O podróżach dalekich i bliskich
czwartek, 01 listopada 2007
Zamiast znicza

Gdyby nie siostra, zupełnie bym zapomniała, że dziś Święto Zmarłych. Jak zwykle jestem bardzo, bardzo daleko od tego, co dzieje się w Polsce.

Ale jakimś dziwnym przypadkiem przeczytałam dziś jedno z opowiadań „Mojego pierwszego samobójstwa” Pilcha, poświęcone jego babci. Pochodząca z Wisły luteranka babka Pechowa to pozornie całkiem ktoś inny niż moja katolicka poniemczona babcia... ale od razu pomyślałam o niej, czytając ten tekst.

Babka Pechowa, w stroju śląskim (moja babcia mówiła „po chopsku”, choć sama już się tak nie ubierała), specjalistka od przygotowań pogrzebowych (czyli mycia zwłok póki są jeszcze ciepłe), z narzuconą na ramiona jaklą, z obsesją pracy, zbierania, chomikowania, nie wyrzucania niczego – to moja babcia i tak trochę każda śląska babcia. Babka Pechowa Jerzego Pilcha, która umierając broniła się śmierci, choć całe życie na nią czekała, zawsze ubrana na czarno, zwarta i gotowa, wypatrująca znaków z zaświatów.

Stukanie. Najczęściej w okno. Przeważnie nieboszczycy stukają w okno kuchenne. Starka Mary trzy wyraźne stuknięcia w szybę. Stryj Paweł – to samo. Starzyk Trzmielowski – sześć uderzeń, równo pół roku przed śmiercią. Majster Sztwiertnia – łoskot w sieni. Adam Czyż – łoskot na strychu. Jednooki pan Nikandy – znowu w szybę. Ksiądz Morowy – piorun nad cmentarzem. [...]

Powoli w chałupie nie będzie milimetra kwadratowego, coby jakiś nieboszczyk w niego nie klepnął. Całe szczęście, że komuna panuje i spokój jest, i żadnej zawieruchy nie ma, bo jakby wojna, zaraza albo trzęsienie ziemi, to nieboszczycy, co ich matka znała, samym kołataniem chałupę by zburzyli. Nawet dziecko, co umarło po paru dniach, dało radę po śmierci zegar zatrzymać.

Mojej babci też zmarło pierwsze dziecko, ale to nie ono przyszło zastukać. Zdarzyło się to wcześniej, kiedy jako szesnastoletnia dziewczyna była w Toszku „na służbie”. W rodzinnej wsi umarła wtedy jej mała (chyba czteroletnia) siostrzenica. Moja babcia Lena była z nią bardzo związana. Tej nocy ktoś delikatnie zastukał w okno kuchenne, a kiedy moja babcia z duszą na ramieniu podeszła bliżej, z hukiem spadł koc, który udawał zasłonę. Lena wskoczyła pod pierzynę i przez resztę nocy nie wychyliła ze strachu nosa. Następnego dnia dowiedziała się, że musi jechać na pogrzeb.

Kiedy umierała jej matka, dziewczyna nie miała wtedy jeszcze 20 lat, a wszyscy bracia byli na wojnie – w mundurach Wermachtu, jakżeby inaczej. Jeden z nich, Paul, leżał wtedy ranny w szpitalu wojskowym. Muter przyszła do niego w czasie krótkiej drzemki, pogładziła po ręce i wymówiła jego imię. Obudził się cały poruszony, a kiedy pielęgniarka przyniosła depeszę, nie musiał wcale jej czytać, by wiedzieć, co się stało.

Potem, wiele lat później zmarło mojej babci jej własne pierwsze dziecko. Ale nic nie wiem o nowym stukaniu. Wiem tylko, że dla mojej mamy babcia była kochającą, ale chłodną matką. Moja siostra sądzi, że strata tylu bliskich osób (także najukochańszego z braci, Johanna) w tak młodym wieku, plus raczej nieudane małżeństwo z rozsądku, doprowadziła do tego, że całe życie moja babcia nie była zdolna do wyrażania uczuć. W urodziny mojej mamy jeździła na wykopki, nigdy jej nie przytulała, nie pieściła. Kochała nas wszystkich przeogromnie, ale wyrażała to tylko czynem, ciężką pracą. Nigdy nie nauczyła się słów ani gestów miłości.

Pod koniec jej życia to my ją przytulałyśmy (ja sporadycznie – jak zawsze daleko) i pomagałyśmy jej godnie umrzeć – tak jak było to dla niej naturalne, w domu, w jej własnym łóżku. Dotykały ją tylko ręce najbliższych, niewierzące wnuczki trzy dni zmawiały różaniec, dotrzymałyśmy wszystkich rytuałów. Przygotowałyśmy ją do Przejścia, tak jak ona to wielokrotnie w przeszłości robiła. Ale rozpaczałyśmy inaczej niż ona. Wstrząśnięte jej martwym ciałem, pustą skorupką, która z niej została, nie miałyśmy żadnej wiary, która by nas mogła podeprzeć. I nie słyszałyśmy żadnego stukania.

Już 2 lata jej nie ma i coraz mniej o niej pamiętam. Już nawet mi się nie śni. Ale dziś jest dobry dzień by ją wspominać. [*]

20:31, la_polaquita , po czornu
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Wiadomość dnia
Wczoraj zastrzelił się w ogrodzie swojego domu najsłynniejszy czeski kompozytor popowy Karel Svoboda.

Nie żebym miała jakiś specjalny stosunek do niego czy jego muzyki, choć oczywiście chcąc nie chcąc znać ją muszę. Bo tutaj w Czechach wystarczy włączyć radio czy telewizję, żeby z dużym prawdopodobieństwem natrafić na jego piosenkę. Jeden przykład za wszystkie - pszczółka Maja. Tę melodię potrafi zanucić każdy Czech, Polak, Niemiec, a nawet Kolumbijczyk!

Od rana w pracy radio nie trąbi o niczym innym, tylko o samobójstwie Svobody. Czesi pytają dlaczego. I jak zwykle na takie pytania odpowiedzi są prościutkie. Podobno był chory i to dlatego. Podobno miał długi. Problemy rodzinne. Ogólnikowe frazy, którymi ludzie bardzo chętnie wyjaśniają sobie sprawy, których nie są w stanie zrozumieć. Tymczasem każde samobójstwo to tajemnica. Coś nie do pojęcia dla człowieka, który zajęty swymi małymi sprawami jeszcze nigdy nie znalazł się na egzystencjalnej krawędzi. Nawet kiedy samobójca zostawia list, często niewiele to wyjaśnia. Svoboda listu nie zostawił.

Ja nigdy aż tak blisko tej krawędzi nie byłam, ale potrafię sobie coś niecoś wyobrazić, bo kiedyś bardzo bliska mi osoba prawie to zrobiła. Na szczęście zamiast pogrążyć się w przepaści powoli zaczęła wracać do życia, a nawet nauczyła się nim cieszyć. Tym niemniej byłam nieudolnym i bezradnym świadkiem całego tego destrukcyjnego procesu i wiem, jak bardzo człowiek musi być zdesperowany, jak bardzo na dnie, żeby sięgnąć po środek ostateczny. Po kolei skreśla wszystko, co łączy go z życiem, skreśla każdą drobną nadzieję jako nieistotną i idzie dalej i głębiej, żeby w końcu wybrać śmierć jako straszliwie naturalny koniec całej tej mordęgi. Pamiętam jak dziś jej słowa, że droga do tej decyzji to długa i bolesna walka z każdym złudzeniem, z każdą nadzieją. Tak samo straszna jak droga powrotna.

Powodów jest zawsze dużo, wzajemnie się nakręcają i rosną jak w tobie jak rak. Kto wie, może Karel Svoboda miał też fizycznego raka i to był powód główny (pewnie dowiemy się już wieczorem, jak media ogłoszą wyniki sekcji zwłok). Ty niemniej samobójstwo, tak jak każda śmierć, zasługuje na głęboką żałobę (nie zewnętrzną lecz wewnętrzną) i szacunek, a nie na ucieczkę w banał.

16:52, la_polaquita , po czornu
Link Komentarze (3) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers