O podróżach dalekich i bliskich
piątek, 22 czerwca 2007
Woda, woda, woda.... O!!!

Dzisiaj kolejna porcja wspomnień z naszej kanadyjskiej podróży i jej najbardziej intensywne przeżycie. "Whale watching" w quebeckim miasteczku Tadoussac, najbardziej na północ wysuniętym punkcie, do którego dotarliśmy.

Czas nas gonił, bo były to ostatnie dni podróży, ale tego po prostu nie mogliśmy przepuścić! Co prawda był to dopiero początek sezonu, więc szansa na spotkanie całego parzącego się stada była znikoma, ale agencje oferujące wycieczki gwarantowały, że "coś" na pewno zobaczymy... I zobaczyliśmy!

Lonely Planet radził, żeby wybrać droższą, ale zwrotniejszą i szybszą małą łódkę typu Zodiac (w ofercie są też większe wycieczkowe statki) i był to dobry wybór. Tym niemniej przez pierwszą godzinę i tak była tylko "sama voda"... Oczy nam mało nie wylazły z oczodołów od wypatrywania... Kiedy już zaczęłam mieć omamy wzrokowe i każda większa fala wydawała mi się upragnioną płetwą czy ogonem, w końcu pojawiły się! Wszyscy aż wyskoczyliśmy, a Chiquito zaczął pstrykać jak szalony swoim białym od soli aparatem. Niestety, jak to w takich wypadkach bywa, wieloryb schował się szybciej, niż się pokazał i w rezultacie zdecydowana większość zdjęć jest bardzo...hmm...szaro-wodnista. Na szczęście potem jeszcze przez całą godzinę goniliśmy te wspaniałe zwierzęta, a one czasami w swej majestatycznej łaskawości decydowały się nam pokazać:)

Pod spodem to najlepsze, co udało nam się pochwycić. Zdjęcia nie są w stanie oddać intensywności tego przeżycia, tego trzeba po prostu doświadczyć na własnej skórze, razem z szalonym kołysaniem, lodowatym wiatrem i nieustającym czekaniem na parę sekund zachwytu.

woda, woda...o!

Kiedy dane nam było zobaczyć taki kawałek grzbietu, czuliśmy się niesamowicie. Trzeba tam być, widzieć jak są wielkie i jak cudownie nie zwracają na nas uwagi...

plecy wieloryba

Chyba najlepsze zdjęcie, jakie udało nam się zrobić. Niestety żaden wielorybek nie zechciał pokazać nam ogona, o skakaniu nie wspominając. Początek sezonu, niestety...

Wg pana sternika, który nas wiózł, udało nam się zobaczyć mniejsze Minke Whale, oraz orki, czyli Killer Whales. Ja niestety nie byłam w stanie po płetwie grzbietowej odróżnić jedne od drugich, więc pozostawało mi wierzyć na słowo:)

brzuszek

Kiedy pokazało się to "białe" (wiem, że zdjęcie jest fatalne, ale jedyne niestety) wszyscy wpadliśmy w totalny zachwyt, bo myśleliśmy, że to upragniona Beluga, czyli bardzo rzadki biały wieloryb. Niestety była to tylko nasza stara znajoma Minke, która zdecydowała się pokazać nam swój biały brzuszek...

wielorybek z łódki

Tak blisko naszej łódki! Byliśmy szczęśliwi, kiedy się pojawiały!

moi

C'est moi. Dwa podkoszulki, dwa polary, spodnie od dresu, jeansy, kurtka narciarska, kurtka i spodnie nieprzemakalne od organizatorów rejsu. I wierzcie mi, wcale nie było mi ciepło!!

Do tego utrzymać żołądek na wodzy w sytuacji, kiedy łódka (oraz rzeczony żołądek) skacze na metr czy dwa w górę w rytmie zaiste diabelskim, nie było wcale łatwą sprawą:). Ale warto było! Jeszcze dziś bym się znowu wybrała... Choć może w jakimś cieplejszym kraju. Np. na Dominikanie :)

11:16, la_polaquita , canada
Link Komentarze (5) »
środa, 06 czerwca 2007
Kanadyjskie zwierzątka, cz. I

W Kanadzie zwierzątek jest naprawdę dostatek. W każdym, najmniejszym nawet parku czy skwerku dziesiątki wiewiórek biegało nam pod nogami, susły (czy co to było) wyglądały z krzaków, zające przebiegały szosę narażając nas na bliższe spotkanie z drzewem, sarenki wyglądały z lasu na naszego przejeżdżającego pontiaca. Koleżanka z Montrelau opowiadała nam o skunksie, który zasmrodził jej mieszkanie na miesiąc i o szopach praczach, regularnie rozrzucających śmieci po całym przydomowym ogródku (mieszka niemal w centrum!). My niestety (na szczęście?) tych niemile pachnących osobników nie spotkaliśmy osobiście, nie dany nam był również honor z niedźwiedziem, łosiem i innymi big Kanadyjczykami. Sama drobnica nam się trafiała, ot co... W pierwszej części moich fotograficznych kanadyjskich sprawozdań zamieszczam więc parę zdjęć tej drobnicy:)

wiewiórka

Wiewióreczka w Kingston

czapla?

Czapla?? Kto wie co to jest?

mewa

Tysiąc wysp, tysiąc mew...

muszki

Muszki. Zwierzę w Kanadzie powszechniejsze niż bakteria:) 

10:38, la_polaquita , canada
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 maja 2007
W Mississauga

Pierwszy tydzień pobytu w Kanadzie spędziliśmy w mieście Mississauga niedaleko Toronto, gdzie dziadek Chiquita posiada dom. Od pierwszych chwil spędzonych w aucie jadąc z lotniska czułam, że to AMERYKA. Miasto totalnie różne od tego, co można znaleźć w Europie. Oraz różne od moich wyobrażeń, bo słysząc określenie "sypialnia Toronto" wybrażałam sobie, że będzie to jakaś dziura w rodzaju tzw. miasteczek-satelit pod Pragą. Tymczasem Mississauga to wielkie i dynamiczne miasto, przede wszystkim strasznie rozległe. Ma niewiele ponad 30 lat i ponieważ jest tak młode, od początku powstawało wg dokładnych planów urbanistycznych. Nie ma tam żadnego starego centrum, żadnej wąskiej uliczki, nawet żadnej biednej dzielnicy. Wszystko zostało dokładnie zaplanowane: jest nowoczesne downtown, pełne szklanych biurowców i nowoczesnych apartamentowców, jest strefa komercyjna, gdzie można kupić co tylko się zamarzy, i jest strefa rezydencjalna, czyli jak dla mnie jedno ogromne "przedmieście" wypełnione zielenią, jednorodzinnymi domkami i willami, często zgrupowanymi w tzw. condominiach. Wszystko połączone równiutkimi jak stół i szerokimi jak autostrada ulicami.

Państwo Sanchez, przyjaciele Abuelita, z którymi spędziliśmy sporo czasu, są dumni i zadowoleni ze swojego miasta. Nie jest to wg nich "miasto pełne parków", ale "park pełen domów". Podobno ostatnio, kiedy coraz więcej wielkich firm i banków wybiera to miasto na swoją siedzibę, mówi się nawet, że to nie Mississauga jest sypialnią Toronto, ale że to Toronto jest sypialnią Mississauga. Podobno to jedno z najlepiej zarządzanych miast w Kanadzie, o czym świadczy fakt, że od lat siedemdziesiątych burmistrzem jest ciągle jedna i ta sama pani. W każdych wyborach ma 95% poparcia. Nikt nie potrafiłby wyobrazić sobie lepszego burmistrza niż ona.

Rzeczywiście parków jest tam jak maku. Tylko że do żadnego nie dostanie się człowiek inaczej niż samochodem. Jest to zupełnie inny styl życia. Ja jestem przyzwyczajona to tego, że jak potrzebuję bułki, to wybiegam do sklepiku za rogiem i za 5 minut wracam. Tam nie ma żadnych sklepików, nie ma nawet rogów! Po każdą głupotę trzeba pakować się do samochodu i udać się do supermarketu. Co prawda jest ich tam mnóstwo i wiele wyspecjalizowanych: chińskie, wietnamskie, arabskie, polskie itp. Tak, jedzienie jest świetne. Clemencia Sanchez nigdy nie pyta "czy jesteś głodny?", ale "na co jesteś głodny?". Poziom życia jest wysoki. Państwo Sanchez i ich troje dzieci posiadają 4 samochody. "Tylko 4", bo rodzice pracują w tej samej firmie więc jeżdżą razem, inaczej pewnie by było 5.

Chiquito chyba by się bez problemów do takiego "przedmiejsko-samochodowego" życia przyzwyczaił, bo bardzo mu się tam podobało, ale ja jako nieprowadząca, niezamierzająca oraz lubiąca wypić piwko lub winko nie wiem nie wiem. Tak, istnieje system transportu publicznego. Parę razy z niego korzystaliśmy, kiedy dziadek nie odwiózł nas na dworzec autobusowy, gdzie łapaliśmy bus do Toronto. Autobusy jeżdżą średnio co pół godziny, więc dostanie się tylko na dworzec w Mississauga nam z czekaniem zajęło godzinę (autem to 15 minut)! W tym dniu żeśmy wiele w Toronto nie zwiedzili... Nie wyobrażam sobie przesiadek w tym mieście!

Ok, jest tam wiele zieleni. Ale nawet w domu słychać szum przejeżdżających samochodów. Nigdzie nie można dojść na piechotę. Raz żeśmy się wybrali do supermarketu który wydawał się być blisko... Maszerowaliśmy ponad godzinę! Nic dziwnego że nawet na spacery jeździ się autem (niezbyt ekologiczne jak sądzę). Na kawę jeździ się do sieci Tim Hortons. Niemal nie istnieją małe kawiarnie czy restauracje, które by nie były częścią jakiejś sieci, a jeśli istnieją, to się im nie ufa. Wiadomo, dobra kawa jest tylko w Tim Hortons. To nic, że to miejsce pozbawione atmosfery, taki lepszy McDonalds.

Wszystko jest duże i daleko. Ale za to jest WSZYSTKO o czym tylko dusza zapragnie, ze wszystkich kątów świata. Nawet Ikea jest (dla młodych lub biedniejszych oczywiście:)). Nic tylko pracować jak wół i wydawać ile wlezie. Jak mówi pan Sanchez: wszędzie trzeba ciężko pracować, ale w Kanadzie za tę samą ilość pracy można żyć na o wiele lepszym poziomie. Na jeziorze Ontario było wiele małych żaglówek, jachtów, motorowych łodzi. Podobno należą do całkiem normalnych pracujących (na dobrych pozycjach oczywiście) ludzi. Itd. itp.

Dobrobyt po prostu widać gołym okiem. Jednak to Ameryka.

17:41, la_polaquita , canada
Link Komentarze (10) »
wtorek, 22 maja 2007
I'm back!

Wróciliśmy. W niedzielę wieczorem ja, w poniedziałek rano Don Chiquito. Tak, tak, lecieliśmy osobno. To już dawne dzieje i już nas to nie złości, ale gwoli informacji Austriacy wizy "nie zdążyli" dać, bilet przepadł, ale oczywiście głupio by było rezygnować z urlopu, więc Chiquito kupił nowy, droższy bilet CSA prosto z Pragi. Czyli zrobił to, co powinniśmy zrobić od razu, a nie jak dusigosze rzucać się na tańszą ofertę z Wiednia, bo jak się doda koszta dojazdu do tegoż miasta + opłaty za wizę, to w sumie niewielka to oszczędność...

Ale już dość o kasie! Urlop był wspaniały. Co prawda trochę nietypowy (czescy współpracownicy patrzyli na mnie ze zdziweniem pt. z urlopu wraca i nie opalona!), ale Kanada to kraj, który zdecydowanie warto poznać. Szczególnie że my patrzyliśmy na wszystko pod kątem "czy warto by było tam emigrować" i doszliśmy do wniosku, że chyba tak. Pomimo tego, że byłoby cieżko, bo choć tamtejszy kapitalizm nie jest tak drapieżny jak w USA (istnieje system pomocy społecznej, szkolnictwo jest płatne ale w przeciwieństwie do USA są nieoprocentowane pożyczki dla studentów, opieka zdrowotna jest bezpłatna i podobno świetna), to jednak trzeba by było zaczynać od zera. A emigrantom jest trudniej, bo np. bardzo silne są asocjacje zawodowe (lekarzy, inżynierów itp.), którzy w zasadzie decydują, czy możesz wykonywać swój zawód czy nie.

Ale przecież nigdzie nikt ci niczego nie da za darmo. Ceny mieszkań są podobne jak w Pradze (czyli dla nas niedosiężne), ale zarobki są 4 razy większe... Za trzy lata pobytu dają obywatelstwo. W Czechach Chiquito jest już wiosen 8, a na razie nie ma nawet szansy na trwały pobyt.

Tak, jak zwykle mamy głowy w chmurach, ale zobaczymy co z tego wyjdzie:). Na razie cieszyliśmy się wspaniałą kanadyjską przyrodą, imponującą "amerykańskością" Toronta, pełnymi życia Ottawą i Montrealem, urokiem niemal 100-procentowo europejskiego Quebec City. Widzieliśmy wieloryby w Tadoussac, wystawę martwych ciał w Montrealu, a nawet jednego Mohikanina! O wszystkim postaram się stopniowo pisać, dołączając zdjęcia, jak tylko ściągniemy je do kompa.

Do napisania!

16:22, la_polaquita , canada
Link Komentarze (5) »
piątek, 27 kwietnia 2007
Czekanie na wizowego godota

Jest bardzo śmiesznie. Tylko nie wiem, czy w sumie śmiać się czy płakać.

Dziś wieczorem planowany jest początek naszej wyprawy do Kanady. Mam już wyprane, niemal spakowane, bilety lotnicze w kieszeni, urlopy zatwierdzone, wizy kanadyjskie w paszportach, do tego wczoraj Chiquito odebrał długo oczekiwane prawo jazdy i od razy wystawili mu międzynarodowe. Ale i tak cała akcja stoi pod znakiem zapytania. Po prostu jeden kraj ma kłopot z kolumbijskim paszportem Chiquita, mimo że aż roi się w nim od wiz różnych krajów, zawsze spełnionych w terminie. I tym krajem wcale nie jest Kanada. Kanadyjczycy w swoim super sprawnie działającym konsulacie wystawili nam obojgu wizy w jeden dzień !!! Rzecz nie do pomyślenia w takim polskim na przykład.

Problem mają Autriacy, a chodzi o jednodniowy tranzyt z pociągu na lotnisko (odlot mamy z Wiednia). Już niemal dwa tygodnie trzymają paszport Chiquita i "czekają na odpowiedź z Wiednia". Chiquito był tam wczoraj, był dzisiaj, rozmawiał z samym konsulem i po prostu nic nie da się zrobić. Nawet dzwonili do Wiednia, ale tam też nic nie wiadomo. Przy czym normalny termin wydania wizy to 3 dni robocze. Ale to tylko dla "lepszych" cudzoziemców, tych "gorszych" trzeba dokładnie, centralnie sprawdzić. My nie zawaliliśmy niczego, wszystkie dokumenty mamy kompletne, wszystko zupełnie w porządku (mamy z tym doświadczenie:)), po prostu podanie leży na biurku jakiemuś austriackiemu znudzonemu urzędasowi, który pewnie zadowolony kawę popija i szykuje się do ucieczki na weekend do domu, a nam tutaj grozi strata urlopu, do którego już inwestowaliśmy ponad 30 tys. koron... (bilety, ubezpieczenie, wizy kanadyjskie itp.) No nieciekawie jest. Jeśli dzisiaj do końca godzin urzędowania nie zdarzy się cud, to możemy pożegnać się z Kanadą.

Jest też oczywiście inna opcja, pod tytułem ja lecę sama. Nie bardzo mi się to uśmiecha, ale pewnie tak to się skończy. A Chiquito poczeka na wizę do poniedziałku albo jeszcze dłużej a potem wyda kolejnych 15 tys. na nowy bilet... I to najlepiej prosto z Pragi żeby już tylko w tranzytach lotniskowych przebywać. Albo już się nic nie znajdzie w zasięgu jego finansowych możłiwości i przyjdzie mi spędzić urlop samej:( Chyba się z tego posiekam.

Martwię się. Jeśli w Kanadzie dorwię się do jakiegoś komputera skrobnę o tym, jak to się całe skończyło. I radzę wszystkim dobrze: nigdy nie zmieniać obywatelstwa na kolumbijskie! Chyba tylko afgańskie czy irakijskie może sprowadzić więcej kłopotów na głowę zwykłego człowieka chcącego ruszyć dupę z miejsca i zobaczyć trochę świata.

14:57, la_polaquita , canada
Link Komentarze (6) »
środa, 21 lutego 2007
Kanada i Abuelito

Jedziemy do Kanady!

Na emigrację (na razie) nie, tylko żeby odwiedzić Dziadka. No i oczywiście pozwiedzać...

Najpierw nie miałam na to za bardzo ochoty, bo po pierwsze - zimno (w grę wchodzi kwiecień i wczesny maj, bo potem Dziadek wraca do Kolumbii), a po drugie - co jest do zwiedzania w Kanadzie? Chyba tylko jakieś niekończące się lasy... Dopiero kiedy zajrzałam do niedawno nabytego przewodnika Lonely Planet oświeciło mnie, że zobaczymy słynny wodospad Niagara, pełne życia Toronto, francuski Quebec, Montreal pełny wystaw i festiwali...I teraz już bardzo się cieszę! Znajomkowie z pracy i nie tylko na urlopy jeżdżą wylegiwać się w kurortach na Karaibach - a my nie, my oryginalnie, do kanadyjskiej zimy... Fajnie jest!

Cieszę się też, że znowu zobaczę Dziadka (nie muszę chyba wspominać, że moje cieszenie się to nic przy cieszeniu się Chiquita). Abuelo to szczególna postać w jego rodzinie. Prawdziwy naczelnik klanu, niekwestionowany autorytet i mądry, ujmujący człowiek. Najpierw, kiedy Chiquito mi o nim opowiadał, nie chciało mi się w ten chodzący ideał wierzyć. Bo w mojej rodzinie i w życiu autorytetów jak na lekarstwo, przynajmniej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jestem bardzo neufna w stosunku do tych wszystkich ludzi na piedestale, zawsze niucham jakieś brudne tajemnice. Zgrzyty po prostu muszą być, nie ma bata.

Dlatego bezkrytyczny podziw Chiquita w stosunku do Dziadka wydał mi się z początku bardzo podejrzany. Bo przecież i on musi mieć coś na sumieniu. I pewnie ma, nikt nie jest bez winy (te trzy żony np.?) Ale kiedy go poznałam, musiałam przyznać Chiquitowi rację - ten człowiek to prawdziwa osobowość i bardzo dobrze, że jest dla chłopaka wzorem. Nawet stwierdziłam, że mógłby się wnuczek więcej uczyć od Dziadka - na polu dżentelmeństwa starszy pan jest niezrównany:-) Czego nie można powiedzieć o juniorze;-)

To, co Chiquito wie o życiu Dziadka, jest już rodzinną legendą. Ale w tym roku mieliśmy szczęście gościć Abuela w Pradze (razem z żoną i rodzicami Chiquita). Kiedy wracaliśmy pociągiem z wycieczki do Czeskiego Krumlova (śliczne miasto) Dziadek się rozgadał i rozopowiadał o swym życiu. Wielu rzeczy nawet jego córka nie wiedziała. Jego historia w pewnym sensie odbija najnowsze dzieje Kolumbii, bo jakoś miał facet szczęście wpadać ciągle w polityczne kłopoty (to chyba normalne w Kolumbii), ale potem się z nich zręcznie wydostawać.

Jedyny mój problem spoczywał w tym, że mój biedny hiszpański nie pozwalał na zrozumienie wszystkich smaczków i dowcipów jego opowieści...Ciągnęłam więc za rękaw Chiquita, żeby mi przetłumaczył co trudniejsze frangmenty, i co mi się udało zapamiętać, napiszę następnym razem.

10:19, la_polaquita , canada
Link Komentarze (2) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers