwszego pobytu w Kolumbii doszłam do wniosku, że nie lubię bogatych i odnoszących sukcesy, bo ciągle mam kompleksy związane z moim "proletariackim" pochodzeniem, marnym wykształceniem, brakiem ambicji zawodowych itd. A uświadomiwszy to sobie, mogę wreszcie spróbować się tych kompleksów pozbyć.

Myślę też, że mam uprzedzenia w stosunku do latynoskich kobiet, bo wydają mi się zbyt "kobiece" - znowu kompleks, bo może taką "idealną" żonę by wolał Chiquito?

A New Age i te różne angelologie wzbudzają mój niesmak i sceptycyzm (łącznie z przekonaniem, że to szarlataństwo i naciąganie ludzi) bo sama straciłam wiarę i została po niej pustka, z którą wciąż muszę sobie jakoś radzić. To zazdrość, że tamci ludzie mają jakieś oparcie, choćby urojone, ale ważne, by nie zaplątać się w samym sobie, tak jak plączę się ja.

Uprzedzenia to więc deska, pod którą można się schować, albo od niej się odbić. Zamiast usuwać je do podświadomości, warto się nad nimi zastanowić. A potem wyruszyć, jak ja jutro, na spotkanie ludzi, co do których sobie wyrobiłam zbyt proste, zbyt ostre opinie. Bo tylko w konfrontacji te opinie z upraszczających mają szansę stać się czymś głębszym. Częścią niekończącego się ciągu prób zrozumienia świata.

Tym razem nie będę Was wprost pytać o Wasze uprzedzenia, tak jak kiedyś pytałam o wzruszenia i strachy. Wiem, że to często bardzo osobiste sprawy. Ale jeśli ktoś z Was będzie miał ochotę na szczerą dyskusję, zapraszam:)

niedziela, 09 listopada 2008
Kobieta we mnie

Przyznam się do czegoś: jeśli chodzi o sprawy porządku, nie czuję specjalnej wspólnoty z resztą rodzaju kobiecego. Nie dla mnie prasowanie bielizny pościelowej, ściganie plamek na kuchennym blacie czy frustracje z powodu smug na oknach. Nie dla mnie wymienianie się uwagami w babskim gronie o lenistwu i tępocie facetów. Bałaganiara jestem i tyle. Nie cierpię prac domowych, więc nieporządku staram się nie zauważać. I zwykle się mi to udaje:). Szczerze mówiąc to tylko nadchodzący goście, czyli strach przed dezaprobatą społeczną, zmusza mnie do sprzątania (ale też po wierzchu rzecz jasna). A kiedy sprząta Chiquito, nie poprawiam go, nie strofuję, nie przejmuję od niego szmaty, tylko cieszę się jak głupia, że ja nie muszę tego robić.

„Stereotypowa kobieta” natomiast, co wynika z rozmów z wieloma dziewczynami, które znam czy znałam w moim życiu, również bardzo chce, żeby facet sprzątał. Jednocześnie jednak, nie zdając sobie z tego sprawy, robi wszystko, żeby go do tego zniechęcić. Poprawia, poucza, a często obrażona robi sama wszystko od nowa. Nie pozwoli facetowi umyć tych naczyń po wiadomościach, bo mają być umyte teraz!  Nie pozwoli facetowi zrobić danej czynności jego sposobem, być może powolniejszym i mniej efektywnym, ale jego własnym. Bo szlag ją trafia, jak widzi, jak on się grzebie. A faceci, czego przykładem Chiquito, bardzo lubią wymyślać swoje własne, para-naukowe sposoby na zrobienie najprostszych czynności. Sprawia im to wielką frajdę i satysfakcję. Chiquito np. podlewając kwiatki od razu snuje plany o zbudowaniu automatycznego systemu nawadniającego doniczki i nawet zaczyna poszukiwania w internecie odpowiednich części (ten pomysł niestety skończył się tylko na planach:)).

Ja też mam czasami takie „kobiece” zapędy, ale staram gryźć się w język. Kiedy Chiquito mi bierze nowiutką szmatkę do luster i myje nią kibel, to i we mnie coś się buntuje i bardzo chce krzyczeć: „kochanie, źle, źle i jeszcze raz źle!”. Jednak radość z umytej toalety, której nie musiałam sama ani dotykać, na szczęście przeważa:).

Myślę, że tak dobrze rozumiem facetów mieszkających z tego typu „doskonałymi gospodyniami” (którzy są do sprzątania zmuszani, a następnie cały czas strofowani, aż trzasną szmatą o podłogę i każą babie samej robić, jak jest taka mądra), ponieważ i ja w dzieciństwie byłam zmuszana do „pomagania w domu”, ale na wszystkie prace domowe istniał tylko jeden właściwy czas, tempo i sposób, wpajany wszelakimi metodami przez mamę i babcię. Żadnego miejsca na własną inicjatywę: tak się robiło od lat, i tak się będzie robić teraz. W sobotę trzepie się dywany, kąty myje się pierwsze, a nie środek, i  broń boże nie zamiatać, bo kurz osiada na meblach! Niektóre kobiety przejmują te sposoby od swych matek i same wpajają je potem swoim córkom. Nie ja. Mnie ta polityka rodzinna tak skutecznie obrzydziła prace domowe, że teraz, będąc na swoim, cały czas się upajam „wolnością”. I robię rzeczy kiedy chcę i jak chcę. A jak ktoś to zrobi za mnie, choćby beznadziejnie – tym lepiej.

Poza tym w naszym obecnym wspólnym domu prace domowe nigdy nie są brane jako oczywistość. Kiedy jedno z nas coś zrobi, cokolwiek, choćby tylko wyrzuci śmieci albo kupi mleko – zawsze może liczyć na pochwałę od tego drugiego i uznanie w jego oczach:).

Ale jest jedna sytuacja, nie domowa, w której budzi się we mnie ta „stereotypowa kobieta”, która na widok faceta knocącego robotę zgrzyta zębami. Mianowicie w pracy. Bo fąfle kurzu w kątach, które Chiquito zostawił odkurzając, nikomu nie zaszkodzą. Natomiast źle umyty człowiek, czyli rezydent, zwłaszcza taki, który już sam nie potrafi wyrazić swych potrzeb, może nabawić się infekcji, odparzeń, podrażnień. A faceci niestety w tej pracy niespecjalnie się sprawdzają. Nie są dokładni, myją „po wierzchu”. Dlatego kiedy pracuję z facetem, nigdy nie pozwolę mu wziąc szmatki do ręki. On przewraca z boku na bok, trzyma – myję ja. I on się raczej nie pali do tego mycia, zadowolony z pomocniczej funkcji.

Dlatego jednak najlepszymi carerkami są dziewczyny. Coś jednak w nas jest takiego, być może macierzyńskiego, co pomaga. Plus ta pedanteria, która potrafi w domu piekło z życia zrobić (i samej zainteresowanej, i jej najbliższym), a jednak w tego typu pracy jest niezbędna.

Wierzę, że cechy płci są w niewielkim procencie wrodzone, że przede wszystkim są nauczone. Dlatego w każdym z nas jest większy lub mniejszy kawałek „stereotypowej kobiety” lub „stereotypowego mężczyzny”. Każdy z nas jest przede wszystkim indywidualnością, dopiero potem dziewczyną czy facetem. Powinniśmy mieć możliwość sami wybierać, ile cech tej „stereotypowej kobiety” czy „stereotypowego mężczyzny” chcemy uznać za własne, a ile odrzucimy.

Wierzę, że jeżeli  tylko zechcemy, tę możliwość mamy. 

środa, 22 października 2008
Praca w domu starców

W komentarzach do poprzedniego wpisu napisałyście, że podziwiacie mnie za wrażliwość, z którą podchodzę do tej pracy. Rzeczywiście, ja jestem osobą wrażliwą, aż nazbyt czasami. A w tego typu pracy niestety, jeśli człowiek chce zachować zdrowy dystans, wrażliwość jest raczej przeszkodą niż pomocą.

Tak naprawdę najlepszymi carerkami są doświadczone dziewczyny, które dały radę wyrobić w sobie pewną profesjonalną obojętność. Ludzi trzeba „robić” jednego po drugim, a czasu jest mało. Ważne jest doskonałe zorganizowanie się i nie przejmowanie, że ktoś tam chce do toalety albo jęczy z bólu, bo chce być przewrócony na drugi bok. Robisz kogoś innego, nie możesz sobie odejść i robić wszystkich naraz. Te dziewczyny od początku mi mówią: nie stresuj się tyle, nie przejmuj. Ja się stresuję i przejmuję, a potem psuje mi to moje wolne dni.

Ale ostatnio czuję, że już przejmuję się mniej. Staję się bardziej obojętna. Dla ludzi z zewnątrz może wydać się to okropne, ale to w sumie jedyna możliwość, jak tu przeżyć i nie dać się zwariować.

Wczoraj o 19.53 pani na wózku, która normalnie chodzi do łóżka z nocnym staffem, poprosiła nas, żebyśmy ją położyły. W siedem minut się nie wyrobię, a zostawać po 12 godzinowej zmianie nawet 10 minut nie mam zamiaru. Odmówiłam. Nie jest mi z tym dobrze, jest mi przykro. Następnym razem już pewnie nawet przykro nie będzie. Jeśli człowiek nie zadba tam o własne potrzeby, to się po prostu zajedzie. Ta praca uczy samolubstwa, nie wrażliwości. Zdrowego samolubstwa, bez tego się nie da.

Tak naprawdę mam serdecznie dość tej pracy i chcę odejść. Nie z powodu rezydentów, choć i oni potrafią nieźle dopiec, bo do nich się już przyzwyczaiłam, niektórych lubię, innych mi tylko żal. Ale z powodu managementu. Tak naprawdę codziennie chodzę permanentnie wkurzona. Ci ludzie nie mają pojęcia, jak bardzo praktyka różni się od pięknych gadek-szmatek z ich broszur i filmów szkoleniowych. Ostatnio kazali nam oszczędzać gumowe rękawice. I tak ich było za mało, a obcinają zamówienia. Szkoda gadać.

Oni właśnie od nas wymagają, za tę pensję minimalną co nam płacą, wrażliwości właśnie. Żebyśmy chodzili do rezydentów, rozmawiali, czytali im, brali ich na spacery. A potem jeszcze obcinają ilość personelu na piętrze, bo niby już się wdrożyliśmy i musimy być szybsi. Dają ci dokładnie tyle czasu, że żeby się wyrobić, musisz jechać z ludźmi jak na taśmie. Ledwo masz czas na własną przerwę. I w tym momencie na pewno jej nie poświęcisz na realizację swego planu „personal best”, tego „czegoś  więcej”, którego wymagają mądrzy ludzie z managementu.

Tak, rezydenci są strasznie samotni. Bardzo mi ich żal, i choć to jest prywatny, „dobry” nursing home, każdy ma osobny pokój i tak dalej, niech mnie ręka boska broni przed umieraniem w takim miejscu. Jest tu np. taka Lily, która cały czas chce iść do domu. Jak ET, ale jej dom już nie istnieje. Lily ma szczęście, bo rodzina ją odwiedza, wielu tego szczęścia nie ma. Ale do domu nikt jej nie zabierze. I po ich wyjściu Lily znowu naciska dzwonek, bo chce żebyśmy ją stąd wyprowadziły, puściły do domu.

Jest mi więc ich żal, i chętnie bym z taką Lily posiedziała, zabrała do ogrodu, poczytała gazetę. Ale nie ma na to czasu. A kiedy dochodzi fizyczne zmęczenie, to ani ochoty. I tak to wygląda w praktyce. 

 
1 , 2 , 3
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers