O podróżach dalekich i bliskich
środa, 21 października 2009
Sylwia Chutnik: Kieszonkowy atlas kobiet

"Połknęłam" Kieszonkowy atlas kobiet jednym tchem (dzięki, AW!). Jest to powieść niepozbawiona wad, ale za to prawdziwa aż do bólu. Taką literaturę bardzo sobie cenię.

Książka składa się z czterech opowiadań. Łączy je miejsce zamieszkania wszystkich bohaterek - stara kamienica na warszawskiej Ochocie. Łączy je także ich imię, najbardziej symboliczne z polskich imion kobiecych, Maria. W powieści pojawia się ono w mnóstwie wariacji, jest imieniem kobiety polskiej par excellance, Maryi, niebiańskiego wcielenia wszystkich uznawanych społecznie kobiecych ról.  "Atlas" to powiedziałabym książka gendrowa - czasami aż nazbyt kłują w oczy gendrowe teorie socjologiczne, przekute w fikcję literacką. Ale trzeba to autorce wybaczyć, bo ta fikcja jest bardzo przekonywująca.

Mamy więc cztery bohaterki: menelicę Czarną Mańkę, wariatkę z opuchniętą od taniego alkoholu twarzą, panią Marię, samotną staruszkę, której życie zatrzymało się w czasie wojny, "paniopana" Mariana, kobietę w ciele faceta, i małą Marysię, dziewczynkę ogarniętą bardzo niedziewczyńskim szałem niszczenia.  Zdecydowanie najbardziej udaną postacią jest dla mnie pan Marian. Opowiadanie mu poświęcone jest po prostu genialne, nie ma w nim jednego zbędnego słowa. Stylizowane jest na miejską gawędę - tak by mogła opowiadać plotki o dziwnym "homo niewiadomo" sąsiadka sąsiadce. A przy tym lekkim tonie gawędy nieszczęśliwe życie pana Mariana, delikatnego faceta z przewagą cech kobiecych nad męskimi, po prostu wstrząsa i długo nie zostawia czytelnika w spokoju. Czegoś takiego jeszcze w literaturze nie było, ja przynajmniej nie czytałam.

W postaciach pani Marii i Czarnej Mańki natomiast czułam podczas lektury pewne nieprzyjemne zgrzyty. Tak jakby autorka za dużo tych kobiecych ról (wyróżnianych w tekście tłustym drukiem) chciała zmieścić w jednej osobie. I tak Mańka jest i pijaczką z marginesu, i handlarą, "królową bazaru", i obsesyjnie sprzątającą gospodynią domową, i "świętą wiariatką", matką wyimaginowanego dziecka, i kobietą samookaleczającą się, nienawidzącą swego ciała. Starczyło by tego na dwie postaci, a może nawet trzy. W ten sposób postać Mańki niestety odrealnia się, staje się bardziej zlepkiem tych wyróżnianych tłustym drukiem ról (Kura, Matka Gastronomiczna, Matka Klozetowa, Kobieta Bez Sensu itp.) niż postacią z krwi i kości. Podobnie pani Maria też jest trochę zbyt "wypchana" rolami (Żydówka, kobieta walcząca, starucha z przychodni plotkująca o chorobach, Madonna) ale u niej to aż tak nie razi, lepiej się to poskładało i postać jest wiarygodna.

Najbardziej niepokojące jest ostatnie opowiadanie o Marysi Niszczycielce. Trudno sobie co prawda wyobrazić, żeby jedenastoletnia dziewczynka miała tak sprecyzowane poglądy w kwestii "walki z systemem", ale w sumie postać i tak jest lekko odrealniona (potrafi zabijać "bazyliszkowym" spojrzeniem), więc czemu nie. Czytając to opowiadanie cały czas słyszałam gdzieś w uszach echo piosenki Cool Kids of Death:

Niech wszystko spłonie
Niech będzie koniec
Dokumenty, bilety
wszystkie gesty i słowa
Spalę wszystko doszczętnie
Potem zacznę od nowa

"Atlas" to książka trafna jak mało która. Takie jesteśmy, my, polskie kobiety. Alkoholiczki, sprzątaczki, wariatki, wojowniczki, matki, kurwy, dziewice, Madonny. Takimi nas zrobiono.

niedziela, 06 września 2009
Jacek Dehnel: Rynek w Smyrnie

Rynek w Smyrnie to moje pierwsze spotkanie z prozą Dehnela, choć już od paru lat jego nazwisko ciągle obija mi się o uszy: że fenomen, taki młody, a już gruba powieść-sukces, że ekscentrycznie staroświecki, że nosi się jak dandys itp. Na pewno kiedyś czytałam jakieś jego wiersze w pismach literackich i pamiętam, że nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia. Był to dla mnie trochę przerost (klasycyzującej) formy nad treścią.

I podobne wrażenie miałam zaczynając czytać tom jego opowiadań, który pożyczyła mi AW (dzięki!). Dwa pierwsze opowiadania zupełnie mi się nie podobały. Ale czym dalej w las, tym milej byłam zaskoczona. Okropnie nierówna ta książka. Może dlatego, że opowiadania powstały przed bestsellerową Lalą, niektóre jeszcze za czasów licealnych. Zostały wyciągnięte z szuflady i raz dwa wydane, żeby iść za ciosem sukcesu powieści. Ja tam uważam, że pisarz powinien był bardziej krytyczny co do własnej twórczości, zwłaszcza tej wczesnej, i zwłaszcza, jak pisze dużo. Kto to powiedział, że sztuka pisania jest sztuką skreślania?

Pierwsze opowiadanie Patrząc na Stromboli to dla mnie trochę przydługie wypracowanie na temat "Jak spędziłem wakacje". Oczywiście język jest wyrafinowany i kunsztowny, aż za bardzo, ale treść na tym poziomie mniej więcej. Nużą dokładne opisy co i gdzie zakochana para bohaterów je, jakie kościoły zwiedza, jakimi uliczkami spaceruje. Może jakby to było pomyślane jako osobisty przewodnik po Włoszech, to bym zaklaskała. Ale jako opowiadanie dla mnie nie działa. Puenta i owszem, jest wdzięczna i zaskakująca, ale zamiast tego przydługiego wstępu starczyłyby 2-3 strony, za to bardziej zagęszczone.

Tytułowe opowiadanie, Rynek w Smyrnie jest wydumane. Taka literacka gra z papierowymi postaciami-typami. Mamy rodzinę (polskich?) nuworyszy przemieszczającą się po włoskich miastach, przy czym główna bohaterka, córka Konstancja, niedoszła artystka epatująca staroświeckością stroju, jest z pewnością żeńskim alter ego samego Dehnela. Ja rozumiem, że tam czyste nawiązanie do modernizmu jest (może akurat przerabiali to w liceum na polskim, kiedy chłopak pisał to opowiadanie?) - bohaterka ni z tego ni z owego zakochuje się w kamiennym aniele, który ją na koniec zabija. Ten motyw jest jakby zupełnie z innej bajki niż skądinąd ciekawy wątek potakującej i wcielającej się kolejnych przechodniów Śmierci. Ciekawa postać śmierci została jednak nie wykorzystana, zaniedbana na rzecz opisów elokwentnego myślenia nadętej Konstancji. Jej miłość do anioła jest niewiarygodna, zupełnie nie umotywowana psychologicznie. Ja dużo bardziej wolę książki pisane z życia niż takie sztywniackie żonglowanie motywami z literatury.

Ale na szczęście dalej jest już tylko lepiej. Już Olaf Farbiarczyk jest zręcznie napisany, z miłą choć lekko przewidywalną puentą. Robi wrażenie napisanego w XIX wieku, taki stary styl sentymentalnego idealizowania środowiska prostytutek i burdeli. Wiadomo, też jest to "wydumane z literatury", ale broni się, jest wdzięczne, a scena czubiących się o Olafa kokot mogłaby być częścią fajnej filmowej komedii.

Sanctus sanctus sanctus natomiast, wariacja na temat legendy o siedemdziesięciu sprawiedliwych, dzięki którym Bóg pozwala światu istnieć, już jednoznacznie mi się podobało. Może niepotrzebna jest postać współczesnego przewodnika, ale w sumie nie ma to takiego znaczenia. To opowiadanie ma swoją głębię - jest tak naprawdę opowieścią o przeznaczeniu, o niemożliwości uniknięcia swego losu. Kaspar Furt walczy o wolność wyboru z całych sił, nawet za cenę wiecznego potępienia, i nie może się wyrwać z kleszczy boskich zamiarów.

Die Shopfung to z kolei opowieść o holocauście - ciekawa, ale chyba trochę zbędna, nic nowego do tematu nie wnosząca. Jestem pewna, że napisano już setki podobnych i dużo bardziej wstrząsających. Ale jest ok, czyta się dobrze.

Najlepsze jednak przychodzi na koniec. Opowiadanie Filc jest po prostu ładne i wreszcie łączące literaturę z życiem. Postaci ekscentrycznych stopanienieńskich ciotek, ich zaściankowego komunizmu, ich słabostek, zapachów, powiedzonek, gadatliwości, małych obsesyjek - żaden pisarz nie wymyśliłby tego z nabitej przeczytanymi książkami głowy. Wierzę, że takie naprawdę były ciotki Dehnela i to opowiadanie jest przepięknym hołdem im złożonym. A przy tym jest tam i realizm magiczny, i atmosfera jak z Iwaszkiewicza... Idealizacja życia rodzinnego, ale jakże piękna!

Jeśli taka jest też Lala, to ja się na to piszę.

niedziela, 23 sierpnia 2009
Roberto Bolaño: Chilijski nokturn

Chilijski nokturn to niewielka książeczka, wydana w serii "salsa" przez  wydawnictwo MUZA. Na początku trudno mi było się w nią wgryźć, bo proza Bolaño wymaga uwagi, skupienia, jest niezwykle poetycka i aż gęsta od znaczeń, a czytanie po jednej, dwóch stronach w trakcie karmienia temu skupieniu nie sprzyja. Ale potem urzekła mnie ona oryginalnością obrazowania i trafnością metafor, podsumowujących trudną chilijską historię najnowszą.

Bohaterem i narratorem tej powieści jest umierający ksiądz Sebastián Urrutia Lacroix, znany poeta, a przede wszystkim krytyk literacki. Snuje opowieść o swoim życiu, znanych mu artystach, o Chile, o przewrotach, ambicjach, sztuce, nudzie, banalności zła. Opowiada szybko, by zdążyć, wspomnienia mieszają mu się ze snami, widzeniami w malignie, bełkotem umierającego.

Uważam, że na podstawie tej książki powstałby wspaniały film animowany, pełny surrealistycznych obrazów. Bolaño potrafi podziałać na obrazową wyobraźnię jak nikt inny. Sutanna łopocząca na wietrze jak czarna flaga. Sokoły wzbijające się w niebo nad kościołami Europy. Sen o Chile jako Drzewie Judasza. Czarne chmury, naładowane elektrycznością, pędzące nad głową podstarzałego młodzieńca - alter ego narratora. I wiele innych gotowych scen dla ołówka utalentowanego rysownika.

Uderzają czytelnika przynajmniej dwie genialne metafory najnowszej historii. Pierwsza to dom początkującej pisarki Marii Canales, która za dyktatury kilka razy w tygodniu wydaje przyjęcia dla artystów. Ci chętnie się goszczą, pijąc na umór i rozprawiając godzinami o wzniosłościach i pierdołach, podczas gdy Jimmy Thompson, mąż gospodyni, torturuje w piwnicy przeciwników reżymu Pinocheta. Powierzchnia, na której życie toczy się jak gdyby nigdy nic, i piwnica, w której cierpią ludzie. Czasami na powierzchni siada prąd, ale strach nie pozwala pytać dlaczego.

Druga wspaniała metafora to sokoły, trzymane przez europejskich księży by zabijały gołębie i chroniły w ten sposób zabytkowe kościoły przed ich niszczącym łajnem. Okrucieństwo w imię zachowania status quo.

Narrator stara się trzymać się z boku wydarzeń, choć czasami zostaje wplątany wbrew swej woli w mimowolną pomoc złu. Jest człowiekiem takim jak inni Chilijczycy tych czasów: bywa tchórzem, uprawia wymówkarstwo, gra w grę "ale ja nic o tym nie wiedziałem". Jego życie to historia Chile, więc nie mógłby być inny.

Trudno pisać o prozie Bolaño. To trzeba przeczytać!

piątek, 22 maja 2009
Claire Castillon: Insekt

Insekt to prezent-niespodzianka od Matyldy_ab, który znalazłam w mojej skrzynce pocztowej w zeszłym tygodniu. Przeczytałam w 2 dni. Matyldo, serdecznie dziękuję, to strasznie miłe z Twojej strony!

Na książkę składa się 19 krótkich opowiadań, a każde z nich to relacja w pierwszej osobie (prócz jednego, napisanego w trzeciej) o różnorodnych i bardzo skomplikowanych stosunkach między matkami i córkami. Wiele z tych relacji ociera się lub wkracza całkowicie w sferę, którą zwykliśmy nazywać patologią.

Niektóre opowiadania są mocne, czasami aż za bardzo: matka wyrzuca jedną z bliźniaczek na autostradę, inna wstrzykuje córce do żył własny mocz, aby mając chore dziecko czuć się ważną i doskonale pełniącą swą rolę opiekunką. Jeszcze inna uporczywie „przerabia” swą nieidealną córkę k swemu obrazu kobiecości; wiele matek zawstydza i przytłacza swe córki nadopiekuńczością, czasami czyniąc z nich nieradzące sobie i zależne cienie. Są też patologie odwrócone, kiedy to córka jest dręczycielką: np. na każdym kroku okazuje matce swą irytację, niechęć, nienawiść. W jednym opowiadaniu znęca się nawet nad matką fizycznie.

Mężczyźni w tym wszystkim znajdują się raczej w tle, ale po uważnym spojrzeniu można zauważyć, że ich rola w napędzaniu tych mechanizmów miłości-nienawiści jest niemniej ważna. W wielu opowiadaniach pojawia się motyw ucieczki – mąż i ojciec zdradza lub całkiem opuszcza chory dom, zostawiając dwie kobiety na pastwę samych siebie. Z miłości do mężczyzny kobiety decydują się mieć dzieci, choć ich nie chcą, albo na odwrót – zostawić dziecko w szpitalu. Żeby utrzymać rodzinę, są w stanie zamykać oczy na wykorzystywanie seksualne córki (tytułowe opowiadanie, które zaskakuje swą puentą). W innym opowiadaniu pt. Moja najlepsza przyjaciółka, to właśnie problemy między rodzicami doprowadzają do wręcz chorej „sztamy” między matką a córką, a sztama ta pogłębia naturalnie wspomniane problemy. W kolejnym tekście dorosła córka, zdominowana przez męża i nieszczęśliwa, odwiedza swą matkę w domu starców nie częściej niż raz na 9 miesięcy.

Jest w tych opowiadaniach mnóstwo toksycznych relacji, niektóre jak wzięte z podręcznika psychopatologii. Dlatego najbardziej podobały mi się te nieco łagodniejsze, w których bohaterowie muszą się zmierzyć z nieuchronnościami losu: śmiercią, chorobą najbliższych. A radzą sobie z tym różnie. Reakcją bywa złość, agresja wymierzona w chorą osobę, bywa nią też niezgoda, psychiczne wypieranie prawdy. Dlatego tak różne od pozostałych osiemnastu jest opowiadanie ostatnie, pt. Dziesięć operacji w dziesięć lat. Myślę, że jest jedyne w tej książce, które posiada jakiś pozytywny wydźwięk. Jest w nim piękna i prosta miłość matki, która po latach choroby umiera, i córki, która do niej pielgrzymuje, idzie piechotą na to ostatnie spotkanie. Robi to, aby oddalić śmierć.

[…] Nikt nie pojmuje, że przy matce operowanej dziesięć razy w dziesięć lat zapadłam na obłożną chorobę sierocą, której natury jeszcze nie rozumiem, ale która istnieje, nie mogą mi jej odebrać i przekazać mojej matce.

Tym razem umiera, ja wyjechałam, zmieniłam miejsce pobytu, a więc ona musi się przeprowadzić. Każdy mój ruch wywołuje uboczny skutek. Ja działam, moja matka ponosi konsekwencje. Kiedy byłam w środku, podobno gdy się poruszałam, miała zawroty głowy, chociaż to ja leżałam głową w dół. Idę ku niej, zaraz na drodze będzie jakiś wypadek, coś mi się przydarzy, albo przynajmniej coś mi przyjdzie do głowy, jakiś pomysł, długo już szukam, jak ją uratować a siebie zgubić. Ja maszeruję, a ona będzie miała pęcherze, tak to właśnie działa. Kiedy boli mnie brzuch, jej usuwają jelito grube, kiedy boli mnie głowa, wykrywają jej guzek z tyłu gałki ocznej. Kiedy gdzieś mnie boli, moja matka umiera. Kiedy się boję, dzwoni; kiedy chce mi się pić, ona się poci; nikt nigdy nie dał tyle, i to bezinteresownie. Kiedy biorę, ona daje. Kiedy idę, ona przybiega. Kiedy wyjeżdżam, ona powraca. I to jest pomysł. Trzeba spróbować.

Dla porównania, Matylda o tej samej książce napisała tu

 

wtorek, 05 maja 2009
"Czarny Ogród" Małgorzaty Szejnert

Dziś skończyłam pasjonującą lekturę. Czytam już od kilku tygodni, bo książka opasła aż miło, prawdziwy skarbiec wiedzy o Górnym Śląsku, jego twardych, specyficznych mieszkańcach, o skomplikowanej historii tego niejednoznacznego narodowościowo regionu. Po lekturze mogę się uznać za prawdziwą fankę autorki. Szejnert odwaliła niesamowity kawał roboty, zgromadziła ogromną ilość materiału o katowickich osiedlach robotniczych (pół-wiejskim Giszowcu oraz familokowym Nikiszowcu) i fascynująco to opisała. Powstała kronika sięgająca XVIIw., kiedy to na tereny Śląska przybył założyciel rodu Giesche. Jego potomkowie stworzyli potężną spółkę, obejmującej wiele śląskich klopalń, hut i innych zakładów przemysłowych. Ta właśnie firma wybudowała dla swoich górników dwa osiedla pod Katowicami, które dziś wciągnięte są na listę zabytków i są kolektywnymi bohaterami Czarnego Ogrodu.

Wstyd przyznać, ale nigdy nie byłam ani w Giszowcu, ani w Nikiszowcu czy Janowie. Do głowy by mi nie przyszło, żeby tam jechać. Wiele razy już pisałam, że przez całe życie starałam się raczej uciec ze Śląska, znaleźć się jak najdalej od "ordynarnej" gwary i korzeni, których się wstydziłam. Moje zainteresowanie rodzinnymi stronami i historią rodziny to świeża sprawa, trwa w porywach rok.

A familokowa zabudowa (której zresztą nie brakuje i w Zabrzu) zawsze kojarzyła mi się z biedą i patologią społeczną, bynajmniej nie z zabytkami. Pamiętam, jak przy wielkim spisie ludności w roku 2002, dostała mi się do obejścia właśnie taka ulica w rodzinnych Mikulczycach. Mieszkania zdewastowane, bez łazienek i ubikacji, na podwórkach bawiące się brudne dzieci, przesiąknięci alkoholem faceci pod spożywczakiem, oraz bardzo wielu staruszków, żyjących za głodowe renty. Byli też ludzie, którzy swe mieszkania wyremontowali i dbali, ale mało. Ale na tylnych podwórkach ciągle jeszcze stały ławki i czasem sąsiadki siedziały tam, i gadały, grzejąc nogi w słońcu. Tak jak tu pewnie bywało przed laty.

Ponieważ musiałam odwiedzić każde mieszkanie dwa razy, raz się zapowiadając i drugi raz przychodząc z właściwą ankietą, ludzie zaczęli mnie rozpoznawać na ulicy. Dzieci wołały mi już z daleka "dzień dobry", uśmiechały się. To było miłe. Ale dojmującym uczuciem, które mnie wtedy ogarniało, był żal, że tylu ludzi w naszym pięknym kraju żyje w tak podłych warunkach, w takiej dziedzicznej biedzie. 

Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jeszcze, że przyjdzie taki moment w moim życiu, kiedy zafascynuje mnie to, przed czym uciekałam. Szkoda, bo dostałam się wtedy do domów wielu starszych ludzi, którzy mogliby mi mnóstwo rzeczy opowiedzieć z historii robotniczego Zabrza, z ich własnych dziejów, ze wspomnień o rodzicach i dziadkach.

Wyobrażam sobie, że Małgorzata Szejnert właśnie tak zrobiła - odwiedziła wiele podobnych mieszkań i wyciągnęła z ich mieszkańców morze starych rodzinnych opowiastek, by potem uczynić z tego fascynujący historyczny reportaż, całkowicie bezstronny, bardzo niewiele dodając z własnej fantazji. Gorąco polecam tę książkę. Być może nie jest ona dla każdego - ale na pewno dla miłośników literatury faktu, a przede wszystkim dla zainteresowanych Śląskiem i pragnących go zrozumieć. Widać, że autorka to zawodowa dziennikarka - potrafi i zbierać materiały, i genialnie je opracować literacko.

Następnym razem, kiedy będę na Śląsku (i o ile mi Fricholinka pozwoli:)), muszę koniecznie odwiedzić Nikisz i Giszowiec, przyjrzeć się obrazom Ewalda Gawlika, zgromadzonych w miejscowym muzeum, pospacerować, pofotografować. Nie wiem, czy kiedyś uda się z tych miejsc uczynić centrum ruchu turystycznego (podobno są takie plany). Ale nawet jeśli, to i tak nie będzie już wtedy starych babć plotkujących na schodkach czy ławeczkach przed domami, piekących kołocze i szorujących okna co dwa tygodnie. A to one stanowią o autentyczności tych miejsc. Wymierają, a wraz z nimi pamięć o starych wierzeniach, obyczajach, wydarzeniach.

Na szczęście jednak powstają takie książki jak Czarny Ogród, które przechowają okruchy tej pamięci dla przyszłych pokoleń. Szczerze polecam!

czwartek, 19 lutego 2009
Intelektualizacja i frustracja

Dziubdziubica napisała mi niedawno w komentarzu o intelektualizacji jako mechanizmie obronnym wykształconych mężczyzn, chroniącym od przeżywania trudnych emocji. Książką, która ten mechanizm pięknie ilustruje jest przeczytana przeze mnie niedawno powieść młodego niemieckiego autora Daniela Kehlmanna Measuring the World (polskie wyd. - Rachuba świata).

To paralelna opowieść o dwóch wielkich niemieckich naukowcach przełomu XVIII i XIX wieku: przyrodniku i odkrywcy Aleksandrze von Humboldzie oraz genialnym matematyku Carlu Friedrichu Gaussie.

Ich losy są z pozoru bardzo różne: Humboldt już od dzieciństwa ma w sobie ogromną potrzebę podróży, ucieczki, bycia w ciągłym ruchu. Jest niezmordowany, nie boi się bólu ani zmęczenia, większość ludzi, którzy przychodzą z nim do styku ma go za szaleńca. Jako nieodrodne dziecko oświecenia podporządkowuje rozumowi i woli swe drobne, chude ciało oraz sferę uczuć. Nie waha się nawet przeprowadzać na sobie samym różnych eksperymentów. Największą jego obseją jest jednak mierzenie świata. Wyposażony w najbardziej precyzyjne jak na owe czasy instrumenty pomiarowe nie "przepuści" ani jednemu pagórkowi na swej drodze, wlezie do każdej jaskini, na dno kopalnianych chodników, krwawiąc z nosa z powodu braku tlenu zdobędzie najwyższe szczyty Andów,  niemal żywcem da się zjeść komarom na wyprawie w górę rzeki Orinoko, naruszy nawet spokój indiańskich zmarłych wchodząc i zbierając "eksponaty" na ich cmentarzyskach.

A przy tym ma w sobie zadziwiającą zdolność ignorowania wszystkiego, co nie zgadza się z jego oświeconym obrazem świata. Nawet pojawiający się przed nim duch jego zmarłej matki nie jest w stanie (pozornie) wytrącić go z równowagi. Jego dzieło na koniec to kilkanaście opasłych tomiszcz pełnych dokonanych pomiarów. Nazwy i liczby, suche konstatacje, których nikt nie jest w stanie czytać. Kluczowa w jego przypadku jest kwestia kontroli: odruchów ciała,  wizerunku, emocji.

Gauss tymczasem to zaprzysięgły, hipochondryczny domator.  Największym nieszczęściem jego życia jest to, że musi pracować na utrzymanie rodziny, wykonując podrzędne, jego zdaniem niegodne jego wielkiego umysłu zadania, takie jak geopomiary okolicy. Jest nieczuły i terroryzuje swoich bliskich. Już od dzieciństwa czuje się naznaczony piętnem inności, nie rozumie, dlaczego trzeba się płaszczyć przed wielkimi tego świata, by zyskać ich podporę, podczas gdy ich umysły są tak miałkie i powolne w porównaniu z jego! Pogardza innymi ludźmi i nie waha się im tego okazać. Nawet jako starzec jest tylko wielkim, egocentrycznym, jadowicie szczerym dzieckiem. Marzy o innym świecie, w którym ludzie wreszcie wymyślą jakiś sposób na to, by nie bolały zęby i nie dokuczała niestrawność. Dobrze się czuje tylko w świecie liczb, abstrakcji, idei. Tam wszystko jest idealne. Ale wystarczy bolesna zgaga albo głupia gęba drugiej żony i już, znowu spadamy na ten padół łez. 

Na przykładzie tych dwóch naukowców Kehlmann moim zdaniem idealnie pokazał tę wielką przypadłość męskiej, a zwłaszcza męskiej i niemieckiej duszy. Ten niesmak i podświadomy strach, jaki budzi wszystko, czego nie da się kontrolować, czyli cielesne przypadłości, sfera seksu, emocji i irracjonalności. Ta tęsknota za czysto intelektualnym niebem, w którym wszystko jest niepokalanie poczętą ideą. Humboldtowska racjonalistyczna iluzja o tym, że świat można poznać i zrozumieć za pomocą dokładnych pomiarów. Oraz iluzja Gaussowska: że prawdziwy świat to sfera matematycznych równań, a to, co znajduje się wokół nas, to tylko jakiś boleśnie kiepski żart. Każdy z dwóch bohaterów ma trochę inny "mechanizm obronny". Ale obaj chowają się przed życiem. Gauss zamyka się w skorupie swoich obliczeń, Humboldt w iluzji rozumu. Prawdziwe życie jest jak cierń, wiecznie uwierający Gaussa w piętę, od którego nie ma ucieczki, więc pojawia się frustracja. Humboldt wypiera wszelkie nie pasujące mu treści i w rezultacie jest jak krótkowidz, który liczy ziarnka piasku na pustyni, nie będąc w stanie objąć jej całej wzrokiem i zobaczyć niezmierzalny majestat jej wydm. 

Kupiłam tę książkę Chiquitowi pod choinkę. Spodziewając się czegoś innego: że będzie ona traktować o głodzie poznania świata, o pasji życia. Chiquito jej nie przeczytał, ale ja tak. I okazało się, że jest zupełnie o czym innym: a mianowicie o ciemnej, odwróconej stronie tej pasji życia, tego głodu poznania. Nie tylko się nie rozczarowałam, ale dałam pochłonąć. To świetna lektura, dająca wiele do myślenia. 

wtorek, 17 lutego 2009
Książki, których się boję

Czy w stosunku do książek można mieć uprzedzenia? Oczywiście, że można.

Ja mam. Kiedy sięgam po jakąś pozycję, wypożyczam albo kupuję, zwykle już coś o niej lub o autorze wiem. Albo wydaje mi się, żę wiem. Tworzę sobie w głowie pewien obraz danego dzieła, na podstawie przeczytanych recenzji, wzmianek prasowych, czasem tylko z informacji na okładce czy na pasku papieru informującym o przyznaniu jakiejśtam nagrody. Na ten obraz ma wpływ nawet grubość książki, jakość papieru czy rodzaj czcionki! Ten właśnie pierwszy kontakt z samą książką lub tylko wzmiankami o niej decyduje, do jakiej "szufladki" dane dzieło zapakuję. I wiem, że tylko jego przeczytane będzie mogło zweryfikować  ten wstępny obraz, zamienić "uprzedzenie" w jasne i pogłębione zdanie.

A jednak... Mam na półkach sporo książek, które już niekiedy parę ładnych lat czekają na swoją kolej i nie mogą się doczekać. Uprzedzenie do nich jest tak silne, że po prostu nie mam ochoty przekonywać się na własnej skórze, czy jest słuszne, czy nie. Zdarza się też sytuacja odwrotna: trąbienie o danej lekturze w mediach powoduje, że napięcie rośnie, a oczekiwania są bardzo wysokie. A potem, po kilku stronach, następuje rozczarowanie. Nie dlatego, żeby książka była zła, broń boże. Jest po prostu inna, niż tego chciałam w danym momencie. 

Taka sytuacja zdarzyła mi się ostatnio z kultowym (podobno) dziełem Jeana Geneta Querelle z Brestu. Spodziewałam się drugiego Lubiewa, książki która mnie totalnie wciągnęła w swój zakręcony, zarazem śmieszny i gorzki świat. A dostałam coś ogromnie oddalonego od mojej wrażliwości. Pełna poezji opowieść li tylko o poszukiwaniu przyjemności zmysłowych wydaje mi się pusta i pozbawiona sensu. Zachwyt nad pięknem fizycznym i degeneracją duszy to coś, co mnie nie dotyczy i nie chcę, żeby dotyczyło, o nie. Po kilkunastu stronicach odłożyłam Geneta i chyba już do niego nie wrócę, choć oczywiście nigdy nie mów nigdy.

Patrzę na swoje półki i widzę pełno nieprzeczytanych, prawdopodobnie świetnych lektur. Które mają pecha, bo nie mam na nie ochoty. Boję się ciemnego przesłania, które w moim wyobrażeniu niosą.

Pianistka, Elfriede Jelinek - widziałam film, jeden z najbardziej depresyjnych i pozbawionych nadziei obrazów, jakie zdarzyło mi się oglądać. I na jego podstawie odpycha mnie coś od tej książki. Nie mogę jej czytać, nie teraz, kiedy w moim brzuchu rozwija się i kopie moja własna córka.

Auto da fe, Elias Canetti - Kupowałam tę książkę w przekonaniu, że będzie opowiadać o inkwizycji czy innym paleniu kacerzy! To się nazywa ignorancja:). Teraz się jej boję, bo jakoś mi sprawia wrażenie "przeintelektualizowanej". Boję się, że się znudzę, a to przecież klasyka i nie wypada... Jest zresztą więcej takich książek, w których obawiam się właśnie przerostu filozofowania nad emocjami. Zauważyłam, że takie bichle piszą przede wszystkim mężczyźni.

Margaret Atwood - podobało mi się jej Kocie oko i swego czasu kupiłam kilka innych jej książek. A teraz się boję, że  podobnie jak ta pierwsza będą traktować o różnych traumach i patologiach z dzieciństwa. A tego mam już po dziurki w nosie we własnych życiu.

Plus cała masa książek o psychologii, terapiach, grach międzyludzkich i systemach rodzinnych, które zakupiłam na amazonie na zapas, jeszcze  przed odjazdem z Anglii. A teraz nie mam ochoty. Zmuszają do przemyśleń i często niefajnych wniosków. A ja jakoś ostatnio czuję się zbyt zmęczona, żeby za dużo drążyć we własnym życiu. 

Jest jeszcze bardzo wiele książek, po które w najbliższym czasie raczej nie sięgnę, i trudno mi właściwie sprecyzować dlaczego. I tak oto skończyłam czytając ostatnio wyłącznie Stevena Kinga i... czasopisma kucharskie. Czyżby pierwsze symptomy tzw. "ciążowego rozmiękczenia mózgu"? ;)

A Wy? Czy w Waszym życiu też są książki, do których podchodzicie powoli, miesiącami czy latami, jak do dzikiego zwierza? Książki, których boicie się, że Was ugryzą? Podzielcie się nimi!

 

niedziela, 02 listopada 2008
Zwierzenia czytelnika

Kemotalamot zaprosiła mnie do zabawy i z radością z tego zaproszenia korzystam :) Trochę nie było czasu ostatnio, nie tylko na napisanie odpowiedzi, ale także na sam temat łańcuszka – czytanie. Tym niemniej jednak postaram się zrobić ogólny przegląd moich czytelniczych zwyczajów.

1.O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Lubię czytać o każdej porze. Kiedy książka jest ciekawa, a ja mam czas, czytam od rana do wieczora, w każdej wolnej chwili, nawet na toalecie, hehe. Kiedy książka jest trudniejsza (np. nie beletrystyka) albo po prostu nie wciąga tak bardzo, czytam w ciągu dnia, kiedy jestem sama. Odkąd mieszkam w mieszkaniach z wanną, ogromnie polubiłam też moczenie się w gorącej w wodzie z bąbelkami i książką. Odkryłam to dopiero niedawno. W domu rodzinnym nie było na to warunków, a potem jakoś zawsze w kolejnych lokum miewałam prysznice. Ale teraz kocham się wygrzewać w wannie z książką! Wieczorem rzadko czytam, bo to jedyny czas który możemy spędzić razem z Chiquitem, grając w gry stołowe lub oglądając film, albo po prostu nagadać się nie możemy, więc książka musi być naprawdę zabójcza, żebym dla niej, że tak powiem, „porzuciła” Chiquita na pastwę... internetu. Czasem tylko w łóżku tuż przed zaśnięciem, kiedy Chiquito jeszcze myje zęby albo błądzi po necie, sięgam szybko po książkę. Niestety kończy się to zazwyczaj tak, że mam jak znalazł najlepszy środek nasenny:).

2.Gdzie czytasz?

Bardzo lubię czytać w podróży. Kiedy mam przed sobą perspektywę przemieszczania się, specjalnie wybieram książkę na tę okazję. Są to najczęściej książki wypróbowanych autorów, o których wiem, że się nie oderwę od pierwszej do ostatniej stronicy. Poza tym, czytam właściwie wszędzie, gdzie się da, w środkach lokomocji, na kanapie, w łóżku. W Pradze mam na to specjalny fotel, za którym stoi nasza lampa stojąca i świeci prosto na książkę. A w jeszcze poprzednim mieszkaniu na Smichovie był bujany fotel z ikei – strasznie za nim tęsknię, bo na nim uwielbiałam czytać najbardziej. Uwielbiam też czytać na dworze, w lecie na leżaku albo na kocu, wiosną czy ciepłą jesienią na ławce w parku. Traktuję to jako miłą przerwę w samotnym spacerze.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Na plechach zdecydowanie, albo na boku, podparta łokciem (choć tak nie wytrzymuję zbyt długo) albo poduszką (grozi szybkie kimono). Nigdy nie czytam na brzuchu, nie wytrzymuję w tej pozycji za długo. Może tylko kiedy się opalam na kocu w lecie – to jedyny sposób żeby czytać leżąc na słońcu, bo tylko wtedy sama rzucam sobie cień na książkę.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Zdecydowanie beletrystyka. Dobra powieść czy zbiór opowiadań, to jest to. Gatunek w sumie nieważny, książka musi być po prostu dobra, wciągająca, głęboka, albo być dobrą zabawą językową czy kulturową. Chętnie sięgam nawet po fantasy, jak Prachett czy Sapkowski, a ostatnio, dziw na dziwy u mnie, po kryminał! Lubię też gatunki para-beletrystyczne, eseje, reportaże czy opowieści podróżników.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?

Kilka dni temu kupiłam w charity shop za 70p Tales from King Arthur, legendy w wersji Adrew Langa. Po naszej wizycie w Stonehenge i Glastonbury miałam ogromną ochotę na arturiańskie opowieści! Postacie tych legend są tak obecne w kulturze masowej, że niby wszystko człowiek wie, ale ja nabrałam ochoty zaznajomić się z tematem trochę bliżej.

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?

Praktycznie nigdy w życiu nie czytałam kryminałów, a tu ostatnią książką, którą przeczytałam jest Agatha Christie: Body in the library, z serii o Miss Marple. Choć czytam po angielsku już bez większych problemów, mimo wszystko staram się wybierać lżejszą literaturę w tym języku (z jakimiś grami literackimi czy językowymi, ewentualnie z książką pisaną w slangu czy strumieniu świadomości itp. nie dałabym rady, wiem że bym się po prostu zmęczyła czy znudziła). Jest to pierwsza Christie którą przeczytałam w życiu i spodobało mi się! Ma to swój wdzięk i urok i jest baaaardzo o Anglii i Anglikach.

7. Co czytasz aktualnie?

Gulasz z turula Vargi – świetny zbiór nostalgicznych i bardzo osobistych esejów o Węgrzech.

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Nie zaginam rogów, kiedy naprawdę nie mam czym założyć (a wykorzystuję co się da, bilety, rachunki, nawet chusteczki higieniczne), wtedy kładę książkę grzebietem do góry, albo z żalem zamykam i „zakopuję sobie” miejsce, w którym byłam. Ale najczęściej używam zakładek z reklamami wydawnictw, takich, jakie dostaje się za darmo kupując książkę.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Miałam ostatnio pomysł, żeby słuchać książki czytanej podczas prac domowych. Wypożyczyłam sobie Terry Pratchetta Hogfather na cd i nawet przesłuchałam dwie płyty. Niestety nie umiałam się na tym skupić, robiąc jednocześnie co innego. Łapałam może połowę treści. Nie, jednak nic mi nie zastąpi tego całkowitego zamknięcia się w fikcyjnym świecie powieści, jakie daje skupione czytanie.

Co innego czytanie na głos. Podczas objazdowej wycieczki po Czechach, jaką strzeliliśmy sobie parę miesięcy temu z siostrą i szwagrem, czytaliśmy na zmianę w samochodzie, a potem pociągu inną książkę Pratchetta (nie pamiętam już tytułu). I było to super na zabicie ciągnącego się czasu, a jednocześnie nie zamknęliśmy się we własnych światach, tylko byliśmy razem. Ale też – jakoś najlepiej pamiętam te rozdziały, które sama czytałam, te, które słuchałam, dużo słabiej.

10. Co sądzisz o ebookach?

Spoko, ale muszę wydrukować. Na ekranie czytać nie lubię, nudzę się, robię się nerwowa, skaczę co chwila na net, no nie da się. Miałam jednak w życiu do czynienia tylko z różnego rodzaju podręcznikami czy literackimi starociami potrzebnymi na studia w tej formie. Nigdy nie zdarzyło mi się mieć kontaktu z literaturą współczesną w formie ebooka. Chyba mam uprzedzenia - gdyby dany tekst był naprawdę dobry, zostałby po prostu wydrukowany. Nie wyobrażam sobie który dobry pisarz wolałby wydać książkę jako ebooka zamiast w formie papierowej.

................................................................................................ 

No, to teraz powinnam wytypować. Ale chyba z kręgu moich blogowych znajomych prawie wszyscy się już w to bawili... Zastali już tylko tacy, którzy raczej nie piszą o książkach, albo w ogóle zaprzestali pisania, jak Dziubdziubica. Może reaktywujesz Dziubdziubnik tylko na chwilę, dla starszej siostry??:) Chciałabym też zaprosić bardzo serdecznie Agradablę. Dziewczyny, mam nadzieję, że nie odmówicie;)

 

sobota, 09 sierpnia 2008
Dziennik szalonego starca

Czegoś takiego jeszcze nie czytałam! Zdaje się, że japoński autor Junichiro Tanizaki łamie jakieś spore tabu. A może opowieści o seksualnych tęsknotach starych ludzi są w japońskiej literaturze normalne?

Po opisie na tylnej stronie okładki szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Schematu w stylu "teść potajemnie i platonicznie wielbi synową o złotym sercu i broni przed mężem, który źle ją traktuje". Nic bardziej mylnego. Teść rzeczywiście wielbi swoją synową, ale bynajmniej nie platonicznie. Syn jest żonie całkiem podporządkowany, a poza tym interesuje go tylko praca. A synowa to nie żaden aniołek - to pewna siebie, nowoczesna Japonka, która dla kaprysu nie waha się wyłudzić od starca równowartość całego domu na pierścionek z kamieniem "tygrysie oko". Stary nie ukrywa bowiem przed nią, jak bardzo ma na nią ochotę - ochotę nie spełnialną z powodu impotencji - a kobieta, choć z lekkim obrzydzeniem, podejmuje grę. Podniecenie, które w nim wywołuje owa gra w całowanie kawałeczków jej ciała (starzec szczególnie uwielbia jej stopy) jest całkiem groźna dla jego wysokiego ciśnienia. Ale nasz bohater, który i tak stoi nad grobem, niczym się nie przejmuje, a nawet niczego nie ukrywa. Ma gdzieś oburzone spojrzenia żony i córek, których zresztą nie lubi i do oczu im to mówi. Jest jak złośliwy stary troll dla swojej rodziny, troll, który ma tylko jedną boginię. Co więcej, jej fochy i złośliwości sprawiają mu perwersyjną radość. Jak sam przyznaje, lubi "złe" kobiety, o ile są piękne. A po śmierci pragnie mieć odcisk stóp synowej na nagrobku, aby deptała po nim na wieczność!

Wszyscy bohaterzy "Dzienniku" mają wiele słabości, są bardzo ludzcy, a przy tej całej ich niedoskonałości rozbrajająco szczerzy i nawet sympatyczni. Tanizaki zaskakuje na każdym kroku i nie boi się niczego. Łamie jedno z tych tabu, które w naszej kulturze cały czas jeszcze pokutują - seksualność starych ludzi. W wersji nieuładzonej, bardzo prawdziwej.

A może Wy znacie jakąś książkę/film/dzieło sztuki które też podejmuje ten temat? Bo mi już nic do głowy nie przychodzi, poza pewną wystawą fotografii nagich starych ludzi, którą lata temu widziałam w Pradze, ale nazwiska autora już nie pamiętam. Zresztą w odróżnieniu od "Dziennika", który jest świetną, ironiczną i zabawną lekturą, ta wystawa była tylko "kontrowersyjna". A to trochę mało.

wtorek, 29 lipca 2008
Quiz podróżniczo-literacki :)

Chihiro wymyśliła na swoim blogu wakacyjny „wywiad” o książkach i podróżach. Postanowiłam i ja, wzorem Chiary, przyłączyć się do zabawy.

1. Czy zdarza ci się wybierać książki ze względu na miejsce akcji?

Tak. Przed podróżami właśnie. Zawsze kiedy długo planuję jakąś podróż staram się poczytać trochę o danym kraju, niestety często kończy się – jak to u mnie – na dobrych chęciach i karze w bibliotece... Ale przed wyjazdem do Kanady udało mi się przeczytać świetne Kocie Oko Margaret Atwood, oraz kupić (hmm, tylko kupić, wciąż czekają na półce) kilka podróżniczych książek Kanadyjczyka Tarasa Grescoe.  No i oczywiście całkiem świadomie i z wiadomych powodów wybieram książki z miejscem akcji w Kolumbii lub szerzej, w Ameryce Łacińskiej.

2. Książki o których krajach czytasz najchętniej?

Interesują mnie wszystkie kraje jak leci:) Ale znowu, najchętniej wybieram książki o Ameryce Południowej. Fascynuje mnie mentalność Latynosów, ich bogaty świat wyobraźni, oraz historia. Po prostu chcę się dowiedzieć jak najwięcej o ojczyźnie Chiquita.

3. Czy dzięki książkom chciałbyś/chciałabyś odwiedzić jakieś konkretne miejsca? Jakie?

Wszystkie! Zazwyczaj kiedy coś czytam o jakimś dalekim miejscu, mam ogromną ochotę właśnie tam pojechać. Są jednak kraje które „chodzą za mną” od dłuższego czasu i to właśnie dzięki książkom. Należą do nich Dominikana i Haiti, Kuba, wybrzeże Kolumbii (to się mam nadzieję za parę miesięcy ziści) oraz ultra-literackie Buenos Aires.

4.  Czy są miejsca / kraje, o których lubisz czytać, ale do których nie miałbyś/miałabyś ochoty się wybrać? Jakie?

Zdecydowanie zimne kraje. W przeciwieństwie do Chihiro nie miałabym nic przeciwko podróży po krajach Bliskiego Wschodu, nawet byłabym gotowa nosić zakrywające ubranie, a jeśli trzeba by było, i chustę. Ale chyba na to mi odwagi i pieniędzy nie starczy, no i odpowiednich współtowarzyszy takiej podróży ot tak nie znajdę... Ale nie tracę nadziei, że kiedyś kiedyś:). Natomiast wcale nie pociągają mnie krainy północy, jak Syberia (o której ostatnio czytałam w książce Gugara), Laponia, Alaska, albo wysokie góry jak Andy czy Himalaje. Po prostu jestem zwierzęciem ciepłolubnym, nie jeżdżę na nartach i w ogóle nie przepadam za śniegiem i zimnem, a do łażenia po górach w masce tlenowej po prostu się nie nadaję. Ale nie bronię się przed fascynującymi lekturami o tych miejscach i odważnych, twardych ludziach, którzy w takich surowych warunkach mieszkają lub podróżują.

5. W jaki sposób dobierasz książki do podróży?

Teraz staram się zawsze mieć kilka książek odłożonych specjalnie na planowane wojaże. Zbyt często bowiem w przeszłości zdarzało mi się zabierać w podróż książkę nieodpowiednią, nie chcę powiedzieć nudną, ale wymagającą skupienia, a tego mi często w podróży brakuje. Lektura na drogę musi więc być absolutnie wciągająca w swój świat, bo tylko wtedy udaje mi się zapomnieć o wszelkich rozpraszających szczegółach, o rozkrzyczanych dzieciakach na siedzeniu obok, niewygodzie, opóźnieniach, dłużącym się czasie... Z taką książką mogę z przyjemnością podróżować sama i nawet nie wiem, kiedy docieram na miejsce. Przez długi czas niemal w ciemno kupowałam na dworcu czy lotnisku książki Murakamiego, ostatnio świetną usługę oddał mi „Cień wiatru” Carlosa Ruiz Zafóna.

6. Czy książki w jakikolwiek sposób zmieniły twoje postrzeganie na temat danego kraju? 

Książki zawsze zmieniają moje postrzeganie na temat danego kraju. Bo najczęściej kiedy sięgam po coś „egzotycznego” moja wiedza na temat danego miesjca ogranicza się do kilku stereotypowych informacji. Dzięki lekturze otwierają się jakby nowe okna, często dla mnie pierwsze prawdziwe okna na daną kulturę.

7. W jaki sposób czytanie o innych krajach i kulturach zmieniło twoje postrzeganie świata?

Niestety muszę się przyznać, że jak większość ludzi nie jestem wolna od stereotypów. Wstydzę się tego i próbuję z tym walczyć właśnie za pomocą lektury. Jest wiele krajów, zwłaszcza tych należących do kultury arabskiej, które kojarzą mi się tylko z wykorzystywaniem i tłamszeniem kobiet. Dzięki książkom zauważam, że ta kultura jest o wiele bardziej kompleksowa i fascynująca niż tych parę straszliwości, które człowiek wyczyta w goniącej za sensacją prasie codziennej. Czasami wybieram książki z pewnych kultur specjalnie, aby się czegoś dowiedzieć więcej, żeby lepiej zrozumieć. Np. niedawno wyszukałam sobie w bibliotece dość już zapomniane opowieści Cyganki Papuszy, właśnie po to, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o romskiej kulturze, która (zwłaszcza w Czechach) kojarzy się bardzo pejoratywnie.

8. Czy są kraje, o których chciałbyś/chciałabyś dowiedzieć się więcej z książek?

Jest wiele takich! Czasem myślę, że mi życia nie starczy, by przeczytać wszystko, co bym chciała. Dlatego cieszę się, że brałam udział w wyzwaniu 6 kontynentów, bo np. po raz pierwszy czytałam książki autorów australijskich, chińskich czy współczesną prozę z USA. Mam nadzieję, że Miejskie czytanie będzie równie inspirujące, tylko że ja leniuch jeszcze sobie lektur nie wybrałam...

9. A podróżowanie w czasie? Czy jakaś epoka interesuje Cię bardziej niż inne?

Chyba historia najnowsza, a zaraz potem fascynujący wiek XIX, w którym tyle się podziało, że chyba nigdy nie przestanie być źródłem inspiracji dla pisarzy. Ogólnie jednak skupiam się ostatnio na współczesnej literaturze, może dlatego że w przeszłości tyle starych cegieł czytałam, że w pewnym momencie się obudziłam i stwierdziłam, że zupełnie się nie orientuję w tym, co się dzieje na rynku książkowym dziś. Dlatego teraz staram się to zmienić:).

 

Uff, więc i ja przeprowadziłam wywiad z samą sobą. Kto może, niech się przyłączy!

 
1 , 2 , 3
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers