O podróżach dalekich i bliskich
wtorek, 01 września 2009
Nasze krajobrazy

W poprzedniej notce pisałam o geocachingu, dzięki któremu nowym okiem spojrzeliśmy na okolicę naszego osiedla. Przede wszystkim dowiedziałam się wreszcie, dlaczego nazywa się ono Czarny Most (Černý most)! Już dawno mnie to intrygowało, bo tu żadnego specjalnego mostu nie ma. Okazało się, że kiedyś, dawno temu, kiedy w pobliżu rozciągały się tylko pola i nikomu się jeszcze nie śniło o blokach z wielkiej płyty, nad torami kolejowymi (relacja Praga - Čelakovice) był przerzucony most. Miejscowi nazywali go "czarnym", bo zczerniał od dymu przejeżdżających pod nim parowych lokomotyw. Dziś został z niego tylko zrujnowany kawałek, widoczny na zdjęciu poniżej. Tuż obok znajduje się teraz nowy most z drogą szybkiego ruchu. Okolica jest więc głośna i zaśmiecona, niezbyt przyjemna. Ale i tak fajnie było go znaleźć, znajduje się kawałek od metra Rajska Zahrada.

stary czarny most

ruina mostu

(fot. źródło: www.geocaching.com)

Fajne w geocachingu jest to, że odkrywamy miejsca, które znajdują się bardzo blisko naszego domu, i o których jak dotąd nie mieliśmy pojęcia. Dzięki tej zabawie dotarliśmy też do Chvalskiego lomu, byłego kamieniołomu w kształcie skalistej niecki z piękną łąką na dnie. To urokliwe miejsce znajduje się kilkaset metrów od naszego bloku, ale jest tak totalnie odcięte od świata obwodnicą i zabudową, że normalnie nie sposób się tam dostać. My, z Fri w chuście, musieliśmy przejść się kawałek brzegiem zjazdu z autostrady, a następnie przedzierać się zarośniętym laskiem. Ale warto było, to miejsce jest jak zapomniane uroczysko. O ludzkiej obecności świadczą tylko śmieci i ślady obozowiska bezdomnych...

Wcześniej, szukając innej drogi do kamieniołomu, przegadaliśmy sobie chyba z pół godziny z miłą panią, która przed swym domem w Horních Počernicach (miejscowości tuż koło naszego osiedla) podlewała kwiatki. Kobieta opowiadała, jak była świadkiem totalnej przemiany okolicy - za czasów jej dzieciństwa była to po prostu wieś, same pola i lasy, do byłego kamieniołomu się chodziło na poziomki. Jak szosą przejechał wóz drabiniasty, to było wydarzenie. A teraz sama wielka płyta, olbrzymie hale, makra i hipermarkety, coraz to nowe i nowe pola wykupywane są pod zabudowę... A przede wszystkim zbudowano autostradę, która jak nożem rozcięła krajobraz na pół i której szum tak się wgryzł w nasze uszy, że już go praktycznie nie słyszymy. Na spacerach często trzeba robić potężne kółka, żeby dotrzeć do mostku lub tunelu prowadzących na drugą jej stronę.

Ja tam lubię nasze obrzeża Pragi. Uważam, że jest tu bardzo zielono i jest sporo obszarów chronionych, są i lasy i pola, jest mnóstwo terenów spacerowych. Rozmawiając z tą panią wyobraziłam sobie jednak, jak pięknie musiało wyglądać tu kiedyś. Kobieta wielokrotnie podkreślała, jaki tu był spokój, zieleń, raj dla dzieci, jedyny hałas pochodził od przejeżdżającego od czasu do czasu pociągu.

Już dawno, zwłaszcza podróżując samochodem, myślę o tym, jak bardzo zeszpecony jest ten nasz współczesny krajobraz. Porozcinany serpentynami dróg szybkiego ruchu, usiany aluminiowymi klockami hipermarketów, magazynów, hal produkcyjnych. Zieleń to takie wysepki między tym wszystkim. I ciągle budowane są nowe hale, apartamentowce, osiedla szeregowców... Pewnie, dzięki temu wszystkiemu mamy gdzie mieszkać, na zakupy blisko, samochodem zjeżdżamy na autostradę i raz dwa jesteśmy, gdzie chcemy. Nie ma co żałować dawnej nieskalanej przyrody, bo to przecież nasza wygoda zniszczyła krajobraz. Coś za coś.

Ale i tak nie mogę sobie nie wyobrażać, jak musiało być tutaj kiedyś pięknie, cicho. Tylko pola i lasy jak okiem sięgnąć, i od czasu do czasu czarny dym parowej ciuchci na horyzoncie.

16:02, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (8) »
sobota, 29 sierpnia 2009
Geocaching - nasza nowa zabawa

Jeśli ktoś z Was po tytule poznał, o co chodzi, to całkiem możliwe, że podziela nową pasję Chiquita, która uprzyjemnia nam ostatnio wspólne spacery. Chłopak kupił sobie bowiem nowy telefon komórkowy z GPS. Miał przy tym wielkie wyrzuty sumienia, i wielokrotnie pytał mnie o zgodę, żeby drogi zakup usprawiedliwić...  Ale otrzymał ją, bo cóż począć z takim gadżeciarzem i technofilem?:) I teraz prócz tego, że mamy nawigację w samochodzie (przedtem zawsze nawigowałam ja za pomocą mapy, ale odkąd siedzę na tylnym siedzeniu z Fri, zostało to cokolwiek utrudnione), możemy także bawić się w szukanie skarbów.

Albowiem geocaching właśnie na tym polega: pasjonaci tej zabawy, których jak się okazuje jest bardzo wielu, tu i ówdzie, ale zawsze w jakichś ciekawych miejscach, zakładają tzw. cache, czyli chowają małe lub większe pudełka. Można je znaleźć pod korzeniami drzew, przykryte kamieniami w dziurze w ziemi, przyklejone za pomocą magnesów do różnych metalowych konstrukcji, albo nawet ukryte w środku fałszywego kamienia. Pomysłów jest cała chmara! W każdej cache znajduje się papier, na którym wpisują swe nicki oraz datę i godzinę kolejni geocacherzy, którzy ją znaleźli. W większych pudełkach znajdują się też różne przedmioty, najczęściej zabawki, naklejki, breloki itp., i jeśli się chce, można sobie jeden z nich wziąść, wymieniając na inny o podobnej wartości. No i najważniejsze: każda cache jest opisana na specjalnej "cacherskiej" stronie: www.geocaching.com albo, w naszym przypadku, www.geocaching.cz. Tam znajdują się współrzędne skrzynki, instrukcje dotyczące znalezienia oraz opis danego miejsca. Idea geocachingu polega również na tym, żeby przedstawić użytkownikom różne ciekawe, mniej lub bardziej turystyczne zakątki. Często są to takie zakamarki, do których bez intencji szukania "keszki" człowiek by raczej nie trafił. Bardzo mi się to podoba w tej grze, że łączy ze sobą świat wirtualny i prawdziwy, bo skrzynki istnieją zarówno w realu, jak i na internetowych mapach. Coś dla technofilów i zapalonych wycieczkowiczów w jednym.

Tak więc nowy gadżet Chiquita służy całej rodzinie. My dwie używamy sobie świeżego powietrza, dopóki piękne lato trwa, a Chiquito chodzi z nami chętniej, bo zwykłe łażenie spacerkowe ma teraz całkiem inny sens. Okazało się, że i w pobliżu naszego domu znajdują się dziesiątki skrzynek do odkrycia! Szukanie takiej cache ma w sobie dreszcz i ducha przygody - czasem trzeba się przez niezłe chaszcze przedzierać, z GPS w ręce, dopóki dystans nie skróci się do dwóch metrów. A wtedy trzeba się uważnie porozglądać, pogrzebać w krzaczorach, pomacać pod metalowymi rurami, szukać dziur w murze itp.

Fri w tym czasie najczęściej śpi sobie smacznie w chuście lub wózku, ale wyobrażam sobie, jaką będzie miała za kilka lat frajdę. Ta zabawa jest wg mnie jak stworzona dla dzieci. Zwiedzanie jakiegoś zamku czy włażenie na wzgórze to najczęściej dla kilkulatków nuda, ale szukanie skarbów? To zupełnie co innego!

A tymczasem bawimy się my, dorośli, choć komuś może się to wydać głupie. Ale wewnętrzne dziecko warto w sobie pielęgnować, zawsze i wszędzie:).

19:54, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (14) »
piątek, 21 sierpnia 2009
Pieczenie prosiaka i inne wypady

Zostaliśmy zaproszeni na piknik połączony z pieczeniem całego prosiaka. Oprócz pysznego jedzonka i dobrej zabawy wyniosłam z tej imprezy też kilka rad od innych mam, które niezbyt dobrze mi zrobiły, bo poddały w wątpliwość moje sposoby na Fricholinkę (np. usypianie na cycku). Ale o tym innym razem.

A prosiak był pychotowy! I pogoda piękna. Dobrze jest wyrwać się z domu, zwłaszcza, że w chwili obecnej mamy w mieszkaniu chyba z 35 stopni. Mieszkamy w wielkiej płycie i tam zawsze jest gorąco, ale od kilku dni zrobiło się nie do wytrzymania, bo nie można wietrzyć! Malują fasadę budynku i zalepili nam okna jakąś specjalną folią. Z Fri pot leje się kroplami, z nas też, po prostu szklarnia...

Przyszło mi do głowy, że tegoroczne lato naprawdę jest piękne. Stworzone na wypady pod namioty, góskie tury, kąpiele w rzekach. Szkoda, że nie możemy go w pełni wykorzystać, ale staramy się wychodzić z domu, jeździć na wycieczki, przyjmować zaproszenia na imprezy podobne do tej. Wszędzie bierzemy ze sobą Fri. Ale mam też z tego powodu wyrzuty sumienia. Bo małej przecież na wypadach nie zależy, wręcz przeciwnie, często marudzi, płacze, jest zmęczona, po późnym powrocie już nie mamy siły jej kąpać itp. itd. Ona by wolała swój przewidywalny domowy rytm, a rodziców nosi po świecie.

Podobno każdy sobie przed porodem tworzy taką iluzję o przyszłym dziecku, taki jego obraz, a potem jak noworodek nie przystaje do tego ideału (a z reguły nie przystaje, bo nie jest ideą tylko człowiekiem z krwi i kości), rodzice przeżywają rozczarowanie. Ja też nie jestem lepsza, moje marzenie to było "cygańskie dziecko", które zaśnie w każdych okolicznościach, które wszędzie można ze sobą zabrać. Przywykam powoli do prawdy, że to nie jest takie proste.

Ale na tym pikniku Fri była najpogodniejszym dzieckiem świata! Najpierw spała w foteliku po wyciągnięciu z auta, a potem leżała na kocyku i gaworzyła, i rozglądała się. Ona uwielbia patrzeć na liście drzew, na ich drobne poruszenia. Jest przesłodka i prześliczna, po prostu ma swój temperamencik i jak coś się jej nie podoba, lubi dać o tym znać, i to bardzo głośno. Niestety ja nie zawsze umiem odczytać, o co jej chodzi. I to jest najbardziej frustrujące. Problem z długimi spacerami i wypadami polega też na tym, że choć z kolei nawet wiem, o co chodzi (głodek, nadmiar wrażeń, "mam dość tego wstrętnego wózka", "chcę być przytulona i pocycać troszeczkę"), ale ponieważ jestem w głębi lasu, nie ma gdzie usiąść, albo w samochodzie itp., nie mogę tych potrzeb od razu zaspokoić. I potem ludzie się na mnie oglądają, co ja robię o 9.00 wieczorem z drącym się w wózku dzieckiem parę ładnych kilometrów od domu...

Pytanie po prostu brzmi, na ile my się mamy dostosować do dziecka, a na ile ono do nas. Musi istnieć jakiś kompromis. Mam nadzieję.

na pikniku

Fri uwielbia się rozglądać. Wyjęcie jej z wózka i potrzymanie tak, żeby mogła patrzeć na świat, uspokaja nawet najcięższe płacze! Jest to strasznie ciekawe dziecko.

na pikniku

Ładnie już podnosi główkę! Mam nadzieję, że niedługo już zacznie na brzuszku "paść owieczki":).

na pikniku

Mała Polaquita z tatą! Grubasek, co? Fri znaczy, nie tata :)

prosiak

Prosiak. Tłuszcz aż kapał, zdrowe to to nie było, ale palce lizać!

Fri i Mała Żabka

Fri i półtoraroczna Mała Żabka, córka naszych przyjaciół. Miejmy nadzieję, że jak obie podrosną to się zaprzyjaźnią. Na razie Żabka uwielbia patrzeć na "dzidzię", głaskać ją, i odkąd zna Fricholinkę, bawi się tylko w "mamę" ze swoją lalką Zuzią.

piwo

Napoje mamy i córki. Doszłam niestety do smutnego wniosku, że piwo 0% nie smakuje tak dobrze jak to zwykłe. Ale nie jest złe. Cóż, z cycka na razie nie zrezygnujemy, mimo dokarmiania, bo nie ma lepszego sposobu na uspokojenie małej. A poza tym przytulenie jej i podanie cycolka po prostu fajne jest. Taki nasz czas razem, nasza intymność. Brakowałoby mi tego.

mala żabka z tatą

Mała Żabka z tatą. Nie mogę się doczekać, kiedy nasza Fri już będzie taka duża:). Wtedy to dopiero zaczną się wycieczki! Tylko ciekawe jak będzie je znosić...?

11:32, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (14) »
czwartek, 07 maja 2009
Czekanie

Ostatnio ciągle na coś czekam.

Na papiery z pewnego urzędu. Na Chiquita, który po Świętach ponownie wybył do Shanghaju i dziś wieczorem (w nocy?) ma wrócić. Na słońce. Na humor do pisania.  Na resztki wyprawki pozamawiane przez internet. Na Fricholinkę wreszcie.

Te ostatnie tygodnie dziwne takie. Jakby nic się nie opłacało zacząć robić, bo to przecież tuż tuż, ta wielka nieznana. Przeżywam teraz taką ciszę przed burzą. Kręcę się po domu leniwie - słynny "syndrom wicia gniazda" jeszcze mnie nie dopadł, nie zobaczycie mnie myjącą podłogę szczoteczką do zębów, jak się to podobno co poniektórym zdarza, hehe. Chodzę na spacery, czasem na basen i na masaż (prezent urodzinowy od Chiquita). Jeżdżę do poradni wybranego przez nas szpitala (kawał drogi z mnóstwem przesiadek, czemu ja nie mam prawa jazdy, grrr?). Dużo czytam. Nie chce mi się gotować, jak zawsze kiedy jestem bez Chiquita, więc piekę muffiny z czekoladą i jem je na śniadanie, obiad, kolację.

Żyję sobie powoli, a mimo to się stresuję. Sprawami urzędowymi, przypadkowo czytanymi artykułami o niepełnosprawnych dzieciach, urazach okołoporodowych itp., nieobecnością Chiquita, bo co by było, jakby się to zaczęło wcześniej, bez niego?!. Masażystka prawie nie mogła rozmasować napiętych mięśni na mojej szyi i ramionach. 

Chodzę na szkołę rodzenia gdzie ćwiczymy (to też wspaniałe lekarstwo na stres) i Akuszerka opowiada nam anegdotki o porodach. Daje dużo dobrych rad. Dzięki niej wcale się nie boję bólu (boję się tylko komplikacji), jestem przekonana, że damy sobie na pewno radę z Fricholiną i Chiquitem. Bo poród to podobo teamowa praca. To nie tak, że ja odwalę całą robotę (choć gros na pewno:)). Dziecko też pracuje i to jak! Musi się wwiercić w wąski kanał, dobrze obrócić, przedostać się na drugą stronę. Przejść przez swą pierwszą wielką życiową próbę. Nauczy się w ten sposób, że wszystko ma swój początek i koniec, i że życie składa się z przekraczania granic, i zostawiania za sobą dawnego ja, jak pustej wężowej skórki.

We mnie też umrze dziewczynka, a narodzi się matka.

O matko, jak to brzmi!

A rola Chiquita w tym teamie będzie pomocnicza, ale nie mniej ważna. Ciekawe, jak sobie poradzi. BTW, że wrócę jeszcze raz do Czarnego Ogrodu Szejnert, ze wspomnień śląskich rodzin z Giszowca wynika, że dawniej górnicy nieraz uczestniczyli w domowych porodach swych żon. Pomagali akuszerkom, masowali żonie brzuch, albo trzymali za nogi, aby miała się o co oprzeć. Podobno było to całkiem normalne i pewnie skończyło się z nadejściem epoki szpitali.

Czekam i jestem  ciekawa. Kiedy pojawi się ten pierwszy skurcz i jaki będzie ostatni? Czy uda mi się skupić tylko na rodzeniu i zapaść w ten porodowy endorfinowy trans, tak jak to powinno wyglądać? Czy będę ryczeć jak bóbr kiedy pierwszy raz zobaczę Fricholinkę i położą mi ją na brzuch? 

Tyle pytań. Czekam na ciebie, Córeczko.

21:10, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (12) »
wtorek, 28 kwietnia 2009
31 lat

Ciekawe co mi się będzie dziś w nocy śniło?

Ostatniej nocy śnił mi się Chiquito, że jakoś wcześniej wrócił z Shanghaju i po prostu wlazł mi do łóżka. Wyraźnie słyszałam jego senne posapywanie tuż obok mnie i nawet trzymałam go za ciepłą rękę. Byłam bardzo rozczarowana, kiedy zdałam sobie sprawę, że to tylko sen, a miejsce obok mnie jest zimne i puste.

Dwa dni temu zaś miałam szkatułkowy koszmar. Czy miewacie czasem takie sny? W pierwszej części komiksu o Sandmanie Neila Gaimana, właśnie taki niekończący się koszmar jest karą zadaną przez tytułowego bohatera synowi okultysty Rodericka Burgessa, który kontynuował dzieło ojca i więził Wiecznego przez ponad 70 lat.

Po tamtej nocy już wiem, jaka to okropna kara. Budziłam się ze snu do snu, za każdym razem przekonana, że teraz to już na pewno jest jawa. I biegałam po mieszkaniu, znajdując tam dziwne osoby, albo nie mogąc włączyć światła, co przekonywało mnie, że to ciągle ten sam ciężki sen. Szczypałam się po nogach, żeby się przekonać, że teraz to już na pewno nie śpię. Kiedy się wreszcie naprawdę obudziłam, trzymałam się tej upragnionej jawy tak kurczowo, że bałam się znowu zasnąć.

Jutro kończę 31 lat. Czuję się w sumie tak samo jak wtedy, kiedy miałam 20. Chociaż mam nadzieję, że jestem choć trochę mądrzejsza:).  Ale wszystko inne jest takie samo, nawet moje odbicie w lustrze. Nie czuję jakoś, że się starzeję. Myślę, że kiedy naprawdę się zmieni mój wygląd, zaskoczy mnie to pewnie jak obuchem w łeb. 

Nigdy nie obchodziłam hucznie urodzin, ale w tym roku po raz pierwszy będę sama. Ale nie przeszkadza mi to.  Bo przecież nie będę całkiem sama, jak słusznie mi przypomina w każdym mailu Chiquito - jest ze mną Fricholinka. Mam tendencję czasem o niej zapominać, bo przecież jeszcze jej wcale nie widać i jest tylko "falującym" brzuchem. Mam nadzieję, że moja córeczka odegna ode mnie tej nocy wszelkie złe sny. Tak jak zawsze odgania je Chiquito.

Mam 31 lat i będę mamą. Nie do pomyślenia. Nie do wiary.

 

22:46, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (24) »
czwartek, 16 kwietnia 2009
Wielorybem jestem...

brzucho

i dobrze mi z tym! :)

12:37, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (16) »
środa, 15 kwietnia 2009
Nasza Wielkanoc

Takie święta to mi się podobają – powiedziałam w wielkanocny poniedziałek do Chiquita, kiedy wcinaliśmy sałatkę na pikniku w maleńkim rezerwacie przyrody niedaleko naszego osiedla. - Bez rodzin, nerwów, wielkich porządków, proszonych nudnych obiadów, nerwowych wielkanocnych śniadań, przymusowego chodzenia do kościoła...

Chiquito jak zwykle zareagował na swój sposób. Z jakiegoś powodu on się bardzo obawia, że mój, powiedzmy, dość ambiwalentny stosunek do wszelkiego rodzaju „rodzinnych zobowiązań” oraz ogólnie rodziny i krewniaków wszelkiej maści (jak i moich, tak i jego) zaowocuje tym, że Fricholina w przyszłości nas „znienawidzi” i nie będzie chciała z nami, „nudnymi wapniakami” spędzać czasu. I będzie to katastrofa straszliwa. Uważa to zły wpływ mój i mojej kultury, bo jak już pisałam, w Kolumbii wszelkie generacje się uwielbiają i potrafią razem bawić wcale się nie nudząc.

(Obawiam się, że z takim nastawieniem zwykły, naturalny bunt naszych dzieci w okresie dojrzewania el Papa Chiquito zniesie bardzo ciężko... Wygląda na to, że sam wcale się nie buntował, co jest według mnie dość dziwne.)

A przecież nasze święta były super. W sobotę zrobiliśmy sobie wycieczkę do znajomych na Szumavę, a w niedzielę i poniedziałek już tylko leniuchowaliśmy, robiliśmy sobie pyszne jedzonko (wszystko zjedzone w łóżku, bynamniej nie przy stole), obejrzeliśmy sporo świeżo ściągniętych Lostów, How I Met Your Mother, oraz piękny musical Once, chodziliśmy na spacery i wylegiwaliśmy się na słoneczku, albo z kolei Chiquito szalał na rowerze podczas gdy ja się wylegiwałam. Co więcej dotrzymaliśmy aż dwóch wielkanocnych tradycji! Jak dla mnie to sukces, bo tradycje niestety zawsze kojarzą mi się z przymusem i nerwami, i z tego powodu całe moje dorosłe życie leję na nie z góry na dół, kiedy tylko mogę.

Pierwsza dotrzymana tradycja to był Śmigus Dyngus – po raz pierwszy od lat zostałam oblana i to z całkowitego zaskoczenia! Tym większe było to zaskoczenie, bo stało się to w sobotę:). Na spacerze szumawskim zagadałam się na śmierć z naszą znajomą Cudlikovą, a tu nagle zimny deszcz! Woda pociekła mi aż na okulary i zmoczyła włosy. Pochodziła z rzeki, do której Chiquito niepostrzeżenie zszedł. Podobno nikt się nie spodziewał, że z moim brzuchem ruszę z takim impetem za draniem, żeby go w odwecie sprać. Ja natomiast się wcale nie spodziewałam, że go dogonię! Tak był zaskoczony tym moim biegiem, że z wrażenia aż dał się złapać. Po tym doświadczeniu przezornie (bym nie zrobiła sobie krzywdy) postanowił mi oszczędzić czeskiej tradycji poniedziałkowej, a mianowicie gonienia z rózgą (tzw. pomlazką). Brzuch nie brzuch, ja bym mu dała!

Druga tradycja, której dziw się świecie dotrzymałam, było ozdabianie pisanek. Od jakiegoś już czasu (w sumie to odkąd jestem w domu) lubię się bawić z różnymi technikami rękodzielniczymi. Bawiłam się więc w ozdabianie wydmuszek tzw. techniką decoupage, i muszę przyznać, że efekt jest wcale niezły.

Tradycje, tradycje... Trudno mi do nich zmienić stosunek, a chciałabym ze względu na Fricholinę. Chyba jedyna droga to ponowne wykorzystanie zasady, którą odkryłam na pogaduchach z Czarownikiem. Zasada brzmi: unikać, na ile się da, zmuszania się do czegokolwiek, bo „ tak trzeba”, albo "bo ktoś się obrazi". Olać wszystko i poczekać, co się stanie. Jest bowiem rzeczą całkiem prawdopodobną, że kiedy wyzwolimy się od absurdalnych wewnętrznych przymusów, z zupełnie nieoczekiwanej strony przyjdzie prawdziwa, niekłamana ochota. Czasem trzeba na to długo czekać, ale opłaca się.

U mnie ta zasada na razie sprawdza się stuprocentowo. Bo jeszcze rok temu w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś sama, z własnej i nieprzymuszonej woli, odwiedzę Zgryźliwą Cioteczkę. Że zacznę interesować się Śląskiem i historią mojej rodziny, od której przecież swego czasu uciekłam gdzie pieprz rośnie. Albo że zacznę ozdabiać jajka.

Co więcej, powoli nawet dojrzewam do myśli, żeby umyć okna. Ale oczywiście nie przed, lecz po świętach. A co. Przekora musi być:).

 

08:24, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (6) »
wtorek, 16 grudnia 2008
Święta, święta...

Niby tyle czasu, jak mi się wydawało, kiedy wyjeżdżaliśmy 5 grudnia, a tu masz, święta już w przyszłym tygodniu. Rodzinka się umawiała, zdzwaniała, propozycje były wysuwane i wycofywane, aż w końcu wyszło na to, że święta będą u nas. Zwali się z 30 osób, siedzieć się będzie chyba nawet na podłodze. Bo mieszkanie Chiquitowych rodziców nie jest, że tak powiem, największe jak na warunki kolumbijskie, inni krewni mają dwa razy takie, ale wygląda na to, że Luquita (mama Chiquita) aż rwie się, żeby wszystkich gościć. Będzie indyk jak góra i mnóstwo ichniego jedzenia, co ani trochę nie przypomina polskiego. Nie ma tu zresztą żadnych tradycyjnych potraw, bez których święta się nie obejdą. Po prostu robi się coś dobrego, niecodziennego, luksusowego.

I ja bym chciała się włączyć i zrobić im coś "egzotycznego", potrawę z dalekiej Polski, gdzie teraz być może pada śnieg, choinki nie pachną pastykiem, a karpie podskakują w wiadrach ulicznych straganów. Tutaj co prawda ozdoby wiszą w dużej i czasem bardzo kiczowatej ilości na każdym niemal oknie i fasadzie domu, w kuchni wszystkie kubki zostały wymienione na takie z reniferami, nawet na klamkach mamy stroiki. Ale ja jakoś wcale nie czuję świątecznej atmosfery. Inne będą te święta, oj inne. Wyjątkowe? Na pewno.

W starym domu rodzinnym święta zawsze kojarzyły mi się z kłótniami i nerwową atmosferą. Nie zdążymy, nie zdążymy! - poganiała Oma. Pewnie dlatego śląskie potrawy bożonarodzeniowe, te, które robiło się u nas w domu, nigdy mi specjalnie nie smakowały. Nie mówiąc już o tym, że nigdy nie nauczyłam się ich robić. No i taka ze mnie świąteczna lewa ręka wyrosła, co na jedyną Gwiazdkę, którą w życiu sama organizowała (trzyosobową, z moją Mamą i Chiquitem w Pradze, dwa lata temu) zrobiła łososia wg czasopisma Apetyt.

I teraz w kropce jestem. Bo fajnie by było dać im coś od siebie, kawałek Polski położyć na tym kolumbijskim wigilijnym stole. A ja nie tylko nic nie umiem, ale boję się też bardzo, że nie będzie im smakowało. No i tak sobie pomyślałam, że może Wy mi pomożecie? Niecodzienna to prośba, ale może ktoś z was ma jakiś wypróbowany w ogniu przepis (najlepiej w kontakcie z cudzoziemcami:)) na coś dobrego, polskiego, świątecznego? Chętnie zrobiłabym rybę po grecku, ale do tego to nawet nie wiem jak się zabrać (sama jadłam ze dwa razy w życiu, bo na Śląsku tego się nie robi). Jakieś ciasto dobre, makowe, bym zrobiła, a też przepisu brak. Będę wdzięczna za każdą inspirację:)

 

15:07, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (16) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Colombia!

Kochani!

Będzie krótko i treściwie. Jutro lecę do Pragi, w czwartek dolatuje Chiquito, krótkie przepakowanie się i w piątek wieczorkiem zaczyna się nasza wielka kolumbijska przygoda! Korespondencja z podróży na blogu murowana:) Choć mogą też nastać dłuższe przerwy w pisani, postaram się je jednak zminimalizować.

Na razie kto żyw i chce kartkę z dalekiej Bogoty, niech się zgłasza i podaje adres na mail: la_polaquita[małpa]gazeta.pl albo (ci co znają) na gmail. :) Nie krępujcie się proszę i zgłaszajcie się:)

Do napisania! 

13:53, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (20) »
środa, 01 października 2008
Zyje, zyje...
...ale jestem zbyt zmeczona ostatnio z pracy, zeby pisac. Poza tym rozne zawirowania zyciowe sie pojawily, zobaczymy co z tego wyniknie. Dlatego ta cisza na blogu. Ale wracam wkrotce:)
22:24, la_polaquita , que pasa
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers