O podróżach dalekich i bliskich
niedziela, 26 lipca 2009
Com ostatnio widziała i czytała

Mieć w domu taką malą rybkę jak Fri oznacza, że nie za wiele czasu zostaje na dawne nawyki, takie jak czytanie, kultura, a nawet tak prozaiczne czynności (mnie jednak sprawiające sporo frajdy) jak wypróbowywanie nowych przepisów w kuchni. Skończyło się karmienie piersią niemal nonstop, a z nim czytanie książek. Teraz Fri dostaje pierś na krotko tylko, a zaraz potem nutrilonek, a pomiędzy posiłkami wymaga raczej noszenia, bawienia się, robienia minek itp. Niewiele mam więc do opisywania, ale coś tam się jednak nazbierało wartego kilku słów:

Walc z Baszirem. Byłam na nim w praskim kinie Aero pewnego popołudnia, kiedy to Chiquito sam zajął się małą, abym trochę odsapła. W praskich kinach normalką jest kupowanie sobie na salę piwa w plastykowym kubku i postanowiłam sprawić sobie tę starą, niemal już zapomnianą przyjemność. Muszę powiedzieć, ze po tylu miesiącach niemal całkowitej abstynencji po tym małym i czeskim (więc słabszym) piwie nogi mi zmiękły! No ale do rzeczy. Walc z Baszirem to film animowany dla dorosłych, na jakie ostatnio jest moda. A temat to już szczególnie nie przystaje do wybranej techniki - jest nią brutalna wojna w Libanie oraz masakra w obozie uchodźców, dokonana przez chrześcijanską milicję libańską na muzułmańskich współziomkach. Masakra, której izraelska armia bezczynnie się przyglądała i nie kiwnęła nawet palcem. Jest to jednak nie tyle film o wojnie, co o pamięci i jej przedziwnych meandrach. Bohater, izraelski filmowiec w średnim wieku, kiedyś młody żołnierz, nagle zdaje sobie sprawę, że zgubił gdzieś w zakamarkach swego umysłu wszelkie wspomnienia tej wojny. Wędruje więc po świecie i odnajduje dawnych towarzyszy broni, aby pomogli mu zrekonstruować utraconą część siebie. W filmie miesza się dokumentalne zacięcie, z jakim opowiadane są historie rozmówców i głównego bohatera, z głęboką, senną symboliką. Chyba nigdy jeszcze nie widziałam tak do szpiku kości prawdziwego filmu o wojnie. Bardzo polecam.

Ian McEwan: Pokuta. Widziałam film, który mi się podobał, i właśnie dlatego, kiedy nadarzyła się okazja pożyczenia tej książki, postanowiłam ją przeczytać. Jest to opowieść o krzywdzie, jaką może wyrządzić niewłaściwe zrozumienie pewnych faktów. Briony, mała dziewczynka o pisarskich ambicjach i bujnej wyobraźni, posyła do więzienia niewinnego człowieka, ponieważ nie mając pojęcia o v tajemnicach dorosłej miłości i seksualności, interpretuje pewne naturalne gesty, słowa i zachowania jako zbrodnicze i dewiacyjne. Kiedy już zrozumie co takiego uczyniła, przychodzi okrutna II wojna światowa, by dać jej możliwość pokuty. Wątek jakże odmiennego rozumienia rzeczywistości przez różnych ludzi jest bardzo ciekawy, a opisy wojennego, bombardowanego Londynu i cierpienia rannych żołnierzy świetnie oddane i realistyczne, ale mnie książka nie zachwyciła. Wydaje mi się jakby zbyt "chłodno" napisana. Ale przede wszystkim mam kłopot z głównym bohaterem, Robbiem Turnerem. Nie lubię go. Jest jakiś taki sztywny, papierowy. Nie wierzę jakoś w jego wielką miłość do Cecilii. Wydaje mi się zarozumiały, wywyższający się i sztuczny w tym, że nie ma żadnych kompleksów z racji pochodzenia, wyciągania kasy od ojca Briony na studia itp. Dużo bardziej wiarygodna wydaje mi się kreacja Jamesa Mc Avoya v filmie. Polecam więc jakoś średnio, choć sądzę, że są ludzie, którym książka może się podobać bardzo, w końcu był to z jakiegoś powodu bestseller.

To tyle. Kończę i idę myć butle i prasować pieluchy... :)

środa, 04 marca 2009
Butelki zwrotne

Przypomniałam sobie o tym filmie czytając Wasze komentarze dotyczące międzypokoleniowych zabaw w Kolumbii. Bo Butelki zwrotne są właśnie o tym, o starzeniu się, o niezgodzie na to starzenie, o stosunkach między generacjami. Choć akcja osadzona jest w czeskim środowisku kulturowym, to jednak te problemy są uniwersalne. 

Bohaterem, granym przez Zdenka Svěraka (również autora scenariusza oraz ojca oskarowego reżysera Jana), jest emerytowany nauczyciel czeskiego pan Tkaloun. Nie radzi sobie on już z bezczelnością dzieci w szkole, z ich brakiem szacunku, ale nie chce pozostać bezczynny. Nie potrafi ot tak siedzieć zamknięty w domu, jak tego wszyscy oczekują od emeryta. Podejmuje najpierw pracę kuriera rowerowego (co kończy się dość niefortunnie, bo złamaną nogą:)), a potem odnajduje się jako pracownik punktu butelek zwrotnych. Tam jest w swoim żywiole, zaprzyjaźnia się ze stałymi klientami i współpracownikami, i choć sam wzdycha do różnych pięknych kobiet, które pojawiają się czasem w okienku, żaden podryw mu nie wychodzi, za to kojarzenie par wyśmienicie. 

Czytam jeszcze raz powyższy opis i w sumie myślę, że ma się on nijak do filmu. Bo jak oddać słowami delikatny, słodko-gorzki humor tej komedii, niekonwencjonalne przedstawienie problemu starzenia się, oraz życiową mądrość? Pocieszam się, że angielski komentarz do poniższego trailera też niezbyt oddaje głębię Butelek zwrotnych:

Nasze społeczeństwo ma problem ze starością. Starsze pokolenie nie nadąża za technologicznymi nowinkami, ba, nawet za zmieniającym się językiem. W konsekwencji zamyka się w swoim świecie i rezygnuje z wszelkich prób otwarcia się, uczenia się nowych rzeczy. Ich zainteresowania i horyzonty stają się bardzo wąziutkie. Znika ich pasja życia, a świat kuczy się do rozmiarów mieszkania i paru telenowel. Reszty nie rozumieją i nie chcą rozumieć. Nie chcą nawet spróbować.

Niedawno była na temat starości seria artykułów w Gazecie Wyborczej, pt. "Polska to nie jest kraj dla starych ludzi". Wstrząsające przypadki staruszków, którzy od lat nie opuszczają swoich mieszkań, żyją za śmieszne pieniądze, wydawane przede wszystkim na leki, którzy nie rozumieją swoich dzieci i nie są przez nich rozumiani. Żyją tylko telewizją i swoimi drobnymi sprawami, obrażeni na świat, tak jak świat obraził się na nich. Ogranicza ich coraz mniej sprawne ciało, to oczywiste, ale niestety do niego dołącza się też umysł, choć wcale by nie musiał. Zamyka ich w przeszłości, w strachu przed wszystkim co nowe, obce, inne - a więc niezrozumiałe, zagrażające.

A młodzi wcale nie ułatwiają im sprawy. Sami wpędzają ich w taką rolę. Starość jest nieestetyczna, nie chcemy jej oglądać. Świat idzie do przodu, a starsi nie nadążają, ich życiowa mądrość i wspomnienia nikomu już nie są potrzebne. Jest to, jak sądzę, ogromna zmiana w społeczeństwie, bo jeszcze sto lat temu nosicielami wiedzy płynącej z doświadczenia byli tylko starsi. To do nich chodziło się po radę. Dziś rady się googluje.

Josef Tkaloun właśnie tej starczej pasywności nie chce się poddać. Czuje się nadal młody, choć w starej skorupie. Pięknie są przedstawione w tym filmie jego fantazje erotyczne - motyw rzadko spotykany w filmach o starszych ludziach. Jest marzycielem, często z głową w chmurach, miewa pomysły świeże, niemal dziecięce.  I wszyscy, łącznie z żoną, mu rzucają kłody pod nogi (w sensie "w twoim wieku powinieneś w domu siedzieć, a nie takie durne pomysły mieć!"). Jego córka mu mówi, że jego poczynania to "odpał". W słowach rodziny widać dokładnie, czego nasze społeczeństwo oczekuje od starych - żeby się nie wychylali, żeby ich za bardzo nie było widać, żeby nie zachowywali się jak młodzi, bo to jest śmieszne, nie przystoi. I większość się do tych wymagań przystosowuje, nawet nie wie, jak i kiedy.

Ale nie pan Tkaloun. Jego nie obchodzi, czy się "ośmiesza", po prostu nie potrafi usiedzieć na miejscu, a jego pasja życia wcale go nie opuszcza.

 
W Kolumbii w starszych ludziach zauważyłam tą samą tendencję. Może dlatego młodzi się nie buntują, jeśli chodzi o międzypokoleniowe zabawy, bo wiedzą, że starsi wcale im tej zabawy nie zepsują? Kluczem jest chyba to pozytywne nastawienie, mi na tyle obce, że aż mi się wydaje przesadzone. W kraju nie dzieje się najlepiej, ale nikt nie narzeka, wszyscy są szczęśliwi i nie idealizują przeszłości (bo też zresztą była trudna i krwawa). Żyją teraźniejszością i potrafią cieszyć się każdą chwilą. A to zbliża pokolenia.
 
Bardzo im tej umiejętności zazdroszczę. 
 
Starzenie ciała to jedna rzecz, inną jest starzenie ducha. Do tego nie wolno dopuścić. W naszym społeczeństwie, tak negatywnie nastawionym do starszych, będzie nam trudniej, ale mam nadzieję, że się uda. Musimy pielęgnować naszą otwartość i nie dać się zgorzknieniu. Bo w środku i tak jesteśmy tą samą osobą, którą byliśmy jako dziecko.
 
Naprawdę mam nadzieję, że zestarzeję się tak jak Josef Tkaloun, a nie jak moi rodzice i dziadkowie.
 
sobota, 21 lutego 2009
Filmowy łańcuszek

Dawno, dawno temu, wyzwała mnie Matylda_ab do udziału w filmowym łańcuszku. Wiele wody w rzekach od tamtej pory upłynęło, a ja wreszcie się zastanowiłam i w ramach rekompensaty za spóźnienie wlepiam tu nie jedną listę, ale dwie! Zabawa bowiem wydała mi się na tyle fajna, że postanowiłam wybadać też Chiquita. Może komuś wyda się ciekawe porównanie naszych gustów, które jak widać, dość się różnią.

Oto moja lista:

A - Amores Perros; Angelus; American Beauty

B - Babel; Braveheart; The Believer (Fanatyk); Breakfast on Pluto

C - Crash; Constantine

D - Dead Man

E - Elizabeth (pierwsza część wersji z Cate Blanchett); Entre les Murs (Klasa); Eternal Sunshine of the Spotless Mind

F - Fight Club

G - Girl, Interrupted; Gegen die Wand (Głową w mur)

H - Hable con ella (Mów z nią), Harry Angel (Angel Heart)

I - Intimacy, Interview with the Vampire

J - ?

K - Karamazovi (Bracia Karamazov); Kontroll (Kontrolerzy)

L - El laberinto del Fauno (Labirynt Fauna); Lista Schindlera

Ł - Łuk (Hwal)

M - Maria llena eres de gracia (Maria łaski pełna); Mar adentro (W stronę morza)

N - The Name of the Rose

O - Of Mice and Men; Orlando

P - The Piano; Pulp Fiction; A Prayer for the Dying (Modlitwa za umierających)

R - Requiem for a dream; Robin Hood: Prince of Thieves; Rok ďabla; Rob Roy

S - Siódma pieczęć; Samotni; Se7en

T - Trainspotting; serial Twin Peaks; Twelve Monkeys

U - ?

W - ?

V - Vrátné lahve (Butelki zwrotne)

X - The X Files

Y - ?

Z - Zatoichi

 

A oto lista Chiquita:

A - Amelia, Amator, Akumulator 1, Abre los ojos (Otwórz oczy),

B -?

C - ?

D - ?

E - Everything You Always Wanted to Know About Sex But Were Afraid to Ask

F - Forrest Gump, Finding Nemo

G - La Gente de la Universal

H - ?

I - Indiana Jones

J - Jurassic Park

K - Karate Kid; Kontroll (Kontrolerzy); Kill Bill

L - La Estrategia del Caracol, o którym to filmie pisałam tu

M - McGyver, Magnolia, Matrix

N - ?

O - ?

P - ?

R - Rocky I, II, Rocky Balboa; Rok ďabla; Ratatouille

S - Star Wars

T - There's something about Mary

U - ?

W - White Men Can't Jump, The World's Fastest Indian; WALL -E

V - Valentín, Vrátné lahve (Butelki zwrotne)

X - ?

Y - ?

Z - ?

Do udziału w zabawie nikogo nie wyzywam,  za dużo czasu już upłynęło i łańcuszek zdążył wyszumieć. Ale jakby ktoś nabrał ochoty na przyłączenie się, to niech się poczuje jak najbardziej zaproszony:). I niech da znać w komentarzach, bom ciekawa Waszych list!

czwartek, 24 lipca 2008
Amator
Jest to znany film (wiadomo, Kieślowski), ale i tak o nim napiszę, bo zrobił na mnie duże wrażenie. Jest to opowieść o całkiem zwyczajnym człowieku, takim jak ja i ty, w którego życiu nagle i zupełnie niespodziewanie pojawia się pasja. Tą pasją jest film amatorski.

Do tej pory życie Filipa Mosza (rewelacyjnie zagranego przez młodego Jerzego Stuhra), wypełniała tylko praca zaopatrzeniowca i rodzina, która jest jego dumą i szczęściem. Nie potrzebuje on niczego innego ponad swoją małą stabilizację, swoje ciepłe gniazdko, wypełniony miłością azyl. To, czego każdy z nas, jeśli ma to szczęście, ogromnie sobie ceni. Dla mnie jest to podstawa życia.

Pasja pojawia się w jego życiu zupełnie naturalnie, bo Filip kupuje kamerę z calkowicie niewinnym zamiarem filmowania swojej nowonarodzonej córeczki. A tu tymczasem życie tak się układa, że ni z tego ni z owego bohater staje się zaangażowanym społecznie twórcą amatorskim, pragnącym zmieniać świat, wyrażać samego siebie w sztuce. Choć on sam takich górnolotnych słów nie używa, nie pretenduje do miana żadnego artysty, nie ma ambicji. Robi filmy jakby przypadkiem. Dobre filmy.

I wszystko układałoby się pięknie ładnie, gdyby nie powolny rozpad jego życia rodzinnego. Jego żona Irena jest od samego początku zazdrosna o pasję męża. Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy obejrzałam ten film, byłam na nią zła. Widziałam wszystko z punktu widzenia Filipa i byłam wkurzona, jak głupia musi być osoba, która zamiast wspierać pasję ukochanego, cieszyć się jego sukcesami, chce go mieć po prostu na własność. Byłam zła, bo ja się identyfikuję z Filipem właśnie. Bo uważam, że twórcza pasja potrafi wyzwolić z człowieka jego lepsze ja, pozwala mu się spełnić. Człowiek przestaje być zwykłym „zjadaczem chleba” (dosłownie, bo w Filip lubi w nocy pogryzać chleb), jego życie nabiera głębszego sensu. W filmie bardzo wyraźnie widać, jak bohater się rozwija, jak nagle pojawia się w nim wrażliwość społeczna, uczciwość twórcza, wściekłość na niesprawiedliwości tego świata, autentyczne zaangażowanie.

Niedawno pokazałam ten film Chiquitowi, trochę przemocą (jakoś ostatnio mi chłopak unika „artystycznych” filmów czy książek :/) i przy drugim obejrzeniu uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to ambiwalencja tego „zmieniania świata”. Te wszystkie odcienie szarości, które przedstawia Filipowi dyrektor. Odwrócona strona przestawiania "prawdy" – komuś się pomaga, ale też kogoś się krzywdzi. I trzeba nauczyć się z tym żyć.

Druga to postać Ireny. Bardzo chciałabym ją zrozumieć. Zazdrość? Też, ale przecież inna kobieta, która polubiła Filipa (tylko polubiła!) pojawiła się później. Depresja poporodowa? Cięższa depresja? Wiara w przeczucia (Irena jest osobą przesądną)? A może chęć posiadania małżonka na własność?

Myślę, że Irena wyznaje po prostu pewne zasady, które nasza kultura lubi utożsamiać z kobiecością. Jest to zamknięcie się na świat zewnętrzny, skupienie uwagi tylko na rodzinie, intuicyjność i irracjonalność. Irena przeczuwa, że straci Filipa już na samym początku, kiedy jeszcze nic na to nie wskazuje. Podświadomie wie, że Sztuka jest najbardziej zachłanną z kochanek. I udowadnia to wszystko, sama odtrącając męża i tym sama wpychając go w ramiona „tej drugiej”. Bo w zachowaniu Filipa nie widziałam niczego, co mogłoby wskazywać na to, że przestał kochać swoją rodzinę. Po prostu przestała ona być dla niego CAŁYM ŚWIATEM.

Dla mnie ten film jest bardzo smutny, bo mówi, że nie można mieć wszystkiego. Że trzeba wybierać. Żeby być spełnionym w jednej sferze życia, trzeba poświęcić drugą.

A ja przecież wierzę, że możliwy jest kompromis. Musi być.

sobota, 31 maja 2008
Sztuka latania

W filmie Al lado oscuro del corazon motywem przewodnim jest piękny wiersz Argentyńczyka Oliverio Girondo o szukaniu tej jednej jedynej, która potrafi latać.

(Nie zrażajcie się długością „recytacji”, obejrzyjcie filmik do końca, będzie zaskoczenie:))

 

Nie obchodzi mnie, czy kobiety mają piersi jak magnolie, czy jak suszone figi; czy mają cerę jak morela, czy jak papier ścierny. Ma dla mnie zerowe znaczenie, czy rano ich oddech pachnie jak afrodyzjak, czy jak środek owadobójczy. Jestem doskonale zdolny znieść nos, który wygrałby pierwszą nagrodę na wystawie marchewek; ale! – i tutaj jestem bezkompromisowy – nie przebaczę im, pod żadnym pretekstem, kiedy nie umieją latać. Jeśli nie umieją latać, tracą ze mną czas!

 

PS. Po obejrzeniu filmu zwiesiłam nos na kwintę, a kiedy Chiquito domagał się wyjaśnień, wykrztusiłam „bo ja nie umiem latać...” (oczekując oczywiście fali zaprzeczeń i zapewnień, że pues si, sabes volar! :-)). A Chiquito na to:

- Nie martw się, ja i tak mam lęk wysokości.

:D

 

wtorek, 08 kwietnia 2008
Sztuka płakania (i śmiechu)

Wczoraj pisałam o największym (z tego co widziałam) niewypale festiwalu, to dziś kolej na "wypał".

Duński film The art of crying (Kunsten at græde i kor, 2006, reż. Peter Shonau Fog) to niesamowita niespodzianka. Czegoś takiego tu jeszcze nie było! Bo czy wyobrażacie sobie film o molestowaniu seksualnym dzieci, w którym na dodatek są zabijani ludzie, podczas którego będziecie pękać ze śmiechu? I który jednocześnie będzie aż do bólu prawdziwy, żadna tam slapstikowa komedia...

Takie połączenie tragedii z komedią udało się prawdopodobnie dlatego, że oglądamy świat filmu oczyma dziecka - jedenastoletniego Allana. Wydaje się, że jest on najnormalniejszym członkiem swojej "udanej" rodzinki, niestety to tylko pozory, bo chłopak bierze na siebie odpowiedzialność, którą dziecko w żadnym wypadku nie powinno nieść. Ze wszystkich sił mianowicie stara się on ocalić swego depresyjnego ojca od samobójstwa. Tato każdą noc wyje z rozpaczy na kanapie, dopóki Allan nie pośle na dół swojej starszej siostry... Chłopak prosi o to siostrę i robi inne rzeczy, bo nie chce dopuścić do śmierci taty i bardzo chce uczynić go szczęśliwym. Stary Henry jest w wiosce znany jako najlepszy mówca pogrzebowy, potrafi wywołać łzy na twarzy nawet najzatwardzialszego niecnoty. Po takim kolektywnym katharsis płaczu czuje się lepiej i weselej. Dlatego mały Allan postanawia, w miarę swych sił i możliwości, zadbać o dostatek pogrzebów we wsi...

W filmie wydarza się jeszcze wiele innych rzeczy, ja śmiałam się przez łzy. Niesamowita opowieść o rodzinie, która jest jednocześnie patologiczna i jednocześnie najzupełniej normalna, jak moja i twoja. Bo ze swego doświadczenia wiem, że niemal każda rodzina (rodzinny system, jak lubią mówić psychologowie) ma sporo za uszami. I nie jest to niczyja wina... Po prostu tak wychodzi, inaczej się nie da. Rodzice powtarzają błędy swych rodziców. System winny - w tym przypadku dosłownie.

Podobno film wchodzi do dsytrybucji w Czechach (prawdopodobnie tylko małe kina, jak Aero, Svetozor). O Polsce i Wyspach nic nie wiem, ale miejmy nadzieję, bo WARTO. Film, który naprawdę daje sporo do myślenia.

poniedziałek, 07 kwietnia 2008
Febiofestowe szaleństwo...

...jak na mnie w tym roku przebiegło nadspodziewanie spokojnie. Tylko cztery filmy! Co to jest? No nic jak na mnie moi państwo. W ubiegłych latach potrafiłam zobaczyć 20, rezerwując na miesiąc do przodu i wydając na bilety całkiem sporą sumkę. Na to filmowe rozpasanie miało też wpływ to, że mieszkaliśmy wtedy blisko Andela, a w tamtejszym multipleksie koncentruje się festiwalowe życie. Mogłam więc bez obaw o ostatnie autobusy czy metro siedzieć w kinie do 1 w nocy, a następnego dnia w pracy niewyspana bujać w obłokach cały dzień, myśląc już tylko o uczcie, która mnie znowu wieczorem czeka...:)

W tym roku to Chiquito wybierał filmy na ostatnią minutę i to na chybił trafił, bo to czego chciał, było już dawno wyprzedane. Trafił 3 razy, czwarty obraz okazał się sporym niewypałem. Mowa o francuskim filmie Heartbeat Detector (La Question Humaine, reż. Nicolas Klotz), jak dla mnie pseudointelektualnej strasznej nudzie. Jeszcze nigdy w życiu nie wyszłam z projekcji, i tu też wytrzymałam do końca, ale chyba z 15 minut filmu przespałam:)

A zapowiadało się całkiem ciekawie: Młody szef HR w wielkiej niemieckiej firmie, z wykształcenia psycholog, dostaje od przełożonego dyskretne zadanie. Ma zbadać stan psychiczny CEO, który ostatnio zachowuje się dziwnie. Simon odkrywa, że powodem są wspomnienia z czasów wojny - ojciec generalnego był nazistowskim inżynierem odpowiedzialnym za technologię komór gazowych. Długość filmu to morderczych 143 minut, a główny jego temat to pararela między metodami nazistów a nowoczesnych  "HR-owców" - dehumanizacja wielkich korporacji, gdzie przy restrukturalizacjach wyrzuca się "zbytecznych" ludzi, tak samo jak naziści mordowali Żydów. To jest właśnie przyczyną depresji CEO. Tak bym to streściła, i oto cała "głębia" tego filmu.

Na dodatek te dwie sprawy łączone są w filmie po prostu na siłę. Mamy wrażenie, że Simon odkrywa nie wiem jaką tajemnicę, wszystko jest utrzymane w śmiertelnie poważnej konwencji, jakby naprawdę w korporacji kogoś mordowano. Nie wiem, ale chyba nawet przy całej bezduszności ztechnologizowanych i nastawionych wyłącznie na zysk korporacji, Holokaust to jednak zupełnie inna rzecz. Zwolnić kogoś (zwłaszcza we Francji z dobrze rozwiniętym systemem socjalnym) a zabić to jednak ogromna różnica. Dla mnie było to przesadzone, zgrywające strasznie mądre oraz niemożliwie powolne i długie filmidło. Może ze mnie żadna intelektualistka, ale nie trawię trwających 10 minut ujęć w czasie której bohaterowie nic tylko tańczą na dyskotece albo grają na instrumencie muzycznym, albo wygłaszają pseudofilozoficzne traktaty. Niestety tego typu "formalne zabiegi" wywoływały też żenujące salwy śmiechu w kinie i to w najmniej odpowiednich momentach - np. kiedy na koniec (też chyba z 10 minut) głos z offu czytał imiona ofiar Holokaustu. Za każdym razem kiedy myśleliśmy z nadzieją, że teraz to już koniec, zaczynała się nowa lista imion. Temat absolutnie nie do śmiechu, ale sądzę, że w tym przypadku świadczy to bardziej o jakości filmu niż o poziomie publiczności.

Dla jakiego rodzaju widzów kręci się na bogów takie filmy? Tym bardziej, że znalazło się paru takich, którzy w komentarzach na stronie febiofestu chwalili obraz po niebiosa i ganili "wieśniacką" publiczność.  A może to ja się nie znam? Bo nie sądzę, żebym przespała coś, co mogłoby zmienić moją  o tym filmie opinię:).

niedziela, 16 marca 2008
Mechaniczna miłość

Czym tak naprawdę jest "normalna" miłość? Czy można kochać robota i czuć się przez niego kochanym? Gdzie kończy się i zaczyna ludzka istota? Jaki "X-faktor":) czyni nas tak naprawdę ludźmi?

Wbrew pozorom kolejny dokumentalny film, który obejrzeliśmy w ramach "Jednego świata", p.t. Mechanical Love, nie dotyczył dalekiej przyszłości ani s-f. Stawiał powyższe pytania w odniesieniu do współczesnego stanu wiedzy i techniki. Już teraz istnieją roboty, które mogą człowiekowi zastąpić domowego zwierzaka, i które można normalnie kupić (za wielkie pieniądze oczywiście). Jednym z nich jest futrzasty robot terapeutyczny foczka Paro.

Jednym z wątków filmu była aż wzruszająca przyjaźń i miłość, którą obdarzyła robota Frau Korner, niemiecka staruszka, mieszkająca w domu opieki. Stara pani tuliła i głaskała Para niczym swoje dziecko i twierdziła, że takiej radochy jak z tą foczką nie zaznała przez całe życie. Paro został specjalnie zaprojektowany tak, aby miał wagę i mniej więcej kształt niemowlęcia. Odpowiada, kiedy się do niego mówi, reaguje na dotyk. Na całym świecie sprzedano już kilka tysięcy takich quasi-zabawek, przeważnie starym ludziom. Badania pokazały, że po zabawie z Parem wzrastała aktywność umysłowa nawet pacjentom z zaawansowaną demencją.

Szczęście niemieckiej emerytki zakłócali jednak jej współmieszkańcy, którzy zaczęli uważać ją za szaloną. Przecież trzeba używać rozumu, a rozum mówi, że mechaniczna zabawka nie może kochać i potrzebować miłości. Jeszcze gorzej, kiedy robot zastąpi innych ludzi.

Jednak w sytuacji staruszków w domu opieki to nie robot jest przyczyną tego, że odwiedziny krewnych są rzadkie. Paro jest też dużo lepszy dla starszych ludzi od kota czy psa: nie jest tak ruchliwy, można go przytulać i głaskać cały czas, nie ma skomplikowanych potrzeb. Można czuć się potrzebnym i dawać miłość w sytuacji, gdy nikt inny już jej nie potrzebuje. Czy naprawdę jest chore przelewać swoje uczucia na robota? Czy taka miłość jest mniej warta od tej, którą obdarzamy zwierzę lub człowieka? Psychologiczny i chemiczny mechanizm zachodzący w mózgu kochającego człowieka jest przecież podobny, niezależnie kim lub czym jest objekt miłości.

Postęp technologiczny idzie tak szybko, że może się zdarzyć, iż jeszcze za naszego życia podobne pytania staną się bardzo na czasie. I być może sami będziemy musieli szukać na nie odpowiedzi.

czwartek, 06 grudnia 2007
Ucho

Wyobraźcie sobie: jesteście wybrańcami. Macie udział w rządach, przywilejach, mieszkacie w pięknej willi na Orechovce, wasza żona może wysyłać szofera-ubeka po jagody do miasta odległego o 150 kilometrów. A jednocześnie... w każdym pomieszczeniu waszego domu znajduje się ucho. Pluskwa.

Aktualnie jesteście na wozie, ale za chwilę sytuacja może się odwrócić i wszystko co kiedykolwiek szeptaliście żonie na uszko, co wykrzykiwaliście w rodzinnej dyskusji, co wygadała wasza wiecznie pijana żona przez telefon, może obrócić się przeciwko wam.

Podpisaliście pakt z diabłem.

uchoTaka orwellowsko-kafkowska atmosfera panuje w rewelacyjnym czeskim filmie Ucho z roku 1970. Główny bohater Ludwik jest wiceministrem w późnych latach stalinowskich i razem z żoną uczestniczy w przyjęciu u towarzysza prezydenta Novotnego, który niespodziewanie potępia tam publicznie jego szefa i innych wiceministrów resortu. Ludwik dowiaduje się, że jako politycznie niewygodni już zostali aresztowani i że logicznie teraz na niego pora. Po powrocie do domu razem z żoną odkrywają szereg dziwnych rzeczy: zginęły im klucze, a furtka i drzwi wejściowe są otwarte, wyłączono im prąd, w ogrodzie stoi jakiś mężczyzna. Trzęsący się Ludwik zaczyna palić dokumenty w ubikacji, błędnie przekonany, że nie ma tam „ucha”.

Jednocześnie z opowieścią, jak to rewolucja śledzi, a potem zjada własne dzieci, rozgrywa się też opowieść inna, prywatna. Bo Annie, podchmielonej żonie Ludwika, cały czas nie zamykają się usta. Ironizuje, wyrzuca Ludwikowi różne stare sprawy, a on nie pozostaje jej dłużny. Dowiadujemy się, że to akurat dzień ich dziesiątej rocznicy ślubu, o którym on jak co roku zapomniał. Ich małżeństwo jest już w fazie, w której kłótnia staje się normalnym sposobem komunikacji. A jednak kiedy napięcie wzrasta, a ubecy już otwarcie dzwonią do drzwi, bohaterowie trzymają się razem. Widać, że pod tymi warstwami starych niezgód i wyrzutów ciągle kryje się miłość.

Przez cały film Anna i Ludwik praktycznie nie schodzą z ekranu i jest to fantastyczny duet dwojga rewelacyjnych aktorów Radoslava Brzobohatego i Jiřiny Bohdalovej (grała też w Białej Damie, o której pisałam tu).

Film trzyma w napięciu jak mało który, przekonanie o nadchodzącej katastrofie jeszcze kilka razy odwraca się do góry nogami... Wielki Brat – ucho – nie śpi i decyduje gdzieś w tle o losach swych wiernych sług.

Jest nie do wiary, że ten tak antykomunistyczny film został nakręcony przez reżysera Karla Kachyňę za państwowe, a więc komunistyczne pieniądze! Co prawda przez następne 20 lat był on zakazany, ale przecież powstał. Karel Kachyňa był niesamowicie utalentowanym reżyserem, w swoim życiu nakręcił około 70 filmów, i niemal wszystkie reprezentują bardzo wysoki poziom. I tu możemy wyraźnie zobaczyć, że kwestie oportunizmu wcale nie są takie czarnobiałe: gdyby nie współpracował z reżymem, nie miałby żadnej możliwości kręcenia takich właśnie ciekawych, ten reżym obnażających, obrazów. Co jest więc lepsze, skazywanie się w imię zasad na milczenie lub emigrację, czy też lawirowanie między tym, co boskie, a tym, co cesarskie? Pytanie otwarte i dla nas, dla których demokracja jest oczywistością, nie do odpowiedzenia.

Scenarzystą filmu jest Jan Procházka, pisarz i autor mnóstwa zrealizowanych secenariuszy, w latach pięćdziesiątych (podobnie jak jego bohater Ludwik) wysoki aparatczyk i komunista z przekonania, od roku 1969 jako aktywny uczestnik Praskiej Wiosny politycznie niewygodny i prześladowany w państwowych mediach, piszący scenariusze pod cudzymi nazwiskami. Zachorował i zmarł na raka po tym, jak chcąc go zdyskredytować w oczach społeczeństwa wyemitowano w telewizji jego telefoniczne rozmowy z dysydentami, w których, jak to w prywatnych rozmowach bywa, używał wulgaryzmów. Procházka znał więc aż nadto dobrze tę atmosferę wiecznego zagrożenia, siedzenia na grzbiecie rozbuhanego, kapryśnego wierzchowca. Pewnie i dlatego Ucho robi nawet dziś niesmowite wrażenie na widzach. Szkotom kojarzy się z Orwellem właśnie i trudno im uwierzyć, że to nie żadna antyutopia, ale autentyczne wydarzenia. Film jest dostępny na dvd z angielskimi napisami, więc mogę z czystym sumieniem polecić:)

wtorek, 03 kwietnia 2007
Prawie czarna rzeczywistość

Azuloscurocasinegro (Granatowyprawieczarny) to pełnometrażowy debiut młodego hiszpańskiego reżysera Daniela Sancheza Arevalo - od razu dodaję, że bardzo udany debiut. Główny bohater to Jorge, chłopak taki jak my, młody, stojący na rozdrożu. Życie go nie rozpieszcza: ma na karku sparaliżowanego i niesprawnego umysłowo ojca, którym musi się opiekować, pracuje jako portier w luksusowym apartamentowcu i ma z tego powodu kompleksy, bezskutecznie poszukuje pracy w zawodzie (skończył szkołę biznesu), a na dodatek brat we więzieniu prosi go o coś mało etycznego, choć niewątpliwie przyjemnego... W tym wszystkim Jorgemu trudno się odnaleźć, musi znaleźć złoty środek między odpowiedzialnością za innych, a zdrowym egoizmem. azuloscurocasinegro

Jorge to bahater, z którym wielu z nas może się utożsamić, ale prawdziwy koloryt filmowi dodają postaci drugoplanowe: energiczny i lekko zakręcony brat Antonio, który dla swej więziennej miłości Pauli jest w stanie zrobić cokolwiek, oraz najlepszy kolega Sean, który odkrywa, że jego ojciec chodzi do pewnego masażysty Roberta... a w cenie takiego masażu jest seks francuski albo "ręczna robota". Święcie oburzony zaczyna ojca anonimowo szantażować, po czym odkrywa, że tak naprawdę sam ma ochotę na masaż u rzeczonego Roberta... To wszystko jest zaprawione mnóstwem delikatnego i naturalnego humoru wypływającego przede wszystkim z bardzo życiowych dialogów. A do tego dochodzi genialny soundtrack (zamieściłabym tu kawałek, ale niestety nie wiem jak... może mi ktoś poradzi?). Warto na ten film się wybrać, podobno od 30. marca ma być wyświetlany i w Polsce.

Piszę to wszystko nie tylko po to, żeby pochwalić i zachęcić do obejrzenia, ale też dlatego, bo nasuwa mi się małe porównanie. Mianowicie na Febiofeście obejrzałam też dwa polskie filmy o z grubsza podobnej tematyce, też zrobione przez młodych ludzi i o młodych ludziach. Pierwszy to Co słonko widziało Michała Rosy, drugi Z odzysku Sławomira Fabickiego.

Od razu zaznaczam, że filmy są całkiem niezłe. W dodatku oba odgrywają się na Śląsku, skąd pochodzę i dobrze znam te realia. Tym, co różni je od Granatowoprawieczarnego, jest to, że rzeczywistość obu nie jest "prawie czarna" - jest całkiem czarna.

Kiedyś, jeszcze w szkole średniej (dżisus, ile to już lat??:O) widziałam debiut Michała Rosy pt. Gorący czwartek. Pamiętam, że nikomu w naszej klasie się nie podobał. Mnie chyba wtedy też nie, co nie znaczy, że był zły, bo pamiętam go do dziś bardzo wyraźnie, a "Słonko" mi go jeszcze przypomniało. Była to opowieść o jednym dniu z życia grupki dzieciaków, z gatunku tych, na których widok porządni obywatele przechodzą na drugą stronę ulicy. Brudni, obdarci, wulgarni, mieszkający z pijącymi ojcami w familokach bez kanalizacji, złodzieje i zbieracze węgla na hałdach. Gorsza Polska, gorszy Śląsk, dziedziczna bieda, ale bez moralizowania, po prostu przez jeden dzień razem z tymi chłopakami biegamy po brudnych podwórkach, kradniemy, ciągniemy wózki pełne złomu, podglądamy nagie myjące się robotnice, zakochujemy się w starszej dziewczynie ze spożywczego. Rosa w swoim najnowszym filmie trzyma się swoich ulubionych motywów, więc znowu mamy chopaka z rozbitej, biednej rodziny, sprzedającego żur i czosnek na ulicy i zakochującego się w starszej od siebie Marcie. Ale tym razem reżyser idzie bardziej do głębi jeśli chodzi o charaktery, rozszerza też spektrum postaci.

Główny wątek filmu kręci się wokół kasy, a raczej jej bolesnego braku. Portier Józef potrzebuje na sztuczne zęby dla sfrustrowanej zniknięciem syna i nieszczęśliwej żony. Początkująca wokalistka Marta potrebuje na wyjazd do Norwegii na konkurs młodych talentów. Mały Sebastian na ścięcie znienawidzonego drzewa, które zasłania mu widok na grób matki, oraz na to, żeby choć spróbować "poderwać" Martę...

co slonko widzialoWojtek, bohater Z odzysku w sumie rozwiązuje podobny problem: też potrzebuje kasy, żeby stać się prawdziwym mężczyzną, zdolnym zaopiekować się ukochaną kobietą i jej synem, załatwić jej papiery pobytu w Polsce (Katia to Ukrainka), przeprowadzić się ze śmierdzącej sutereny do wyremontowanego mieszkania, pokazać dziadkowi i matce, że już nie jest nieodpowiedzialnym chłoptasiem.

Cena, jaką wszyscy ci ludzie muszą zapłacić za realizację swych marzeń jest wysoka. Jest nią poniżenie, bycie oszukanym, praca za śmieszne pieniądze, rozdawanie ulotek w stroju pluszowego ptaka, sprzedawanie rzeczy, których nikt nie potrzebuje, sprzedawanie własnego ciała, własnej intymności, a w wypadku Wojtka sprzedawanie własnej duszy - brudna i krwawa praca dla miejscowego bossa mafii. Słowem - beznadzieja totalna sączy się z ekranu w ogromnych dawkach.

Gdzieś przeczytałam, że to już cały prąd w młodym polskim kinie, że zaczyna się ono specjalizować w przedstawianiu właśnie tej gorszej Polski, Polski klasy B, skąd nie ma ucieczki - chyba że do Londynu. Taka czarna wizja rzeczywistości ma oczywiście swoją rację bytu, wiem to z własnego doświadczenia i doświadczenia znajomych, rodziny. Ale jest też inna prawda o Polsce i w ogóle o życiu: nigdy nie jest tak czarno, żeby nie mogło być przynajmniej granatowo. Plus cała gama innych kolorów!

z odzysku Pod tym względem hiszpański obraz, który też opowiada o młodych ludziach zagubionych w tym wielkim, krwiożerczym kapitaliźmie, jest dużo optymistyczniejszy. Jest tam miejsce na miłość, przyjaźń, uśmiech, nawet kiedy zbiera się człowiekowi na płacz. Myślę, że młodemu polskiemu filmowi przydałoby się więcej takiego optymizmu, humoru, o ile aspiruje do pokazania "prawdy" o współczesnej Polsce, a wygląda na to, że tak jest. Bo prawda jest taka, że biedni nie zawsze są dobrzy, a bogaci nie zawsze źli, ceną za sukces nie zawsze jest strata godności i sumienia, a życie nie jest ani całkiem gorzkie, ani nie całkiem słodkie.

Na razie alternatywą dla tych czarnych wizji są tylko komercyjne lukrowane obrazki w stylu Nigdy w życiu, odległe od rzeczywistości na mile świetlne. Dlatego mam nadzieję, że możliwy jest taki polski Granatowyprawieczarny, optymistyczny film o trudnych sprawach, i że kiedyś zostanie nakręcony...

 

 

 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers