O podróżach dalekich i bliskich
czwartek, 22 października 2009
Zapraszam!

Kto ma ochotę, zapraszam do przeczytania mojego artykułu o starym centrum Pragi na portalu Perlei. :)

19:11, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (12) »
niedziela, 23 listopada 2008
Legendy strahovskie

Słyszałam z kilku źródeł, że praski Strahov może już niedługo przejść do historii. I zrobiło mi się smutno, bo to dla mnie szczególne miejsce.

Oczywiście nie chodzi mi o Strahovsky klasztor ani inne turystyczne miejsca, być może Wam znane. Chodzi o osiedle akademików praskiej politechniki, mieszczące się bezpośrednio na szczycie wzgórza Petřín, dominującego nad miastem. Przez ponad 5 lat mieszkał tam Chiquito, w wąskim i niesamowicie zakurzonym pokoiku, razem z pewnym Mirą, co T-shirty zmieniał raz na 3-4 dni. W pokoju-kiszce mieścił się rower, pełno plakatów i zdjęć, komp z dostępem do całej zbiornicy nielegalnie ściągniętych przez strahovskich mądrali filmów, a nawet Mirowy hokej stołowy:). W budynku była ciemnia, gdzie wywoływaliśmy czarno-białe zdjęcia jak odizolowani od świata wariaci! Zaszywałam się w pokoiku Chiquita na całe weekendy, kiedy Mira był w domu, i nie wychodziłam ani razu, bo vratne (portierki) były wredne i jak raz człowiek się przemycił, to lepiej było nie próbować szczęścia znowu. Czarna dziura mi tam kiedyś wciągnęła jeden czarny stanik, co się nigdy nie odnalazł. Chiquito chodził rano po bułki do "Murzynów" i smażył mi najlepszą jajecznicę pod słońcem, a potem urządzaliśmy sobie super-maratony filmowe z butelką wina i michą popkornu z mikrofali. Łóżko miało chyba z 80 cm szerokości, nie więcej, a my wysypialiśmy się, że hej! (Teraz to nawet te wielkie "lotniska" nam małe...). Mieszkali tam prawie sami faceci, geekowie do entej potęgi, co potrafili ze sobą przez ICQ gadać mieszkając w sąsiednich pokojach. Pd prysznicem to się musiałam rozbierać w kabinie za zasłonką, bo uniseksowe były. Ale ja się nie przejmowałam, zachłyśnięta szczęściem, paradowałam w ręczniku po tych szerokich korytarzach, a Chiquito uczył się po nich jeździć na rolkach. A potem przychodził do nas Pedro i przynosił najświeższe ploteczki z latynoskiego światka. Pedro, który teraz już rok w Kolumbii, wieczny duchowy clandestino, nie mogący sobie znaleźć ni miejsca ni celu.

I siostra z chłopakiem, Dziubdziuby dwa, którzy co roku wpadali i dostawali od nas ten zagracony Chiquitowym dobytkiem pokój, a my wtedy przenosiliśmy się na mój akademik. Schodzenie w dół, do Pragi, przez petrinski park. Ciekawskie wiewiórki i błądzenie w zakamarkach Głodowego Muru. I 1 maj, lásky čas, kiedy to starym czeskim obyczajem, chłopak musi pocałować dziewczynę pod kwitnącym drzewem, inaczej biedaczka uschnie tego roku. I my, cudzoziemcy, zwyczaju tego dotrzymywaliśmy. I zima w parku, kiedy Chiquito moje imię patykiem w śniegu rysował, a potem zjeżdżaliśmy z górki na pupach.

To jest nasza prywatna historia strahovska. Ale istnieje też inna, starsza, mniej prywatna.

Strahovskie akademiki należą do praskiej Politechniki, czyli ČVUT, uczelni, którą dzięki stypendium ukończył Chiquito. Zbudowano je w latach 1963-1965 nie tylko z myślą o studentach, ale także o obowiązkowych zlotach usportowionej młodzieży, czyli tzw. spartakiadach. Odbywały się one na pobliskim Strahovskim Stadionie (podobno największym w Europie jeśli chodzi o powierzchnię), a akademiki służyły przybyłym młodym sportowcom jako szatnie i miejsce zbiórki. Dlatego właśnie te wąskie, przypominające boksy dla koni pokoje otwierają się dwuskrzydłowymi drzwiami na strasznie szerokie korzytarze. Na tych właśnie korytarzach uczniowie ustawiali się do spartakiady.

Strahov ma też swoją historię, że tak powiem, para-polityczną. Warunki nigdy nie były tam super, a w czasach komunizmu pewnie jeszcze gorsze. W roku 1967 doszło z powodu częstych wyłączeń prądu na akademikach do starcia między studentami a władzą. Studenci wybrali się na demonstrację ulicami Pragi niosąc transparenty „Chceme světlo“ (Chcemy światło). A kiedy to nie pomogło, zapalając i gasząc żarówki w odpowiednich pokojach utworzyli też na fasadzie jednego z bloków napis PRDEL (dosłownie „dupa”). (A ostatnio podobno ten gest powtórzyli studenci z Troji, z powodu niewiadomego, i utworzyli światłami symbol vaginy:D). Te strahovskie akcje, nie mające żadnego politycznego tła, władza niestety zrozumiała jako prowokację. Doszło do starć na ulicach i wyrzucenia kilku studentów z uczelni.

W suterenie budynków postawały też różne kluby, z których najsłynniejszy to Siódemka (Sedmička) w bloku nr 7, który podobno był pierwszym klubem punkowym w całej republice. Myśmy tam zdaje się kiedyś z Dziubdziubami grali w bilard:).

Dziś los strahovskich akademików jest bardzo niepewny. Ok, zgadzam się, warunki są dość nędzne, ale z drugiej strony czego takiemu studentowi do szczęścia może brakować, jak ma łóżko, stół, kompa i ciepłą wodę pod prysznicem? Marne warunki to taki koloryt studenckiego życia. Przynajmniej się przejmować nie trzeba, jak się coś wyleje albo porysuje, za co w takich nowych akademikach podobno strasznie finansowo ścigają. No i można sobie pokój przerobić czy udekorować jak się chce, bo jak wszystko stare, to się żadnymi pozwoleniami przejmować nie trzeba.

Poza tym Politechnika sporym kosztem wyremontowała przed paru laty kilka bloków, i te wyglądają wcale ładnie.

Niestety miasto Praga, do którego należy ten bardzo lukratywny teren, powoli acz nieubłaganie skłania się ku decyzji wyburzenia Strahova i sprzedania działki za wielką kasę firmom developerskim. Dużo przy tym gadki szmatki, że sami studenci się skarżą na warunki, że się im na koszt miasta zbuduje hiper nowoczesny kampus gdzieś na obrzeżach Pragi. Moim skromnym zdaniem jakiś urzędas dostał porządnie posmarowane, bo w grę wchodzą miliardy koron. Strahov to ostatni taki teren niemal w centrum miasta, który ma status działki budowlanej - czyli bez zabiegów można tam zaraz zacząć budować luksusowe apartamenty z widokiem na Starówkę. Ekskluzywna willowa dzielnica dla bogaczy, do tego pewnie, jak to ostatnio w modzie - a czego szczerze nie znoszę - otoczona płotem.

Smutno mi, a będzie jeszcze smutniej, jak Strahov zniknie. Nie tylko dlatego, że tyle wspomnień się tam uzbierało. Nie ma po prostu drugiego takiego miejsca na świecie. Nawet brzydota tych akademików z wielkiej płyty ma dla mnie swój urok. Trzy kroki stamtąd do Ogrodu Różanego, do parku stromo schodzącego w dół, na lanovkę... Kawałeczek do wielkiego parku Ladronka, gdzie można jeździć na rolkach czy rowerze. Ech, szkoda gadać. Będzie bardzo szkoda tego miejsca dla przyszłych studentów.

21:14, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 08 września 2008
Piwna ciekawostka

Dla pewnej polskiej szkoły językowej piszę właśnie ciekawostki o czeskiej kulturze i skoro już tak się męczę, to nie mogę się oprzeć, żeby tu jednej takiej nie opublikować.:) Nareszcie bowiem udało mi się w miarę rozszyfrować, co oznaczaja dziwna numeracja na etykietach czeskich piw. Co to dokładnie jest, nie wie nawet sporo Czechów! Wiem, bo pytałam:)

Ktokolwiek z Was zawitał kiedyś do czeskiej lub morawskiej hospody i chciał zamówić sobie piwo, z pewnością pamięta pytanie kelnerki: „desítku nebo dvanáctku?” Również na etykietach często podawane są tajemnicze numerki: 10°, 12°, czasami nawet 14°, 16°, albo znowu mała ilość: 8°. Ktoś może pomyśleć, że to zawartość alkoholu, inni znowu mówią, że to czas, kiedy piwo dojrzewało. Nic bardziej błędnego!

Owe tajemnicze „procenty” to tzw. stupňovitost piva czyli pieczołowicie zmierzona przez mistrza "sladka" zawartość  ekstraktu słodowego (czyli cukru oraz innych składników) w tzw. sladinie – pierwotnej cieczy uzyskanej ze słodu, jeszcze przed dodaniem chmielu i fermentacją.

Niby stopień piwa ma wpływ na zawartość alkoholu – im wyższy, tym przecież więcej cukru do fermentacji, a tym samym piwo jest mocniejsze. Tak naprawdę jednak zawartość alkoholu zależy od długości fermentacji, a ta może być różna. Im więcej w piwie zostanie niesfermentowanego słodowego ekstraktu, tym będzie miało ono „pełniejszy” smak.

Tracyjnie 8-10 stopniowe piwo zwane jest w Czechach výčepní (2 - 4,5 % zawartości alkoholu), „jedenastki” i „dwunastki” to ležák (około 5% alkoholu). Wyższe numery (nad 12,5° ekstraktu słodowego) oznaczane są jako piwa specjalne, są droższe i sprzedaje się je tylko w butelkach.

Oprócz tego piwo czeskie dzielimy też na jasne, półciemne, ciemne i tzw. řezané – czyli ciemne i jasne zmieszane w kuflu.

Och, tęskni mi się za lekkim czeskim piwem, które w hospodach jest tańsze niż woda! Angielskie lagery nie są złe (ale'ów nie lubię), ale cena wysoka, bez piany leją, ech... no nie ma jak w czeskiej hospudce:)

13:31, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (25) »
wtorek, 03 czerwca 2008
Ameryka, Ameryka...

Jest taki obraz Caspara Davida Friedricha Wapienne skały Rügenu, na którym trzy postacie, kobieta i jej dwaj towarzysze, stoją lub siedzą tuż nad przepaścią. Kto zna tę okolicę w rzeczywistości wie, że skały Rügen łamią się pod najlżejszym naciskiem i strącają ciekawskich w otchłań. Obraz ten wyraża melancholijną fascynację głębią i śmiercią. Kobieta i mężczyźni nie boją się – stoją na granicy; choć żywi, właściwie są już martwi.

wapienne skaly rugenu

Chyba każdy z nas ma swoją przepaść.

Moja nazywa się Ameryka, ale nie ta daleka, Północna czy Południowa, z których widziałam tak niewiele. Moje znacznie bliższe Ameryki, o wspaniałym genius loci, znajdują się niedaleko Pragi, koło wsi Mořina, w okolicy zamku Karlštejn. To dawne kamieniołomy, dziś zapierające dech w piersi skaliste przepaści. Nieodparcie przywodzą na myśl słynne wielkie kaniony, stąd pewnie nazwa. Mała i Wielka Ameryka, Kanada, Meksyk. W latach stalinowskich nazywano je jednak inaczej - „czeski Mauthausen”. Nikt dobrowolnie się tam nie zbliżał, natomiast wielu niedobrowolnie tam pracowało. Więźniowie polityczni ręcznie łamali tam wapienny kamień. Spośród mieszkańców okolicznych wsi często rekrutowali się klawisze i cywilni pracownicy. Dziś ci starzy już ludzie cierpią na coś w rodzaju zbiorowej amnezji. Nie chcą pamiętać i nie pamiętają. (Mieszkającym w Czechach polecam na ten temat ciekawy artykuł w majowym Reflexie.)

Ameryka

 

Dziś przychodzą „na Amerykę” turyści, a znajdują się też tacy śmiałkowie, którzy pomimo zakazów schodzą na dno "kanionu", a nawet tam obozują. W skałach na dole wykute są podobno kilometrowe tunele, które co odważniejsi przemierzają. Ja nigdy nie odważyłam się zejść, ale zawsze staję na brzegu przepaści, za barierką, z rozłożonymi ramionami, jak do latania. Czuję zawrót głowy i przemożną chęć skoczyć w dół. Nie są to żadne myśli samobójcze, tylko, jak na obrazie Friedricha, przedziwna fascynacja przepaścią, głębią. Myślę, że wielu ludziom się to zdarza.

Niedawno dowiedziałam się, że również na Ameryce wcale nierzadkie są obsunięcia gruntu.  Gdzieniegdzie można zobaczyć  namalowane na skale krzyże i imiona śmiałków, którzy spadli w przepaść.

11:01, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 15 kwietnia 2008
Oddech dawnych czasów

Jeżeli żylibyście w średniowieczu, kim byście byli?

zamek kokorin

Ja pewnie smutną księżniczką, wydaną za mąż wbrew woli, wyszywającą całymi dniami i zakochaną w trubadurze albo dworskim błaźnie:) Oczywiście istnieje też wariant bardziej realistyczny: zaharowaną chłopką, która umiera przy 10 porodzie mniej więcej... w moim obecnym wieku. Ech, chyba jednak ten XXI wiek nie jest taki zły:)

Zawsze mnie takie gdybanie nachodzi podczas zwiedzania średniowiecznych zamczysk, takich jak widoczna na zdjęciu twierdza Kokořín (godzinka autem od Pragi, no chyba że ktoś błądzi jak my:)). Zamek jest piękny choć niewielki, i doskonale zachowany. Został wprawdzie opuszczony już w XVw. i od tej pory zamieniał się w ruinę, ale nowy właściciel Václav Špaček, przedsiębiorczy mieszczanin, który otrzymał tytuł szlachecki w zamian za zasługi w rozwoju poczty, nie bacząc na ogromne nakłady odbudował go na początku XX wieku. Kiedy my zwiedzaliśmy zamek, odbywał się tam akurat czyjś ślub:)

Te okolice Czech należały do ulubionych terenów włóczęg największego romantyka tego kraju Karla Hynka Máchy. Nic dziwnego, jest to bardzo nierówny teren, pełen bałwaniastych skał o nieraz fantastycznych kształtach. Rozbudza wyobraźnię. Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu nad urodą Czech i Moraw - niby taki maleńkie państewko, a gdzie się nie obrócisz, tam wspaniała przyroda albo doskonale zachowane zabytki. Ale cieszę się też na odkrywanie angielskiej prowincji - tam dopiero będzie "średniowiecznie", przynajmniej tak to sobie wyobrażam:)

22:09, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 29 października 2007
Biała dama czyli satyra na nowomowę

“Biała dama” to czeski film z 1965r., który widziałam niedawno w ramach przedmiotu „Czech Cinema”. Jest to prześmieszna satyra na absurdy w komunistycznym kraju i jest wprost nie do wiary, że ówczesna cenzura pozwoliła ten film wyświetlać w kinach! W latach sześćdziesiątych w Czechosłowacji panowała bowiem dość duża swoboda twórcza, której kres przyniósł oczywiście rok 1968 i wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego. Był to totalny przełom w stosunkach społecznych; od tego roku datuje się tzw. normalizacja, o której nasz Dr (szef bohemistyki w Glasgow) mówi, że wychowała całe pokolenie ludzi bez kręgosłupa, zkorumpowanych karierowiczów i włazidupców partyjnych, albo w najlepszym razie biernych zjadaczy chleba, którzy dla wczasów nad Balatonem, szkodowki i m2 w bloku z wielkiej płyty, oraz świętego spokoju, w zaparte mogli twierdzić, że gruszki rosną na wierzbie, albo że jest most, chociaż go nie ma (patrz niżej:)).

Stało się tak, bo wszyscy starsi, mądrzy ludzie z jeszcze przedwojennym wykształceniem, którzy byli elitą lat 60., zostali odsunięci, pozwalniani i prześladowani po Praskiej Wiośnie (profesorowie myli okna albo pracowali jako nocni stróże). Za to każdy gołowąs, który był za młody by się narazić systemowi przed 1968r., mógł przy odrobinie „odbytniczego alpinizmu” (jak pięknie mówią Czesi) zrobić w latach 70. zawrotną karierę.

bila paniAle odbiegam od głównego tematu. „Biała dama” to komedia, której humor wynika z konfrontacji pseudo-naukowego ateistycznego dogmatyzmu partyjnych aparatczyków z... zjawiskiem nadprzyrodzonym, czyli duchem. Biała dama komonicka, alias Perchta z Borštejna, wychodzi z obrazu i czyni dobro. Konkretnie spełnia życzenia prostych mieszkańców Komonic: w domu staruszków pojawia się upragniony wodociąg, błoto przed szkołą zamienia się w chodnik, miejscowy sekretarz partii zostaje oblany cementem:).

No ale co miejscowy komitet ma z tym fantem zrobić? Przecież wodociągu nie było w planie, więc trzeba go zburzyć! Nawet jak się widziało Białą Damę w akcji (ew. zostało oblanym zaprawą), to ona i tak nie istnieje, bo według marksizmu istnieć nie może! Co więcej, skoro obowiązująca ideologia nie przewiduje tego typu zjawisk, nie istnieją też w obowiązującym żargonie określenia, których możnaby użyć, by to jakoś wyrazić. I tutaj właśnie pojawia się przesłanie tego pozornie lekkiego filmu – pokazuje on, że w totalitaryzmie "prawda" o rzeczywistości jest absolutnie nieważna. To co się dzieje, NIE DZIEJE SIĘ, ponieważ ideologia się z tym nie zgadza. Film idealnie pokazuje schizofrenię tamtych czasów, kiedy jedno się działo, a drugie się gadało. Istniała jakaś wirtualna rzeczywistość, stworzona przez język nowomowy, która przesłaniała i unieważniała tę prawdziwą.

Końcowa symboliczna scena niech wystarczy za wszystko. Mianowicie, miejscowi aparatczycy stwierdzili, że skoro już ta Biała Dama tak uparcie czyni cuda, to czemu by jej nie wykorzystać w dziele postępu? Gazety zwołują więc ludzi na wielkie święto otwarcia nowego mostu, przy rzece są śpiewy i tańce, trybuna stoi przygotowana, nieistniejący most na razie zasłonięty parawanem, a sekretarz i prezes skradają się do zamku, żeby wywołać Białą Damę. Ale prascy komunisci tymczasem zdążyli już obraz ukraść i cichcem zamknąć w jakimś stołecznym archiwum na 10 spustów – skoro duch istnieje, a istnieć przecież nie może, to trzeba tak zrobić, jakby nie istniał. Nie ma więc komu dokonać cudu, ale uroczystość jest już przygotowana, wstęga zostaje przecięta, a ludzie ze śpiewem na ustach (Niech żyje most!) wkraczają do wody. Brodzą, a potem pływają, ciągle wykrzykując na cześć mostu i partii. Tylko nieszczęśny kustosz zamkowy, prawdomówny z zasady (dlatego wylatujący z kolejnych stanowisk ku rozpaczy małżonki), mówi do niej „przecież tu nie ma żadnego mostu!”. A ona na to: „Ty i ta twoja prawda! Zamknij się i płyń!”

Ta ostatnia fraza weszła do czeskiego języka potocznego. Jest to doskonała metafora życia w komunistycznym kraju – ciało moczy się w wodzie, język chwali most. Tylko w ten sposób można przez życie przepłynąć, a czasem nawet wypłynąć.

Ciekawa była dyskusja po zakończeniu filmu. Bo ten obraz nie pokazuje tylko absurdu języka w systemie totalitarnym. Przecież jak się nad tym zastanowić, to w żadnej biurokratycznej organizacji, czy to szkoła, uniwerek, kościół, urząd czy wielka firma, nie można mówić „prawdy”. Też często widzi się jedno, ale mówi drugie. Zbytnia prawdomówność jest uważana za antyspołeczną. Każda organizacja ma swoje rytuały, reguły i specjalną „nowomowę”, w którą trzeba „opakować” to, co się chce powiedzieć. Kto tego nie zna lub nie przestrzega, prędzej czy później wylatuje. Nie jest już „one of us” jak podobno mawiała Margaret Thatcher. Wszystkie te wielkokorporacyjne gadki o dynamiczności i kreatywności naturalnie nie są chyba aż tak puste jak stare dobre socjalistyczne frazesy, ale coś w tym na pewno jest. Rytualny język, który nic nie komunikuje, a tylko ustala hierarchię i utrzymuje system przy życiu, w różnych formach i natężeniu istnieje w wszystkich zorganizowanych społecznych strukturach. Wystarczy wyobrazić sobie przeciętną rozmowę kwalifikacyjną... bez opanowania specjalnego języka, który nas "sprzeda", nie mamy przecież szans. A ile te frazy mają wspólnego z nami prawdziwymi?

Myślę, że i dziś „prawdę” możemy mówić tylko prywatnie, z przyjaciółmi, z rodziną, a i to nie zawsze. Na szczęście tyle się jednak zmieniło, że przynajmniej nie musimy się obawiać, że sąsiad jest agentem. Ale wystarczy, że pracuje w tej samej firmie... i już lepiej ze szczerością nie przesadzać.

Film „Biała Dama” wyraził to wszystko w idealnej lekkiej formie, okraszonej mnóstwem ciętego humoru. Był ciekawy też dla miejscowych studentów, którym Dr ciągle tłucze do głów podstawy funkcjonowania tamtego ustroju, dla nas będące (przynajmniej dla mojego pokolenia jeszcze tak) oczywistością. Dr dobrze to wyjaśnił: niech wezmą jakiś własny, np. uniwersytecki biurokratyczny żargon i pomnożą do n-tej potęgi + wyobrażą sobie, że inaczej mówić o rzeczywistości jest karalne – i wyjdzie im absurd, w którym żyli i funkcjonowali nasi rodzice i dziadkowie przez ponad 50 lat.

Bardzo polecam ten film. Jest to jedno z dzieł, które się nie starzeją. Po czesku można o nim poczytać jeszcze tu i tu.

21:14, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (6) »
czwartek, 14 czerwca 2007
O inności za rogiem

Człowiek jeździ po całym świecie w poszukiwaniu tzw. "egzotyki", żeby se horyzonty porozciągać, a tymczasem wyżej wymieniona czai się tuż za przysłowiowym rogiem.

Wiedziałam, że Katka, dziewczyna, która mnie uczy francuskiego, jest członkinią jakiegoś kościoła i że jest religijna, ale sądziłam, że jest po prostu ewangeliczką. Że się w tym urodziła, tak jak ja urodziłam się w katolickiej rodzinie. I zamiast na msze chodzi na jakieś kazania, i tyle.

Aż tu nagle wczoraj odpowiada nam na pytanie "comment ca va?", że już dobrze, ale wczoraj miała kryzys. Bo ma teraz czterodniowy post. Ale nie taki "katolicki" z rybką na obiad. Przez cztery dni nie je NIC! Może tylko pić. Moje oczy zrobiły się okrągłe jak spodki i zaczęłam trochę drążyć (en francais bien sur:)), bo jednak ciężko takie rzeczy zrozumieć takiemu bezbożnikowi jak ja. A ona mi odpowiadała podobnym tonem, jak ktoś inny opowiada o udanych wakacjach albo o swoim ogrodzie. Tak, tulipany zakwitły, tak, nic nie jem przez 4 dni... Bez zbędnych emocji, ale z iskrą w oczach. Żadnego "nawracania" ani dumy z posiadania "prawdy", ale też żadnego fałszywego wstydu za swoją "niedzisiejszą" religijność (oboje, moim skromnym, często pojawiające się wśród katolików... hmm, polskich katolików).

Wydaje się, że religia jest po prostu integralną częścią jej życia, tak jak oddychanie. O oddychaniu też się nie wygłasza deklaracji ani manifestów, nie nosi się jego znaku w klapce marynarki ani nie wciska na siłę do dokumentów ustawodawczych. Człowiek tylko oddycha. I to wystarczy. I to jest podstawa wszystkiego.

Czterodniowy post ma służyć zastanowieniu się nad sobą, podjęciu ważnych decyzji, rozmowie z Bogiem, zacieśnieniu więzów wspólnoty. Bo cała wspólnota pości tak gdzieś 2 razy w roku. Choć nie jest to związane z żadnym świętem. Po prostu wszyscy członkowie danej wspólnoty sami decydują, kiedy nadszedł czas. Do tego w czasie tego postu trzeba prowadzić normalne życie, chodzić do pracy czy szkoły! Katka nie jadła nic przez 3 dni i była w stanie uczyć nas z tą samą energią i uśmiechem jak zwykle. Coś jednak w tym przysłowiu o przenoszeniu gór musi być...

No i dzisiaj sobie zaczęłam googlować, żeby się więcej dowiedzieć... I oto rezultaty:

Kościół Katki nazywa się Jednota Braterska (Unitas Fratrum), ale znani są także jako Bracia Morawscy . Pochodzą w prostej linii z ruchu husyckiego . Data powstania Jednoty nie jest dokładnie znana, ale wg historyków stało się to około roku 1457-58, po rozgromieniu radykalnego wojska husyckich taborytów. Umiarkowane skrzydło husytów, tzw. kalikstyni (ultrakwiści), szukali porozumienia z kościołem katolickim, co nie podobało się niedobitkom radykałów. Jeden z nich, Brat Grzegorz, pod wpływem nauki Petra Chelčickiego wyjechał z Pragi do Kunsztatu i tam założył całkowicie niezależną od katolików nową wspólnotę (żadnej hierarchii biskupów, duchowni wybierani przez samych wiernych itp., ale w przeciwieństwie do taborytów przemoc w obronie wiary nie jest dopuszczalna).

Jednym z członków tej pierwszej wspólnoty, oraz jej nauczycielem, był słynny Jan Amos Komenský, zwany ojcem nowoczesnej pedagogiki.

Po bitwie na Białej Górze kontrreformacja prześladowała Jednotę, jej członkowie rozproszyli się po świecie albo swoją religię wyznawali tajnie. Wielu było zmuszonych do "nawrócenia się na katolicyzm". W ten sposób zakończył się etap tzw. "pierwszej" Jednoty Braterskiej. Znana jest ona także pod nazwą Bracia Czescy.

W latach 1722-1727 rozpoczął się kolejny etap, kiedy około 650 ludzi z Moraw, tajnie przechowujących tradycję Braci Czeskich, zdecydowało się odejść z ojczystych stron do protestanckiej Saksonii, gdzie znaleźli schronienie na ziemiach hrabiego Zinzendorfa. Zbudowali tak osadę zwaną Straż Pańska (Ochranov). Od tej pory odnowiony kościół rozwijał się prężnie, a nawet wysyłał misjonarzy na wszystkie kontynenty, dlatego dziś "Moravian Church" możemy znaleźć nawet w Ameryce Południowej! Do ziemi ojców czyli do Czech i na Morawy Jednota Braterska wróciła dopiero po cesarskim edykcie o równouprawnieniu prostestantów z roku 1861. Po drugiej wojnie światowej, za "totáče" (totalitaryzmu) jak mówi się w Czechach, kościół ten został zakazany, jak wiele innych zresztą. Odrodził się dopiero po aksamitnej rewolucji i od tej pory zdążył się nie tylko rozrosnąć, ale i przeżyć schizmę! W wyniku sporów majątkowych i doktrynalnych podzielił się mianowicie w 1999r. na dwa odłamy: tzw. jednotę charyzmatyczną (większościową) i tzw. tradycyjną.

Katka "odnalazła w sercu Jezusa" (jej słowa) mając 13 lat. Jej rodzice są ateistami, jak zresztą zdecydowana większość Czechów. Większość członków jej praskiej wspólnoty (czy może gminy, nie wiem jak to nazwać) to młodzi ludzie, którzy szukali i znaleźli, zupełnie niezależnie od swoich rodziców. Katka właśnie wyszła za mąż, i aż do dnia ślubu oboje z narzeczonym (też członkiem kościoła) wynajmowali w Pradze osobne mieszkania ze współlokatorami (płci tej samej naturalnie). W Pradze, gdzie można spotkać chyba najwięcej "konkubinatów" na metr kwadratowy w całej Europie Środkowej! I najwięcej ateistów...

Na jej wesele została zaproszona cała praska gmina (koło 30 osób) i wszyscy pomogli w przygotowaniach. Każdy przyniósł jaką potrawę, pomogli zrobić dekoracje i szweckie stoły, grilowali mięso. Obeszło się bez cateringów i ogromnych kosztów! Razem jeżdżą na wycieczki, uprawiają sport i działają charytatywnie. Razem poszczą.

No i czy nie jest to egzotyczne? :)

14:28, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 marca 2007
Legendy o czeskim języku
O tym, jakim to czeski jest śmiesznym językiem, krążą w ojczyźnie mej lubej całe legendy. Niektóre przychodzą mi czasem do skrzynki emailowej. Postanowiłam więc w końcu zareagować i sprostować te mniejsze i większe bzdury, ewentualnie (czasami) potwierdzić humor wypływający z podobieństwa naszych języków. Bo jest wiele słów czy wyrażeń i po polsku i po czesku, które są bardzo zabawne, i wcale nie trzeba wymyślać głupot!

Oto lista "czeskich ciekawostek językowych" z moimi komentarzami:

ogórek konserwowy : 'styrylizowany uhorek‘ – BZDURA! Ogórek konserwowy to „naložená okurka”.

Terminator : 'Elektronicky mordulec' : - Nie ubiwajte me pane Terminatore!
– TOTALNY IDIOTYZM. Terminator to oczywiście Terminator, nic innego!

odjazdy autobusów : 'odchody autobusow
‘ – PRZEKRĘCONE. Powinno być „odjezdy autobusů”. Słowo „odchod” jednak rzeczywiście istnieje, oznacza „odejście”. Tutaj uznaję, że skojarzene jest zabawne.

mam pomysł : 'mam napad‘
– PRAWDA.

miejsce stałego zamieszkania : 'trvale bydlisko
‘ – PRAWIE: Trvalé bydliště.

stonka ziemniaczana : 'mandolinka bramborova‘
– PRAWDA, Leptinotarsa decemplineata to rzeczywiście „mandelinka bramborova”.

plaster na odciski : 'naplast na kure oko‘
– PRAWDA. „Kuří oko” to potocznie odcisk.

cytat z czeskiego pornosa : 'pozor! pozor! budu triskat!‘
- MOŻLIWE. Rzeczonego pornosa (na szczęście) nie było mi dane zobaczyć, ale jeśli chodzi o ejakulację, to raczej używa się słowa „stříkat” niż "tryskat".

wiewiórka : 'drevni kocur‘
– TOTALNA BZDURA! Żart ten jednak jest tak rozszerzony, że także Czesi podejrzewają z kolei słowackie wiewiórki o bycie drzewnymi kocurami.... Tymczasem wiewiórka to po czesku najnormalniej w świecie ”veverka”, a po słowacku „veverečka”.

chwilowo nieobecny : 'momentalnie ne przitomni‘
- PRAWDA. Oczywiście zapis jest inny, ale to szczegół: "momentálně nepřítomný".

'Gwiezdne wojny' z czeskim dubingiem : Lord Vader do Luke'a Skywalkera 'Luk! jo sem twoj tatienek!‘
– DUBBINGU szczerze nie znoszę i to w jakiejkolwiek wersji językowej, więc się wypowiadać nie mogę, ale przypuszczam, że Lord Vader powiedziałby raczej „Jsem tvůj otec“. Choć „tatínek“ to całkiem normalne słowo.

hod dog : 'parek v rohliku'
– JAK NAJBARDZIEJ!

płyta CD : 'cedeczko‘
PRAWDA, mówi się tak potocznie. Czesi raczej poczeszczają anglicyzmy, dlatego nie mówią [si – di], ale [ce – de]. I z tego się wzięło „cedéčko”. W języku literackim płyta kompaktowa to kompaktní deska“.

teatr narodowy : 'narodove divadlo‘ – PRAWDA, tylko trochę przekręcone: "národní divadlo". Tylko co w tym śmiesznego?

drodzy widzowie : 'wazeni divacy‘
– PRAWDA: „vážení divaci”

zepsuty : 'poruhany‘
- PRAWDA, + jedna samogłoska: „porouchaný”

koparka : 'ripadlo
‘- PRAWDA: koparka to „rýpadlo”, ale częściej mówi się „bagr"

'Zaczarowany flet' : 'Zahlastana fifulka‘ – IDIOTYZM NA SKALĘ KOSMICZNĄ!!! – oprera Mozarta nosi po czesku nazwę „Kouzelná fletna”.

'Być albo nie być - oto jest pytanie' : 'Bytka abo ne bytka to je zapytka'
– BZDURA. Najsłynniejszy wers Szekspira brzmi po czesku: Být, nebo nebýt? Tak se musím ptát!

komentarz meczu hokeja : '... z levicku na pravicku, pristavka i ...sito‘
– O JEZU. Jakaś totalnie przekręcona (w duchu: zdrabniamy polski i już mamy czeski!) bzdura. Na hokeju znam się jeszcze mniej niż na pornosach i dubbingu, więc nie jestem w stanie powiedzieć, co to niby miało być. Mogę tylko potwierdzić, że „síť " to „siatka” czyli „bramka”.

w liście do Koryntian - Hymn o miłości: 'miłość się nie obraża i gniewem nie unosi' : laska se ne wpina i ne wydyma sa‘ – BZDURA. Wiersz 5 rodziału 13 Pierwszego Listu do Koryntian (bo chyba o ten chodziło) „Miłość […] nie unosi się gniewem, nie pamięta złego“ brzmi następująco:„5Láska … nedá se vydráždit, nepočítá křivdy.(ekumeniczny przeklad z roku 1979), albo:5 Láska nezpouzí se, neobmýšlí zlého.“ (przekład z roku 1613, tzw. Biblia Kralicka).


gwiazdozbiór : 'hvezdokupa‘ – IDIOTYZM Z GATUNKU KOSMICZNYCH. Naprawdę można tylko podziwiać polską wyobraźnię! A tymczasem gwiazdozbiór to zwyczajnie: „souhvězdí“


niezapomniana trójka czeskich hokejowych napastników : ‚Popil, Poruhal a Smutny‘ – NA 100% PRZEKRĘCONE. Na pewno istnieje tylko nazwisko „Smutný“.

Na koniec jeszcze o tym, z czego najczęściej śmieją się Czesi. A mianowicie z tego, jak polscy turyści "szukają się wzajemnie" po mieście... Dla niewtajemniczonych: "šukat"= to fuck (popularne jest też "mrdat" - no czy to nie urocze słówko?:D). W tym konktekście słowo "wyszukiwarka" nie potrzebuje komentarza...

11:17, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (70) »
poniedziałek, 26 marca 2007
A co ty, v pohodě?

Małe rzeczy, a cieszą. Na przykład to, że w Biliotece Narodowej nareszcie zrobili porządny bufet. Czysty, z wyborem dobrego jedzenia i... z piwem! Bo w Czechach piwo jest niemal uważane za nie-alkohol (fakt, że jest słabsze niż polskie). Mają go tu wszędzie, nawet w studenckich stołówkach. Pod tym względem Czechy są cudownym krajem i jeśli kiedyś stąd wyemigruję, baaardzo będę za tym tęsknić. Bo piwo czeskie uwielbiam!

Tak samo jak czeską "pohodę". Trudno przetłumaczyć to słowo jednoznacznie, chyba najbliższy by był "luzik". Pohoda to dobra atmosfera, wyluzowanie, nie przejmowanie się niczym, takie wszechogarniające OK. "V pohodě" (albo w skrócie "v poho") to "spoko", "w porzo". "Pohodový" człowiek to luzak, easy-going man (or woman;). Pohoda jest po prostu wtedy, kiedy siedzisz w dobrym towarzystwie w hospodzie i wszystkie problemy ci latają koło czterech liter. Albo na wycieczce przy ognisku, albo kiedy oglądasz dobry film w ciepłym mieszkanku.

A także w bibliotece, kiedy robisz sobie przerwę w zgłębianiu teoryj Merleau-Ponty, przemycasz do tego nowego bufetu Murakamiego, kupujesz jedno velké i godzinka leci jak z bicza strzelił. Oj, to jest dopiero pohoda!

12:46, la_polaquita , bohemia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 marca 2007
Ośmiornica narodowa czyli smark na chodniku

Oto ona. Nowa Biblioteka Narodowa w Pradze. projekt biblioteki narodowej w pradze

Ten oto projekt zwyciężył w konkursie na nowy budynek biblioteki, który ma być gotowy w roku 2010 i będzie kosztował około 2 miliardów koron. Budynek będzie miał siedem pięter, z tego połowa pod ziemią, automatyczny system wydawania książek (5 min. czekania podobno!), 1200 miejsc w czytelniach. A przede wszystkim stanie się nową dominantą Pragi. Autorem projektu jest znany w świecie architekt Jan Kaplický, czeski emingrant, który do tej pory nie miał jeszcze żadnego zrealizowanego projektu w ojczyźnie. M.in. dlatego w środowisku jakoś tak się wiedziało, że zwycięży właśnie on.

Jak wam się podoba? Bo mnie tak sobie. Projekt jest niewątpliwie bardzo oryginalny i bardzo funny, ale do centrum Pragi pasuje jak pięść do oka. No i te fosforyzujące kolory! Nie żebym była jakąś konserwatystką, lubię połączenie nowoczesnej i starej architektury, ale to jest naprawdę wół do karety i kwiatek do kożucha... W jakiejś futurystycznej i na wskroś nowej dzielnicy pewnie świetnie by się prezentował. Ale nie na Letnej, wzgórzu widocznym z całego Starego miasta. BTW, objekt będzie stał tylko kilkaset metrów od miejsca, gdzie przed rokiem 89 prezentował się monumentalny pomnik Stalina.

Oto jak to będzie wyglądać:narodni knihovna

knihovna z hradem

Z drugiej strony śmieszna ta biblioteka... A jeśli naprawdę książki przybędą za 5 minut, wszystko jej wybaczę:)

Mam tylko nadzieję, że nie zamkną starego budynku - byłego jezuickiego kolegium, Klementinum. Bo choć bufet jest tam obskurny jak na dworcu (te stoły kryte ceratą i sztuczne kwiatki!:)), w ubikacjach śmierdzi, a kawa z automatu wstrętna, to to miejsce ma swoje ogromne genius loci. M.in. z wyżej wymienionych powodów;). A w lecie, jak człowiek ma już dość ślęczenia nad książkami, jak fajnie jest wyjść na pełny ławek barokowy dziedziniec i razem z turystami wygrzewać się na słoneczku...

Prażanom oczywiście nowy budynek nie bardzo w smak. Juz powstało mnóstwo przezwisk: Ośmiornica, Meduza, smark na chodniku, bunkier Teletubisiów:) Ludzie prawdopodobnie podzielą się na zatwardziałych zniesmaczonych przeciwników i rozentuzjazmowanych miłośników "kałamarnicy". A potem wszyscy się przyzwyczają. Tak jak to w życiu bywa.

13:59, la_polaquita , bohemia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers