O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 18 września 2009
Kiedy przychodzi depresja...

...trzeba skupić się na małych rzeczach. Na małych zadaniach.

Nie myśleć o tych wszystkich książkach, które chciałabym napisać i przeczytać, kontaktach, które powinnam nawiązać, o satysfakcjonującej pracy, na którą nie mam pomysłu, o mieszkaniach, na które nas nie stać. Nie stawiać w głowie wielkich projektów, które nie wiadomo nawet jak zacząć. Skupić się na tu i teraz. Zaparzyć herbaty. Wyhaftować jednego małego kotka 2x2cm. Położyć się koło bawiącej się Fri i po prostu wdychać jej zapach. Wyjść na spacer. Napisać ten mały wpis.

09:10, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (14) »
czwartek, 10 września 2009
Beznadziejny dzień...

...zdarzył się we wtorek. Zgubiłam moje ukochane (i drogie) okulary przeciwsłoneczne ze specjalnymi szkłami dioptrycznymi, Fri znowu cierpiała (cierpiałyśmy obie) na bezsenność, rozbiło się wieczko od mojego ulubionego kubka, a na dokładkę popsuł się komputer. I wszystko to dałoby się jeszcze jakoś znieść, gdyby nie to, że Chiquito akurat wyjechał na szkolenie do Niemiec. Nie było komu pomarudzić. A ja tak czasem tego marudzenia potrzebuję.

Zastanawiam się, czy nie za dużo marudzę tu, na tym blogu, oraz ludziom w realu. Myślę, że pewne osoby, na których mi bardzo zależy, miały mnie już pod tym względem dość... Ja wiem, że Fri jest zdrowa, prześliczna, bezproblemowa i powinnam się tylko cieszyć. Ale na mnie to "powinnam" nie działa. Kiedy mam takie dni, chce mi się tylko płakać.

Miałam kiedyś, jeszcze przed porodem, iluzję o sobie, jaką to "mamą luzarą" nie będę. Ja tak mam, że wyśnię sobie taki obraz siebie, a potem widzę jak rzeczywistość jest inna, jak ja jestem inna, i frustracja się tylko nakręca. Ja wiem, że to jest pułapka psychologiczna i ciągle na nowo daję się w nią złapać.

Teraz mi przykro, że tyle się skarżę. Trudno, nie jestem luzacka. Problemy mnie przerastają. Ale zaciskam zęby i próbuję od nowa, bo macierzyństwo to niestety takie coś, w którym nikt mnie nie zastąpi. To jest ta siła, o której pisałam w poprzednim wpisie. Przychodzi nie wiadomo skąd, i człowiek bierze się w garść, i wstaje z tego łóżka o 12.00, 3.00, i 5.00 rano... Bo potrzebuje tego maleńka śliczna istotka, która niczego nie robi specjalnie, nie manipuluje, jak niektórzy lubią to nazywać, po prostu ogromnie pragnie spać, nie może, i bardzo potrzebuje pomocy. Mojej pomocy.

Przepraszam Was, że znowu marudzę.

 

PS. Na szczęście już wrócił  Chiquito. Wysłuchał moich skarg jednym uchem, bo śpieszył się do pracy, przytulił mocno, naprawił kompa i jako bonus rozbił miseczkę na olejek do masaży Fri.

Dobrze, że już jest. Wszystko wraca do normy:).

12:52, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (13) »
niedziela, 24 maja 2009
Jeszcze o matkach i córkach

Całą pierwszą połowę ciąży myślałam i miałam nadzieję, że w brzuchu rozwija mi się chłopczyk. Nie bardzo chciałam córki. Pochodzę z domu-babińca; może chciałam stworzyć rodzinę zupełnie inną, opartą na innych schematach i regułach? Bałam się chyba, że córka będzie dla mnie zbyt wielkim wyzwaniem. Że popełnię podobne błędy, jak moja mama, jak babcia, albo jeszcze inne, moje własne, z których biedna mała Fricholinka będzie się musiała długo zbierać w dorosłym życiu.

Ostatnio zbiegły mi się w czasie dość przygnębiająca lektura Insekta oraz osobista rozmowa z Akuszerką, która pytała m.in. o stosunek do matki (uważa ona bowiem z doświadczenia, że powinna coś wiedzieć o kobietach czy parach, którym pomaga przy porodzie). Moja relacja z mamą jest trochę skomplikowana, ale nie chciałabym się tu wdawać w szczegóły. Chyba właśnie to jest powodem moich obaw, bo jak być dobrą matką dla nowej istotki, kiedy się nie ma rozwiązanych problemów z własnymi rodzicami?

Akuszerka twierdzi, że dzieci szalenie zmieniają mamie i tacie perspektywę patrzenia na swoich rodziców. Pozwalają ich dużo lepiej zrozumieć, wybaczyć, pokochać od nowa. Pogodzić się z tym, co było złe i starać się w przeszłości szukać raczej pozytywów. Np. tego, że cokolwiek robili, nawet jeśli miało to marne konsekwencje, ich intencje były jak najlepsze. Zamiast w kategoriach błędów i winy, lepiej jest myśleć: zabłądzili, z niewiedzy zboczyli z dobrej drogi, pogubili się.

Ja i Chiquito też możemy się pogubić, z synkiem czy z córką, wszystko jedno. Trzeba być na to przygotowanym. Mam tylko nadzieję, że my będziemy choć troszkę mądrzejsi, że zdamy sobie sprawę z tego, że znajdujemy się na bezdrożach i że zawrócimy w porę.

Podobno nie można być szczęśliwą i spełnioną osobą, mając negatywny stosunek do własnych ojca i matki. Nawet w przypadku osób strasznie pokrzywdzonych przez los, bitych czy wykorzystywanych seksualnie w rodzinie, podczas terapii szuka się jakichkolwiek dobrych aspektów. Kiedy nie ma już niczego innego, tym pozytywem może być choćby to, że rodzice dali życie. A najczęściej jest po prostu tak, że dali tyle, ile sami dostali. A więc – i tacy rodzice dali wszystko, bo więcej nie mieli.

Bardzo chciałabym zacząć moją własną rodzinkę od nowa, bez starych obciążeń rodzinnych, ale tak się nie da. Chyba jedynym wyjściem jest dostrzec w przeszłości nie ciężar, a dobre dziedzictwo. Choć czasami trudno jest.

Akuszerka powiedziała też, że wpływ wychowawczy, podświadome przekazy itd. wcale nie muszą iść tylko z góry (od przodków ku nam), ale także z dołu. Moje dziecko może zmienić mój stosunek do matki, a nawet jej stosunek do swojej rodzicielki. Na lepsze. Starsi mogą się również uczyć od nas, jeśli tylko zechcą.

Oby tak się stało.

 

08:32, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (8) »
czwartek, 19 marca 2009
Bardzo osobiste przeżycie

Było tak: temat zszedł niespodziewanie na anioły, ascendenty i całą tę astrologię. Każdy z nas zajął jakiś front.

Anielica, coraz bardziej zacietrzewiona, zażarcie broniła swej wiary i najważniejszej życiowej pasji. Czuła się atakowana (pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz) i była zdenerwowana. Mówiła coraz szybciej i coraz mniej ją rozumiałam.

Ja też byłam zdenerwowana, tym bardziej, że nie umiałam się, k...a, porządnie wysłowić.  Zajmowałam, rzecz jasna, stanowisko wręcz przeciwne. Wychodziła ze mnie totalna ateistka i sceptyczka, wręcz materialistka zestrachana z wszystkiego co ciemne i ponadnaturalne. Co ciekawe, normalnie wcale taki radykał nie jestem i sama jestem przekonana, że istnieje jakaś transcendentna strona świata.

Chiquito był w moim teamie (choć raz), ale zachowywał się dość niepoważnie. Zadawał pytania w typie: "czy aniołów jest skończona liczba?" i "jak się rozmnażają?". Usiłował żartować i rozładowywać coraz bardziej napiętą atmosferę.

Frugor spokojnie, naukowo i rzeczowo tłumaczył mi punkt widzenia swej dziewczyny. Przedstawiał się tym samym jako osoba, która tak całkiem w to nie wierzy, ale widzi w tym wiele sensu.

Luquita jak zwykle sprzątała.

Papa wtrącił parę anegdotek w stylu "zdrowego chłopskiego rozumu", ale ogólnie mało się odzywał.

Potem musieliśmy już jechać na zakupy i spotkanie z Droopym. 

Całą drogę w taksówce byłam jeszcze podenerwowana i przejmowałam się, że uraziłam Anielicę. Dziewczyna jest chyba bardzo przeczulona na punkcie swych wierzeń. Wygląda na to, że jest to dla niej sprawa najwyższej, życiowej wagi. Jak zwykle w takiej sytuacji chciałam bić głową o szybę samochodu - uraziłam, byłam zbyt ostra, niepotrzebnie atakowałam, a nawet bezczelnie powiedziałam, że skoro jako psycholog robi swym klientom horoskopy, dla mnie jest to niepoważne i nieprofesjonalne. 

Staliśmy na światłach, kiedy nagle jakbym znalazła się w Londynie, w skromnym gabinecie Czarownika z oknem wychodzącym na dziwną rzeźbę skwerową, w kształcie niebieskiego koła. Usłyszałam nagle w głowie głos (a był to mój głos):

  • przestań brać odpowiedzialność za uczucia innych!
  • ich uczucia wcale nie muszą wypływać z tego co zrobiłaś lub powiedziałaś i mogą być zupełnie inne, niż ty myślisz, że są
  • to, co ona czuje, to nie jest twój problem!
  • między tobą a nią jest granica, wystarczy otworzyć oczy i ją zobaczysz
  • to, co powiedziałaś, to jesteś ty, stój za swoją opinią i nie wstydź się za siebie
  • twoje zdanie jest ważne, bo jest twoje, kiedy je wypowiadasz, wyrażasz siebie
  • pokazałaś im wreszcie ciebie prawdziwą, ich sprawa, czy to zaakceptują, czy nie.
  • nie każdy musi cię lubić!

I jeszcze raz: jej uczucia to nie jest twój problem!

To było jak rażenie piorunem. Oświecenie. Epifania. Zaczęłam płakać i śmiać się ze szczęścia. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Chiquito myślał, że przeżywam załamanie nerwowe i długo mi trwało, niż przez łzy mu wyjaśniłam, że wręcz odwrotnie. Maszerowaliśmy po ulicach Bogoty, a ja nie wiedziałam nawet gdzie jestem i co tam robię. Jakby mnie nie trzymał za rękę spokojnie mogłabym wpaść pod samochód albo rąbnąć głową w latarnię. Uczucie kompletnej wolności było oszałamiające. Jakbym nagle przełamała mur, o którym sądziłam, że jest absolutną granicą mojego świata. Wyszłam z zaklętego lochu wiecznego poczucia winy i nabrałam wreszcie w płuca czystego, górskiego powietrza. 

Pokazałam im kim jestem. Zerwałam maskę. Co oni z tym zrobią, to ich sprawa, która wypływa z ich własnej, obcej mi psychiki, ich własnych doświadczeń i zależności. Moje słowa są moje, ważne, prawdziwe. I dopóki są wypowiadane z dobrą intencją (wyrażenia siebie, a nie np. celowego zranienia kogoś), nie będę ich żałować. Nie będę!

Chciało mi się tańczyć i czułam się jak ptak, albo alpinista stojący nad przepaścią, kiedy łapie go zawrót głowy. Chiquito niewiele z tego rozumiał, ale przytulał mnie i cieszył się wraz ze mną.

Potem dość szybko wróciłam niestety za ten mój mur starego sposobu myślenia. Ale wybity otwór pozostał i mam nadzieję, że będę przez niego przechodzić na drugą stronę coraz częściej.

Są osoby (łącznie z Chiquitem), które mi zarzucają (albo ja myślę, że oni myślą... hmm...), iż pewne teorie psychologiczne zastąpiły mi religię, którą dawno temu straciłam. Lubię mówić, że nie wierzę w Boga, ale wierzę w człowieka, w jego moc bycia dobrym, zintegrowanym, otwartym i szczęśliwym. Te teorie są dla mnie kluczem do tego szczęścia, użytecznym wzorem, który nakładam na świat i dzięki temu lepiej go rozumiem.  Mam nadzieję, że nigdy nie staną się dla mnie dogmatem w sensie religijnym, który przysłoni mi inne możliwości, powiązania, wyjaśnienia. Choć czasem mogę robić takie wrażenie.

Mam za sobą półroczne doświadczenie terapii Gestalt. Lubię sobie wyobrażać, że przychodziłam do Czarownika, tak jak pierwotni ludzie, którzy chcieli rady wyroczni lub mędrca. On zadawał im/mi zagadkę. Odpowiadając na nią, oni, tak jak ja, rozbijali mur.

To, co za murem, może oszołomić i wystraszyć swym ogromem i przerażającą wolnością, i człowiek wraca wtedy do bezpiecznego, bo znanego, zaczarowanego kręgu starych schematów myślowych. Ale ja wierzę głęboko, że raz zakosztowawszy wolności, zawsze będzie chciał wrócić na drugą, nieznaną stronę. Ja chcę.

15:28, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Zdjęcie

W dawnym pokoju Chiquita w Kolumbii, w którym spaliśmy i który był przez tych 6 pamiętnych tygodni "naszym" pokojem, stoi na półce zdjęcie. Zrobiła je ładnych parę lat temu fotografka Zuzanna. Dziewczyna, z którą Chiquito zerwał, żeby rozpocząć swoją wielką przygodę ze mną, swoją nie-idealną Polaquitą.

To zdjęcie to podwójny portret. Po lewej stronie, na tle białej ściany budynku, widzimy twarz Pedra. Pedro el Desaparecido, jak w piosence Manu Chao, ten, który pojawia się i znika. Ma zadumany wyraz, spuszczone oczy. Patrzy w głąb siebie. Jego zewnętrzny świat jest jasny, ciemność jest w nim samym.

Po prawej stronie, na czarnym zacienionym tle stoi Chiquito. Ma jeszcze długie włosy, związane z tyłu. Patrzy przed siebie, w przyszłość. Białe światło pada na część  jego twarzy. Ciemność została daleko za nim. Spogląda śmiało, bez strachu, z lekko przymrużonymi oczyma. Jest praktyczny, ocenia, kalkuluje, jaka droga jest najlepsza dla niego i jego bliskich. 

Tak naprawdę Chiquito zawsze miał w sobie wiele z marzyciela i idealisty. Ale z biegiem lat Wielki Realista coraz bardziej przytłacza tamtych dwóch.  Tacy już jesteśmy my, Kolumbijczycy (hmm, oprócz Pedra...) - mówi Chiquito. To, co rozpocząłeś, trzeba dokończyć. Raz wybierzesz i musisz się tego trzymać. 

Dlatego zamiast niepewnego zawodu dokumentarysty  czy dziennikarza wybrał stojącą obiema nogami na ziemi technikę. Jeszcze dwa lata temu przeglądał warunki przyjęcia na hispanistykę na Uniwersytecie Karola i nawet poszedł na dni otwartych drzwi. Dziś już o tym nawet nie wspomina. Możliwości po kolei odpadają od pnia jego życia jak suche gałązki.

Feministki i nie tylko mówią wiele o ucisku kobiety, o tłumieniu naszych możliwości. Ja sądzę, że nasza kultura niewiele lepiej poczyna sobie z mężczyznami. Tylko tego tak bardzo na zewnątrz nie widać, bardziej w statystykach o chorobach wieńcowych i nadciśnieniu. Ciężar odpowiedzialności za sytuację materialną przyszłej rodziny zostaje nałożony na ich barki bardzo wcześnie i wpływa na wiele znaczących wyborów życiowych. Sukces mierzy ich wartość we własnych oczach.

Do Kolumbii Chiquito jechał z mocnym zamiarem nakręcenia filmu dokumentalnego o przeszłości własnej rodziny. Takiego prywatnego, nie na pokaz, tylko dla naszych dzieci. Okazało się, że ludzie nie chcą mówić. Nie chcą wspominać, odgrzebywać starych spraw. To, co dla nas jest fascynującą historią, dla nich jest ciągle jeszcze jak świeży grób. Nie wolno odkopywać umarłych.

Powstały tylko dwie godziny nagrania z jedną tylko osobą. I ta osoba na drugi dzień po fakcie zadzwoniła do Chiquita z prośbą o zmazanie filmu.

Kiedy nie mogę zasnąć lubię się do niego przytulić. Pomaga mi to wyciszyć myśli. Jest spocony i bardzo gorący, jak dziecko z temperaturą. Czasem mi się wydaje, że znam go lepiej, niż on sam siebie. Kiedy indziej znowu jest dla mnie zagadką, nie do rozwiązania. W przeciwieństwie do mnie on nie lubi analizować siebie i innych, woli nie zaglądać zbyt głęboko do lustra. Więc ja wymyślam sobie na niego teorie (jak teraz), wydaje mi się, że wiem lepiej od niego, co jest w nim głęboko ukryte. Chciałabym go zmusić, żeby w sobie pogrzebał, ale on się opiera. Też nie chce odgrzebywać trupów.

Jest mi smutno, bo chyba tak naprawdę wcale go nie znam. Wszystko, co mam to zdjęcia, obrazy. Image, wizerunek, jungowska persona. Mogę sobie z nich dedukować, co tylko zechcę, ale zawsze to będzie tylko moja prawda. 

Kiedyś go bardzo idealizowałam. Potem przeżywałam powolne rozczarowywanie się. Teraz chciałabym go POZNAĆ. Jego prawdziwego. By móc kochać, tak jak dawniej. Lepiej niż dawniej.

18:42, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 02 lutego 2009
Możliwości

Bodajże u Ericha Fromma wyczytałam kiedyś, że im jesteśmy starsi, tym bardziej zawężają się nasze życiowe możliwości. Jesteśmy coraz bardziej określeni, coraz rzadziej stajemy na rozdrożu i zastanawiamy się, którą ścieżkę wybrać. Mapa naszych dróg zawęża się. Najpierw zawód; człowiek jak już raz go zdobędzie, to się go najczęściej trzyma, specjalizuje, nie rzuca się na głęboką wodę i nie zaczyna wszystkiego od początku. Potem partner, dzieci, miejsce zamieszkania. Człowiek osiada na jednym miejscu, kupuje wypasioną plazmę i bibeloty na komodę, i już ma coraz mniejszą ochotę na szalony rok w Australii. Decyzje są już podjęte i choć nie zawsze właściwe, łatwiej jest się ich trzymać niż zmieniać wszystko od podstaw. A kiedy przychodzi starość, choroby, zawęża się nawet krąg zainteresowań, gasną już nawet marzenia.

Od jakiegoś tygodnia wiem, że Fasolka to dziewczynka. Tak mi się jakoś smutno po tej wiadomości zrobiło, aż Chiquito myślał, że jestem rozczarowana, bo chciałam chłopca. Nie, bynajmniej nie byłam rozczarowana. Myślę, że podobna melancholia by mnie ogarnęła, jakby mi powiedziano, że będzie synek.  Po prostu czuję, że coś bardzo ważnego w jej młodziutkim życiu już zostało określone, zdefiniowane, zamknięte. A to dopiero początek tego nieodwracalnego procesu.

Ten proces to chyba nic złego, to naturalna kolej rzeczy. Problem jest raczej we mnie, bo ja zawsze panicznie bałam się tego zawężenia możliwości. Już podejmując pracę myślę o dniu, w którym z niej ucieknę. Wynajmując mieszkanie marzę, że za rok już będę gdzie indziej. A jednocześnie bardzo cierpię z powodu tego "nieokreślenia". Bo ludzie pytają i chcą jasnych odpowiedzi. Pytają: jak zarabiasz na życie?, to gdzie w końcu mieszkasz?, kim jesteś?.

Robię to i owo, mieszkam tu i tam, szukam siebie i chyba nigdy nie znajdę - to nie są zbyt właściwe odpowiedzi w tzw. towarzystwie.

W takim oto nastroju melancholijnym jestem ostatnio. Ale nie, nie jest mi smutno.

Jest mi po prostu cicho.

17:22, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (15) »
środa, 31 grudnia 2008
Stary rok, nowy rok, stare życie, nowe życie

Wszyscy dziś walą na blogi podsumowania roku, to ja też. A co.

To był dziwny rok. Pełen przeprowadzek, pełen zmian, pełen rozmaitych, czasem aż nazbyt silnych, emocji.

Na początku było mi bardzo bardzo źle. Wyjechałam daleko od Chiquita, bo mi się wydawało, że za bardzo jestem od niego uzależniona. Chciałam przygód i chciałam o nich pisać. Odkryłam, że podróż to nie jest magiczny klucz do pozytywnych zmian. Można przemieszczać się w przestrzeni, ale jak się jest samemu zamkniętym w sobie na cztery spusty, to nic się nie zobaczy, nikogo nie pozna, niczego nie dowie, i jeszcze bardziej znienawidzi tego swego jedynego towarzysza podróży, tego zastrachanego "ja", który jest mistrzem we wznoszeniu murów.

Dopiero po powrocie ze Szkocji odkryłam, że jedyna droga do zmian, to te mury kruszyć. Po kawałku, po jednej cegle. I nie trzeba do tego jechać na koniec świata, można całe życie nie ruszać tyłka ze swojego miasta.

Pojawiła się nowa, lepsza relacja z Siostrą. Pojawiła się też nowa przyjaźń. Przyszło do mnie pewnego dnia mailem słowo: "pisz". Była wiosna w Pradze, a ja przestałam czegokolwiek oczekiwać i mieć jakiekolwiek ambicje ("przecież za chwilę znowu wyjeżdżam, nie opłaca się"), i po raz pierwszy od lat było mi naprawdę dobrze. Chodziłam po lesie i fotografowałam przyblokowy rzepak. Słowa nagle same zaczęły ze mnie wypływać.

Potem chodziłam już po polach i lasach Essexu, i już nie było tak dobrze, bo znowu pojawiło się to upierdliwe pytanie: "co ja mam ze sobą zrobić?". Z braku lepszych pomysłów znalazłam pracę. Pierwszą lepszą, jaka się nawinęła. Zobaczyłam wiele cierpienia i zobaczyłam starość. Nauczyłam się, jak robić "to, co trzeba", by w tym cierpeniu ulżyć, i jak samemu jednocześnie nie zwariować. 

Zaczęłam terapię, która okazała się być największą podróżą, jaką do tej pory odbyłam. Podróżą bez ruszania się z krzesła. Najdalej jak się da - do wnętrza samej siebie.

A Chiquito się zdecydował. Pytałam go za Sheryl Crow: Are you strong enough to be my man? Nie słowami, ale czynem, odpowiedział, że tak. 

Pod sercem noszę teraz jego dziecko. Nie ma jeszcze imienia innego niż "Fasolka", nie znamy jego płci. Nic o nim nie wiemy, jest wielką Tajemnicą. Czy będzie "małym naukowcem" jak sobie wyobrażam, który z wypiekami na twarzy będzie mnie ciągnął za rękaw do piwnicy, by pokazać swój nowy "wynalazek"? A może będzie małą cichą dziewczynką z ogromną wyobraźnią, jak ja kiedyś? A może lekko rozpieszczoną królewną tatusia, a może małym sportowcem, co uwielbia grę w piłkę? Czy będziemy razem piekli pierniczki, jeździli w góry i do dziadków w Kolumbii, w jakim języku będzie nasze dziecko mówiło najlepiej?

- Psst, to wszystko tajemnica - uśmiecha się w głębinach mojego brzucha Fasolka. Nie bądźcie tacy ciekawscy. Zobaczycie.

Nowy rok przynosi kolejne zmiany. Żegnamy się z Londynem i Anglią, credit crunch nie wybiera. Padło na Chiquita, trzeba pakować manatki (a dużo ich, oj dużo) i wracać na stare śmieci. Mosty na szczęście nie spalone, nasze maleńkie mieszkanko na obrzeżach Pragi bardzo lubię, no i są w tym mieście ludzie, których nie boję się nazwać przyjaciółmi. A i do Zabrza rzut beretem, do cioci i wujka Dziubdziubów, o których wiem, że już teraz bardzo kochają Fasolkę.

Zapytałam kiedyś Czarownika, czy kiedyś skończy mi się to miotanie, ta wieczna walka z samą sobą? Czy wreszcie będę kiedyś spokojna, pewna swego, otwarta na ludzi i pozbawiona strachu? Zacytował mi zdaje się Simone de Beauvoir, która powiedziała: "urodziłam się z krzykiem i umrzeć też chcę z krzykiem". Ten krzyk, ten ból, to życie. Walczę, więc jestem.

Nigdy nie będzie niebiańskiego spokoju. Dowodem na to Kolumbia, gdzie znowu każdego dnia muszę z uporem i w porodowych bólach robić dziury w murze, jaki sama sobie wzniosłam wokół mojej inności.

I jest jeszcze mój projekt. Zaczęty na tym blogu, niedokończony. Mój syndrom ucieczki. Moi przodkowie, którym wreszcie odważyłam się spojrzeć twarzą w twarz, choćby tylko bezpiecznie, z daleka. Ale teraz, żeby pisać dalej, muszę spotkać się z tymi żyjącymi, z którymi dawno temu zerwałam kontakt, i poprosić ich o opowieści. Bo sama już nic więcej nie pamiętam. Mam nadzieję, że starczy mi na to odwagi i pasji. Czarownik twierdzi, że mam ich w sobie całe pokłady. Muszę tylko sama nareszcie je w sobie zobaczyć.

Życzę sobie i Wam w nadchodzącym dziś Nowym Roku: więcej zmian, oraz odwagi, by się na nie otworzyć. A jeśli ich nie potrzebujecie, bo już czujecie się szczęśliwi: oby to szczęście nigdy Wam się nie zagubiło w codzienności, ale zawsze było zauważane i doceniane.

A jeśli przypadkiem bywa wam czasem źle, walczcie o samych siebie do upadłego. Naprawdę warto.

Uświadomiłam sobie niedawno, że chyba już naprawdę nie wierzę w Boga. Ale za to wierzę w Człowieka. Bardzo, bardzo mocno.

16:00, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 17 listopada 2008
Moja Fasolka

No muszę się tym zdjęciem z Wami podzielić, bo inaczej nie wytrzymam!

frijolito

Noszę je zresztą przy sobie i pokazuję każdemu, kto tylko wyrazi choć małe zainteresowanie:) Tak bardzo jestem dumna, bo teraz to 100% dowód na to, że nasza Fasolka naprawdę istnieje, nie jest snem ani moim urojeniem. Aż łzy mi pociekły ciurkiem do ucha, kiedy ją ujrzałam na ekranie w zeszły piątek. 

Bo jednak, choć zdaję sobie sprawę, że to niezbyt normalne, to ja do tego momentu jakoś nie do końca wierzyłam, że naprawdę Fasolka istnieje. Różnego rodzaju paranoje, że zamiast dziecka w brzuchu mi siedzi jakieś mniej lub bardziej poważne choróbsko, po prostu nie chciały mnie opuścić. 

Czarownik powiedział, że dla niego to symbol wszystkich moich problemów, które można wyrazić jednym zdaniem: "Nie wierzę, że coś we mnie jest". I ta niewiara dotyczy widoczenie wszystkiego, co we mnie twórcze, łącznie z możliwością bycia mamą.

Ale to USG w ten piątek było niesamowite przeżycie. Fasolka to już mały człowieczek! Macha nóżkami, wierci się ile wlezie w ciepłej wodze mojego brzucha, pociera sobie rączkami twarzyczkę. Było bardzo wyraźnie widać, jak się rusza. Wygląda trochę jak duża mrówka! Ale przede wszystkim rozwija się zdrowo i ma prawie siedem centymetrów. 

No i - istnieje! 

13:40, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (22) »
wtorek, 11 listopada 2008
Refleksje blogerki

Ostatnio jest na topie łańcuszek czytelniczy, a ja sobie właśnie przypomniałam, że już jakiś spory czas temu wyzwała ShyJa do udziału w innym, wymyślonym przez Brasil, i też bardzo ciekawym. Nadrabiam więc zaległości:)

Trzeba się mianowicie zastanowić nad własnym blogowaniem. A konkretnie napisać:

1.czy to pierwszy blog

2.jak długo go prowadzisz

3.dlaczego zaczęłaś/-łeś

4.co ci blog daje i czym dla ciebie jest

Na końcu trzeba polecić 5 blogów.

Ciekawe to jest, bo myślę nad tym już od kilku dni, a odpowiedzi wcale nie są takie jednoznaczne, jak by się mogło wydawać.

Pamięć jest wybiórcza. To nie jest mój pierwszy blog, zaczynałam na onecie, ale teraz sobie nie mogę właściwie przypomnieć, co mnie k tomu wiodło. Z tym pierwszym blogiem raczej męczyłam się, niż go pisałam. Zaglądało bardzo niewiele osób, większość postów szła w próżnię, co oczywiście nie dawało mi inspiracji do pisania następnych. Poza tym nie mogłam sama dla siebie jakoś ustalić, czym to miejsce ma być, o czym chcę tam pisać.

Nie miałam na ten blog pomysłu, a czułam, że pomysł to podstawa w blogowaniu. Blog musi być pewnym projektem, choćby był to projekt podświadomy. Coś go musi łączyć w całość. Sądziłam, że musi to być tematyka i cierpiałam, że ja piszę o gruszce i o pietruszce. Dopiero, kiedy przeniosłam się na blox (grudzień 2006), a i to nie od razu, ale dopiero po roku prowadzenia, kiedy poodkrywałam inne fantastyczne blogi, które niekoniecznie miały jeden temat, i kiedy ludzie zaczęli zaglądać i interesować się trochę, wtedy dopiero pojęłam, że tę gruszkę i pietruszkę owszem musi coś łączyć - ale powinna być to po prostu osobowość autora. I że to wystarczy.

Przedtem jednak zaliczyłam jeszcze niezbyt udany wyjazd do Glasgow, kiedy to chciałam prowadzić bloga podróżniczego. Nie wyszło. W rezultacie zawiesiłam całą sprawę na przełomie roku 2007/2008. Moje życie składało się wtedy tylko z pracy w hotelu i popołudniowego gapienia się na filmy na kompie. Dół jak cała kotlina. Zero przemyśleń, zero chęci na przemyślenia.

Ale po powrocie do Pragi, w marcu tego roku, nagle tama pękła. Nie wiem, co się stało, chyba przestałam się wysilać, przestałam bać się o anonimowość, i nie spać po nocach wymyślając, jakim to projektem mój blog ma być. Zaczęłam po prostu pisać. Szczerze, o różnych głupotkach, które mnie męczyły, o snach, fantasmagoriach różnych, czasem o krajach, w których przyszło mi żyć, potem o mojej rodzinie. I nagle się okazało, że ludzie chcą to czytać. Że Wy chcecie to czytać! Dla mnie to nadal cud i ogromnie Wam dziękuję.

Blog to dla mnie niesamowite miejsce, dał mi ogromnie dużo pewności siebie, jeśli chodzi o pisanie. Po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że to, co piszę, może kogoś zainspirować, coś mu dać. Jest więc moim miejscem, gdzie mogę być twórcza. A to dla mnie bardzo ważne.

Jest też miejscem, gdzie poznaję Was, i to też jest niesamowite. Wasze blogi rozszerzają mi horyzonty, są moją gazetą codzienną. Dzięki temu np. wyjeżdżając do Anglii nie czułam, że tu nikogo nie znam. Przecież w Londynie mieszka Mala_Mi, ShyJa, Chihiro! Tak jakby bardziej swojsko od razu się robi, tym bardziej, że z Chihiro poznałam się w realu, z czego do dziś ogromnie się cieszę.

Przełamałam się też i wreszcie podałam adres tego bloga mojej siostrze i paru znajomym. Znajome się nie ujawniły i w sumie nie wiem, czy zaglądają, ale siostra tak, pod nickiem Dziubdziubica, i nagle blog stał się też narzędziem do porozumiewania się z rodzinką. Podobno nawet szwagier od czasu do czasu czyta:). A czasem komentarze zastępują nam szczerą rozmowę przy piwie czy na skypie, czasem jest nawet jeszcze bardziej intymnie.

Dobra, starczy tego dobrego:) Teraz typuję Was, żebyście też napisali o swoim blogowaniu:

Chciałabym poprosić Pyzę. Pyza była jedną z pierwszych, którzy zaczęli w miarę regularnie zaglądać do mnie i m.in. dzięki jej blogowi, który mnie zainspirował, zaczęłam pisać więcej, częściej i z przyjemnością.

Poprosiłabym również Ciebie, Chiaro, ale wiem, że nie lubisz łańcuszków i w sumie sporo już o swoim blogowaniu napisałaś, kiedy twój blog skończył 4 lata. Ale jeśli chciałabyś jeszcze do tego coś dodać, będzie mi bardzo miło.

Agradabla. Agradablę najpierw poznałam w Pradze, na polskiej wigilii, zdaje się że w roku 2005. Potem odkryłam, że pisze blog, potem ona odkryła mój, i tak powolutku, po cichutku, zbliżałyśmy się do siebie. Następnie ona wysłała mi pewien mail, który wiele zmienił, potem się spotkałyśmy. Jestem bardzo ciekawa Twoich odpowiedzi na te pytania!

Galapagos ma niezwykły talent pisania o tej piękniejszej, dobrej stronie rzeczywistości i ludzi. Wszystko zaprawione ogromną dawką nostalgii za Kubą. Co sprawiło, że zaczęłaś pisać, Galapagos?

Chihiro pisze o sztuce, podróżach, książkach, codzienności. Daje na blogu wyraz swoim rozległym zainteresowaniom. To jej subiektywne spojrzenie na świat, niezwykle inspirujące. Jestem bardzo ciekawa Twoich refleksji!

Tierralatina. Ponieważ Twój blog jest tematyczny i nie odsłaniasz się na nim za często (choć ostatnio to zrobiłeś w łańcuszku czytelniczym:)), to bardzo chętnie poczytałabym parę twych zwierzeń czy refleksji o Twoim blogowaniu. Mam nadzieję, że się przyłączysz:)

14:03, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (19) »
wtorek, 04 listopada 2008
Co Was wzrusza?

Arina Prochorowna zostawiła mi w komentarzu link to klipu Grzegorza z Ciechowa A gdzież moje kare konie z płyty Oj Da Da Na. Nigdy wcześniej go nie widziałam i poryczałam się oczywiście na sto dwa.

Mówią, że w ciąży hormony szaleją i dlatego kobieta staje się bardzo emocjonalna. Może. Ale ja tak mam zawsze, ciąża nie ciąża – strasznie łatwo się wzruszam. To takie tanie wzruszenie, mija za kilka chwil. Wystarczy reklama w radiu o wodzie pitnej w Afryce, a mnie już ściska w gardle, a oczy wilgotnieją. Najczęściej staram się takie stany skrywać, udaję, że mi coś wpadło do oka.

Zadziwiające jest jednak, jak bardzo wzruszenie jest indywidualne. Chiquito też potrafi uronić łezkę podczas oglądania filmu, ale nad zupełnie innymi rzeczami niż ja. Mnie przede wszystkim rozkładają na łopatki sceny (nierzadko kiczowatej) rodzinnej idylli, albo dobroci okazywanej w najmniej spodziewanych momentach, ludzkiej solidarności, przejawy serca, kiedy wali się świat i teoretycznie nie ma w nim na żadne ludzkie odruchy miejsca.

Nie rusza mnie, kiedy ktoś umiera. Ale jak w jego samotności ktoś przyjdzie go pocieszyć, ledwo widzę na oczy przez łzy.

Kiedyś rozmawiałam z rodzicami Chiquita i powiedziałam im, jak bardzo piękne jest to, że ciągle trzymają się oni za ręce, że po tylu latach małżeństwa widać w nich tyle wzajemnej czułości i miłości. I mówiąc to od razu kurcze woda w oczach i łamiący się głos, okropnie się potem wstydziłam.

Powiedziałam o tym niedawno Czarownikowi. I o tym, że podczas pierwszego pobytu w Bogocie często czułam się dziwnie, obco. Paradoks - otoczona tak serdecznymi ludźmi, a ogarniał mnie smutek i deprecha. Czułam się bardzo bardzo inna i chciałam uciec jak najdalej.

Czarownik powiedział coś bardzo mądrego: że to poczucie straty. Nieuświadomione, we mnie. Ci ludzie mają coś, czego ja nigdy nie miałam.

Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam, ale ma to sens. Czy dlatego widząc reklamę, na której szczęśliwa rodzina na tle chodzi razem po górach i szczerzy wybielone zęby do kamery ściska mnie w gadle tak, że prawie nie mogę oddychać? Czy dlatego, że mnie nikt w góry nie zabierał? Że żaden tata nie nosił mnie na barana i nie uczył grać w piłkę? Przedziwne.

Przedwczoraj bardzo rozłożyli na łopatki rezydenci. Dziewczyna z którą pracowałam przyszła do pracy z grypą. Naprawdę się wzruszyłam, widząc, jak się o nią martwią. Jack chciał nawet mówić z manadżerką, żeby wysłano P. do domu. A kiedy Doreen dała jej tabletki strepsils musiałam szybko udawać, że mi coś wpadło do oka. Takie babcino-dziadkowe ciepło ogrzało mi serce.

Wygląda na to, że uczucie wzruszenia jest bardzo bardzo osobiste. Chiquito np. miał mokre oczy na filmie Radio, o lekko opóźnionym czarnym chłopcu, który staje się maskotką szkolnej reprezentacji futbolu amerykańskiego. Raczej kiepski film, na którym się dość wynudziłam, a na pewno nie wzruszyłam. Ostatnio oglądaliśmy razem klasykę z warsztatu Spielberga Batteries not included. Film się jeszcze na dobre nie rozpoczął, a mnie już sama jego naiwna i słodka idea, że ludziom, o których nikt nie dba, dosłownie spadają z nieba małe kosmiczne robociki i pomagają, łzy leciały ciurkiem. A Chiquito się za to wzruszał postacią byłego czarnego boksera, który żyje zapomniany i samotny, mówi tylko hasłami z reklam i swymi grubymi paluchami naprawia maleńskiego robota z kosmosu. Czemu akurat ta postać? Czy z jakiegoś powodu Chiquito utożsamia się z ludźmi odrzuconymi, uznanymi za głupich i niepotrzebnych? Czy dlatego ma mokre oczy przy takich akurat scenach?

Kiedyś pytałam, czego się baliście jako dzieci. Dziś chciałabym Was spytać, co Was wzrusza? Nad jaką książką, sceną filmową czy życiową zdarza się Wasm uronić łezkę? Nie mam na myśli płaczu, kiedy jest Wam po prostu źle. Ale właśnie to chwilowe uczucie ściskania w gardle, kiedy jakaś scena, dzieło sztuki albo zachowanie innego człowieka dotyka Was głęboko w samym środku.

19:03, la_polaquita , inside out
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers