O podróżach dalekich i bliskich
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Z kroniki Fri

12 stycznia

Już tydzień Fri uczy się siadać. Zaczęła dokładnie w poniedziałek 4 stycznia, tuż po naszym powrocie z Sumavy. Jak zwykle zostawiliśmy ją nagusieńką po kąpaniu, żeby się bawiła, aż tu nagle patrzymy, a ona w takiej dziwnej pozycji jest. Nóżki na boku, siedzi tak krzywo i podpiera się rączkami. I się cieszy. Brawo, kochana Fri!

14 stycznia

Ze spaniem od początku mamy wielkie problemy. Pierwsze trzy miesiące Fri nie chciała usypiać nawet w wózku, tylko pierś i noszenie pomagało, a i tu protestowała jak cholera. Potem zaczęła wybudzać się w nocy i w sumie robi to do dziś (ekstremalne noce – budzi się co ok. godzina, można ocipieć). Ale ostatnio pojawiło się światełko w tunelu. Od paru dni usypia ją w łóżeczku tatuś i ma na nią nowy sposób: trzeba drania zaskocżyć. Potrząsać grzechotką (ale nie tą samą co wczoraj, nie-e) aż wrzeszcząca i płacząca Fri się zapatrzy i wtedy jest stracona. Odpływ na całego.

Serce się kraje słuchając tych jej płaczów, ale zaciskamy zęby i wytrzymujemy. Postanowiłam w końcu odstawić, a nosić dziesięciokilowej panny do zaśnięcia już też nikomu się nie chce.

22 stycznia

Dziś rano po raz ostatni dałam Fri pocycać z piersi. Trochę szkoda, trochę smutno, ale miałam już tego nocnego cycania serdecznie dość, nie mówiąc o tym, że mleko już praktycznie zanikło. Fri oczywiście nadal wybudza się w nocy, ale wczoraj po raz pierwszy wystarczył nam smoczek, by znowu ją uspać.

Wszystko się kiedyś kończy, i bardzo dobrze, ale jakaś taka nostalgia zostaje, bo tak bliskiego przytulenia już nigdy między nami nie będzie.

23 stycznia

Nie do wiary - Fri zasypia w łóżeczku ze smoczkiem! Doczekaliśmy się. Co za ulga, koniec noszenia, koniec cycania. Nawet nie było tak trudno ją tego nauczyć. Wkładamy ją do łóżeczka - ale musi być porządnie zmęczona - dajemy smoczek, śpiewamy nasze ulubione piosenki i Fri odpływa. Gorzej jak jeszcze nie chce jej się spać: gardło puchnie od śpiewania, a bąbel nasz się śmieje:). W nocy oczywiście nadal się wybudza, ale wtedy biorę ją do swego łóżka, przytulam, daję smoczka lub "oszukane" mleko i najczęściej śpi dalej.

Rozmyślam czasami, dlaczego przedtem nie dało się jej tego nauczyć, tego mitycznego zasypiania w łóżeczku, a teraz nagle tak. Chyba po prostu Fri musiała do tego dojrzeć. A ja wreszcie podjąć konsekwentną decyzję o odstawieniu i daniu jej smoczka. No i musiał to wprowadzić kto inny - Chiquito - bo ja po prostu nie wierzyłam, że to możliwe.

25 stycznia

Fri raczkuje! Jeszcze wczoraj zrobiła może 1 - 2 kroczki, a brzuszek znowu padał na ziemię. A dzisiaj bez problemu przemierzy koło 1m. Nóżki ciągle jeszcze się jej trochę rozjeżdżają, ale walczy, zuch dziewczyna.

W naszym ciasnym mieszkaniu jest coraz mniej zakamarków, które jeszcze nie zdążyła odkryć. Najbadziej lubi... śmieci. Te do recyklacji latają po wszystkich kątach! A ja pozwalam jej na to bez problemu, pozwalam jej zajrzeć wszędzie, dotknąć i włożyć do buzi co tylko chce (o ile oczywiście nie jest to jakoś niebezpieczne). Chcę żeby była odporna dziewczyna, co żadnego brudu się nie boi, która wlezie do mysiej dziury, żeby zaspokoić ciekawość.

fri raczkuje

21:24, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (14) »
niedziela, 29 listopada 2009
Fri ma urodzinki!

Wczoraj Fri skończyła równo pół roku. Z tej okazji została zważona i zmierzona u pani doktor - 9.400 kg i 71 cm.

Chiquito postanowił w końcu wypalić na dvd wszystkie filmiki, które przez te cudowne/trudne pól roku zrobiliśmy Fri i wysłać wszelkim dziadkom i ciociom. Z tej okazji je sobie wczoraj oglądaliśmy po kolei, żeby czasem co niecenzuralnego nie puścić:). Normalnie nie poznawałam - ten skurczony, opuchnięty, ledwo machający łapkami noworodek to nasza Fri? Niesamowite, że człowiek tak strasznie zapomina, jak to było wcześniej. Żyje się chwilą obecną i koniec. A tak wygląda aktualnie nasza córcia:

fri

Fri

fri

fri

fri

05:55, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (21) »
czwartek, 12 listopada 2009
Bąblujemy sobie

Nasza mała rodzinka żyje sobie coraz spokojniej. Fri rośnie jak na drożdżach, ma już ponad 5 miesięcy! W poniedziałek byliśmy u doktora i okazało się, że słusznie podejrzewałam, iż przekroczyła już granicę 9 kilo. Jest to duża panna, ma wspaniałe słodkie fałdki i śmieje się całym pyszczkiem. A od dwóch, trzech dni przekręca się na brzuszek i z powrotem - niesamowite, jesteśmy tym tak podekscytowani, że każdy jej przewrót nagradzamy oklaskami:). Wcina też marchewkę. Na razie krzywi się i wypluwa, ale w końcu mama jest tu szefem, więc nie ma wyjścia, musi papać:).

A ja zamiast czytać poradniki i denerwować się, że wszystkie te wspaniałe opisywane metody w ogóle nie działają na Fri, postanowiłam nie przejmować się już niczym. Wspaniały przykład dała mi Wilczyca z Krakowa, stara koleżanka, mama dwóch świetnych chłopaków (5 lat i 10 miesięcy). Odwiedziłyśmy ją razem z Fri w ramach naszego niedawnego pobytu w Polsce. Wilczyca żyje totalnie na luzie, twierdzi, że nie przeszkadza jej wstawanie w nocy, małego usypia w wózku jeżdżąc po mieszkaniu, chodzi do pracy i zostawia chłopaków z opiekunką, nie przestrzega żadnych godzin posiłków, pozwala buszować po szufladach i odkrywać cały świat. Spokojna i zadowolona kobieta. Pełen luz.

Czego nie można zmienić, warto to polubić. Kiedy Fri marudzi, zamiast się wkurzać, kładę się ostatnio obok niej na podłodze i całuję po szyjce (ma tam gilgotki) ile wlezie. Albo przytulam i cieszę ciepłem jej ciałka. Usypiam w chuście tańcząc po pokoju. Zaczęłam pisać dla niej bajki i czytam jej, choć na razie słucha tylko przez chwilę.

W domu tymczasem burdel na kółkach, a ja mam tyle pomysłów, i żadnego nie udaje mi się zrealizować, kolejny dzień przecieka przez palce, nienapisane emaile, artykuły, niewyprasowane ubrania, nieprzeczytane książki. Ale nie mam poczucia zmarnowanego czasu, bo przecież to był kolejny ważny dzień w życiu Fri, w którym tyle się nauczyła!

Chiquito powiedział mi ostatnio, że macierzyństwo mi służy, a na początku w ogóle na to nie wyglądało. Bał się nawet, że będzie ze mną jeszcze gorzej niż kiedyś, w czarnym okresie moich depresji. I proszę, jak się wszystko odwróciło.

A ja myślę, że całkiem podobny skok zrobiła Fri - z wrzeszczącego zawiniątka, które darło się w wózku, przy przewijaniu, kąpaniu, a nawet odłożeniu na łóżko, stało się niezwykle pogodne dziecko. Uśmiecha się do wszystkich wokół, dobrze znosi zmiany i podróże, i tak jak rodzice nie prowadzi zbyt ustabilizowanego życia. Po prostu nasz super Bąbel!

my

19:06, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 07 września 2009
Co mi daje macierzyństwo
  1. Siła

    Nigdy nie sądziłam, że byłabym w stanie tyle nocy z rzędu budzić się co 2 godziny, a potem w czasie dnia funkcjonować zupełnie normalnie, a co więcej całkiem energicznie. Mam oczywiście swoje chwile słabości, kiedy czuję się tak wyczerpana fizycznie i psychicznie, że nic innego nie umiem robić tylko płakać. I dzięki Bogu za te łzy, bo Chiquito wtedy załapuje, że ja w tym momencie mam naprawdę dość, i choć sam zmęczony, dostaje przypływu sił i przejmuje Fri pod swoją pieczę. A ja się regeneruję. Niesamowite, bo czasem wystarczy godzinka snu albo wyjścia samej z domu, żeby znowu nabrać mnóstwa nowych sił.

    Poza tym zauważyłam, że jestem silniejsza też fizycznie. Słyszałam już, że podobno zawodowe sportsmanki, kiedy wracają na treningi po urlopie macierzyńskim, często biją rekordy swego życia (jak np. Katerina Neumannova, czeska narciarka). Mi oczywiście daleko do sportowców, ale wczoraj byłam na basenie i muszę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu pływałam prawie bez odpoczynku tam i z powrotem całą godzinę. Być może porównuję to z ciążą, kiedy po przepłynięciu jednej długości musiałam się zatrzymywać zadyszana, ale i przedtem też nie przepłynęłam więcej niż 6 basenów naraz. A wczoraj super. Myślę, że to zasługa silniejszych ramion, wyrobionych od dźwigania Fri oczywiście:).

  2. Lubię moje nowe ciało

    Pewnie to brzmi dziwnie, bo ci, co mnie znają, wiedzą, jaki rozflaczały i gruby brzuch mi został po ciąży. Nad tym muszę absolutnie popracować, bo nie tylko paskudnie to wygląda, ale i nie mieszczę się praktycznie w nic z moich starych ciuchów! Nadal muszę nosić spodnie ciążowe plus parę rozciągliwych szmat. Ale kiedy patrzę w lustro i omijam wzrokiem to brzuszysko, to reszta mi się podoba. Zawsze byłam bardzo chuda i miałam malutkie piersiątka, co było moim wielkim kompleksem. Może dlatego cieszę się z moich „mlecznych” piersi, pełniejszych i większych. Mam też pełniejsze ramiona i czuję się tak bardziej kobieco. Moje nowe ciało to teraz ciało dojrzałej kobiety, nie dziewczynki, którą dotąd byłam i muszę powiedzieć, że dobrze się w nim czuję. Może dlatego, że i psychicznie coraz bardziej oddalam się od tamtej dziewczynki...

  3. Kreatywność

    Kiedy byłam mała, wymyślałam dla mojej młodszej siostry mnóstwo zabaw, opowieści, tworzyłam całe światy równoległe, w których część postaci odgrywały lalki i inne rekwizyty, a reszta znajdowała się w wyobraźni. Potem to wygasło, ale zawsze miałam nadzieję, że wróci, kiedy będę miała swoje dzieci. Nie wiem, czy tak będzie z Fri, na razie jest za malutka, ale czuję, że już przejawia się moja kreatywność. Na razie w śpiewaniu i wymyślaniu piosenek. Myślę, że mam przyjemny głos, niestety słoń nadepnął mi na ucho i całe życie ze wstydu wystrzegam się śpiewania jak ognia. Dopiero teraz, z małą Fri jakoś naturalnie zaczęłam śpiewać. Bo przecież wiem, że ona nie będzie oceniać czystości frazy, tylko po prostu cieszyć się moim głosem. A piosenki, które wymyślam, niemal od razu stają się domowymi hitami! Chiquito aż marudzi, bo ma je w głowie nieraz przez cały dzień:).

  4. Zorganizowanie

    Time management” nigdy nie był moją mocną stroną, ba, nawet chlubiłam się moim „artystycznym” niezorganizowaniem i spontanicznym chaosem. A przy tym dni przeciekały mi przez palce pozostawiając tylko niesmak i poczucie zmarnowanego czasu. Teraz, ponieważ czasu dla siebie mam tak mało, staram się go wykorzystywać bardziej intensywnie. A przede wszystkim zawsze wiem dokładnie, co robiłam, choćby to było tylko włożenie zmywarki czy prasowanie. Ta wiedza sprawia, że znika poczucie przeciekających przez palce godzin. Rutyna Fri sprawiła też, że i ja mam mniej więcej stały rozkład zajęć. Nie ma już łażenia w piżamie do późnych godzin popołudniowych – prysznic jest zawsze rano przy pierwszym dziennym spaniu Fri, bo jakbym to zaniedbała, może się okazać, że nie wezmę go wcale. A wtedy rozwali się dalszy porządek dnia: spacer, zakupy, i zostanie tylko frustracja.

    Ale uważam też, żeby z rutyny nie stała się obsesja. Wieczory wciąż są totalnie pokićkane, bo cały czas gdzieś całą trójką wybywamy (ostatnio oglądamy mieszkania do kupienia...) i Fri bywa zdezorientowana, trudno ją uspać itp... Ale nie zamierzam z tego zrezygnować, choć czasem pokusa bierze, by wszystko jeszcze bardziej rozplanować. Coś jednak z tej naszej starej spontaniczności musi zostać. W końcu rutyna jest dla nas, a nie my dla niej.

I co jeszcze mi daje macierzyństwo? No przecież uśmiechy Fri, jej guguganie, jej cudny zapach. Co rano uśmiechem rozświetla nam dzień, jak małe słoneczko (ale dopiero po jedzonku, wcześniej nie ma mowy o uśmiechu!). Daje mi dumę z jej rozwoju, z jej śliczności, z usilnych prób dźwigania główki i sięgania po przedmioty. Daje radosne chwile obserwowania zakochanego w córce Chiquita.

Daje piękne momenty, kiedy jesteśmy w trójkę i już się nie kłócimy, i już się tylko kochamy.


13:07, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (16) »
czwartek, 03 września 2009
Ach to karmienie...

Dziś byłam znowu na poradni laktacyjnej. Z inną osobą, która doradziła mi znowu coś innego, niż ta pierwsza. Dowiedziałam się, że pozwalam sobie dziecku wchodzić na głowę, że mała robi ze mną co chce, bo jak nie chce ssać to się poddaję i daję butelkę. I że najprawdopodobniej ją przekarmiam - ma typowe "fałdki" dziecka butelkowego. W dodatku Fri od kilku dni coraz mniej chce ode mnie ssać i coraz bardziej ze mną walczy. Wije się cała, odpycha, wypluwa pierś i rozdzierająco płacze. Dziś po poradni dała taki koncert, że hoho. Bo właśnie stosując się do rad próbowałam ją zmusić do ssania, przyciskałam do siebie ile wlezie, wpychałam cycek do buzi. Wściekła się tak, że 15 minut nie mogłam jej uspokoić, dopiero butelka pomogła. No i jak ja mam pani poradco pokazać temu dziecku "kto tu rządzi"?

No to jestem takim rodzicem, co sobie daje wchodzić na głowę, a pewnie dalej będzie jeszcze gorzej:(.

Karmienie piersią od początku jest dla mnie źródłem stresu (a stres to podobno największy nieprzyjaciel karmienia!). W szpitalu mleko nie chciało się zacząć i Fri cały czas traciła na wadze. Przez pierwsze 3 dni strata wagi jest ok, ale jak czwartego było to samo, zaczęło się dokarmianie sztucznym mlekiem. Pielęgniarki nauczyły nas podawać jej pokarm strzykawką. Robiłam to strasznie niechętnie, bo już wtedy było to dla mnie symbolem mojej porażki jako matki. Że nie mam mleka, a przecież wszędzie gadają, że każda kobieta może karmić, jeśli zechce. Do tego Fri podobno miała bardo dobry odruch ssania, została przyłożona do piersi zaraz po opuszczeniu sali porodowej. A ja mleka miałam jak na lekarstwo. Musiałam jeździć z nią na wagę przed i po karmieniu, żeby z tego było wiadomo, ile ode mnie wypije. I nie było żadnej różnicy! Byłam z tego totalnie zdepresjonowana, łzy lały mi się jak grochy.

Ze szpitala puścili nas dopiero na piąty dzień (ja już powoli zaczynałam tam świrować) pod warunkiem dokarmiania sztucznym mlekiem. Dokarmialiśmy, ale potem już miałam mleko i stopniowo przeszłam tylko na pierś, bo bardzo chciałam, żeby rozkręciła się laktacja. To karmienie piersią było (i chyba ciągle jest) dla mnie jakimś bezsensownym punktem honoru. Może chciałam być lepsza od mojej własnej mamy, która nie karmiła, bo właśnie miała "mało mleka"?

Kiedy u pediatry wyszło na jaw, że Fri z tego mojego mleka praktycznie nie przybiera na wadze, prawie się załamałam. Pamiętacie, jak pisałam, że mała nie cierpi spacerów, kąpieli i wszelkiego innego odrywania od cycka? Teraz już wiem dlaczego - po prostu była ciągle głodna. Dlatego też miałam ją przy piersi praktycznie nonstop, nie mogłam się od niej ruszyć. Z drugiej strony zaś pozwalałam jej zasypiać przy karmieniu (zadowolona, że w końcu śpi) oraz bawić się po prostu brodawką, memłać ją w buzi jak smoczek (przekonana, że ssie, a wcale nie ssała). No, jednym słowem pewnie już wtedy "wchodziła mi na głowę". Tylko że ja chciałam mieć spokój, czytałam sobie przy tych długachnych karmieniowych sesjach i próbowałam się nie stresować, bo przecież tylko wtedy mleko pocieknie strumieniami. No ale nie pociekło.

Od tamtej pory po każdym karmieniu piersią podajemy butelkę. Długo jeszcze męczyliśmy się ze strzykawkami, ostatnio dałam sobie już z tym spokój. Pogodziłam się już z tą niepełną laktacją. Od czasu do czasu nawiedza mnie nawet ochota odstawienia, ale nie pozwala mi na to to przeświadczenie, że skrzywdziłabym w ten sposób Fri dla własnej wygody.

Pani dziś na poradni dała mi te wszystkie rady, że mam jej ograniczyć nutrilon i zmuszać do picia z piersi, chociaż przez pierwsze dni mała będzie protestować i to głośno. Zaczęłam kręcić głową i wtedy padło pytanie, czego ja właściwie chcę. Odpowiedziałam, że spokoju.

Ja nie lubię nastawienia "zadaniowego", walczącego, źle to na mnie wpływa. Jest tylko źródłem stresu. No ale pewnie właśnie tacy nastawieni na spokój i wygodę rodzice "dają sobie wchodzić na głowę". To samo jest z usypianiem, podobno można nauczyć dziecko zasypiać samemu we własnym łóżeczku, ale mi się po prostu nie chce (a na dokładkę nie wierzę, że mogłoby się udać). Wolę ją mieć u siebie w łóżku i być dla niej "ludzkim smoczkiem", skoro to ją najłatwiej uspokaja.

Ach, to karmienie... Nie wiem, czy mam już odpuścić, i pozwolić jej pić co chce i ile chce, czy ciągle walczyć o tą pierś.  Na początek chyba zacznę chłeptać jeszcze więcej wody (podobno powinnam w tym upale dociągnąć do 8 litrów na dobę!). To nie jest takie trudne, więc czemu nie. A nuż pomoże?

 

12:27, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (12) »
środa, 19 sierpnia 2009
Moje strachy

Pytaliście mnie pod poprzednim wpisem, czego się boję, jeśli chodzi o moje dziecko.

Nie, bynajmniej nie tego, czy spełni, czy nie, moje oczekiwania, czy kim tam będzie w przyszłości! Staram się nie mieć żadnych konkretnych oczekiwań, oprócz tego, żeby była zdrową i zrównoważoną jednostką. Mój strach wynika z tego, co tu i teraz. Czyli czy dobrze się nią opiekuję, czy nie zawalam czegoś, czy może daję za mało mleka, a może przekarmiam, czy nie za mało się z nią bawię i noszę, a może na odwrót, za dużo, i Fri nie uczy się samodzielności? Nie wiem, jak pogodzić nasz nieuporządkowany tryb życia z tym, że Fri potrzebuje rutyny. Pomysłów i rad na wychowanie dzieci jest wiele. A ja miotam się między nimi, czytam artykuły i książki, gadam z ludźmi i każdy mi radzi co innego, i ja już nie wiem, co dobre, jak znaleźć naszą własną drogę. Wszystko to oczywiście wynika z mojego podstawowego problemu, czyli niewiary w siebie. Jaką strategię bym nie obrała, zawsze mam wątpliwości. Przede wszystkim co do siebie. Czy jestem dobrą matką.

W zakończeniu poprzedniego tekstu chodziło mi o to, czy właśnie ta moja lękowość, niewiara w siebie, depresyjność nie będzie miała czasem większego (i negatywnego) wpływu na moje dziecko niż te wszystkie moje (pozytywne) chuchanie i dmuchanie, które po części właśnie z tego lęku wypływa. Jak mam się stać autorytetem dla mojej córki, skoro cały czas w siebie wątpię?

13:16, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (5) »
wtorek, 11 sierpnia 2009
Co wyrośnie z naszych dzieci

Byłam dziś na kursie masaży dla niemowląt. Razem z innymi mamami uczyłyśmy się, jak za pomocą naturalnych olejków masować delikatnie takie malutkie ciałko. Trzeba przy tym do dziudziusia mówić, bo największym przynosem tych masaży jest właśnie kontakt między rodzicem a dzieckiem. 10-15 minut, które są poświęcane wyłącznie jemu. Pobudzanie zakończeń nerwowych i rozwój psychomototryczny też oczywiście na masażach zyskuje, ale pani powiedziała, że jej zdaniem to dotykowy kontakt jest największą korzyścią. Masaże można kontynuwać i kiedy dziecko jest większe, i może to być moment, kiedy syn lub córka zwierzą się rodzicowi z kłopotów, bo wiedzą, że wtedy mama lub tata są wyłącznie dla niej/niego.

Tak mi po tym wszystkim przyszło do głowy, że my, nasze pokolenie, strasznie chuchamy i dmuchamy na te nasze dzieci. Mogę mówić "my", bo tak się składa, że znam wiele innych młodych matek. Wszystkie jesteśmy koło 30, mamy bardzo zaagażowanych w sprawę mężów, karmimy piersią, a jak nie, to się zamartwiamy, nie zostawiamy niemowląt z żadnymi opiekunkami, o takiej straszliwości jak żłobek już ani nie wspomnę. Nosimy dzieciaki w chustach, babybjornach i innych nosidełkach, kupujemy najbardziej mądre i rozwijające zabawki, już od pieluch uczymy języków. Trzęsiemy się jak dziecka przez kilka godzin nie ma z nami. Chodzimy na kursy masaży, ćwiczeń i pływania dla niemowląt i bóg wie co jeszcze. Dbamy o kontakt skóra-skóra i kąpiemy się z maluchami. Kupujemy im tylko bio przecierki, a jak podrosną, poślemy je pewnie do przedszkola Montessori albo dwujęzycznego, albo jeszcze innego, z inną genialnie rozwijającą metodą.

Chcemy dać dzieciom (i dajemy) to, co uważamy za najlepsze. To, czego najprawdopodobniej same od naszych rodziców nie dostałyśmy.

Zastanawiam się, co wyrośnie z tak wychowywanych dzieci. Czy naprawdę, kiedy wszystko tak dopniemy na ostatni guzik, one staną się takie mądre, dobrze wychowane i życiowo zaradne, jak sobie wymarzyłyśmy? Takie bezproblemowe i szczęśliwe?

Zastanawiam się czasem jakie naprawdę będą te dzieci, jaka będzie moja własna córka. Bo pod tym wszystkim, my, młode matki w okolicach trzydziestki, jesteśmy pełne lęku.

Ja jestem pełna lęku.

18:48, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Postępy małej Fri

Wszyscy, którzy widzieli Fri w pierwszych tygodniach życia praktycznie jej nie poznają. Była taka drobiutka i chudziutka, skóra i kości, a teraz waży prawie 6 kilo i śmieje się do świata całą gębą. Nie lubi pozycji na brzuszku, więc żeby wzmacniała sobie mięśnie szyi oraz dlatego, że to po prostu lubi, nosimy ją często w pozycji "samolocika" i pięknie trzyma główkę. Wyrosła już ze swoich najmniejszych ubranek, a wielu z nich nigdy nawet nie założyła, bo były zbyt ciepłe, a upały nas nie opuszczają. Coraz dłużej potrafi leżeć sama na macie edukacyjnej i machać łapkami, próbując dosięgnąć wiszącego misia. Powoli zaczyna kumać, do czego służą rączki - ciągle jeszcze na oślep, ale z zapamiętaniem wali w zwierzątka zawieszone nad jej deską do przewijania. Coraz częściej ssie też paluchy, choć ciągle jeszcze próbuje też wpychać do buzi całą piąchę.

Wspaniale ustabilizowały się nam noce. Fri śpi koło sześciu godzin w łóżeczku i budzi mnie dopiero koło czwartej, piątej. Ciągle to jeszcze wcześnie, ale nie jest to druga ani trzecia, da się żyć! Zabieram ją wtedy do siebie, daję pić z przepełnionej piersi i dalej sobie śpimy już razem. Dopiero koło siódmej, ósmej przygotowuję pierwszą butelkę.

Dni ciągle jeszcze są niestety dość chaotyczne. Fri często jest bardzo zmierzła, płacze zupełnie bez powodu i wydaje mi się, że nauczyła się płakać z przemęczenia. Zdarzają się dni staraszliwe, kiedy nie zasnie na dłużej niż pół godziny i marudzi aż do wieczora! Za to następny dzień przesypia prawie cały, nadrabiając stracony sen. Zaczynam chyba łapać, o co w tym wszystkim chodzi - jest tak wykończona, tak przepełniona nowymi wrażeniami, że bardzo chciałaby spać, ale nie potrafi. Najgorzej, kiedy taka sytuacja zdarza się na spacerze, wózek jej niestety automatycznie nie usypia, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że ciągle średnio go lubi. Zdarzyło się ostatnio kilka naprawdę koszmarnych spacerów, kiedy przypomniały mi się nasze trudne spacerowe początki. Wtedy jednak Fri płakała niemal na pewno z głodu, bo moje mleko jej nie wystarczało. Teraz ma pełny brzuch, suchą pupę, jest przytulana i kojona na cycku, ale odłożona z powrotem od razu w ryk. Muszą to być emocje, nic innego.

Zaczynam też rozumieć, jak ważne jest wprowadzenie rutyny do życia niemowlaka. Kiedyś sądziłam, że to stare przesądy i lepiej robić wszystko "na żądanie", ale tu chodzi przede wszystkim o uprzedzanie potrzeb dziecka. Nie ma nic gorszego, kiedy dzidziuś wyje z głodu, a ty dopiero zagotowujesz wodę. No i rutyna bardzo ułatwia życie rodzica. W pierwszych tygodniach dziecko jest okropnie nieprzewidywalne i to strasznie męczy. Zaplanujesz sobie najprostszą rzecz, jak zrobienie prania czy obiadu, i okazuje się, że dupa blada, od dzidzi nie da się odejść ani na krok przez pół dnia. A kiedy indziej zupełnie niespodziewanie padnie jak podcięta, ale ty nie wiesz, czy obudzi się po 10 minutach czy 3 godzinach... U nas ciągle jeszcze tak po części jest, choć staram się powoli wychwycić jej pory spania czy posiłków, a nawet ostatnio zaczęłam je notować, by wychwycić jakąś prawidłowość. Niestety sam tryb życia rodziców bardzo broni się przed ustabilizowaniem, co na pewno dzidzi nie pomaga... Nieregularne spacery (raz pół dnia, kiedy indziej tylko do sklepu albo wcale), wieczorne wyjścia, podróż do Polski, wycieczki - wiem, że to wszystko bardzo Fri dezorientuje... Ale jednocześnie nie ma opcji, by z tego zrezygnować. Poziom mego humoru różny bardzo i spada wprost proporcjonalnie do ilości godzin spędzonych w domowym zamknięciu. A zadowolona mama to chyba to, czego biedactwo najbardziej potrzebuje i co niestety nie jest oczywistością...

Na koniec tego wywodu, który pewnie zainteresuje tylko inne mamy:), zdjęcie plażowej Fri. Oraz apel do Polek w Pradze - jeśli planujecie spotkania w jakimś restauracyjnym ogródku i nie jakoś strasznie późno, dajcie mi proszę znać! Chętnie zjawiłabym się na chwilę i przedstawiła Wam małą Fricholinkę:)

plazowa Fri

14:45, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (12) »
czwartek, 23 lipca 2009
Fri w kąpieli

fri w kąpieli

Szybciutko, zanim maleństwo się obudzi, wklejam jedno z jej ostatnich zdjęć. Jak widać Fri polubiła już kąpiele:). Choć nadal zdarzają się takie przemarudzone... Humorzasta jest nasza dziewczynka. Na zdjęciu kąpie się w wiaderku tummy tub. Całkiem go lubi, ale i tak najfajniejsze kąpiele to te z papą w wielkiej wannie:). Pływając z tatusiem nasza mala rybka czuje się bezpieczna i nie marudzi nigdy!

A poza tym mozemy już cieszyć się jej pierwszymi uśmiechami:)

19:54, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (12) »
środa, 08 lipca 2009
Najlepsiejsza ciocia na świecie!

super ciocia

Dziubdziubica przyjechała i pojechała. A w międzyczasie zdążyła zakochać się w Fricholince i wprowadzić nieco ładu do naszego chaotycznego życia. Wysprzątała nam mieszkanie, gotowała pyszne zupy i lazanie, dzielnie podtrzymywała mnie na duchu, kiedy załamała mnie dosyć wiadomość, że Fri nie przybiera na wadze i trzeba wrócić do dokarmiania. A przede wszystkim przegadała ze mną długaśne godziny i moje monotonne dni znowu zatętniły życiem. I potrząsnęła mną kiedy było trzeba, dzięki czemu postanowiłam przestać tyle marudzić i zachowywać się jak dziecko (czytaj: jak nasza mama), i bardziej aktywnie rozwiązywać moje problemy.

Nie, nikt mi tego nie wymówi: rodzeństwo to jest to! Nikt nigdy na świecie nie będzie cię znał lepiej, niż osoba, z którą wyrosłeś, z którą przeżyłeś radości i smutki dzieciństwa, z którą dzielisz tych samych niedoskonałych rodziców. Kiedy było mi ciężko podczas porodu i po nim, wiele razy sobie mówiłam, sorry dziecino, ale żadnych dalszych fricholitów nie będzie, no way! Ale teraz sobie myślę, że nie ma bata, trzeba jednak będzie przejść przez to wszystko minimalnie  jeszcze raz, bo Fri musi mieć rodzeństwo. To najpiękniejszy prezent, jaki rodzice mogą  swemu dziecku dać!:).

16:11, la_polaquita , Fricholina
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
O autorze
AlternaTickers - Cool, free Web tickers