O podróżach dalekich i bliskich
niedziela, 21 czerwca 2009
Martwimy się

Pisałam już kiedyś o dziadku Chiquita (m.in. tu), naczelniku rodu, człowieku na pewno wyjątkowym, z którego już za życia rodzina zrobiła legendę.

Abuelito ma 78 lat i ciągle jest aktywny. Ale nie tak, jak ja sobie wyobrażam idealną emeryturę - bezstresowo czytać, lub pisać książki, lub malować, lub podróżować... Abuelo jak wielu ludzi, którzy własnymi siłami wyszli z biedy, jest w pewnym sensie przekonany, że wszelka aktywność musi przynosić pieniądze. I dlatego do dziś pracuje, inwestuje, ostatnio walczy w sądzie o jakieś dawne sprawy, i... stresuje się.

No, właściwie nie do dziś. Kilka dni temu dzwonili rodzice Chiquita, by zawiadomić nas, że Abuelo miał kolejny (po 10 latach) zawał. Został wcześnie przewieziony do szpitala i już jest stabilny, choć bardzo słaby. Zdaje się, że jutro zwalniają go do domu.

Zastanawiam się ostatnimi dniami, czy Fricholinka będzie miała jeszcze szansę poznać Abuelita. Swego pradziadka. Czy urośnie na tyle, by go dobrze pamiętać. Nie legendę o nim, nie rodzinną idealizację, ale osobę. Charyzmatycznego człowieka, który jak większość takich, wcale nie jest idealny.

Abuelito ma obsesję kontroli. Nie potrafi zwolnić tempa. Chce do końca trzymać rękę na pulsie, zawsze pomagać dzieciom i wnukom, wszystko umieć załatwić, mieć pieniądze i móc je dawać.  Nie chce pokazać ani trochę tego, co kryje się pod jego wizerunkiem patriarchy, kochającego rodzica, energicznego biznesmena. Nikomu nie pozwoli zajrzeć pod maskę. Chiquito próbował i skończyło się to dziwnie. Kiedyś jeszcze o tym napiszę.

Abuelo chciałby być bogiem.

Ale bogowie nie miewają zawałów. Ludzie tak.

21:11, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (6) »
piątek, 20 marca 2009
Kocham jabłko, jak mogę nie lubić jabłoni?

Sporo pisałam o tym, co mnie w mojej kolumbijskiej rodzinie drażniło, chyba pora napisać też o tym, co mi się w nich podoba.

Podoba mi się oczywiście ich spontaniczność, poczucie humoru, umiejętność bawienia się. Podoba mi się, że tyle nie narzekają. Że nawet w starszym wieku potrafią pielęgnować w sobie dziecięcą świeżość i życzliwość dla drugich.

Pozytywnym aspektem pobytu tam było też na pewno to, że poznaliśmy się lepiej. Ja ich, oni mnie. Nie mogę wiedzieć, jaki dokładnie mój obraz zrodził się im w głowach, ale tak się jakoś domyślam, że zobaczyli mnie jako osobę depresyjną, nietowarzyską indywidualistkę, wybuchową i niecierpliwą. Ok, ja jestem między innymi taka. Ale potrafię też być zupełnie inna, uśmiechnięta i wesoła. Niestety przy ich hiper-wesołości i hiper-pozytywności ta moja strona nie miała żadnej szansy się jakoś odznaczyć.

A jednak mimo wszystko chyba mnie lubią. Pewnie głównie za to, że jestem dziewczyną Chiquita, jestem dla niego dobra, a on mnie kocha. Należę do rodziny, a oni mają zakodowane, że do żadnego członka rodziny nie wolno żywić negatywnych uczuć.

Ja też ich lubię. Starałam się na nich otworzyć, lepiej ich poznać. Niestety było dość trudne zachować przy tym własną odrębność, co jest dla mnie życiowo ważne, bo wszystko działo się na ich warunkach, na ich terenie.

A lubię ich przede wszystkim za to, że to właśnie dzięki nim, dzięki tej zakręconej rodzince Chiquito jest, jaki jest. A to sprawia, że potrafię go kochać i z nim żyć, a co więcej jest to wspaniała przygoda. Wiele cech i zachowań, które mnie w jego rodzicach czy krewnych niepomiernie drażniły, w małym, chiquitowskim wydaniu uwielbiam. Irytowało mnie np. jak wszyscy tam sobie sto razy dziękują za każdą pierdołkę, ale to właśnie ten zwyczaj sprawia, że tak strasznie fajnie jest zrobić coś dla Chiquita. Dzięki niemu w naszym domu nic nie jest oczywiste, bo chwalimy się i dziękujemy sobie nawzajem nawet za wykonanie najzwyklejszych prac domowych. Drażniła mnie też np. infantylność Luquity, a przecież ta sama, choć w mniejszym natężeniu, dziecięcość w Chiquicie mnie tak urzekła... Jest o wiele więcej takich przykładów. On jest właśnie taki, ponieważ tak właśnie został wychowany. Jego rodzice byli dość surowi jeśli chodzi o dyscyplinę, ale przy tym dawali mu ogromne morze bezwarunkowej miłości. Dlatego sądzę, że Chiquito będzie wspaniałym ojcem. To w swojej rodzinie nauczył się nie wstydzić się swoich uczuć, wyrażać je z całą spontanicznością. Co więcej, nauczył tego mnie.

Przedwczoraj na kursie przedporodowym, kilka z dziewczyn mówiło o tym, że ich faceci niespecjalnie się interesują przebiegiem ciąży, nudzi ich kładzenie ręki na brzuchu, niektórzy nawet nie chcą być przy porodzie. I to z pewnością nie dlatego, żeby nie kochali. Po prostu nie wiedzą, jak to wyrazić. A kiedy dziewczyny brną w serię wyrzutów, oni jeszcze bardziej się blokują, zacinają się w sobie.

Prowadząca Akuszerka powiedziała mądrze, że czego człowiek sam nie dostał w dzieciństwie, tego nie będzie mógł dać innym w dorosłości. To wcale nie znaczy, że tego nie czuje. Ale nie potrafi przekazać, a może nawet sobie porządnie uświadomić.

Znamienne jest też to, że Chiquito był jedynym chłopem na tym spotkaniu. Słysząc jak przykro musi być tamtym dziewczynom, że ich faceci zachowują się tak, a nie inaczej, przytuliłam się do niego mocniej, żeby mu pokazać, jak bardzo cenię sobie to, że on jest inny.

Zawsze więc będę wdzięczna jego rodzicom, że go ukształtowali takim, jaki jest. Nie jest bynajmniej idealny, czasem ciężko z nim wytrzymać i to pewnie też ma po nich;). Ale jest ze mną, gada do brzucha więcej niż ja i ogromnie cieszy się na noszenie Fricholinki w chuście, kąpanie się razem z nią, przytulanie do gołej piersi. Czyli to samo, co robili z nim ojciec i matka, kiedy był maleńki.

19:00, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (20) »
czwartek, 12 marca 2009
Różnice kulturowe cz. III

Kolejna porcja wspomnień z "placu boju":)

9. Dotrzymywanie sobie towarzystwa.

Chiquito na początku związku obrażał się na mnie, kiedy chciał, żebym szła z nim do sklepu czy gdzieś tam, a ja z ciekawą książką w ręce odmawiałam wyjścia z ciepłego domku. Potem się naturalnie przyzwyczaił, że nie ze mną te numery. Ale teraz już wiem dlaczego kiedyś tak dziwnie reagował... Przykład:

Frugor i Anielica idą do banku. Pytają, czy nie chcemy iść z nimi. Akurat leje. Odpowiadam, że ja nie mam nic do załatwienia w banku, więc nie rozumiem, po co bym tam szła? Bank to nic ciekawego dla mnie. Frugor i Anielica poszli sami i wrócili cali mokrzy, więc tym bardziej byłam zadowolona, że się wykręciłam. Wieczorem Chiquito mi łagodnie tłumaczy, że dobrym zwyczajem jest, iż jak nie masz akurat nic do roboty, towarzyszysz w załatwianiu sprawunków innym członkom rodziny lub przyjaciołom.  Podobno brat i jego dziewczyna bardzo się dziwili, dlaczego nie chciałam z nimi iść.

Przykład z drugiej strony. Idziemy z Chiquitem coś załatwić, ja się strasznie cieszę, że wreszcie pobędę z nim chwilę sam na sam. Ale nie... Papa idzie z nami... Dzwoni Droopy (przyjaciel), pyta co robimy i oświadcza, że ma akurat wolne, to wybierze się z nami... Chcę iść do księgarni sama, żeby w spokoju powybierać książki, dupa, Luquita idzie ze mną, a jak nie ma czasu, wysyła Anielicę, i ja znowu muszę się męczyć podtrzymując rozmowę, i oczywiście w rezultacie nic nie kupuję. Kiedy wreszcie udaje mi się wymknąć z domu samej (bez komórki, hehe), wybierając moment kiedy wszyscy są zajęci, i tłumacząc na odchodnym, że naprawdę, naprawdę nie muszą sobie robić kłopotu!, po powrocie zastaję Luquitę przed budynkiem wyglądającą mnie z nieukrywanym niepokojem. Jakby mnie tam mogło coś zeżrać w tym centrum handlowym za rogiem.

10. Syndrom pełnej i pustej szklanki.

Scena przedstawia się następująco: Wybieramy się na ślub przyjaciół, ja mam jeszcze nieodprasowane spodnie, nie zrobiony makijaż i włosy w rozsypce, a tu nam nagle wyłączają prąd. Nie działa ciepła woda, przy świeczce g... widać, a do tego spodnie jak krowie z czterech liter wyciągnięte! Jestem wkurzona i widać to po mnie. Kto przy zdrowych zmysłach byłby spokojny w takiej sytuacji? Ślub praktycznie już się zaczyna, a my nadal w domu. Chiquito mnie uspokaja i zabiera spodnie do centrum handlowego, gdzie podobno w pralni też prasują. Ja klnąc na czym świat stoi próbuję się malować przy świecy. Rodzice tymczasem robią sobie kawkę, i luz blues, opowiadają sobie jakiś głupotki i śmieją się ile wlezie. Dobry humor zakłóca im tylko moja reakcja. Po cichu pytają Chiquita, czy ja zawsze jestem taka? Przecież życie ze mną musi być okropne! Komu przychodzi do głowy denerwować się sytuacjami objektywnymi, na które przecież i tak nie można nic poradzić? Im tak często wyłączają prąd, że nie ma siły, by się tym przejmowali. Grunt to optymizm i dobry humor w każdej sytuacji!

I niby git, można pozazdrościć, ale jak optymizm i dobry humor jest w pewnym sensie kulturowo "obowiązkowy", to mi się on od tej świadomości na pewno nie poprawi, raczej wręcz odwrotnie.

Aha. Na ślub przyszliśmy dwie godziny później i nie widzieliśmy ceremonii. Ale w sumie dobrze, że byliśmy tam krócej, bo obsługa na weselu była fatalna (chyba z 10 kelnerów, a godzina czekania na szklaneczkę coli. Bo jak już wspominałam, to nie tak jak w Polsce, ze butelki stoją na stole i każdy się częstuje. Byłoby "nieestetycznie". Na stole to tylko kwiaty stały, duuużo.). I co? I wszyscy zachwyceni, nikt tam sobie nie pozwala nawet w wąskim gronie na jakąkolwiek krytykę znajomych. Najwyżej coś się w żarcikach wspomniało. A to wszyscy (prócz mnie i Chiquita, ciekawe dlaczego?) nabawili się ciężkiej biegunki po tym weselisku! W Polsce by nikt nie zostawił nawet suchej nitki na takich organizatorach. I ja wiem, że to jest brzydka nasza cecha narodowa, ale kurcze, nie zaprę, jestem Polaquitą i tak jak rodacy lubię sobie od czasu do czasu porządnie ponarzekać.

11. Ja mam osobistą "bańkę" (wspaniałe określenie Sztywniary:)) całkiem przeciętną, jak sądzę. Ale na ich warunki - gigantyczną.

Fakt, że sama sobie chodzę do kuchni i robię sobie herbatę w mikrofalówce (nie istnieje tam taka użyteczna rzecz, jak czajnik bezprzewodowy), został, że tak powiem, zauważony. Ja nienawidzę być obsługiwana. Kiedy Luquita woła do stołu i pyta, co kto chce do picia, ja przeważnie nie chcę nic, bo już mam. Przesiadywanie całego rana przed komputerem i nie gadanie z nikim, oraz straszliwy fakt zamykania się w naszym pokoju (wieczna walka, Chiquito drzwi otwiera, ja zamykam - nie cierpię być przez przechodzących obserwowana), też został "zauważony". To znaczy oczywiście nikt nie powiedział nic krytycznego (Broń Boże! w twarz się takich rzeczy nie mówi!), ale było widać, że to wychwycili, jako coś dziwnego. Chiquito sam już mi kiedyś tłumaczył (obserwując zwyczaje w mojej rodzinie), że zwyczaj zamykania się przed rodzicami w pokoju uważa za bardzo paskudny.

Tak. Nie lubię być obsługiwana, obserwowana, pytana, dokąd idę, pytana, co robiłam w czasie dnia, nie cierpię, kiedy się do mnie bez powodu dzwoni. Czuję się wtedy prześladowana, i nic na to nie poradzi nawet przekonywanie samej siebie, że oni to robią tylko z czystej życzliwości.

Od przedszkola byłam "zosia samosia", a oni to "zoś samoś" czysta odwrotność. Pilnowanie swoich granic w takich warunkach bywa straszliwie męczące, że się wyrażę eufemistycznie. A i tak były one cały czas naruszane. Z czystej życzliwości, rzecz jasna.

11:08, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 09 marca 2009
Różnice kulturowe cz. II

8. Snobizm i "klasizm"

To chyba żadna różnica kulturowa... Snoby są wszędzie rozsiani po świecie, niestety. Znajdziemy ich sporo we własnym środowisku. A jednak ja osobiście nigdy dotąd jeszcze nie spotkałam się z taką dawką snobizmu, jak właśnie w Bogocie.

Bogate (ale nie super-bogate, za to aspirujące) kręgi bogotańskie, do których część krewnych Chiquita należy, mają głęboko zakorzenione uprzedzenia w stosunku do ludzi pochodzących z, że tak powiem, "niższych" warstw społecznych. Nie, wcale nie chodzi o żebraków czy sprzedawców na ulicy! Chodzi o ludzi, którzy np. wychowali się w dzielnicy nie uznawanej za "dobrą", których rodzice nie są wysoko postawieni, którzy nie skończyli prestiżowych prywatnych szkół. Przyznam, że zszokowało mnie to ogromnie. Nie mogłam pojąć, dlaczego przez długi czas część członków rodziny miała bardzo nieprzyjemne uwagi o dziewczynie Frugora, Anielicy. Nie zaakceptowano jej i dawano to im obojgu w różny sposób odczuć. Dziewczyna jest psychologiem, jest ambitna i niesamowicie pracowita. To wszystko nie ma dla tych ludzi najmniejszego znaczenia. Znaczenie ma to, że wychowała się na południu Bogoty, a jej tata jest zwykłym policjantem. I czort wie, co jeszcze wydaje im się w niej nie dość odpowiednie na narzeczoną Frugora. Dla mnie sposób myślenia tych ludzi pozostaje zagadką.

Były uwagi w typie: "A co, jeszcze z nią nie zerwałeś, masz małą rotację dziewczyn" (jeden z wujków), albo: "Ależ Frugorze, powinieneś znaleźć sobie kobietę równą sobie pozycją!" (Isabelita, żona Abuela). Oraz wiele innych drobnych gestów, które miały zawsze na celu leciutko poniżyć, dać odczuć, że dziewczyna nie jest jedną z nich. Jest to subtelna gra, opanowana do perfekcji - gdyby nie opowiadał nam o całej przykrej sprawie Frugor, ja sama (a pewnie i Chiquito) bym w życiu niczego nie zauważyła. 

Społeczeństwo kolumbijskie jest silnie rozwarstwione. Nie chodzi wcale o "biednych" i "bogatych", owa drabina ma wiele szczebli. Z zewnątrz tego wcale nie widać, trzeba pobyć dłużej, żeby zauważyć ten skomplikowany system szczegółów, które decydują o twojej przynależności do danej warstwy społecznej. Osobną klasę stanowią cudzoziemcy - i w przeciwieństwie do takich Czech, gdzie my, emigranci, jesteśmy przyjmowani raczej z nieufnością - cieszą się w Kolumbii wielką sympatią. Nie mogę do dziś pojąć, dlaczego Isabelita, która najwyraźniej mnie bardzo lubi (zawsze hojnie obdarowuje, zaprasza, zorganizowała mi "baby shower"), potrafi być jednocześnie tak wredna dla Anielicy. Przecież kto jak kto, ale ja pochodzę z "niskich" warstw społecznych, jesteśmy z Siostrą pierwszym pokoleniem, które nie poprzestało na zawodówce! O to nikt nie pyta, to nikogo nie obchodzi. Sam fakt, że pochodzę z Europy, jest mi przepustką na ich salony i daje wielki prestiż. Kult zagranicy  i osób, które wyjechały, jest w Kolumbii ogromny. Poczynania Frugora, który został  i próbuje sobie ułożyć życie w trudnej kolumbijskiej rzeczywistości, wzbudzają często mieszane reakcje rodziny, łącznie z oskarżaniem o maminsynkowstwo. To, co robi Chiquito, zawsze jest absolutnie wspaniałe. Bycie emigrantem, to jest coś. 

Snobizm przejawia się też w życiu codziennym. Obiad u dziadków dla mnie swą obrzędowością przypomina przyjęcie na ambasadzie. Złote podnosy i dwie służące podające do stołu, i natychmiast wszystko sprzątające. Ja jestem przyzwyczajona, że jak jest szwecki stół, to sama sobie nakładam. Tam stoi specjalnie wynajęty kelner i pyta, ile chcę kawałków mięsa. Czuję się w takiej sytuacji bardzo niezręcznie. Antyki, dzieła sztuki, łokcie precz ze stołu. Ręcznie zdobione kółka na wyszywane serwetki i reszta krewnych usiłująca naśladować przepych domu Isabelity. Nic dziwnego, że jak się nie ma do dyspozycji służacych, to baby same latają jak muchy w latarce, żeby wszystkich obsłużyć, a następnie do ostatniego okruszka posprzątać. Z zewnątrz wyglądają na wyluzowane i dobrze się bawiące, ale mi się tam wydaje, że w środku są nieźle spięte. Luquita nie umie wytrzymać spokojnie na krześle pięciu minut. Już w chwilę po tym, jak dojedliśmy, ma wszystko sprzątnięte i przychodzi z psikaczem na szkło, żeby wyczyścić stół. A jak już wszystko zrobi, to wierci się niespokojnie (jednocześnie niby prowadząc wesołą konwersację) i tylko czeka, aż znowu jaka robota się znajdzie (ktoś dopije sok np.)...

Nie zrozumcie mnie źle - ja też lubię mieć w domu obrazy i ładne nakrycia. Czemu nie. Ale w głębi serca uważam, że te zewnętrzne pozory blichtru nie mają najmniejszego znaczenia. I wolę, żeby "nieestetyczne" butle z colą stały na stole, niż żebym musiała prosić służącą, aby mi przyniosła kolejne pół szklaneczki. Nie dla mnie taki styl życia. Ja lubię pić piwo prosto z puszki i zmywać naczynia na drugi dzień. Lubię chodzić ubrana kolorowo jak hipiska i kupować stare szmaty w lumpexach. Z obcasami skończyłam parę lat temu, i to raz na zawsze! Za to najbardziej jestem zadowolona, kiedy goście czują się u mnie jak u siebie, kiedy wyluzowani biorą z lodówki co chcą (i wkładają co chcą;)), sami się obsługują i dobrze bawią. Lubię jak jedzenia jest dużo i dobre, a jak zostanie, chętnie dojadam na drugi dzień.

Lubię wszystko olewać i nie mieć żadnych ambicji. Lubię jak książki walają się po kątach razem z kurzem. Lubię puszczać stare dobre Tiamaty na cały regulator przy gotowaniu. Lubię robić sobie kucyki i nie zamierzam z nich zrezygnować, nawet jak będę miała 60 lat.

No, ale ja żyję sobie w luzackich Czechach, na swoim, z dala od teściów, krewniaków i całej tej gry pozorów. A Chiquito chyba nie przypadkiem jest tutaj ze mną, a nie tam z nimi. Pewnie nigdy by się do tego nie przyznał, ale ja tam sobie myślę, że on też woli nasz swojski luzik od tej ichniej "elegancji".

Anielica chodzi jak w gorsecie, zawsze ubrana w skórzane marynarki, czarne spodnie i dziesięciocentymetrowe obcasy. Widać, że co rano prostuje sobie włosy. Podobno bierze prysznic wyłącznie w zimnej wodzie (brrr!!).  Jak wszystkie znane mi Kolumbijki również sprząta maniakalnie, nawet będąc chora. Bardzo lubi etniczną biżuterię, ale rzadko ją nosi, bo jak mi wyjaśniała, w pewnych kręgach bogotańskiej śmietanki jest to źle widziane, kojarzysz się zbyt "ludowo" (na to już nawet Chiquito robił wielkie oczy). Jest niesamowicie zdyscyplinowana i pracuje zarobkowo od 15 roku życia.  Przez całe studia dorabiała do czesnego w różnych firmach. Teraz razem z Frugorem mają własny biznes i idzie im świetnie. Pracują nawet w święta, zawsze przynajmniej 8 godzin dziennie. Chyba nawet mając surowego szefa nad sobą nie mogliby być bardziej pilni. 

W całej rozciągłości osoba godna podziwu. Jakim cudem rodzina jej chłopaka tego wszystkiego nie widzi? Jakim cudem uważają ją za "nie dość dobrą" dla Frugora? Podczas gdy ja, leser jakich mało:), zostałam od początku niezwykle życzliwie w rodzinie przyjęta. 

Anielica ma wobec rodziny kompleksy i bardzo to widać. Nie jest jej łatwo. Ale musi tam mieszkać, i choć Frugor zawsze stoi po jej stronie, jednocześnie nie popuszcza, jeśli chodzi o obowiązkowe rodzinne spotkania. Zerwanie kontaktów z kimś z bliższych krewniaków jest tam po prostu niedopuszczalne. I Anielica też ma to przekonanie we krwi. I pod tym względem totalnie podporządkowuje się jego woli.

Nie zazdroszczę dziewczynie. Oj nie.

15:17, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 02 marca 2009
Różnice kulturowe cz. I

Kiedy Frugor i jego Anielica zaczęli wrzucać do gorącej czekolady tony sera (queso campesino) i potarganych naleśników, a ja zrobiłam okrągłe oczy i zdecydowanie odmówiłam spróbowania tej brei, rodzinka zaczęła się śmiać, że oto pojawiła się pierwsza "barrera cultural". Było to jeszcze na początku naszego pobytu w Kolumbii. Myślę, że od tamtego czasu i oni, i ja, zdaliśmy sobie sprawę, że tych różnic jest dużo więcej, i dużo poważniejszych. Poważnych zwłaszcza dla mnie, bo to ja byłam tam jednoosobową mniejszością i to ja musiałam się dostosować.

Oto długa lista różnic, których nie mogłam nie zauważyć. I które mnie irytowały...!  Ojoj, lepiej nie mówić:).

1. Kolumbijczycy to zwierzęta stadne. Ich ulubiona forma rozrywki to zbierać się w większe grupy i, jak nazywa tę czynność papa Chiquita, "echar lora". Czyli po naszemu świergotać jak papugi. W moim wolnym tłumaczeniu natomiast "gadać o dupie Maryni". 

2. Praktycznie nie ma podziałów wiekowych w rodzinach, co myślę, jest akurat dość pozytywne, choć dla mnie... dziwne. Młodzi robią imprezę, jasne, że rodzice i dziadkowie są zaproszeni.  I dobrze, wcale nie nudzą o chorobach czy polityce, ale bawią się i wygłupiają jak inni... Mimo to jednak, jak nam Fricholina wyrośnie, myślę, że nie będę miała najmniejszej ochoty mieszać się z jej znajomymi. Światy młodych i starszych są jednak bardzo różne i nie ma co ich na siłę unifikować. Rozmowy z Frugorem i Anielicą dla mnie wyglądały zupełnie inaczej kiedy byliśmy w towarzystwie rodziców, i inaczej (dużo dużo szczerzej), kiedy byliśmy sami.

3. Obsesja brudnych szklanek. W Kolumbii nie ma tak, że jak dopijesz swoją colę, to szklanka stoi przed tobą choćby i parę godzin, dopóki nie zdecydujesz się znowu ją czymś napełnić, ewentualnie gospodarz przyniesie butlę. Nawet się nie obejrzysz, a wszystko już sprzątnięte, a baby w kuchni już zmywają! Na każdym proszonym obiedzie niemal połowę czasu gospodyni + inne nadgorliwe pomagierki spędzają w kuchni (oczywiście, o ile nie ma służących). Myślę, że by je chyba skręciło gdyby się naczynia po prostu odstawiły do zlewu i poczekały na odejście gości, a wszyscy na luzie spędzili razem czas. Szybkość sprzątania jedzenia ze stołu jest imponująca. Chcesz dokładkę? Uprzejmie, jak na Polkę przystało, co nie chce na żarłoka wyjść, mówisz, że nie. To już znika sałatka, twój talerz, twoja szklanka i resztę wieczora spędzasz o suchym pysku.

4. Talerze są niemal ze złota, ale jedzenia wyliczają na ilość gości. Ja tam jestem przyzwyczajona, że jak kogoś zapraszam, robię dwa razy tyle, ile trzeba i stawiam wszystko w michach na stole. Bo wiadomo, że ludzie będą mówić, że nie, nie rób sobie kłopotu, ale jak stoi im przed nosem, to chętnie się częstują. Na imprezie u Frugora (sami młodzi + jedna mama...) gospodarz pyta: kto chce sandwich. Podnosimy ręce, a on robi dokładnie tyle kanapek ile rąk. Podają na serwetkach, bez talerzy, bo jakby były talerze, trzeba by je od razu zmyć i nie móc się bawić, tak są tam wszyscy, a zwłaszcza kobiety, przez swoje matki wytresowane. To wcale nie jest zarzut o skąpstwo, bo oni pytają, czy chcesz drugiego sandwicha, nawet trzeciego ci zrobią... A jednak, ja bym się czuła dużo lepiej, gdyby stanęła przede mną góra kanapek i ja bym sobie brała ile zechcę. Po prostu trudno mi z góry określić, ile jedzenia będę chciała...

5. Wszyscy mają duuuużo czasu. Żegnają się i witają w nieskończoność, każdy z każdym, łącznie z obowiązkowym błogosławieństwem i znakiem krzyża ze strony Luquity (a my idziemy tylko do sklepu za rogiem! grr...).W rezultacie czego wyjście z domu w większym gronie zwykle opóźnia się o dwie godziny. Czekając na maruderów już ubrane w kurtki towarzystwo się rozsiada i dalejże gadać. Przychodzą maruderzy, dosiadają się, gada się dalej. Ja już niecierpliwa, pytam Chiquita: to idziemy, czy nie?! A on, lekko urażonym tonem, że niby nie wiadomo dlaczego popędzam: "Przecież my się tu dobrze bawimy!". Aha. Ok...

6. Wieczne telefonowanie. Ale o tym pisałam już tu.

7.  Przesadne okazywanie entuzjazmu i radości (miałam wrażenie, że inne uczucia raczej nie są dozwolone...). Taki podejrzliwy osobnik, jak ja, tym przesłodzonym wyrazom sympatii po prostu nie wierzy. I w rezultacie nie wie, na czym z tymi Kolumbasami stoi. Lubią go szczerze, czy wcale nie? 

ciąg dalszy nastąpi i będzie długi...

13:51, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (26) »
niedziela, 01 marca 2009
Juanito

Polka zobaczyła Juanita na rogu ulic, naprzeciwko migoczącego światłami centrum handlowego. W jej własnym brzuchu kręciło się wtedy maleńkie dziecko. Juanito siedział na wydeptanej trawie, bez jakiejkolwiek izolacji, a dawno już rozpoczął się zimny, bogotański wieczór. Na głowie miał czapeczkę. Był smutny i przygasły, niczym się nie bawił. Obok jego matka i siostra sprzedawały świąteczne papiery do pakowania, kartki z życzeniami i nalepki na prezenty.

Polka chciała coś od niej kupić, ale teściowie mieli już w domu cały zapas. Też zresztą nabyty od sprzedawców z ulicy.

Chodząc po supermarkecie i oglądając kolorowe, radosne świąteczne wystawy, Polka nagle zaczęła płakać. Łzy przyszły jak burza i nie dały się powstrzymać. Ukrywała je jak mogła, ciągle patrząc w inną stronę, niż jej towarzysze. Pewnie by się tylko wystraszyli i myśleli, że stało się jakieś nieszczęście. Kiedy ojciec jej dziecka zauważył i zmartwiony zapytał, powiedziała, że to hormony. Jak dobrze, że teraz wszystko można zwalić na hormony.

Wyobraziła sobie własne dziecko, czysto i ciepło ubrane, GAP i Next, roześmiana buzia, lody z arequipe i żadnych trosk, kroczące z dzadkami i rodzicami po tej samej ulicy za kilka lat. Jemu nie będzie zimno, a na święta dostanie mnóstwo niepotrzebnych zabawek. Gdzie wtedy będzie Juanito, to brudne dziecko siedzące na zimnej trawie? Czy wypracuje się na samodzielnego „sprzedawcę“, który proponuje znudzonym kierowcom na czerwonym świetle czarne worki na śmieci, papierosy i kostki rubika? Czy będzie żebrał, kiedy jego starsi koledy żonglując ogniem ustawią się w potrójnej piramidzie? Czy stanie się cżłonkiem gangu, w którym po raz pierwszy poczuje się silny, który da mu tożsamość? A może zachoruje na serce i umrze, bo nie jest zdrowotnie ubezpieczony? A może poleci do USA z siedemdziesięcioma pigułami pełnymi koki w żołądku?

Chociaż wszystko przecież może potoczyć się inaczej. Może pójdzie do szkoły, która choć marna i pełna przemocy, uchyli mu okno do innego świata. Może przyjadą mili Mikołajowie z USA i dostanie zielony laptop z tej oto akcji... Dzięki któremu przygotuje wspaniałą prezentację o Gabo Marquezie / systemie nerwowym żaby / Baracku Obamie / Krzysztofie Kolumbie / locie na księżyc, i po raz pierwszy w życiu dostanie piątkę. I dzięki tej piątce uwierzy w siebie. Może ktoś odkryje jego talent muzyczny lub sportowy i da mu stypendium. Może sam nauczy się programować i kiedyś skończy informatykę. Może wyruszy stopem w podróż. Może zacznie uczyć własną mamę czytać i pisać. Może stanie się aktywistą i zacznie pracować dla ludzi ze swojej dzielnicy. Może spotkacie go kiedyś na ulicy, ładnie ubranego, czarnowłosego, z iskrą w oku.

Może...

 

20:03, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (6) »
piątek, 20 lutego 2009
Rzeka

Rzeki w Santander. Rwące, pełne kamieni, wewnątrz których śpią skamieliny sprzed milionów lat. Z nabrzeżem pokrytym czarną węgielną skałą, a kilka kroków dalej siarczanym nalotem. 

Dawały nam ochłodę w upalne dni. Dawały poczucie przygody, kiedy przechodziliśmy przez ich rwący prąd w bród.  Dawały niezliczone bodźce moim bosym stopom (bo chłopcy nie zrzucili sandałów:) - od bólu na ostrym żwirze po łagodną śliskość zgniłych liści.

Chyba kocham rzeki nawet bardziej niż morze.

rzeka

rzeka

rzeka

rzeka

12:36, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 lutego 2009
Cañón del Chicamocha

Zatrzymujemy się w jednym z licznych przydrożnych punktów widokowych, by przyjrzeć się majestatycznemu kanionowi, a Pedro przekonuje nas, że na dole, w wiosce Cepitá, czeka na nas kawałek ziemi i una finca (farma), gdzie powinniśmy się osiedlić i wychowywać Fricholinkę. Wystarczy tylko chcieć... Zachwala wspaniały, ciepły, ale nie tropikalny klimat, żyzną ziemię i codzienne pluskanie się w rzece. Patrzymy w dół na zalaną słońem kotlinę. Zapisuję sobie w notatniku: Cepitá, oczywiście z błędami, i Chiquito poprawia.

Choć planowaliśmy, nie pojedziemy aż na dół. Godziny upływają szybko, a w Kolumbii słońce zachodzi niemal zawsze koło 18.00. Dziwne uczucie, kiedy jest tak ciepło. Bo dla mnie takie ciepło to "lato", a w lecie dni są przecież bardzo długie.

Kanyon del Chicamocha

Pedro wyczytał gdzieś w lokalnej gazecie o Polaku, który całkiem niedawno przejechał na rowerze cały Cañón del Chicamocha. Są tam niezwykle trudne odcinki, drogi niemal strome, kiedy trzeba praktycznie wnosić rower na plecach. Do tego upał, kurz.  Wydarzenie tak przedziwne, że aż gazety się nad nim rozwodziły. Bo komu przychodzą do głowy takie szalone pomysły? I po co? Dużo mądrzej byłoby przecież wsiąść do autobusu.

A tak pod górkę podróżują kolumbijscy rowerzyści - na pasożyta: 

rower

Stare ciężarówki też ledwo zipią pod górkę i jadą powoli, więc w sumie nie jest to chyba niebezpieczne. A jaka ulga dla nóg! Kto by się pocił? Tylko jacyś szaleni Polacy...

09:28, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 lutego 2009
Przygody w Santander
Wsiadając do pożyczonego od rodziców samochodu i wysłuchując ostatnich napomnień i błogosławieństw Luquity czuję się jakbym wyrywała się na wolność. W tej sieci bogotańskich słów, słów, słów nieraz czuję się jak złapana w pułapkę muszka. Nareszcie sami, nareszcie on the road!

Pedro witając nas w swoim mieszkaniu na poddaszu śmieje się, że na naszą cześć powypędzał wszystkie swoje ulubione karaluchy. Tym niemniej w kuchni, w której nikt niczego nie gotował ani nie mył pewnie od kilku miesięcy, jest mnóstwo maleńkich robaczków, nie dłuższych niż pół milimetra. Rozmnażają nam się w kupionych za bezcen mandarynkach.

Santanderianie są inni niż Bogotanie. Nie całują w policzek, nie zbliżają się do siebie nieptrzebnie. Nawet kobiety po męsku podają rękę. Są serdeczni, ale utrzymują dystans. Są twardzi. Nie mają potrzeby rozczulać się i zachwycać nad tobą czy wszystkim wokół. Kiedy powiedzą coś miłego, wiesz, że naprawdę tak myślą.

Spacerujemy po rozpalonych ulicach Socorro. Don Severiano, miejscowy producent paneli i były polityk, zaprasza nas to na śniadanie, to na obiad. Zjadamy pyszne tamales santanderianos i sałatki owocowe. Idziemy na targ napić się świeżego soku i kupić platanosy. Zjadamy michę różnych rodzajów grillowanych mięs w ludowej restauracji, piqueteadero "U doñi Ofelii". Wstępujemy do zabytkowego kościoła z cudowną Panienką, gdzie pod filarem śpi pies. Mój aparat go budzi i biedak ucieka jak szalony.

Wieczorem zabieramy don Severiana do Simacota, sąsiedniego miasteczka (a może to on zabiera nas?). Trwa fiesta, nad ogniskami pieką się mazorki i rozmaite mięsa, ludzie tańczą w rytm techno-merengue, albo przesiadują grupkami na murkach i schodkach. Nalewają nam na siłę wino i musimy bardzo bardzo odmawiać, bo Chiquito prowadzi, a ja - wiadomo. Dla nich wcale nie wiadomo, no przecież jest fiesta! Don Severiano przedstawia nam pół miasteczka, łącznie z alcalde. Twarze, imiona, twarze, imiona. Krągłobiodre latynoski w wyzywających bluzeczkach i kapeluszach z caña de flecha. Mężczyźni w dżinsach, z twarzami rozpalonymi tańcem i alkoholem. 

Na drugi dzień w Simacota są walki byków, ale my idziemy nad rzekę. Brodzimy po strumyku szukając skamienielin i znajdujemy ogromne. Rozsądek każe jednak wziąść tylko jedną małą na pamiątkę. Skaczemy po kamieniach w rwącej rzece i balansując usiłujemy filmować się nawajem. Lodowata woda przyjemnie chłodzi, ale i napawa strachem. Fasolko kochana, z takimi nierozsądnymi rodzicami musi wyrosnąć z ciebie Mały Podróżnik, mówię do brzuszka, kiedy prąd sięgający ud o mało mnie nie porywa. Potem odpoczywamy pijąc "una colombiana, la nuestra" i oglądając puste teraz urządzenia (el trapiche), w których co 3-4 tygodnie wieśniacy don Severiana dzień i noc gotują panelę z trzciny cukrowej.

Siedzimy w barze pijąc sok z guanabana i feijoa, i rozmawiamy o Jungu. A potem o szalonej Słowence, przez którą Pedro cud, że nie osiwiał i po której do dziś leczy złamane serce.

Pytam Pedra, czy wolno u niego wrzucać papier toaletowy bezpośrednio do toalety. Mówi, że jasne. Już na drugi dzień kibel jest zatkany. Pożyczamy przetykaczkę z hotelu Don Severiana i Chiquito zabiera się do brudnej roboty. Co chwila wypada z łazienki trzymając się za nos i krzycząc, że śmierdzi jak tysiąc demonów! Ja leżę na naszym materacu i mam atak śmiechu. Najbardziej mnie śmieszy ten "mil demonios". Łzy ciekną mi aż do uszu. Pedro kręci nade mną głowy, jeden zatkany kibel i tyle radochy!

Wędrujemy przez rozpaprane błoto, żeby zobaczyć wychnięty strumień, na którego dnie znajdują się pełne wody dziury. Można się w nich kąpać, po pas, a czasem nawet po szyję. Chiquito odważnie wskakuje, a stojący obok ubrany Pedro zaczyna go chlapać. Po chwili chlapią się obaj, wyzywając się od cabronów.

Obserwujemy mrowisko, a Pedro opowiada nam o santanderskim przysmaku, las hormigas culonas. To królowe, wyjaśnia. O czasu do czasu wyłażą stadami z macierzystych mrowisk, żeby założyć nowe. Ludzie zbierają je jak jagody.

Potem przy bramce na autostradowe myto kupujemy od ulicznych sprzedawców woreczek takich wielkich smażonych mrówek. Jadłam je już przed wiekami w Pradze, ale wtedy Pedro za długo je przechowywał i były już nieco stęchłe. Te świeże chcę dać do spróbowania przyjaciołom z Czech, Polski. Niestety w bagażu pokruszą się w drobny mak.

Rozwala nam się samochód na dziurawej drodze. Dymi się z silnika, chłodnica przecieka. Jest już ciemno, jest mi zimno, otulam się wilgotnym ręcznikiem. Rodzice siedemnastoletniej koleżanki Pedra dzwonią jak wściekli, bo córka już dawno miała być w domu. Spryciara od razu przekazuje telefon Pedrowi, który musi się gęsto tłumaczyć. Potem mi powie, że zyskał naukę na całe życie: nigdy w ten sposób za nikogo nie brać odpowiedzialności.

Jak na złość wszystkie nasze cztery telefony są martwe. Ledwo zipie tylko telefon Matyldy. Cud, bo całą wycieczkę puszczała ona na nim swoje ulubione ckliwe ballady i nie mogła wyjść ze zdumienia, że jej ulubieni śpiewacy są kompletnie nieznani w Europie. 

Chłopcy łapią taksówkę i wysyłają nas, dziewczyny do domu. Ja nie chcę jechać, zostawiać Chiquita samego na pustej drodze, ale z chłopców nagle robią się chroniący machos i moja wola się nie liczy. Wezwana pomoc drogowa oferuje, że zabierze samochód aż do Bogoty, i nas też, w cenie ubepieczenia. Jeszcze tej samej nocy pakujemy się, wsiadamy w taksówkę i wracamy. Droga podnosi się coraz wyżej i wyżej, i jest coraz zimniej. Śpię na kolanach Chiquita i boli mnie gardło. O drugiej w nocy zatrzymujemy się w Barbossa, gdzie wszystkie kramy są otwarte i kupujemy zapas bocadillos i tumecitos. Jemy trochę, żeby się wzmocnić.

O świcie jesteśmy w Bogocie.

11:23, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 stycznia 2009
Sylwester w Kolumbii

Podoba mi się kolumbijski Sylwester. Żadnych upierdliwych pytań "a gdzie idziesz w tym roku?", żadnej społecznej presji, żeby się dobrze i "hucznie" bawić. Bo w sumie Kolumbijczycy zawsze się dobrze bawią, a już najlepiej w domach, z rodziną.

Tu Sylwester, czyli la noche vieja, to równie rodzinne święto, jak Wigilia. Oczywiście są tacy, co się wyłamują i np. sobie wyjeżdżają na urlop na jakąś egzotyczną wyspę, ale kto zostaje w mieście, ten spędza ten dzień w gronie najbliższych (i tych dalszych też). O kupowaniu biletów na bale, strojeniu się w kreacje i wychodzeniu do restauracji czy klubów nikt tu raczej nie słyszał. Dziwili się, kiedy opowiadałam, że w Polsce w ten właśnie sposób najczęściej witamy Nowy Rok, ewentualnie robi się prywatki w domu, ale z przyjaciółmi, a nie rodzicami, dziadkami, wujami, kuzynami... W Polsce spędzenie Sylwestra z rodzicami zakrawa na poważny obciach. Tu jest absolutnie normalne.

Istnieje też całe mnóstwo specjalnych rytuałów, których trzeba w Sylwestra dotrzymać, aby nie opuszczało nas szczęście w nowym roku.

My zaczęliśmy od "kąpieli" w aromatycznym wywarze z 7 ziół, z dodatkiem szampana i cynamonu! Jest to tradycyjne baño de 7 hierbas. Kolumbijczycy to ogólnie bardzo czysty naród, nie ma poranka bez prysznica (nawet w biednych domach, gdzie jest tylko zimna woda, nie ma od tej reguły odstępstwa - a w bogotańskich nieogrzewanych mieszkaniach potrafi być zimno, oj potrafi. Brrr!). A jak wieczorem szykuje się impreza, to oczywiście obowiązkowy jest kolejny prysznic. A na Sylwestra te ablucje dodatkowo przyjmują symboliczny wymiar. Luquita przygotowała wiaderko z tą specjalną aromatyczną, żółtawą wodą, którą polaliśmy się na koniec "normalnego" mycia i już nie spłukiwaliśmy. Ja się bałam, że będę się od tego szampana lepić, ale na sczęście jego ilość była w miarę rozsądna:).

Potem ubieranie. Obowiązkowe są żółte majtki, założone na lewą stronę, koniecznie nowe i nigdy nie używane! Mają przynosić szczęście. Ogólnie w najlepszym wypadku całe ubranie powinno być nowiutkie, a jeśli się nie da, to przynajmniej jedna rzecz. Kolumbiijczycy ogólnie wręczają sobie na Gwiazdkę przede wszystkim ubrania, więc koniec starego roku to też tak trochę zmiana garderoby. Nowe ubrania mają symbolizować nowy początek. Ja na święta również dostałam parę ładnych ciuchów dla ciężarnych, więc udało mi się dotrzymać tradycji nowości. A nowe żółte majtki specjalnie kupił mi Chiquito już na początku pobytu!

Ponieważ wychodziliśmy do jednej z ciotek na rodzinne spotkanie, więc wszystkich tradycji nie udało się dotrzymać. Jedna z nich to np. przygotowanie specjalnego talerza z 13 monetami, rozłożonymi jak godziny na zegarze (jedna w środku). Każdy przygotowuje sobie swój talerz o godzinie 12.00 w południe. Potem o 12.00 w nocy zabiera dla siebie monetę leżącą w środku, a pozostałych 12 wręcza pierwszym 12 osobom, z którymi składa sobie noworoczne życzenia. Pierwszą osobą, z którą wymieniasz życzenia, powinna być zawsze osoba płci przeciwnej! My monet wprawdzie nie wręczaliśmy, ale tego ostatniego dotrzymaliśmy.

Chociaż wychodziliśmy z domu, stół został i tak odświętnie przybrany przez Luquitę, a mieszkanie wysprzątane. Było na nim wino, kieliszki i miska winogron. Brakowało kłosów zboża - którymi też podobno Kolumbijczycy często dekorują stoły, a potem sobie tradycyjnie wręczają, aby przyniosły urodzaj, czyli bogactwo. Stół jest nakrywany chyba w podobnym celu, w jakim my stawiamy na wigilię dodatkowy talerz - dla niespodziewanego przybysza, a może też dla duchów.

Kiedy wybije północ należy też zjeść 12 winogron (można więcej, hehe) a następnie rzucić się w wir życzeń. Właściwie powinno się jeść jedno winogrono z każdym uderzeniem zegara, ale jako że w nowoczesnych mieszkaniach żadnych starym bimbamów nie uświadczysz, jedliśmy je po prostu ot tak, niektóre mocząc w szampanie. Należy też podczas całej tej akcji trzymać w lewej ręce pieniążki - monety lub banknoty, najlepiej oprócz pesos też dolary. Ja myślałam, że dlatego, bo to twarda waluta:). Ale podobno prawdziwym powodem są religijne znaki, jakie pojawiają się na dolarowych banknotach, np. oko w trójkącie - symbol Boga. Natomiast w prawej ręce powinien się znajdować jakiś amulet lub jakiś kamień przynoszący szczęście, ale tego dotrzymała w sumie tylko Anielica, pozostali w obu rękach trzymali kasę, a jakże:). Dobrze jest też utopić w pitym szampanie złoty pierścionek i w ten sposób wznosić toast.

Kto chce w nowym roku podróżować, powinien z walizką (pełną!) obiec po północy cały dom. Nasze towarzystwo to niestety olało, poza tym chyba by trzeba było obiec cały kwadrat ulic, bo w Bogocie praktycznie nie ma czegoś takiego, jak osobno stojący blok. Wszystkie domy budowane są w ten sposób, aby tworzyły zamknięty kompleks, z wewnętrznym placem, czasem skwerkiem, i podziemnym garażem - całość strzeżona w dzień w i nocy przez (nierzadko uzbrojonych) strażników.

Jest jeszcze jedna tradycja, o której opowiedziała mi Anielica, a mianowicie palenie kukły, zrobionej ze starych ubrań i papier mache (twarz), często naturalnej wielkości. Zwyczaju tego dotrzymują przede wszystkim nastolatkowie, i to bardziej na wsiach. Kukły symbolizują stary rok i zapalane są dokładnie o 12.00. Niestety zwyczaj ten jest dość niebezpieczny, bo w odróżnieniu od naszej niegroźnej Marzanny, brzuch kolumbijskiego manekina wypełnia się petardami i innymi fajerwerkami. Można sobie wyobrazić, co się po zapaleniu lalki dzieje. Ogólnie dziś rano wysłuchaliśmy w radiu, że w noc sylwestrową poważnym poparzeniom uległo w Kolumbii ponad 55 osób. 

Ale żeby nie kończyć tak smutnie - u nas wszystko się udało, choć znowu, trochę szkoda, że te tradycje, dla mnie tak nowe i egzotyczne, członkowie rodziny Chiquita tak trochę odbębnili. Za to były tańce, pyszna lazania, która mi na szczęście nie zaszkodziła na mój dość zmaltretowany żołądek, dużo śmiechu i opowiadania anegdotek. Abuelito był znowu sobą - pierwszy raz widziałam go tańczącego salsę! Po powrocie wszyscy się zgodziliśmy, że bilans był dużo pozytywniejszy niż Wigilia.

PS. O paru innych kolumbijskich zwyczajach sylwestrowych możecie też przeczytać u Ewy Kulak tu

18:36, la_polaquita , colombia
Link Komentarze (21) »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers