O podróżach dalekich i bliskich
środa, 02 lipca 2008
Podsumowanie wyzwania czytelniczego

Wyzwanie 6 książek z 6 kontynetów (mnie udało się przeczytać 11) skończyło się 30 czerwca. Ale ja mam przeczytane jeszcze dwie książki, do których niestety nie zdążyłam napisać recenzji na czas. Postaram się je teraz króciutko opisać:

Europa nr 2 – Felicitas Hoppe: Pigafetta

Felicitas Hoppe to niemiecka autorka, która 9 lat temu opłaciła sobie czteromiesięczną podróż dookoła świata towarowym frachtowcem. Powieść Pigafetta to zapiski z tej właśnie podróży, utrzymane w lekko magicznym klimacie. Na statku Felicitas wszystko jest możliwe i zgodne z odwiecznymi mitami morskich podróży – wybucha bunt, przychodzą piraci, grane są stare gry odkrywców pt. „widzę to, czego ty nie widzisz”. Realne postacie i wydarzenia mieszają się z fantastycznymi, ożywają metafory, a nad bezpieczeństwem Felicitas czuwa duch Pigafetty, kronikarza wyprawy Magellana. Pigafetta nie umie pływać, ale dał autorce dokładną instrukcję budowania kajut w wodzie z resztek rozbitego statku. Opowiadane są historie dzikich marynarzy Nobella i Canossy, angielskiego geografa, który nigdzie nie wysiada, bo wie jak tam jest, i innych pasażerów tego niezwykłego statku. Zakręcona powieść, lekka jak piórko, niedługa. Jak sen o morzu, śniony na morzu.

Australia nr 2 – Richard Flanagan: Williama Goulda Księga ryb. Powieść w dwunastu rybach.

W Księdze ryb też jest wiele morza i trochę fantastycznych wydarzeń. Ale za tą warstwą nie kryje się leciutka literacka zabawa, ale ciężkie świadectwo okrutnej rzeczywistości brytyjskich kolonii karnych, gdzie wychłostani ludzie są przywiązywani na tydzień do „kolebki”, aż zgniją ich plecy, gdzie Aborygenki zabijają własne dzieci, zrodzone z gwałtu, gdzie istnieją słonowodne cele, zalewane aż pod sufit podczas przypływu, i tak dalej, i jeszcze gorzej.

Głównym tematem Księgi jest jednak natura historycznej prawdy. Czy bardziej prawdziwe są kroniki i rejestry skazanych, opowiadające o wzorowym tasmańskim więzieniu, czy cierpienie i wszy więźniów, ich tęsknoty i sny, które nigdy nie zostały zapisane? Flanagan nie odpowiada na to pytanie, ale postanawia wyrównać szale wagi. Zapisać niezapisane. I udaje mu się to z nawiązką, przy czym nie odpuszcza sobie puszczenia postmodernistycznego oka do czytelnika, wciągnięcia go w literacką grę w alternatywne wersje i świadectwa. Choć opętany żądzą władzy i poczuciem misji Komendant-dyktator, mający w sobie megalomanię i obłęd, pewnie nigdy nie istniał, to jest równie (nie)prawdziwy, co mit postępu i oświecenia poprzez bat.

******************

Po raz pierwszy brałam udział w czymś takim jak wyzwanie czytelnicze. Muszę powiedzieć, że formuła bardzo mi się podobała - dzięki wyzwaniu przeczytałam wiele książek, po które inaczej bym nie sięgnęła, wiele też, zrecenzowanych przez innych, wciągnęłam na listę lektur obowiązkowych. Poza tym wyzwanie zmobilizowało mnie do pisania recenzji, myślę, że sporo się nauczyłam. Inna sprawa, że moje długie "wakacje" od pracy i innych obowiązków, a przede wszystkim częste przemieszczanie się różnorakimi środkami lokomocji dały mi dużo czasu na czytanie:). No i last but not least - dzięki wyzwaniu trafiłam na wiele świetnych blogów książkowych, które nadal będę podczytywać. Innymi słowy, opłaciło się:)

11:49, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 czerwca 2008
Afryka nr 2 – J.M. Coetzee: Wiek żelaza

Wiek żelaza to powieść o umieraniu, samotności i wojnie. Nie jest łatwa w czytaniu, przygnębia, męczy. Przynajmniej ja tak reagowałam.

Stara, chora na raka kobieta znajduje pewnego dnia koło swego domu obdartego, śmierdzącego tanim winem mężczyznę. Ponieważ nie ma nikogo (prócz służącej Florence, która jednak ma własne kłopoty), przyjmuje tego człowieka pod swój dach. Nie czyni tak z litości bynajmniej, po prostu wierzy, że spotkanie dwóch osób, nawet tak różnych, nigdy nie jest przypadkowe. Bezdomny alkoholik Vercueil to marny Anioł Stróż, ale bohaterka wie, że lepszego nie będzie.

Starą panią trawi rak, ale rak niszczy również Afrykę Południową. Rak wojny domowej. W przeciwieństwie do Naipaula Coetzee nie wdaje się w żadne polityczne dywagacje. Zamieszki, zabijanie, okrucieństwo pokazuje oczyma zwyczajnych ludzi, którzy nie próbują rozumieć czy analizować, po prostu się boją. Wojna jest pokazana jako chaotyczny żywioł, który niszczy ludzkie serca. Młodzi czarni chłopcy, w tym syn Florence, umierają niemal na oczach pani Curren. Kobieta nie może się z tym pogodzić. Nienawidzi zabijania i ludzi, którzy zaszczepiają wzniosłe hasła w umysłach dzieci i każą im brać do ręki broń w imię „wolności”. Jednak w tym pomylonym świecie nikt nie chce słuchać słów starej kobiety. Tylko milczący, zawsze lekko zamroczony Vercueil jest do tego zdolny. Jest ostatnim towarzyszem, ostatnim spowiednikiem bohaterki. Jest jej przewodnikiem w drodze do otchłani śmierci.

Cała książka to właściwie opowiadany w pierwszej osobie długi list pani Curren do córki, która lata temu uciekła z RPA do Stanów. To wołanie o miłość i zainteresowanie, wypowiadane jednak szeptem. Bohaterka całą siłą woli powstrzymuje się od wyznania córce prawdy o chorobie. Jest to moim zdaniem najwyższy akt bezinteresownej miłości ze strony matki. Staruszka wyrzeka się własnej potrzeby miłości, by nie zakłócić spokoju córce. Nie chce, by musiała oglądać chorobę, która trawi matkę i która trawi kraj dzieciństwa. Zadowala się swoim niedoskonałym aniołem, otępionym alkoholem, obojętnym na wszystko bezdomnym, który jednak przywiązuje się do niej na swój sposób.

Nie wiem, czy polecać tę książkę, smutek bije z każdej stronicy. To powieść, która nie podtrzymuje złudzeń, nie przynosi żadnej nadziei.

17:12, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Afryka nr 1 – V.S. Naipaul: Zakręt rzeki

Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, ale ciągle nie mogłam się zabrać do recenzji. Niby noblista i powinnam się zachwycać, ale... nie zachwyciłam się. Jest to na pewno dobra książka i nie mam jej czego wytknąć. Jest jaka jest, inna by być nie mogła (żadnych „błędów debiutanta” :-)). Po prostu ja chyba szukam w literaturze czegoś innego.

Główny bohater powieści to młody Hindus Salim, osobnik nie potrafiący znaleźć swego miejsca na świecie. Nie czuje się dobrze w tradycyjnym światku swej rodziny, która na afrykańskim wybrzeżu żyje od pokoleń, korzysta więc z pierwszej okazji, by ruszyć w podróż. Kupuje poupadły sklep w głębi lądu, w mieście „przy zakręcie rzeki”. Pomimo tego, że to też zdecydowanie nie jest jego miejsce na ziemi, Salim utknie tam na kilka, a może nawet kilkanaście lat. Lepszego pomysłu na życie nie ma. Trochę to taki „antybohater” – balansuje na granicy lekkiej depresji, w nic się specjalnie nie angażuje, zajmuje się swoimi interesami, jest zamknięty, pasywny i zagubiony. To typowy obserwator, pisze o sytuacji w kraju swego pobytu z punktu widzenia jakiegoś „my” – jest to „my” podobnych mu ludzi, Greków i Hindusów, ni to cudzoziemców, ni to miejscowych. Nawet romans z równie zagubioną Europejką, żoną podupadłego białego doradcy prezydenta, niewiele zmieni w życiu Salima. W sumie tylko bardziej mu uświadamia bezsens i pustkę jego żywota. Żadnych górnolotnych określeń typu „miłość”, choć bohaterów łączy jednak coś więcej niż tylko seks.

Tymczasem w kraju owym zachodzą wielkie zmiany. Prezydent, zwany enigmatycznie „Wielkim Człowiekiem”, rządzi silną ręką, próbując zbudować „nowoczesną Afrykę”. Raz po raz wybuchają krwawe plemienne rebelie. Wszystko to jest chaotyczne i niepojęte. Podejmowane raz po raz próby, by choć trochę zrozumieć tajemnicę zwaną Afryka, spełzają na niczym. Fiasko ponosi ojciec Huysmans, miłośnik ludowej afrykańskiej sztuki, rozczarowaniem kończy się założona na analizie socjologicznych zmian na kontynencie naukowa kariera Indara. Sam Salim woli nie schodzić zbyt głęboko, ślizga się po powierzchni życia, jakby z góry wiedział, że wszelka walka o uporządkowanie chaosu i nadanie mu jakiegoś sensu jest i tak skazana na przegraną.

Już pewnie zauważyliście, że Naipaul nie podaje nazwy opisywanego kraju. Mogłaby to być Rwanda, ale licho wie. Trochę mi to przeszkadzało, bo jeśli pół książki stanowią subjektywne co prawda, ale jednak, opisy politycznych i socjologicznych zmian, to bym chętnie wiedziała, gdzie się to odbywa. Wyżej wymienione analizy są pisane tak ezopową mową, że dla mnie (osoby o bardzo małej wiedzy o Afryce), to zdecydowanie za mało, by powiązać to z czymś mi znanym, by się czegoś nauczyć. Szczerze mówiąc, niewiele nowego dowiedziałam się o tym kontynencie.

Książkę czytało mi się dość przeciągle, co nie zawsze jest wadą, ale tu zabrakło mi czegoś, co by mi to zrekompensowało. Była po prostu ślamazarna – dokładnie tak jak jej bohater. Czyżby efekt zamierzony?

PS. Inne spojrzenie na tę samą książkę znajdziecie w recenzji Nutty na naszym wyzwaniowym blogu Książki z 6 kontynentów

 

14:13, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 czerwca 2008
Azja nr 2 – Shan Sa: Dziewczyna grająca w go

Dziewczyna grająca w go to romans. Tylko tyle i aż tyle.

Jest to historia miłości niemożliwej. Podczas wojny chińsko-japońskiej we względnie spokojnej Mandżurii młody oficer-okupant chadza w przebraniu na Plac Tysiąca Wiatrów, gdzie spotykają się anonimowi gracze go. Oficjalnie ma szpiegować „wywrotowe nastroje”. Jednak szybko zapomina o tym zadaniu, a gra w go z milczącą młodziutką Chinką staje się dla niego odskocznią od okrucieństwa wojny, do którego co prawda trenowano go od dzieciństwa, ale które teraz przerosło wszelkie granice wytrzymałości pojedyńczego, wrażliwego człowieka.

Jego partnerka natomiast, prócz częstych spotkań z tajemniczym nieznajomym przy grze w go, przeżywa swoje pierwsze miłosne wtajemniczenie, rozczarowanie i tragedie. W swej miłości jest egoistyczna, pewne rzeczy odczuwa inaczej, niż odczuwałabym ja. Jednak spirala okupacyjnej przemocy wkrótce zniszczy jej beztroski, dziecięco-kobiecy świat. Zostaje tylko nieznajomy, jeszcze na kilka chwil.

Powieść ta rozpisana jest na głosy obu bohaterów. Poznajemy podobne sytuacje z ich jakże różnego punktu widzenia. A ponieważ Chinka i Japończyk ze sobą praktycznie nie rozmawiają (i nie wynika to z nieznajomości języka), ogromnego znaczenia nabierają najdrobniejsze szczegóły w wyglądzie, cień na policzku, roztargnienie przy grze. Z tych drobnostek oficer stara się „czytać” swoją ukochaną, zgadywać jej życie. Zmiany w jej uczesaniu, ubiorze, wyrazie twarzy stają się znakiem. Dlatego powieść pełna jest przepięknych impresjonistycznych niemal opisów, tak plastycznych, że aż filmowych. Bardzo oddziaływują na wyobraźnię, przenoszą czytelnika do innego świata.

Czuć jednak, że tę powieść napisano dla nie-Chińczyków i nie-Japończyków (Shan Sa mieszka we Francji i pisze po francusku). Na początku troszeczkę nawet mi przeszkadzało wkładanie w dialogi informacji o sytuacji politycznej i społecznej, ale potem autorka robiła to już tak umiejętnie, że się tego nie czuło, za to rozumiało dużo więcej. Więc w sumie jest to plus.

Polecam na długie podróże, w szczególności na sześciogodzinne spóźnienia samolotów:). To książka delikatna jak egzotyczny motyl, pomimo całego opisywanego okrucieństwa. Czasem fajnie jest przeczytać dobry, niesztampowy romans.

10:50, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (4) »
środa, 04 czerwca 2008
Europa nr 1 – Per Olov Enquist: Opowieść o Blanche i Marie

Przedziwna książka. Używając filmowej terminologii nazwałabym ją fabularyzowanym dokumentem (z naciskiem na dokument). Jest to bowiem powieść oparta na faktach, ale wykorzystanych inaczej niż w książkach biograficznych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Enquist nie ukrywa swego narratorskiego ja; jako opowiadacz jest niepewny, opiera się na źródłach, domyśla to, czego tam nie znalazł, czyta między wierszami. Jego wielkim tematem jest miłość, jej niszcząca siła i niekończące się metamorfozy.

O pierwszej bohaterce, Marii Skłodowskiej-Curie słyszał niemal każdy. Nie każdy jednak wie, jak smutno skończyła się jej naukowa kariera. Maria Curie po śmierci męża zakochała się w żonatym mężczyźnie, też naukowcu, a kiedy jego żona mszcząc się opublikowała ukradzione kompromitujące listy, poska noblistka została dosłownie zaszczuta przez prasę, a jej czynność naukowa legła w gruzach.

O Blanche Wittman słyszeli natomiast prawdopodobnie tylko studenci psychologii, ewentualnie turyści zwiedzający w Paryżu słynny szpital Salpêtrière. Jej losy są nadzwyczaj interesujące. Blanche była najsłynniejszą pacjentką profesora Charcota, neurologa, nauczyciela Freuda, który odznaczył się w badaniach nad histerią i przez wiele lat niepodzielnie rządził tym niesamowitym kompleksem szpitalnym (leczono tam swego czasu ponad 6 tysięcy kobiet). Charcot urządzał raz w tygodniu słynne w paryskich kręgach towarzyskich pokazy leczenia histerii. Publicznie wprowadzał swe pacjentki w hipnotyczny trans, naciskał na ich ciele tzw. histerogenne punkty i w ten sposób, mechanicznie, wprowadzał je w różne stadia świadomości. Blanche była prawdziwą gwiazdą tych występów. Kwestią otwartą jest oczywiście na ile ich sukces był rezultatem dobrego aktorstwa, na ile prawdziwej hipnozy, a na ile zależności pacjentek od charyzmatu profesora.

Blanche kochała Jeana Charcota, a on kochał ją, nigdy jednak nie odważył się jej dotknąć. Ich związek-niezwiązek jest dla Enquista przykładem, jak nieoczekiwane formy może przybrać miłość.

Dalsze losy Blanche są niemniej ciekawe – po śmierci profesora została ona zatrudniona przy rentgenie w tym samym szpitalu, gdzie przez 16 lat była pacjentką. Po 2 latach przeszła do laboratorium Marie Curie, gdzie ciężko pracowała jako asystetnka przy skomplikowanych reakcjach chemicznych mających na celu wyodrębnienie radu. Zaprzyjaźniła się z Marie i niestety została tragicznie napromieniowana. Jej kończyny amputowano po kawałku, aż w końcu został z niej tylko tułów, jeżdżący w drewnianej skrzyni na kółkach. Jedyną ocalałą ręką pisała do samego końca zapiski, które są dla Enquista punktem wyjścia.

Ktoś może pomyśleć, że właśnie opisałam treść książki i zepsułam potencjalnym czytelnikom lekturę, ale to nieprawda. O powyższych faktach dowiadujemy się już bowiem na pierwszych stronach powieści. Prawdziwym tematem książki jest co innego: podobnie jak jego bohaterki Enquist zabiera się za niemożliwe zadanie odkrycia natury miłości. Z fascynacją analizuje, jak bardzo niszczycielska ona być potrafi. Jak bardzo przypomina marzenie. Jak dziwnych metafor może człowiek używać, kiedy pragnie o niej mówić (Blanche porównuje miłość do radu i jego pięknego promieniowania). Jak bardzo człowiek błądzi w meandrach miłości, własnej psychiki i społecznych reguł, i jak niewiele świadectw potem po nim zostaje.

Opowieść o Blanche i Marie to niezwykła, powolna, niełatwa lektura, miejscami przypominająca esej. Taka powieść-niepowieść. Końcowa scena wywołuje łzy. Na pewno warto przeczytać.

06:32, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (7) »
wtorek, 20 maja 2008
Ameryka Południowa nr 1 - Edwidge Danticat: Oddech, oczy, pamięć

Oddech, oczy, pamięć to na poły autobiograficzna książka młodej haitańskiej autorki, piszącej po angielsku. Jest to opowieść o kobietach tego kraju, silnych, kochających, ale bardzo poranionych przez życie, świat, mężczyzn, i siebie nawzajem. Główna bohaterka i narratorka to Sophie, dwunastoletnia dziewczynka, wychowywana najpierw z ukochaną ciotką na Haiti, potem z matką w USA. Przyjazd do Stanów okazuje się być dla niej traumatyczny - matka, w młodości zgwałcona, choć stara się trzymać normalności ze wszystkich sił, coraz bardziej pogrąża się w odmętach psychicznych zaburzeń i sennych koszmarów. Pęta ją także tradycja - uważa, że pilnowanie dziewictwa córki jest jej matczynym obowiązkiem, że byłaby złą matką, gdyby tego nie robiła. Sama jako nastolatka "sprawdzana" przez własną matkę, teraz robi to latami, codziennie, swojej córce. Martine to tragiczna, zagubiona postać; nieświadomie wyrządza Sophie ogromną krzywdę, która doprowadzi dziewczynę do brutalnego samookaleczenia, oraz zaważy na jej małżeństwie i całym dorosłym życiu.

Pomimo że temat jest bardzo ciekawy, a niezwykła składnia i specyficzne metafory miejscami pięknie oddają klimat kreolskiego języka i folkloru, mam jednak z tą książką problem. Wydaje mi się, że zawiera wiele typowych "błędów debiutanta". Narracja jest prowadzona chwilami zbyt pośpiesznie, urywane dialogi często zbyt bezpośrednio i jednoznacznie przekazują informacje, postaci drugoplanowe, zwłaszcza mężczyźni, oddani są dość schematycznie. Chwilami książka przypomina bardziej pamiętnik z terapii, niż tekst literacki. Najbardziej bronią się fragmenty odgrywające się na Haiti, zwłaszcza podróż po latach Sophie do domu ciotki i babki. Wiele zdań opisujących ten kraj i jego mieszkańców zawiera w sobie duży ładunek poetyckiego napięcia, a postaci Tante Atie i Grandmé Ifé są pełnokrwiste i ciekawe. Amerykańskie epizody są w porównaniu z haitańskimi niestety o wiele słabsze. Znika metafora, niejednoznaczność i głębia, zamiast tego mamy dość prostą relację z wydarzeń. Wiele motywów, zwłaszcza relacje małżeńskie Sophie, aż prosiłyby się o rozwinięcie i pogłębienie. Jest trochę tak, jakby autorka czuła się swobodnie i twórczo tylko w czarownym świecie egzotycznego dzieciństwa. Nowej, szarej emigracyjnej rzeczywistości nie potrafi oryginalnie przetworzyć w literaturę, jakby nie wiedziała, z której strony ją "nadgryźć", jak ją zrozumieć i uczynić swoją.

Mimo tych niedostatków polecam tę książkę, lekko i łatwo się czyta, i wiele można się z niej dowiedzieć o haitańskiej mentalności, zwyczajach i wewnętrznym świecie skrzywdzonych kobiet tego kraju. Mój ulubiony fragment to następująca symboliczna przypowieść, która w metaforycznym sensie streszcza całą książkę Danticat.

Podobno żyła kiedyś kobieta, której tryskała krew przez skórę, choć nie była uszkodzona. Trwało to długich dwanaście lat. Kobieta chodziła do wielu lekarzy i specjalistów, ale żaden nie potrafił jej uleczyć. Krew wypływała przez nienaruszoną skórę strumieniami, czasem na rękach, czasem na nogach, także na twarzy i na piersi. Zdarzało się to często - jej ubranie nasiąkało jaskrawą czerwienią podczas ważnych uroczystości, na weselach i pogrzebach. W końcu kobieta miała tego dość i postanowiła udać się do Erzulie po radę.

Po rozmowie z Erzulie krwawiąca kobieta zrozumiała, jak ma postąpić. Jeżeli chce przestać krwawić, musi zrezygnować z prawa do bycia istotą ludzką. Może wybrać, kim się stanie - rośliną czy zwierzęciem - ale nie będzie już kobietą.

Kobieta miała dość krwawienia, więc poszła do domu i podzieliła swój dobytek między przyjaciół i osoby najbliższe jej sercu. Potem wróciła do Erzulie, żeby dokonała się przemiana.

"Jaką formę życia chcesz przybrać? - zapytała Erzulie. - Chcesz być bujną rośliną w ogrodzie? A może łagodnym zwierzęciem pływającym w morzu? Albo nocną dziką bestią?".

Kobieta pomyślała o wszystkich znanych sobie zwierzętach, tych, których ludzie się bali, i tych, kóre kochali. Pomyślała o tych, które były małe. O tych, które trzymano na uwięzi, i o tych, które żyły na swobodzie.

"Spraw, żebym była motylem" - poprosiła.

"I tak się stanie. Będziesz motylem" - powiedziała Erzulie.

Kobieta uległa przemianie i już nigdy więcej nie krwawiła.

11:06, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (10) »
piątek, 16 maja 2008
Ameryka Północna nr 2 - Marilynne Robinson: Gilead

Gilead to opowieść starego człowieka o swojej rodzinie, wierze i umieraniu.

Siedemdziesięciosiedmioletni, chory na serce pastor John Ames za namową żony postanawia napisać długi, szczery listy do małego synka, o którym wie, że nie będzie mu dane wychowywać go do dorosłości. Początkowo monolog ten to przede wszystkim wspomnienia własnego dziadka i ojca, oraz ich życiowego skłócenia, które boleśnie wpłynęło na młodego Johna Amesa. Potem narrator coraz bardziej skupia się na własnym niby-synu, czarnej owcy rodziny przyjaciela, który po latach przybywa do rodzinnego miasteczka Gilead w stanie Iowa z jakąś płonną, naiwną nadzieją na naprawienie wszystkiego i nowy początek. Jack Boughton to syn marnotrawny, tajemniczy i nieszczęśliwy, który w życiu spieprzył niemal wszystko, co było do spieprzenia, choć był najbardziej ukochanym dzieckiem swego ojca. Jego stosunek z chrzestnym, imiennikiem i drugim "tatą" Johnem Amesem był jednak zawsze naznaczony jakimś przedziwnym niezrozumieniem, dystansem, strachem niemal. Stary człowiek przez całe życie miał do tego chłopca ambiwalentne uczucia, a teraz się zadręcza, bo nie potrafi się powstrzymać od "myślenia magicznego", że to właśnie jego ambiwalencja nieodwracalnie naznaczyła Jacka, niczym klątwa.

Książkę Marilynne Robinson czyta się niespiesznie, gdyż jest naszpikowana teologicznymi rozważaniami, niekiedy trochę zbyt filozoficznymi, choć zawsze związanymi z życiem bohaterów. Dla pastora wiara i pytania, które wbudza, to kwestie pierwszoplanowe, tak naturalne jak oddychanie. W całej książce nie ma jednak ani jednego banału, ani jednej łatwej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, pytania tam stawiane są bardzo trudne, a stary John Ames, strapiony i wybity z równowagi przybyciem Jacka, w większości na próżno szuka odpowiedzi. Przyciśnięty przez Jacka do muru w kwestii predestynacji wije się jak uczeń, wykręca od konfrontacji, przegrywa starcie.

Mimo tego, że stary pastor, jak sam z bólem przyznaje, jest tak zmęczony i bezradny wobec ludzkiego cierpienia i własnych odczuć, jego monolog tchnie radością życia. Szczęście w postaci kochającej żony i małego synka dotarły bowiem do przeżywającego swój żywot samotnie Johna Amesa bardzo późno. Jest w nim żal spowodowany ograniczeniami starości, a jednocześnie ogromne, promieniejące szczęście z obserwacji zabaw syna, jego witalności i młodości. Gilead to wielka książka o ojcostwie, tym spełnionym i tym zmarnowanym.

Gilead to koniec mojej wyzwaniowej przygody z Ameryką Północną. Podobnie jak powieść Oates jest to książka wiele mówiąca o mentalności mieszkańców USA i historii tego kraju. Dlatego uważam, że dobrze dobrałam sobie lektury pisarzy kontynentu północnoamerykańskiego, tym bardziej, że obie te książki to świetna literatura. Mogę tylko polecić.

03:21, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 kwietnia 2008
Ameryka Północna nr 1 – Joyce Carol Oates: Córka grabarza

Córka grabarza to potężna cegła, a ja trochę się „boję“ takich grubych książek, ale historia Rebeki, potomkini niemieckich emigrantów, wciągnęła mnie absolutnie. Jest to książka realistyczna w starym dobrym stylu. Autorka z epickim rozmachem opisuje losy tytułowej bohaterki od urodzenia na pełnym emigrantów i szczurów statku w porcie NY, aż do starości, wieńczącej pozornie bogate i udane życie. Opisuje degenerację jej rodziców, w Niemczech należących do wykształconej klasy średniej, w Stanach natomiast upadłej na margines społecznej patologii.

Oates pokazuje w swej powieści, jak bardzo ważna jest dla człowieka tożsamość (narodowa, rodzinna, językowa, indywidualna). Rodzina Rebeki, po części z własnego wyboru, po części z powodu dramatycznych przeżyć, te wartości traci. Pogrąża się w szczelnie zamkniętym świecie paranoi i strachu. Pogardzający „Żydonazistami“ nowi sąsiedzi są obcy i wrodzy, ale jednocześnie zakazane są wszelkie wspomnienia czy nawet słowa pochodzące ze Starego Świata. W ten sposób starzy Schwartowie coraz głębiej pogrążają się w szaleństwie, a ich dzieci, będąc w tożsamościowej próżni, uciekają i lądują na społecznym marginesie. Tylko Rebeka znajduje w sobie dość siły (dzięki miłości do synka i instynktowi samozachowawczemu), by się z tego zaklętego kręgu przemocy i poniżenia wyrwać.

Ale problem tożsamości będzie jej towarzyszył do śmierci. Na resztę życia stanie się bowiem inną osobą, nową „postacią“, wymyśli sobie nowe imię i nazwisko, styl zachowania, maskę. Popełnia podobny błąd co jej rodzice – stara się skreślić, wymazać przeszłość, jakby nigdy nie istniała. Ale przeszłość nigdy nie znika definitywnie, choćby się człowiek nie wiem jak starał przekryć ją kolejnymi warstwami kłamstw i masek. Pozornie zagojone i starannie zamaskowane makijażem blizny ciągle pulsują pod powierzchnią i dają o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach.

Rebece się ta mistyfikacja niemal udaje, ale płaci za to wysoką cenę – nigdy nie jest jej dane być prawdziwą sobą. W jej sytuacji jednak być może jej wybór był tym jedynym właściwym. W końcu możemy powiedzieć, że „wyszła na prostą“, cokolwiek to oznacza.

Powieść Oates jest psychologicznie prawdziwa aż do bólu i bardzo głęboko zagląda do duszy postaci. Bije z niej i smutek, i nadzieja. Jeśli rozejrzymy się wokół, takich historii jak ta Rebeki (choć na szczęście rzadko tak dramatycznych) jest całe mnóstwo. Choroba psychiczna tu, trwanie w pełnym przemocy małżeństwie tam – a zupełnie wszędzie ścigające nas duchy dzieciństwa. Córka grabarza to wysokiej klasy literatura, z której wiele możemy się dowiedzieć o nas samych. Gorąco polecam.

 

09:56, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 marca 2008
Australia nr 1 – Markus Zusak: Złodziejka książek

Moje wyzwaniowe założenie (12 książek) jest dosyć ambitne i od początku się bałam, czy dam radę, ale na razie jestem z siebie dumna, bo przeczytałam już kolejną książkę:). Jest nią Złodziejka książek, powieść odkrytego tylko dzięki wyzwaniu młodego australijskiego pisarza Markusa Zusaka. Akcja jednak niewiele ma wspólnego z Australią, bo odgrywa się w nazistowskich Niemczech, a bohaterką jest dziecko „po przejściach” wrzucone do tego okrutnego świata, dojrzewające w nim i paradoksalnie uczące się w nim miłości i odwagi.

Myślę, że bardzo trudno jest napisać książkę o ludzkiej dobroci w czasach Zagłady tak, aby nie wyszedł z tego tkliwy kicz albo surowy para-reportaż. Ta książka na szczęście jest inna. Zaludnia ją cała plejada barwnych postaci – prostych mieszkańców małego podmonachijskiego miasteczka. Śledzimy ich losy od początku wojny do ostatecznej katastrofy podczas amerykańskich nalotów. Ich poczynania bywają śmieszne, bywają podłe, bywają heroiczne. Takie założenie – przedstawić hitlerowskie Niemcy nie jako monolit hipnotycznego fanatyzmu, ale w całej różnorodności postaw – mogło się skończyć ześliźnięciem się w schematy, papierowość postaci, sentymentalny język. Zusakowi udało się tego uniknąć m.in. dzięki oryginalności narracji i osobie opowiadacza. Historię małej złodziejki książek, jej przybranych rodziców, przyjaciół z podwórka, sąsiadów i przybyszy opowiada bowiem sama Śmierć. Nietradycyjnie jest rodzaju męskiego i jest niezwykle smutnym, przepracowanym i jakby wiecznie zdziwionym ludźmi bytem. Jest też wielkim impresjonistą – niezależnie od tego, czy przyjmuje zmarznięte dusze w swe ramiona pod oświęcimskimi natryskami, na śnieżnych polach Stalingradu, czy w ruinach zbombardowanych niemieckich miast, zawsze wpatruje się w kolory świata, horyzont, niebo, światło.

Nadal we mnie celowali. To prześladuje moją pamięć. Widzę góry zwłok, leżących jedne na drugich. Powietrze jest jak plastik, horyzont jak klej. Są chmury wytwarzane przez ludzi, podziurawione i przeciekające, no i są miękkie, czarne jak węgiel chmury pulsujące niby czarne serca.

I…

I jest śmierć.

Przedziera się przez wszystko.

Na powierzchni: nieporuszona, bez emocji.

W głębi: pełna niepokoju, bez nadziei.

[…]

Powiadają, że wojna jest najlepszą przyjaciółką śmierci. Ja mam inne zdanie na ten temat. Dla mnie wojna jest jak nowy szef, który oczekuje niemożliwego. Stoi ci nad głową i powtarza do znudzenia: „Zrób to, zrób to”. Więc pracujesz coraz ciężej. Robisz, co ci każą. Ale szef nigdy nie dziękuje. Żąda coraz większych wysiłków.

Złodziejka książek to też opowieść o ambiwalentnej sile słów, (choć uważam, że ten motyw nie został do końca wykorzystany). Hitler zawładnął ludzkimi sercami za pomocą języka, zapisywane opowieści pozwalają przetrwać uwięzionemu w piwnicznej ciemności młodemu Żydowi.

Mnie bardzo podobała się melancholijna, nieśpieszna, pełna plastycznych metafor narracja, dzięki której widzimy krajobrazy zniszczenia i śmierci jak ekspresjonistyczne malarstwo. Jednocześnie jednak cierpienie i dylematy tych czasów wcale nie stają się odrealnione, przeciwnie, są bardzo konkretne. Przeżywamy je razem z bohaterami, którzy stają się nam bardzo bliscy. Postaci zmieniają się i zaskakują, nie pasują do utartych schematów myślenia o Niemcach. Wulgarna i zła macocha okazuje się mieć wielkie serce, bezbarwny pantoflarz ma najwięcej odwagi i godności z całego miasteczka.

Zastanawia mnie tylko jedno – na ile historie mieszkańców Molching są wymyślone przez autora, a na ile autentyczne. Z II wojną światową mam po prostu ten kłopot, że kiedy ktoś tworzy fikcję, zwłaszcza, kiedy opisuje dobro, a nie są to wspomnienia, jakoś trudno mi w taki świat przedstawiony uwierzyć. W końcu wychowano nas na literaturze „ściśniętego gardła” - na cynicznych i pozbawionych iluzji co do ludzkiej natury autorach-świadkach, jak Tadeusz Borowski, reporterka Hanna Krall. Dlatego pełną emocji fikcję na temat Holokaustu nie potrafię przyjmować inaczej niż ostrożnie. Chyba jednak powinnam się przyzwyczaić, bo ponad 60 latach te czasy stają się takim samym literackim tematem jak każdy inny. A Zusakowi udało się nowe, świeże spojrzenie na tamten pełny okrucieństwa i sprzeczności świat. Dlatego daję bardzo wysoką notę i gorąco polecam tę książkę.

12:31, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (4) »
środa, 26 marca 2008
Azja nr 1– Khaled Hosseini: Chłopiec z latawcem

Pierwsze koty a płoty i pierwsza lektura za mną:). Przeczytałam w przerwach między świątecznym obżarstwem i pogaduchami z rodzinką, i muszę powiedzieć, że często wygrywała u mnie książka nad świętowaniem:). Bez wątpienia Chłopiec z latawcem to lektura bardzo wciągająca, trudno się oderwać. Nie dziwię się, że to taki bestseller. Ale…Hmm, na „ale” przyjdzie czas na koniec tej recenzji, teraz trochę o treści.

Bohaterem i narratorem jest Amir, afgański chłopak z bogatej pasztuńskiej rodziny (rządzące etnikum), półsierota rozpaczliwie walczący o miłość charyzmatycznego, ale chłodnego ojca, którego nazywa Baba. Pierwsza połowa książki skupia się na nostalgicznym opisywaniu wspomnień z niestety nie całkiem beztroskiego dzieciństwa. Najlepszym przyjacielem Amira jest hazarski chłopak Hassan, wyjątkowo dobry w strzelaniu z procy i łapaniu strąconych z nieba latawców. Jest to jednak przyjaźń nierówna – nie tylko dlatego, że Hassan jest de facto niepiśmiennym służącym narratora, ale też z powodu nieograniczonej wierności i miłości chłopca do swego „pana”. Mały Hazara zawsze nadstawia karku za Amira w ulicznych bójkach, daje się sprowokować do figli, na które wcale nie ma ochoty, patrzy na przyjaciela jak w obrazek. Amir, choć też kocha Hassana jak brata, potrafi się złośliwie wywyższać, wystawiać go na próbę, jest też zazdrosny i zły, kiedy widzi ciepłe zainteresowanie, jakim darzy małego służącego pan domu, Baba. To wszystko rodzi w Amirze poczucie winy, które stanie się pewnego feralnego dnia determinantą całego jego późniejszego życia. Chłopak nawet w pewnym sensie pogodzi się z tym, że jest tchórzem i zdrajcą niegodnym przyjaźni Hassana, nauczy się z tym żyć. Jest w tej swej słabości i wyrzutach sumienia bardzo ludzki, a historia jego przyjaźni, zdrady i ambiwalentnego stosunku do rozczarowanego synem ojca, jest najciekawszą stroną książki. Dopiero w drugiej połowie powieści Amir, już jako dorosły mężczyzna, znajdzie szansę na odkupienie winy.

I właśnie z drugą połową jest kłopot. Bo choć cała książka, pomimo wszystkich ciekawych wątków jest w sumie takim trochę lepszym „czytadłem”, to w drugiej części poziom autora niestety spada jeszcze niżej. Warstwa stylistyczna od początku nie była mocną stroną powieści, ale opisując amerykańskie dzieje bohaterów, Hosseini czasami pisze szkolne wypracowanie: teraz opis wesela, dodamy trochę egzotycznych słów i zwyczajów, teraz opis choroby, to dodamy trochę medycznej terminologii itp., itd. – po łebkach, bez wysiłku, bez ani krztyny stylistycznej oryginalności. Szczególnie dialogi z żoną Sorają są tak schematyczne, że aż boli. Raził też trochę niestaranny polski przekład, albo raczej redakcja, błędy w odmianie wyrazów, powtarzające się słowa (mój egz. to wyd. Amber). Poza tym cała historia małżeństwa Amira jest niestety pozbawiona ciekawszej głębi psychologicznej, jaka cechowała jego związki z ojcem i Hassanem. Trochę bardziej interesująco robi się podczas powrotu bohatera do Afganistanu, ale i tu obowiązują reguły jak z hollywoodzkiego thilleru – np. po latach wraca ten sam psychopata, by jeszcze więcej nabruździć. Wracają też te same motywy (proca, latawiec), by historia stała się pięknie zaokrąglona. Wszystko ładnie dobrze, ale... tuzinkowo.

A jednak nie chcę tylko krytykować. Siłą tej książki, prócz ciekawego motywu winy i kary, jest mimo wszystko jej „egzotyczność” i niewymuszone opisy chłopięcych zabaw, fantazji, przyjaźni zdawałoby się aż za grób. Wiele można się z tej powieści dowiedzieć Afganistanie i jego mieszkańcach, nierówności rasowej, które determinowała całe ich życie nawet na emigracji, o najnowszej historii, zwyczajach, jedzeniu, elementach języka. Dlatego mimo wszystko polecam, lektura wciąga i wzrusza, zabiera na wycieczkę do innego świata. Pozwala zobaczyć więcej w tym kraju niż znane z telewizji kobiety w burkach i brodatych talibów. I może właśnie dlatego, że ta książka mnie wciągnęła i poruszyła, taka jestem zła, że autorowi nie chciało się poprowadzić narracji w trochę ciekawszy sposób. Temat na to zasługiwał.

10:18, la_polaquita , wyzwanie
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers