O podróżach dalekich i bliskich
poniedziałek, 23 lutego 2009
El Desaparecido i Szalona Słowenka

Szalona Słowenka jest raczej niższa, ma buzię lalki, wielkie oczy i ciemne włosy, a chodząc wypina piersi i kręci pupą. Kończy medycynę w Pradze. Lubi się mądrzyć, pokazywać, że ona wie wszystko najlepiej. Es una bruja, czarownica, mówi Pedro. Wiązała mu na szczęście węzełki na chusteczkach i Pedro do dziś je posiada.

Tamtej czerwcowej soboty hiszpański augustianin z kościoła św. Tomasza na Malej Stranie akurat porządkował coś w zakrystii, kiedy nieśmiało zapukali. Zaczęli prosić o ślub. Teraz, natychmiast.

Padre Juan przyjrzał się im uważnie, swoim zwyczajem przyciskając swą siwo-czarną brodę do piersi. Wyglądali desperacko. Jakby jutro miał nastąpić koniec świata, a może nawet koniec miłości. Okrągłe orzechowe oczy dziewczyny były spuchnięte od płaczu. Chłopak był spokojny, ale Padre Juan znał już ten typ, który sam nawet nie wie, że dygocze w środku.

Kazał im usiąść na ławie i przysunął sobie do nich krzesło.

- Według prawa kanonicznego nie mogę wam udzielić ślubu w taki sposób. - zaczął im tłumaczyć. Patrzyli na niego jak dzieci na ojca mówiącego niezrozumiałym językiem. - Potrzebne są zapowiedzi, absolwowanie nauk przedślubnych, spowiedź, i wiele, wiele papierów. Ale jeśli tak bardzo wam zależy, możecie się przed Bogiem zaręczyć. Takie zręczyny będą miały moc przysięgi.

Oboje zaczęli gorączkowo kiwać głowami, nawet na siebie nie spoglądając:

- Tak, chcemy!

Kapłan ubrał więc komżę, a młodzi podreptali za nim niepewnie przed ołtarz. Nie mieli pierścionków, więc tylko trzymali się z ręce. Padre Juan odmówił modlitwę:

- Boże, pobłogosław tę miłość i spraw, by rozwijała się ona w Twej łasce i została już wkrótce ukoronowana sakramentem małżeństwa.

- Przysięgam przed Bogiem, że cię kocham i pragnę cię mieć za żonę, i że zrobię wszystko, byś najpóźniej za miesiąc od tej daty się nią stała. - Pedro powtórzył za kapłanem. W ciszy kościoła jego głos zabrzmiał dziwnie, jakby nie należał do niego. Kto to za mnie mówi? - pomyślał zdziwiony.

- Przysięgam przed Bogiem, że cię kocham, i pragnę cię mieć za męża, i że zrobię wszystko, byś najpóźniej za miesiąc od tej daty się nim stał. - drżący głosik Szalonej Słowenki zabrzmiał w chłodnej świątyni jak srebrny dzwoneczek.

Spojrzeli na siebie. Było coś świętego i bardzo ulotnego w tej chwili. Chyba przede wszystkim ulotnego.

Padre Juan odmówił jeszcze kilka modlitw i błogosławieństw, i oplótł stułą ich dłonie. Potem dał im ulotkę informującą o wszelkich dokumentach jakie muszą przynieść, by zawrzeć związek małżeński. Słowenka dokładnie ją poskładała, a Pedro schował do kieszeni. Ale oboje gdzieś w głębi serca przeczuwali, że nie będzie im potrzebna.

Jeszcze tego samego popołudnia Szalona Słowenka poszła do mieszkania Honzy, z którym po wyjeździe Pedra się związała, aby mu powiedzieć o zaręczynach ze swoją dawną miłością i zerwać z nim. Nie była dostępna na telefonie przez cały wieczór. Pedro błąkał się po ulicach upalnej Pragi samotnie, przeczuwając najgorsze, bo nieznane.

Kiedy wreszcie odebrała, powiedziała, że jest w ciąży. Z tym drugim.

Nikt nie wie, co czuł i robił Pedro tej nocy. On sam, kiedy opowiada nam o tym przy stole taniej hamburgerowni w Socorro, jak zwykle żartuje, robi ze swoich przeżyć anegotki. O mało nie osiwiałem z tą dziewczyną, mówi. Najpierw jest w ciąży, potem z niej wycisnąłem, że to twierdzenie opiera na jednej zapomnianej pigułce antykoncepcyjnej. I ściemnia, że zrobienie testu trwa aż dwa tygodnie. A właśnie tyle jej brakowało do wyjazdu na staż do Hiszpanii!

Ale następnego dnia już znowu mamy z jej strony histeryczny płacz i wyznania miłości. Potem nieodpowiadanie na telefony i wreszcie zimne „nie mam czasu, wychodzę“. Absurdalna propozycja, by waletujący u znajomych w Kladnie Pedro wprowadził się do niej i Honzy. I nowy cykl: płacz, wyznania, przysięgi, zniknięcie, raniąca oschłość.

Szalona Słowenka siedzi na huśtawce. Zaprasza Pedra, by do niej dołączył. On popełnia ten błąd. I teraz się razem huśtają, dopóki przynajmniej jednemu z nich nie zrobi się niedobrze.

Słuchamy tej opowieści z niedowierzaniem. Pedrowi przecież w końcu niedobrze się zrobilo i wrócił do Kolumbii. Ciągle leczy złamane serce i blokuje sobie przed jej natarczywymi mailami skrzynkę. Nie ma pracy ani komputera, bo wszystko rzucił i sprzedał, by polecieć na tę szaloną czerwcową praską eskapadę. Nie ma jej niczego za złe, wie, że to też jego wina: przecież jest Desaparecido, ten, który pojawia się i znika. A to nie jest materiał na męża. To już prędzej taki Honza, co pozwala się nie szanować i ma mieszkanie.

Są szalone historie wokół nas. Takie, których nigdy nie zrozumiemy, nie pojmiemy motywów działania ich bohaterów. Możemy tylko za nimi patrzeć w ciszy, jak znikają za zakrętem krzywej malostranskej uliczki. Tak, jak Padre Juan patrzył tamtej upalnej soboty, stojąc na progu swego kościoła.

 

11:57, la_polaquita , ich historie
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 20 października 2008
Okruchy

Są teraz kim innym. Ich umysły grzęzną w gęstej wodzie wypełnionej strzępkami wspomnień i starych marzeń. Ich ciała spoczywają na wózkach, na specjalnych przeciwodleżynowych materacach, wiszą w uprzęży na poręcznym dźwigu, są myte co rano namydloną szmatką, wkładane i wyciągane z wanny. Automatycznie wyrzucają z siebie nieczystości, a potem w nich leżą, dopóki nie pojawimy się my, by zmienić im "pada". Drżą w parkinsonowych spazmach, leżą bezwładni, albo skręceni udarem w groteskowy kształt. Pad (pielucha), wipes (jednorazowe ściereczki), pianka odkażająca, szybko, raz dwa trzy, gotowe, are you comfy dear? I biegniemy do następnego, nie czekając na odpowiedź.

Ich życie zatoczyło pełny okrąg. Są znowu dziećmi, ale już nikt nie wiąże z nimi żadnych nadziei. Ich przeszłość przybrała teraz kształt grubych segregatorów ukrytych w szafce przy biurku pielęgniarek.

Ludzie, którzy kochali swoją pracę i dzięki niej zwiedzili cały świat. Ci, którzy nigdy nie ruszyli się ze swego miasteczka. Szczęśliwe mężatki, których dzieci przychodzą co tydzień. Stare panny, które całe życie opiekowały się swoimi rodzicami, a nimi samymi nie ma się kto opiekować (tylko my, wynajęte Polki, Słowenki, Nigeryjki i Angielki). Ludzie, którzy byli ważni, nawykli rozkazywać. Ludzie, którzy nigdy nie mieli powodu do uśmiechu. Służąca i inżynier. Profesorka literatury i komornik sądowy. Sprzątaczka i fotograf wojenny.

W rzadkich chwilach późnym wieczorem, kiedy wszyscy już są w łóżkach z czystymi padami, kiedy można na moment usiąść, odsapnąć, przeglądam sobie te ich akta. Większość to historia choroby. Tzw. „mapa życia” to jedna strona, nie zawsze dopełniona do końca. Są tacy, o których nic nie wiadomo. Jak Isa, której jedyna żyjąca krewna to równie stara siostra mieszkająca w Szkocji. Isa, której sparaliżowany język jest zawsze na zewnątrz, która bije rękami na oślep, rzężąc jak zwierzę, kiedy próbujemy cokolwiek przy niej zrobić.

Ich ciała kurczą się i znikają. Ich historia też kurczy się i znika. Nikt jej już nie odtworzy. Demencja świata pochłania wszystko, miele wspomnienia w swym przepastnym wnętrzu, zamienia je w nicość.

Walczymy z tą niepamięcią, zapisujemy, nagrywamy, fotografujemy. A potem zostaje po nas skorupka z rozbitej wazy, kolczyk znaleziony na dnie morza, segregator w zakurzonym archiwum. Okruchy.

10:41, la_polaquita , ich historie
Link Komentarze (10) »
piątek, 05 września 2008
Kenny

Jak się dzisiaj dowiedziałam, Ken był dość niegrzecznym chłopakiem.

Za jakąś głupią bójkę dostał się do więzienia, a jego żona opuściła go i zabrała dzieci. Dziś żadne z nich go nie odwiedza.

Był zagorzałym kibicem i lubił się poprać na, lub po meczu.

Pracował w szpitalu jako pielęgniarz. Był pełny życia, niespokojny, ciekawy.

W 1975r. Ken zmierzał właśnie do stacji Liverpool Street w londyńskim City, kiedy zauważył zamieszanie na ulicach. Ludzie biegli, przepychali się, ktoś krzyknął. Ken, nie bardzo świadomy, co właściwie robi, razem z tłumem zaczął biec w kierunku Moorgate. Gapiowie jednak zatrzymywali się przy wejściu do metra, z którego ciągle wysypywali się przerażeni niedoszli pasażerowie, i tylko Ken wraz z kilkoma innymi odważnymi ruszył pod prąd. Przepychając i potracając spanikowanych uciekinierów dostał się na dół, na perony, gdzie w twarz uderzył go gęsty, gryzący dym. Kiedy przymrużył oczy, mógł z peronu dostrzec końcówkę rozbitego pociągu. Strażacy byli jeszcze daleko od miejsca katastrofy, kiedy Kenowi i paru innym udało się sforsować drzwi i wyciągnąć pierwsze ciała. Wynosił je na rękach. Strzępami własnej koszuli osłaniał usta przed trującym dymem. Próbował reanimować. W chaosie organizował ludzi, żeby pomogli.

Pięć lat później, kiedy był już po pierwszym lekkim udarze, ale ciągle umiał mówić, jeść i chodzić, oglądał razem ze starszą siostrą telewizję. Pokazywali program o katastrofie kolejowej w Moorgate. Ken nagle się ożywił i wykrzyknął, że tam był. Dopiero po tak długim czasie opowiedział o tym siostrze, a ona dziś opowiedziała to samo mnie.

Zawsze wszystko trzymał głęboko w środku. Nie zwierzał się, nie płakał. Zamknięty w sobie, jak się to mówi. Dziś jest dosłownie zamknięty, na siedem spustów, w pułapce swego ciała.

Nie może przyjmować pożywienia i jest karmiony rurką zabudowaną na stałe do pępka. Nie mówi, potrafi tylko nieznacznie się uśmiechnąć i ruszyć lewą dłonią. To wszystko. Kiedy pierwszy raz asystowałam przy jego myciu, żołądek odmawiał mi posłuszeństwa. Byłam przekonana, że jest jak warzywo, ale koordynatorka "activities" zapewniła mnie, że bynajmniej. Wszystko rozumie i słyszy. Lubi obserwować ludzi. Cały dzień przebywa w salonie, bo jest ciekawy wszystkiego, co się dzieje. Jego umysł jest sprawny, ale ciało stało się więzieniem.

Przebywa w tym więzieniu już 14 lat. Ma dopiero 61. Pierwsze udary zaczęły się, kiedy był tylko dwa lata starszy ode mnie.

20:16, la_polaquita , ich historie
Link Komentarze (4) »
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers